2014-04-30

Sierpniowe niebo. 63 dni chwały [2013]

Numer 16. produkował. Numer 17. kręci filmy.

Przodownicy pracy wyrażali zasadniczą dezaprobatę

Kiedyś kręcono u nas filmy o dzielnych towarzyszach, którzy krwiom-i-bliznom, teraz kręci się filmy o powstańcach, którzy bogiem-i-ojczyznom. Wtedy głosy "Ale przecież to wali kiczem i grzybnią" gaszono hasłem "Ustrój się wam, towarzyszu, nie podoba?", dziś podobną krytykę próbuje się gasić histerycznymi piskami: "Brak patriotyzmu, zaprzańcy, targowica, lemingi, cześćichwałabohaterom, żołnierze wyklęci!" Równie durnymi, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Chociaż nie, przepraszam, trochę ma - prawdziwy patriota, pragnący wybudować pomnik przodkom czy narodowej historii, wstydziłby się wypuszczać kiczowatego gniota, walić prostactwem treści i niechlujnością formy, a ze swojego deklarowanego bardzo głośno patriotyzmu robić sobie tanie alibi. Ot, takie staroświeckie podejście do pryncypiów - nie wystarczy wrzeszczeć o tym, co-się i co-by-się, bo gębę pełną frazesów ma pierwszy lepszy politykier i co drugi dresiarz. Tylko co z tego, że wrzeszczą? "Po owocach ich poznacie" - mawiał pewien facet z bródką.

Owoc pracy ekipy "Sierpniowego nieba" jest.... Nie, nie jest. I chyba nie miał nawet szans być.

Punkt wyjścia: na warszawskiej budowie znaleziono szkielet z opaską. Normalka, poniekąd. Film bawi się w próbę pokazania, skąd ów szkielet się tam wziął i co wynika z tego, że się wziął. "Bawi się", a nie "pokazuje", nie tylko dlatego, że próba nie jest poważna, ale przede wszystkim dlatego, że jest tylko próbą, propozycją, opowieścią "opartą o", a nie odtworzeniem "jak było naprawdę". "Skąd" - to opowieść o młodej sanitariuszce, która ranna trafia do piwnicy pełnej cywilów i w tej piwnicy ostatecznie ginie (cywile nie giną w piwnicy, tylko pod murem). "Co z tego, że " - to historyjka Ohydnego Kapitalisty, który chce budować na trupach i po trupach, historię Polski ma gdzieś, szczątki chce ukryć przed prokuratorem, zasypać, wywieźć, whatever, na hasło "powstanie" otrząsa się z obrzydzeniem i woli coś o kosmitach, skąpi na prezent dla wnuczka i w dodatku jest byłym ubekiem. Małych kotków nie zjadał żywcem tylko przez niedopatrzenie. Ale za to aktor grający Ohydnego Kapitalistę, gra także w sekwencji powstańczej. Kogo gra? Kolaboranta, wydającego Niemcom młodzież konspiracyjną. Reżyser nie ma bowiem żadnego poczucia obciachu i skoro już po kicz sięgnął, to jedzie nim po wszelkich możliwych bandach - wojenny kolaborant chyba nawet nosi to samo nazwisko, co Ohydny Ubeko-Liberał.

 - I minę, panie Olku, niech pan zrobi obrzydzającą liberało-ubecki podmiot... znaczy, pomiot.

Był "genetyczny patriotyzm" - w "Sierpniowym niebie" dostaliśmy "genetyczny antypatriotyzm", dosolony klasycznie komuszym podejściem, że nawet najgorszy wróg zewnętrzny jest lepszy niż wrogowie wewnętrzni, bo tacy są iwil podwójnie. Kolabo-komucho-liberał jest zły do szpiku kości i nawet fryzurę ma ośmieszającą, ale już SS-man jest miły, młody i smutny bardzo, bo chciałby sobie Goethego poczytać, a tu go zmuszają, by "dławił wolność w Warszawie". No taki, biedny i refleksyjny... Nie to, co ten ohydny bizneso-trockista z piątej kolumny, genetycznie spiskujący i odwiecznie knujący!

Film ogląda się bardzo ciężko. Może gdyby przerobiono go na sztukę i wystawiono na deskach jakiejś remizy, dałoby się znieść nędznie-teatralną manierę gry aktorów i koturnowe teksty rodem z "Podręcznika pioniera-agitatora". Może nawet łyknęłoby się sceny, w których walczący powstaniec przeładowuje PM-a i zaczyna nim energicznie potrząsać, udając, że strzela, a tu ani błysku, ani huku, ani sensu, bo ekipa olewa widza i nie chce jej się ani porządnie nakręcić, ani opracować, ani obejrzeć nawet... Niestety, na ekranie każda głupota rośnie dwukrotnie - wyraźniej widać niedoróbki, wyraźniej słychać nieprzygotowane improwizacje, każdy kicz wali po oczach dwukrotnie mocniej, każdy fałsz wyje jak strażacka syrena. I nie chodzi mi tu o fałsz typu: "Nie taki guzik, nie ta łuska", pozbawiona choćby odrobiny kurzu kryjówka uciekiniera z getta, czy nawet czyściutkie, bielutkie, wyprasowane ubranka, tylko fałsz uproszczeń do granicy prostactwa, fałsz zagrywek z pogranicza propagandy kronik filmowych PRL.

Każdy filmowy Polak miał ojca rżniętego, a Rosjanin - ojca rżnącego.
Lub odwrotnie.

Zdjęcia dokumentalne? Jasne, to ciekawy pomysł, tyle że wtórny boleśnie, bo zgrany we wszystkich produkcjach dotyczących okupacji, jakie nakręcono od momentu powstania pierwszego odcinka "Czasu honoru". OK, trzeba docenić mało znane ujęcia, oryginalne... Ale nie tak, na litość brukwi! Zestawienie powstańca niosącego zmarłego Wojtka Zaleskiego ps. Orzeł Biały z aktorskim drewniakiem niosącym ranną sanitariuszkę Basię... która w dodatku nie jest wcale ranna, tylko sobie nogę zwichnęła i to nie bardzo poważnie, bo nawet jej kostka nie spuchła... Naprawdę, znajmy proporcją...  Mieszanie dokumentu ze stylizacją na? W "Sierpniowym niebie" całkiem udatne, może nawet jedne z lepszych w kinie polskim ostatnich lat, ale to też już było wiele razy razy, więc chwalenie się twórców "nowatorskim opracowaniem" świadczy o nich bardzo źle - albo bowiem nie wiedzą, że nowatorskie przestało to być z 10 lat temu (w naszej kinematografii, bo w światowej... nawet liczyć mi się nie chce), czyli mają braki warsztatowe, albo - co gorsza - wiedzą i świadomie plotą bzdury.

Wetknięcie w film hip-hopowego kawałka i dwóch podstarzałych raperów w przykrótkich gaciach? Niezły sposób na przyciągnięcie do kina miłośników hip-hopu, ale wykonanie przegięte do granic śmieszności, bo po pierwsze primo - do fabuły chłopki-hip-hopki nie pasują za grzyba, po drugie primo - sugerowanie (także w wywiadach, żeby nie było, że sobie nadinterpretuję), że oto prawdziwi nosiciele pamięci i wartości... No, darujcie, naprawdę. Może gdybym słuchał wyłącznie Pendreckiego albo wyszedł z lasu po latach szukania grzybów... ale tak się przykro składa, że twórczość Hemp Gru znam dość dobrze i jeśli to mają być nosiciele wartości i wzory patriotyczne, to ja może poproszę o inny zestaw wzorów oraz inny zestaw wartości. Cytować nie będę, bo jeszcze mi Google bloga zamknie za ponadnormatywne użycie obscenów.

Albo się udo, albo się nie udo.

Wracając do naszych baranów czyli do filmu... Ciekawie skonstruowaną wielonarracyjną formę opowieści skuteczne zabija sposób jej podania: bohaterowie wychodzą na scenę, przybierają miny i zaczynają recytować teksty, ociekające mułem nędznego dydaktyzmu, jakby ktoś je wyciął z czytanek dla pierwszej klasy gimnazjum, przy czym nie bardzo wiadomo, czy tuż przed- czy już raczej po-wojennego.
- Walczymy! To najpiękniejsze chwile mojego życia! - ifnantylizuje sanitariuszka Basia.
- Ale dlaczego ty, moja mała dziewczynko? - męczy się z dialogiem Stanisław Brejdygant - Ach, zapomniałem, że polski romantyzm jest zaraźliwy jak turecka dżuma.
- Dla Ojczyzny mogę umrzeć nawet na dżumę! - deklaruje Basia, ociekając słitaśnością a'la zetempówka Zoja na akademii ku czci czeluskinowców.
Swoją drogą, na miejscu jej chłopaka bym się obraził - dwie sceny wcześniej złamał zasady BHP, naruszając Basię na maszynie drukarskiej, a tu się okazuje, że naszej bohaterskiej już-nie-dziewicy bardziej niż cielesne figle podoba strzelanina za oknem.

Matka Basi wygłasza głębokie wychowawcze tyrady, nadziewane Duchem i Czynem, sąsiedzi w piwnicy dukają drewniane dialogi, podlewając je dramatycznymi zawieszeniami głosu i zaangażowanym żarem, powstaniec strzelający do przeciwnika, z pogardą w głosie wyjaśnia widzom, że to "ruska swołocz w służbie SS", żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że to może jakiś Portugalczyk w służbie NASA albo beduin w drodze do Chartumu.
- Och wiesz, ludzie mogą nie wiedzieć...
Nawet jeśli, to co za różnica czy gość strzelał do Niemca, Ukraińca, Rosjanina czy Belga? Ważne, że strzelał do kogoś w niemieckim mundurze i że trafił. To jest film, na litość boską, a nie wykład o podziale narodowościowym oddziałów niemieckich. Zresztą, akcja filmu toczy się na Woli, a rosyjska brygada Kamińskiego stacjonowała w tym czasie na Ochocie, więc...

Może upadł biegnąc z górki? Może go dziobały kurki? Może Azor go tarmosił?...

Ale reżyserowi mało - dawać "ruską swołocz" na ekran! I żadnego tam przaśno-słowiańskiego blondyna, bo jeszcze widzowie pomyślą, że to jakiś Polak. Skośnego mi dawać, takiego, wiecie, dzikiego, wschodniego! I Niemca dawać, niech wynijdzie!
I wynijszedł Niemiec, i labidził humanistycznie oraz humanitarnie, a widzom oczy wychodziły z głowy, bo pamiętali, która to brygada SS działała na Woli i co robiła z mieszkańcami, a tu siedzi jakiś frankfurcki filomata i nad sanitariuszką rymem smęci.
I wypadły widzom oczy całkiem, a z płuc rzężenie się wyrwało, bo gdy żołnierz Dirlewangera brąchał o jużcięwięcejnocynieskrywaniu, ściana piwniczna otwarła się nagle i wyszedł z niej żydowski mistyk z brodą, i dołączył do recytacji, i niemal się popłakali obaj, i niemal w ramiona sobie padli, i dlaczego tu nie ma okien?... dlaczego tu nie ma klamek?...

Im bliżej końca, tym więcej kiczu leje się z ekranu, a odpustowa estetyka osiąga takie natężenie, że scena egzekucji wywołuje już tylko opad rąk i bezradny śmiech, bratanie się hip-hopowców z powstańcami - wywołuje niesmak, a plansza z tekstem "Hymnu do miłości Ojczyzny" Krasickiego niczego nie wywołuje, bo ileż, kurde, można? Nawet "Żołnierz wolności" Wandy Jakubowskiej był kręcony subtelniej, nie mówiąc już o takich drobiazgach jak światło, dźwięk, zdjęcia itd., bo tu wkraczamy w delikatną materię warsztatu filmowego, który Wanda Jakubowska miała w małym palcu. W przeciwieństwie. Dla tych, którzy nie widzieli "Żołnierza wolności" albo z jego przykładu chcieliby wyciągać personalne wnioski natury ideologicznej - "Lincoln" Spielberga; kicz, że jezusmarianapomoc, postument, pomnik, katafalk, spangled banner i co tam jeszcze, ale jak nakręcony! Jakie światło, jakie rozplanowanie kadrów, jaka praca kamery... Warsztat. Nie pieniądze, nie efekty, nie ideologia - warsztat. O to chodzi w filmie. Nie o to, kto głośniej krzyknie "patriotyzm", bo można być największym nawet patriotą, a równocześnie kręcić filmy o poziomie artystycznym worka z ziemniakami. Niestety, herbata nie staje się słodsza od mieszania, a deklarowanie co pięć minut "Jestę patriotom!" nie sprawi, że kicz i niechlujność (głównie w scenografii, ale nie tylko, bo i dźwięk i montaż są kiepskie) zamienią się w sztukę.

I umówmy się, że to ją przygniotło, nawet jeśli widać, że luzu jest meter

Aktorzy? Dajcie spokój, co tam było do grania? Aleksander Mikołajczak zagrał, co miał zagrać i wypadł zaskakująco dobrze, bo to aktor raczej trzecioligowy, Łukasz Milski się starał, Anna Nehrebecka pokazała Pomnik Matki Polki, bo nic innego w tej roli pokazać nie mogła (raz - tak miała napisaną rolę, dwa - bo to Anna Nehrebecka), Stanisława Brejdyganta oglądało się dobrze, ale jego zawsze ogląda się dobrze, a reszty "obsady aktorskiej" mogłoby nie być i może nawet być nie powinno - film byłby bardziej kameralny, zwarty i może dałoby się cokolwiek wycisnąć z wyjściowego pomysłu. Krzysztofa Kolbergera oglądało się ze smutkiem - rolę miał od czapy, brakowało tylko, żeby reżyser odział go w słomę, wręczył skrzypki i kazał grać Chochoła-Na-Dachu. Znaczy, w sumie grał tego Chochoła, tylko zamiast słomy miał szalik, a zamiast skrzypiec - tomik poezji Williama Blake'a
- Czemu Blake'a?
A czy pan widział kiedyś morze?... 
- Yyyy?
No właśnie.

Twórcy truli, że nowoczesność, że współczesne środki wyrazu, że hołd, że cześćichpamęci... Niestety, stworzyli tylko żałosną propagandówkę w stylu lat pięćdziesiątych - AL-owców zmieniono na AK-owców, bikiniarzy na liberałów, zetempowską młodzież na siwiejących raperów, propowstańczość bohaterów czyniła ich pół świętymi, antypowstańczość postaci podkreślano doklejając im nie tylko rzeczy paskudne, ale przede wszystkim paskudne głupio  (Kapitalista za swą uobziedliwą postawę zostaje nagrodzony przez współ-ubeków premią w wysokości złotych polskich... stu - budowa biurowca w centrum Warszawy, premia jak za dymanko przy trasie szybkiego ruchu, a tu dobrotliwe uśmiechy, radość nagrodzonego itd.), zaś wszelką krytykę gaszono wrzaskliwymi deklaracjami i demonstrowaniem patriotycznych dziar oraz oskarżaniem krytyków o brak kręgosłupa ideologicznego czy odchylenie lewicowo-internacjonalistyczne. Niestety, pod względem czysto filmowym "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" było słabsze nawet niż "Taniec śmierci. Sceny z powstania warszawskiego". Dygresja: kurczę, jakaś nowa moda z tymi podwójnymi tytułami? Jakieś współzawodnictwo pracy i licytacja, bo "to za krótki tytuł na taki wielki temat"? Koniec dygresji.

Omijać szerokim łukiem, w razie potrzeby nawet kanałami, sto razy lepiej puścić sobie znowu  "Powstanie Warszawskie" Lao Che, bo - skoro reżyser "63 dni chwały" pitolił o uwspółcześnianiu i nowoczesnych środkach wyrazu itd. - to jest coś, co wciąż wyrywa z butów, rzuca o ścianę i trzepie nie tylko emocjonalnie, ale też intelektualnie, to jest coś wielkiego i ważnego. "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" to tylko smętne filmowe barachło, o którym za rok nikt by nie pamiętał, ale niestety ramówki telewizyjne czymś zapychać trzeba, więc pewne będziemy się "z nim męczyć jeszcze niejeden rok".

Kedyw Da Vinci


Varia
1. Ireneusz Dobrowolski pojawił się w swoim filmie w roli polityka, opowiadającego o planach otwarcia parku paintballowego imienia powstańców (finezja, nie?) Wcześniej Dobrowolski nakręcił dokumentalny film "Portrecista", o człowieku, który z urzędu robił fotografie więźniom przywożonym do Auschwitz. Podobno bardzo dobry film, ale po "63 dniach chwały" trochę się boję szukać i oglądać.
2. Reżyser jest synem żołnierza batalionu Gozdawa, w jednej z ról pojawił się kolega ojca z oddziału - Jerzy Romanowski ps. Drań.
- Kogo zagrał?
Zagrał alibi. Żeby było zabawniej, zwłaszcza w kontekście patriotycznej genetyki i podpierania nią swojej twórczości, stryjem Ireneusza Dobrowolskiego był Stanisław Ryszard Dobrowolski. 
3. "Sierpniowe niebo" kręcono między 2009 a 2012 rokiem. W międzyczasie zmarli grający w nim Krzysztof Kolberger i Jerzy Nowak. Nie doszukiwałbym się związku.
4. 166 kopii (bardzo dużo) i jak dotąd 218 tysięcy widzów. Dużo, biorąc pod uwagę poziom filmu. Mało, biorąc pod uwagę tematykę.

I dwie dziurki w nosie... tak, rzeczywiście dwie... i skończyło się.


============
Sierpniowe niebo. 63 dni chwały
2013
Czas:
73 minuty
Reżyseria: Ireneusz Dobrowolski
Scenariusz: Ireneusz Dobrowolski
Obsada: Kaja Grabowska, Michał Sękiewicz, Anna Nehrebecka, Anna Romantowska, Justyna Sieńczyłło, Łukasz Konopka, Stanisław Brejdygant, Aleksander Mikołajczak, Krzysztof Kolberger i inni.
Dofinansowanie PISF: nie wiem, czy było. Na stronach PISF informacji nie znalazłem, ale tam od pewnego czasu nie można znaleźć żadnych sensownych danych o pieniądzach wydawanych przed 2013 rokiem. Wyparowały. Zaryzykuję tezę, że dofinansowania nie było.

9 komentarzy:

  1. Portrecista to dokument. Właściwie wywiad z Wilhelmem Brasse. Dokładnie mówiąc robił portrety zdjęcia. Dobry, bo ciekawa historia. Chociaż historia Diny Gottliebovej-Babbit ciekawsza (ona robiła portrety dla Mengelego).

    OdpowiedzUsuń
  2. Oho, ostro pojechałeś. A nawet się zastanawiałem - "obejrzeć, azali nie obejrzeć" ale po tym opisie chyba sobie daruję :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym to fajnie - mają wybór ;-) Na razie czekam na reklamowaną wszędzie "opowieść dokumentalną", bo choć materiał przebrany i pod tezę, to same zdjęcia się obronią, a i zabiegi dokonywane na oryginałach (kolorowanie, dorabianie dźwięków) zapowiadają się intrygująco. No i "Miasto 44" - chodzą słuchy, że może być niezłe. Na razie, niestety, wszystkie współczesne produkcje przegrywają z filmami PRL-owskimi przez nokaut i pod względem scenariusza i pod względem wykonania. Powiedziałbym nawet, że w ostatnich 20 lat im głośniej deklarowano przy kręceniu hołdypatriotyzmykupamięci, im mocniej machano flagami i powstańczymi krewnymi, tym żałośniej wypadały efekty.

      Usuń
  3. A ja tylko cichutko powiem, ze dzis tu zajrzalam, po czym przepadlam z kretesem, czytam wszystki eposty i podsylam znajomym. Fanstastyczny blog, poczucie humoru i wiedza filmowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To chyba jakaś klątwa (Doliny Węży?), że co się autorzy tkną patriotycznej tematyki, to wychodzi grzybnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najśmieszniejsze (a może najsmutniejsze), że im bardziej się starają, im bardziej dmą w patriotyczne surmy i walą w historyczne bębny, im głośniej piszczą o czcihołdach - tym wychodzi im większa.

      Usuń
  5. Świetny blog - podoba mi się, że autor nie pisze o tematach, o których zakłada, że wie za mało. Uwagi inteligentne.
    Mam pytanie - czy Pan Redaktor (;D) ma zamiar zrobić (choćby kiedyś) "Ostatni dzwonek"? Bo bardzo jestem ciekawa opinii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś na pewno ma zamiar, ale kiedy... Nie wiem.
      Dawno "Ostatniego dzwonka" nie oglądałem - reakcje na pierwsze obejrzenie są mgliste, bo to było daaaawno temu i wolę ich na razie nie przypominać, bo jeszcze by się okazało, że chodzi o jakiś zupełnie inny film ;-)

      Usuń