2014-04-09

Tarpany [1962]

Ziemia bez ludzi dziczeje. Ludzie bez ludzi także.

Sześcioro dzikich ludzi

Za górami, za lasami, nad jeziorkiem Jurand ze Spychowa antyhodował tarpany.
- Że kto?
- Że co?
Że kierownik stacji doświadczalnej, grany przez Andrzeja Szalawskiego i że nie hodował tarpanów, ale przeciwnie - "zdziczał" je.
- Że hę?
No, że miał rezerwat, po którym łaziła fauna w postaci tarpanów, a on tę faunę namawiał, żeby była ekologiczna, żeby spała pod gołym niebem, piła wodę z rzeki i nie przychodziła żebrać o owies.
- Cool! Cool-cool-cool!
Niekoniecznie - koniki były udomowione, żyły sobie spokojnie, "przekrój" czytały, a tu jakiś facet wywala je do lasu i każe się bawić w Winnetou.
- No, właśnie. Piękno przyrody, odrzucenie materializmu, konsumpcjonizmu.
Przypominam, że mówimy o koniach. Zresztą ludziom też łatwo nie było. Oddajmy głos pani Jurandowej: 
- Tarpany, puszcza, jeziora, sama poezja... A wie pan, jak to wygląda naprawdę? Prawie przez pół roku zamarznięte jezioro, zawieje, wilki, parę wiecznie tych samych twarzy, wszystkie dni podobne do siebie jak krople wody, zapach stajni i zdziczanie biłgorajskich koników. Jak na zesłaniu.

Pani Jurandowa frustrowała na potęgę i w sumie trudno się jej dziwić: mąż sfiksowany na punkcie koni, martwi się tylko o to, czy stado się podzieli, czy ogier się wyogierzy, a klacz wykluczy, kwiatów nie kupi, książki z miasta nie przywiezie, na koncert nie zawiezie, o Heideggerze nie pogada...
- Bo to stary faszysta i nie potośmy piętnaście lat temu w powstaniu pistoletowali, żeby teraz...
...no to o Kotarbińskim albo o Lodzie Halamie, wszystko jedno. Nie pocałuje, nie pogłaszcze, nie zapyta, czy psitulić kjopka, tylko ciągle: ogier, stado, stado, ogier...

...bo kiedy już je zdziczymy, panno Basiu, będziemy mogli znowu oswajać.

I wiecznie te same twarze: mąż, panna Basia, która jest od niedawna, ale na którą pani Jurandowa patrzeć nie może, bo panna Basia kocha się w jej mężu.
- W mężu Basi?
Nie w mężu żony. Za to w Basi kocha się najnowszy nabytek ośrodka badawczo-hodowlanego: Jacek, który ma na imię Andrzej. Oraz Jerzy Turek, stolarz zatrudnionym na etacie biletera. Skład uzupełniała pani Jurgieluszka, poprzednio zatrudniona na etacie babci klozetowej w "Popiele i diamencie", a obecnie biegająca za teściową Juranda oraz bywszy pułkownik...
- Podpułkownik!
...bywszy podpułkownik, obecnie zatrudniony na etacie koniuszego, w celu wykonywania skoków, tudzież akrobacji na Dziamdziaku i Bachledzie. 
- Na dzianecie i bachmacie!
Też.

No i tak sobie żyją za państwowe pieniądze: Jurand, czekający aż stado tarpanów się podzieli, Jurandowa, coraz bardziej sfrustrowana i rozmyślająca o rozwodzie albo chociaż o tym młodym Andrzeju, na którego Basia mówi Jacek, a który chętnie by Basię teges, gdyby nie to, że Basia by teges Juranda, a ten tępy Andrzej, do którego Jurand mówi per "Jędrek", co jest bardzo fajnym zdrobnieniem, więc ten tępy Jędrek, który ma lat dwadzieścia, ale zachowuje się jakby miał dwanaście (ale tylko do 17:00, bo potem zachowuje się, jakby miał piętnaście i hormony wielkości arbuzów) nie widzi, że pani Jurandowa właściwie nie miałaby nic przeciwko, a koniuszy skacze, a pani Jurgieluszka chrypi, a Jerzy Turek łazi do Basi z kwiatami, a dialogi sztywne jak dyszel w ośrodkowej furmance, a tarpany zdziczeć nie chcą...

Ojejku, jaki pan podobny do tarpana!

- Wie pan, kiedyś jako mała dziewczynka byłam z ojcem w górach - wzdycha pani Jurandowa - Był wschód słońca, tęczowa rosa na trawie... Byłam szczęśliwa jak nigdy potem. Dlaczego nie można powrócić nigdy do tych chwil?
Można. Pociąg pospieszny z Olsztyna do Zakopanego odjeżdża z toru przy peronie.
- Czasami wydaje mi się, że to wszystko nie ma sensu. Chciałbym zostawić wszystko, uciec do miasta, urzędować przy biurku, prowadzić życie rodzinne - marudzi Jurand z Tarpanowa - Ale trzy lata temu urodził się w lesie pierwszy dziki tarpan. Nie, nie przestałem wierzyć. Czekam na podzielenie się stada. Wiem, że to musi nastąpić.
- Zazdroszczę panu - marudzi Andrzej zwany Jackiem zwany Jędrkiem - Mnie jeszcze nic tak naprawdę w życiu nie wzięło.
- Niech pan szuka swoich tarpanów. Bez tego mężczyzna jest niczym.
Sprawdziłem. Nie mam tarpanów. Gorze mi i to pewnie dlatego dziewczyny na mnie nie lecą. Muszę sobie kupić parkę, może udałoby się je pozdziczać w parku obok? Parkę tarpanów, oczywiście, nie parkę dziewczyn.

Kulminacją marudzenia jak uroczysta kolacja z okazji. Pani Jurgieluszka zaiwania na fortepianie, pary jedzą, piją, walca tańczą, a z wizytą przychodzi pierwszy dziki tarpan, bo natura naturą, ale może uda się wkręcić na krzywy pysk. Jurand, sfrustrowany kłopotami, leje tarpana batem w ramach aluzji: "jak się będziesz, żono, stawiać, to oberwiesz tak jak on", żona przestaje się stawiać i ciągnie Juranda do łóżka, wobec czego Basia ciągnie do łóżka Jacka, Jędrka i Andrzeja, ale oni akurat wtedy muszą jej coś koniecznie powiedzieć, więc wylatują za drzwi, bo przecież Basia kocha Juranda, więc Andrzej, Jacek i Jędrek strzelają focha a Jerzy Turek budzi się na wozie ze zwiędłym wiechciem i nie, to nie jest żaden eufemizm, bo Turkowi naprawdę zwiędły kwiaty.
I wtedy stado tarpanów się dzieli.

Z czego płynie morał prosty: chcesz sukcesów w pracy zawodowej i spokoju w życiu osobistym - używaj bata.

...kajdanki tez nie zaszkodzą, byle z umiarem.

"Film psychologiczny" - tak się dawniej nazywało filmy, w których współczynnik marudzenia przekraczał sześć smętów na kwadrans i co kto wlazł na ekran, to zaczynał "kurde, coś mnie uwiera w egzystencję, czyliżem zamarzył, żona go nie rozumie, już wcale ze sobą nie śpią". Niestety, dramaty i rozterki osób zamieszkujących mazurskie lasy obchodzą widza bardzo względnie, bo napisane są teatralnie i takoż odegrane. Na deskach teatru pewnie ta fabuła/formuła by się sprawdziła i może nawet dialogi dałoby się przyswoić, ale w filmie, gdy z lewej jeziorko, a z prawej stado socjalistycznych mustangów... Chyba zresztą sami twórcy nie bardzo wiedzieli, co tak naprawdę chcą pokazać - raz lecieli ponurymi rozrachunkami małżeńskim, raz młodzieżowymi miłostkami, które często przypominały podryw na trzepaku i fochy przedszkolaków, raz kombatanckim łysenkizmem, a tu nagle na scenę wjeżdżał traktorek z trzema tajemniczymi obywatelami w czarnych garniakach i czarnych kapeluszach...
- Mafia!
Zarząd Samopomocy Gminnej i bardzej niż mafię przypominali postaci z filmów Felliniego. Enyłej, traktorek wjeżdżał, muzyczka zaczynał wesoło podskakiwać , panowie wykonywali te same ruchy, te same gesty, a czasem nawet mówili chórem... I było nawet zabawnie, ale bez sensu, bo chwilę przedtem wiało psychologiczną groza, chwilę po wyjeździe Three Stooges znowu lecą dialogi na cztery nogi:
- Jak długo chcesz udawać, że jesteśmy sobie obcy?
- Wolisz, żebym udawała, że jestesmy sobie bliscy?
I, przepraszam, panowie z zarządu byli po co? Bo "wszystkie co i raz lubiom się pośmiać", więc drogą losowania wyłoniliśmy dwie sceny, między które wetkniemy "trzech przyjaciół z zarządu"?

A zdziczone tarpany sprzedawać będziemy jako koninę czy jako dziczyznę?

Podobnie jest ze scenami, w których gra Jerzy Turek - gra fajnie, jest sympatyczny, komediowy, ale mogłoby go nie być, a nawet być go nie powinno, bo jego postać pasuje do fabuły jak Natalia Siwiec do prowadzenia "7 dni - świat" i albo robimy dramat, albo... No właśnie, czy my wiemy, co w ogóle robimy, czy po prostu upychamy wolny minutaż, żeby normy czasowe wypełnić i panie Marianie, pan coś dopisze, bo nam jeszcze ośmiu minut brakuje?

Zgrabnie pokazano różnice pokoleniowe, posługując się nie tylko strojem, ale i scenografią - pokój teściowej Juranda to prawdziwe muzeum, zbiór antyków, obrazów, pamiątek odległej przeszłości, pomieszczenia, w których "rządzi" pani Nina to ciężkie meble plus modernizm (zwłaszcza w drobiazgach), pokój Basi - parę nowoczesnych, lekkich mebelków, a poza tym pusto i wreszcie najmłodszy, Andrzej - dla którego cały świat to niezbyt wypchany plecak. Niestety, nic z tego nie wynikało, z niczym się to nie wiązało, było toto dla samego bycia i "dodawania głębi".

Muzyka Wojciecha Kilara nie pomaga. Może inaczej - muzyka sama w sobie jest znakomita (nie, nie dlatego, że "Kilar wielkim poetą był"), ale jej użycie w filmie jest beznadziejne: powklejano ją w każdą scenę, każdą scenę "dopompowano" dźwiękami, zeby widz nie miał wątplwości, że "oho, dramat", "oho, zabawnie", "oho, kulminacja", "oho, relaks", "ohohoho... co to?" Niestety, powklejano źle i czasem dostajemy po uszach idiotycznym dysonansem, gdy Jerzy Turek przy uśmiechniętych dźwiękach a'la Karlove Vary zasuwa pod okienko panny Basi, a na schodach Jerzy Jogała cierpi z zazdrości przy wtórze zgrzytów, pisków i nastroju z brytyjskich horrorów. Klimatyczny był "skośny" walc w scenie kolacji, ale ponieważ scenę rozciągnięto niemożebnie, walc zdążył znudzić, a potem zaczął irytować. "Prawdziwa sztuka obroni się sama... Ale nie przede mną" - mawiał Władysław Sikora. Muzyka Kilara też się broniła, ale wobec reżysera i montażystów była bezsilna.

No to lu, pod tę dodekafonię...

A właśnie - montaż. Kopia, którą oglądałem była chyba uszkodzona, bo łączenia niektórych scen były całkowicie od czapy i wyraźnie brakowało czegoś między nimi. Znaczy, pocieszam się, że "chyba była uszkodzona", bo inaczej musiałbym uznać, że montażyści byli pijani, a reżyser nie oglądał dzieła przed premierą. Ani po.

Film trzyma się tylko na aktorach - Andrzej Szalawski w pełni sił aktorskich i męskiej urody, stara się pokazać ex-"pistoleta", który ma cel i prze do niego z wiarą, nadzieją i uporem, a laski wokół mdleją, gdy dosiada swojego rumaka, wyciska z roli, ile może, ale za wiele nie może, bo postać w scenariuszu ma sztywną, a teksty nijakie. Jerzy Jogałła jest młody i przystojny, ale gra fatalnie i zapominając, że jego Andrzej/Jacek/Jędrek ma lat 20, odstawia naburmuszonego trzynastolatka, a jego gra jest mniej wiarygodna niż pierwszy lepszy tarpan. Ewa Krasnodębska wygląda tak olśniewająco, że niech się chowają wszelkie Hollywoody i póki się nie odzywa, hipnotyzuje widza (dobra - widza płci męskiej, bo kobiety pewnie zaraz wytkną pani Ewie, że tu miała loczek krzywo, a tam ramiączko jej opadło), przykuwając go do ekranu i wzrok mu szkląc-mgląc. Niestety w postsynchronach wypadła bardzo słabo i tylko część może zrzucić na dęte dialogi - sama dołożyła sporo teatralnej maniery i sporo uroku odgalopowało w leśne ostępy. Najlepiej wypadła Teresa Tuszyńska - była żywiołowa, naturalna, momentami zabawna, a w scenie kolacji, gdy emocji kotłowały się w tle, gdy trzeba było grać twarzą a nawet tylko oczami - Tuszyńska posłała swoich kolegów-zawodowców do stu choler i do dwustu diabłów. Ukradła profesjonalistom tę scenę bez najmniejszego wysiłku - ciemniejącymi coraz bardziej oczami, spojrzeniami przeskakującymi z Juranda na Jurandową, kamieniejącą w rezygnacji twarzą. Grała intuicyjnie i dyskretnie, jej jednej nie były potrzebne dialogowe obwieszczenia "Oto, szanowny widzu, dzieje się ze mną i uczucia targają mną różnorodne, we w naprzykładzie...", ona jedna obroniła się w tej scenie przed drewnianymi dialogami. Zresztą nie tylko w tej scenie, bo w lżejszych momentach również.

Się ma to coś (z lewej), albo się tego cosia nie ma (z prawej)

O Jerzym Turku już pisałem, Irena Orzecka w roli matki pani Jurandowej miała niewiele do grania, ale miło się ją oglądało, a Karol Rómmel to amator, więc mu wybaczamy.

Ewentualnie można, głównie ze względu na Teresę Tuszyńską i Ewę Krasnodębską. Ale nie namawiam. Ot, jeśli kiedyś wpadnie Wam w ręce, to możecie sobie przejrzeć na szybkim przewijaniu.


Varia
1.
Punktem wyjścia przy pisaniu scenariusza było opowiadanie Mariana Brandysa "Eksperyment naukowy". Na szczęście zachowano z niego tylko sam pomysł na stację naukowo-hodowlaną w leśnych ostępach i "zdziczanie" tarpanów. Opowiadanie powstało "dla dzieci młodzieży" w połowie lat 50., zalatywało tanim dydaktyzmem i w ogóle było cienkie barszcz.
2. W roli koniuszego Zycha wystąpił podpułkownik Karol Rómmel - postać, która zasugiwała na odrębny film, jeśli nie serial nawet. Brat generała Juliusza Rómmla, absolwent Korpusu Kadetów i Pawłowskiej Szkoły Wojskowej oraz... Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, rotmistrz w 14 Małorosyjskim Pułku Dragonów, a w czasie wojny polsko-bolszewickiej dowódca 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego (to m.in ten pułk roznosił Budionnego pod Komarowem), trzykrotny olimpijczyk - w 1912 roku w barwach Rosji, w 1924 roku i 1928 roku jako reprezentant Polski. Na IO w Paryżu w drużynie z Adamem Królikiewiczem i Tadeuszem Komorowskim... mhm, tym Tadeuszem Komorowskim... zajął szóste miejsce, a w 1928 w drużynowym Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego zdobył brązowy medal . W czasie wojny więzień obozów Dachau i Mauthausen, a po wojnie trener klubowy oraz konsultant filmowy, a przy okazji aktor - oprócz "Tarpanów" pojawił się jeszcze w "Lotnej" i "Krzyżakach". Człowiek-przygoda po prostu.
3. Na początku filmu, gdy Andrzej łapie "wodnego stopa", podrywa go obywatelka w kostiumie w groszki - zagrała ją ówczesna żona Kazimierza Kutza, Krystyna Szerenkowska.
4. W jednej ze scen rozżalona na męża pani Jurandowa zabiera swojej lalki-szmatki, a dokładniej mówiąc pościel i przenosi się do innego pokoju - do pokoju, w którym... wcześniej ulokowała Andrzeja. Mogłoby to być mocne zagranie, zagęszczenie akcji i może nawet okazja na jakąś śmielszą scenę, niestety, jak to w polskim filmie bywa - ktoś po prostu nie sprawdził, ktoś pomylił i to żadna dwuznaczność czy podtekst, tylko zwykły bałagan.
5. Gdyby ktoś chciał - film można znaleźć na Youtube.

Zdziczonych po seansie widzów niech Jurgieluszka zakwateruje w stajni
============
Tarpany
1962
Czas:
96 minut
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Scenariusz: Marian Brandys, Stanisław Kowalewski, Kazimierz Kutz
Obsada: Ewa Krasnodębska, Andrzej Szalawski, Teresa Tuszyńska, Jerzy Jogałła, Irena Orzecka, Karol Rómmel, Jerzy Turek i inni.

2 komentarze:

  1. Czekalem cierpilwie na panaturka, zeby sie znowu przyframbolic.
    To bylo tak:
    Lata siedemdziesiate, wczesne raczej (Whattt?).
    Teatr Telewizji (Whaa?).
    Panturek wychodzi z wieznia, gdzie nauczyl sie byl nowego jezyka.
    Problem w tym, ze ktos zrobil lepszy uzytek z pierwszych stron podrecznika, nie wiedzial wiec biedak, jakim jezykiem operuje.
    Pamietam tylko to "Qui percale...", ktorym zaczepial przechodniow.
    Swego czasu znalem rowniez odpowiedz.
    Ale zabylem. :)

    Challenge:
    Znajdz odpowiedz.

    :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kompletne niente - przejrzałem filmo-i-spektaklo-grafię Jerzego Turka na filmpolski.pl i dalej nic mi do głowy nie przychodzi.

      Usuń