2014-04-03

Wampir [2003]

Facet miał pecha - faceta przemielił system.

Wszystko zaczęło się od mgły - w tę mgłę wchodziły kobiety, ale wychodził z niej tylko patolog i mówił: "Ti-oł-di - 22:05, si-oł-di - blunt force trauma, chyba od młotka, a tego chrząszcza, którego znalazłem pod powieką ofiary, oddajcie Grissomowi"

Ludziee! Coś mu się pozajączkowało!

No dobra, tak naprawdę patolog mówił po polsku, z twardym akcentem i "e" przechodzącym lekko w "y", śledztwo nadzorował osobiście wojewoda katowicki, a jedną z ostatnich ofiar była krewna bardzo wysoko postawionego towarzysza. W sztuce - premiera, w rzeczywistości - I sekretarza KW PZPR w Katowicach.
Brzmi znajomo?

Wojciech Tomczyk ukończył PWST w Warszawie, sporo miał do czynienia z filmem - tu napisał scenariusz, tam dialogi, ówdzie coś wyprodukował, a raz nawet zagrał. W międzyczasie pisał sztukę teatralną, której treść oparł na sprawie "wampira z Zagłębia" z przełomu lat 60.i 70. Napisał, pokazał komu trzeba, ktoś przeczytał i zdecydował - robimy. W 2003 roku sztukę wystawił Marcin Sławiński w Teatrze Nowym w Zabrzu i wystawił ją na tyle dobrze, ze minister kultury nagrodził spektakl, a Maciej Dejczer postanowił zrealizować sztukę Tomczyka w Teatrze Telewizji. Jak postanowił, tak zrobił, a że tekst dostał świetny - zrobił przedstawienie, które nie weszło do "złotej setki" Teatru Telewizji pewnie tylko dlatego, że ową "złotą setkę" ułożono pięć lat wcześniej, opięczętowano, zalutowano i rzucono klątwę na każdego, kto w przyszłości odważyłby się przy niej majstrować. Ale do "sto pięćdziesiątki" wejść powinno.

- Chwali? - zdumiał się Głos Wewnętrzny - AJK coś chwali?
- I to od razu, nie czekając na końcowe konkluzje - zauważyła zaniepokojona Opinia Publiczna.
- Ludzie, przecież to się musiało coś stać! - wrzasnął Antoni Wieczorek, schulmeister - Milicjaaaaa!

Zawsze na posterunku

Milicja, proszę koleżeństwa zatrzymała podejrzanego. Córka premiera, nie byle co, trzeba się wykazać... Podejrzany z zawodu aktor, jako ostatni widział zamordowaną, bo pozostawał z nią w stosunkach oraz grał w "Ślubach panieńskich", alibi nie ma, mientki jest jak każdy inteligent... Jednym słowem idealny kandydat na głównego podejrzanego. Był tylko jeden mały szkopuł - córka premiera została zabita dokładnie tak, jak paręnaście innych kobiet, a na te paręnaście innych kobet podejrzany aktor miał alibi, szlag by go...

Nie było dobrze - premier cisnął władze wojewódzkie, władze wojewódzkie cisnęły prokuraturę, prokuratura cisnęła Komendę Wojewódzką, Komenda Wojewódzka cisnęła kapitana Albina Musiała, a kapitan Albin Musiał... Kapitan Albin Musiał miał rzadki dar - umiał tworzyć rzeczywistość.

Jak się tworzy rzeczywistość? Rzeczywistość tworzy się metodycznie: a) znajduje się najsłabszy punkt rzeczywistości i wsadza się go do aresztu,b) znajduje się słabe punkty rzeczywistości i grozi im się, że też trafią do aresztu, c) znajduje się pozostałe punkty rzeczywistości i tak długo wrzeszczy się na nie, że dostaną po mordzie, aż pozostałe punkty zeznają co trzeba na temat słabych punktów, a słabe punkty zeznają co trzeba na temat najsłabszego punktu, zaś zeznaniami najsłabszego puntu przejmować się nie trzeba, bo to przecież degenerat, alkoholik i filatelista.
- Sy-fi-li-tyk.
O, to też.

W toku czynności operacyjnych dokonano zatrzymania na styku osobowym.

Wszystko kończy się dobrze: winny zostaje znaleziony i powieszony, władze wojewódzkie dostają gratulacje od premiera, prokuratura dostaje gratulacje od władz wojewódzkich, kapitan Albin Musiał dostaje od Komendy Wojewódzkiej awans na majora, a wiele wskazuje, że prokuratura wypłaci mu małą premię w naturze.
- Ale przecież wiemy, że winny nie był winny!
Nie mąćcie mi tu, dobrze? Społeczeństwo oczekiwało osądzenia i wykonanie, dostało więc osądzenie i wykonanie, a prawdę materialną odda się do punktu skupu surowców wtórnych.

Sztuka, jak wspomniałem, oparta na sprawie "wampira z Zagłębia" - oparta bardzo mocno, może nie w stosunku 1:1, ale tak 0,95 do 0,95. Wojciech Tomczyk przesunął akcję o 10 lat, pozmieniał nazwiska i detale - i chyba dobrze. Dzięki temu nie musieliśmy się skupiać na detalach, dostaliśmy opowieść, w której realia były tylko punktem wyjścia do refleksji na temat systemu mielącego obywatela na proszek, a nie...
- Tak jest! Zbrodniczykomunizmżołnierzewyklęci...
Każdego systemu. "Proces" Kafki – z zachowaniem proporcji, oczywiście - też nie był reportażem na temat typowch praktyk "zbrodniczego reżimu Franciszka Józefa I". O czym to ja... Aha, już wiem: ...a nie teatralne "997", z protokołami w roli scenariusza i postaciami "dokonującymi makabrycznego odkrycia"

Kapitan Musiał miał dar przekonywania mierzony w dziesiątkach decybeli

Narrację Tomczyk i Dejczer "uszyli" filmowo i precyzyjnie - groteska plus paradokument, "działania organów mające na celu", przeplatają się ze współczesnymi wspomnieniami jednego z podejrzanych, scenki z Komitetu Wojewódzkiego - ze scenkami z życia oskarżonego, krótki dialog drugoplanowej postaci miesza się z szybkim, rewelacyjnym w swojej skrótowości, przedstawieniem klimatu, jaki panował na Śląsku (no, Zagłębiu) w czasie działania "wampira z Zagłębia". Jasne, formuła Teatru Telewizji wiele ułatwia i można sobie pozwolić na chwyty, które na teatralnych deskach za chińskiego boga się nie udadzą, ale w przypadku "Wampira" nie było problemu z wyobrażeniem sobie dużej sceny, większość "myków" zagrałaby i w prawdziwym teatrze, odpadłyby jedynie zbliżenia.
- Ale przecież w teatrze nie dałoby się utrzymać takiego filmowego tempa!
Dałoby się - nie wiem, czy Jacek Osadowski sam wymyślił scenografię, czy przeniósł ją z teatru, ale korytarze z grubej folii dawały sporo możliwości i jeśli tylko te półprzezroczyste arkusze (czasem wykorzystywane jako ekrany) dałoby się szybko opuszczać/odsłaniać (żaden problem, panie Władziu, prawda? Nie z takimi problemami radził sobie nasz dział techniczny!), tempo sztuki w rzeczywistym teatrze mogłoby zostać utrzymane. W tym spektaklu Teatru Telewizji jest naprawdę niezłe, nie ma momentu nudy, ogląda się to jak solidny filmowy kryminał, a parę pomysłów sceno-choreo-graficznych wyszło nie tylko ciekawie, ale i dowcipnie.

Świetna narracja, świetna scenografia, a do tego język... Zazwyczaj twórczość polskich autorów/scenarzystów przyprawia o ból nerek, bo albo wlezą na mównicę czy inny narodowy katafalk i zaczną przemawiać do tłuszczy głosem zbolałem, albo zaczynają się silić na dowcipy i wtedy to już ratuj się, kto może, bo wrzaski torturowanych żartów niosą się dalej niż bezsilny płacz widzów. W "Wampirze" dialogi są.... są różne, ale zawsze są różne "po coś" - Aktor mówi naturalnie, Prokurator leci nowomową, milicjanci - operacyjnym żargonem, Klaudiusz sili się na mowę pseudo-ozdobną (chciałoby się napisać "PRL-owską", ale gdy się wyjdzie dziś na ulicę albo włączy relację z posiedzenie Sejmu...), Żona Oskarżonego reprezentuje lud językowo prosty, a wszystkich gasi kapitan Albin Musiał tekstem: "Spójrz na swoje życie, Romuś, wstecz, bo wybiła tobie godzina stanowcza" i widz pada na kolana, bo wreszcie trafia się autor, który czuje klimat scen i nie pisze "Podręcznikiem małego scenarzysty", tylko żywym językiem, dostosowanym do postaci i sytuacji, w których się owe znajdują.

Dana postać nic nie mówi, bo znajduje się właśnie w sytuacji beznadziejnej

No i aktorzy... tu następuje dramatyczna pauza, a czytający kulą się w fotelach, przygotowani na furę jobów, kierowanych pod adresem wykonawców. W końcu to nasze, przez nas wykonane, kot na gruszy, "Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach" i te rzeczy. Otóż, proszę koleżeństwa, nic z tego - "Wampir" zagrany jest znakomicie. Jan Frycz w roli Aktora "robi postać", dodaje tekstowi autentyczności, nie wybałusza się teatralnie, tylko gdzieś się potknie w tekście, gdzieś zająknie, spoci, odwróci głowę i natychmiast zamiast zwykłego narratora widzimy człowieka, który w środku dygocze ze strachu i który z jednej strony chce o tym wszystkim opowiedzieć, z drugiej - bardzo się wstydzi, a z trzeciej - wciąż się boi, bo ma świadomość, że niewiele brakło, a on też zostałby "zmielony". Tomasz Dedek w roli kapitana Albina Musiała jest rewelacyjny i momentami można się go naprawdę przestraszyć, ma tylko jedną słabą scenę, ale za to jest to scena bardzo-bardzo słaba. Trochę dlatego, że tak została napisana, ale i tak można ją było zagrać dużo lepiej. Dedek zagrał ją źle i przegrał z fantastycznie partnerującą mu w tej scenie dziewczynką, której nazwiska nie wymieniono w obsadzie, bo po co, prawda? Przecież to tylko dziecko i tylko na dwie minuty... Tyle, że to dziecko zjadło zawodowego aktora na drugie śniadanie, co w polskim filmie/teatrze zdarza się raz na 30 lat, więc warto byłoby umieć się zachować i oddać sprawiedliwość.
Krzysztof Kołbasiuk w roli Komendanta to kwintesencja konformizmu i uległości...
- PRL-owskiej!
Tak to sobie możecie tłumaczyć, ale proponuję mały eksperyment naukowy: zamknijcie oczy, wyobraźcie obie scenę z komendantem i wojewodą, a potem zamiast wojewody podstawcie... na przykład miejscowego biskupa.
- Konformizmu i uległości kropka?
O, właśnie. 

Szczucie Szycem

Maria Ciunelis leci mocną groteską, co może trochę razić, ale primo - taki ma tekst i tego się po prostu nie da przeskoczyć, a secundo - owa groteska jest uzasadniona konwencją i dość szybko się do niej przyzwyczajmy, Szymon Kuśmider w roli Romusia, brata Oskarżonego jest chodzącą bezradnością, chyba nawet bardziej niż Juliusz Krzysztof Warunek jako Oskarżony. Hanna Śleszyńska momentami ześlizguje się w stronę komedii, ale tylko momentami na szczęście, Halina Łabonarska i Krzysztof Wakuliński grają solidnie i dają się zapamiętać, tylko Henryk Talar w roli wojewody nie ma się czym pochwalić, a w dodatku dopuścił się brutalnego morderstwa na jednej z lepszych puent w widowisku, za co powinien stanąć przed sądem i dostać wyrok bez zawieszenia. To był drugi moment, w którym odezwało się w "Wampirze" typowe polskie aktorstwo/reżyserstwo  - tanie, grepsiarskie i traktujące widza z buta.

Świetny trzeci plan - Borys Szyc zalicza naprawdę bardzo dobrą rolę...
- Ale to Śleszyńska obsuwała ci się w stronę komedii?
Bo Śleszynska robiła to niepotrzebnie, a Szyc miał zagrać to, co zagrał i zagrał z wyczuciem, choć z przerysowaniem i nie, to nie jest sprzeczność. W roli milicjantów galopowali po scenie Jacek Braciak, Rafał Maćkowiak i Adam Woronowicz (kolejność alfabetyczna, ale nieprzypadkowa), a Szymon Bobrowski był sympatycznie naiwnym porucznikiem. Najsłabiej wypadli Norbert Rakowski jako morderca i Monika Kwiatkowska jako ostatnia ofiara, ale "najsłabiej" w tym wypadku nie oznacza "źle", a tylko "na ekranie byli najkrócej, no i konkurencję mieli świetną".

Brawa dla Wojciecha Tomczyka, brawa dla Macieja Dejczera, który pokazał, na czym polega naprawdę dobry Teatr Telewizji, brawa dla scenografa Jacka Osadowskiego i Marka Dawida, autora zdjęć, brawa dla aktorów. Warto. Bardzo warto.

Jan Frycz nie mógł uwierzyć, że dostał propsy na Poliszmuwi


Varia
1. Romuś opowiadając kapitanowi Musiałowi o pewnej uniwersyteckiej obywatelce mówi, że "spała z Knychałą".
- Z Achimem Knychałą, tym psychiatrą? - pyta rozbawiony kapitan.
Joachim Knychała to postać prawdziwa, tyle że nie był psychiatrą, a górnikiem i... tadaaam!... seryjnym mordercą, który działał na Śląsku w latach siedemdziesiątych. Taki żarcik autora. Na marginesie - podobno inspiracji "wampirowi z Bytomia" dostarczył proces Marchwickiego, a pierwsze "występy" zaliczył jeszcze w czasie samego procesu.
2. W scenie aresztowania Romana Nawrockiego w tle słyszymy komentarz Jana Ciszewskiego. Banaś, Lubański, Gorgoń... czyli Górnik Zabrze. Santarini, Capellini - czyli AS Roma. Nie może to być mecz reprezentacji, bo obaj Włosi zaliczyli po dwa występy w swojej kadrze narodowej i nie były to mecze z Polską. Skoro Górnik i Roma to wiadomo, że chodzi o mecz półfinałowy Pucharu Zdobywców Pucharów z kwietnia 1970. Tylko który - bo przecież były aż trzy?
- Floreński... Musiałek... - mówi Jan Ciszewski.
Trzeci mecz. W dwóch pierwszych na obronie Górnika grał Rainer Kuchta, w trzecim meczu zastąpiony przez Floreńskiego. Czyli 22 kwietnia 1970 roku, Strasbourg, Górnik remisuje z Romą 1:1 i o awansie zabrzan do finału PZP decyduje rzut monetą. Akcja sztuki - jak pamiętamy - toczy się w 1978 roku, a użycie meczu Górnika z 1970 roku wydaje się kolejnym celowym zagraniem ekipy i kolejnym celowym nawiązaniem do sprawy "wampira z Zagłębia".
3. Po "Wampirze" w Teatrze Telewizji zrealizowano też inne sztuki Tomczyka: "Norymberga" była wyraźnie słabsza, ale Janusz Gajos "pociągnął ją" swoją grą i przedstawienie zyskało sporą popularność, "Inka 1946" była bardzo słaba z tendencją do "cienka jak każdy produkcyjniak", a "Doliny nicości" nie oglądałem, bo mi w międzyczasie Tomczyk podpadł...
- Białoruścenzurapisarzewyklęci!
...autorstwem serialowych gniotów pod tytułem "Oficerowie" i "Trzeci oficer" (pierwszą część pt. "Oficer" dało się jeszcze jakoś przyswoić ale dwie następne to już była niemożebna kupa i wolałem zostać przy dobrych wspomnieniach).
4. O sprawie Marchwickiego sami sobie musicie poczytać i sami musicie znaleźć podobieństwa/różnice, bo to jednak nie blog kryminalny, a zresztą tekst dzisiejszy i tak jest za długi.



============
Wampir (spektakl Teatru Telewizji)
2003
Czas:
84 minuty
Autor: Wojciech Tomczyk
Reżyseria i scenariusz: Maciej Dejczer
Obsada: Jan Frycz, Tomasz Dedek, Krzysztof Kołbasiuk, Hanna Śleszyńska, Juliusz Krzysztof Warunek, Henryk Talar, Maria Ciunelis, Krzystzof Wakuliński, Szymon Bobrowski, Jacek Braciak, Adam Woronowicz, Rafał Maćkowiak, Szymon Kuśmider, Halina Łabonarska, Borys Szyc, Norbert Rakowski, Monika Kwiatkowska.

6 komentarzy:

  1. Golonka byl psychiatra

    :)))
    Sorry, nie moglem sie powstrzymac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /drapie się w głowę i stwierdza, że ma braki w wykształceniu, uniemożliwiające złapanie dowcipu, więc gdyby jakaś podpowiedź.../

      Usuń
  2. Ja dodam tylko tyle, że zapoznawszy się z treścią recenzji, najpierw sprawdziłem, czy nie powstała 1 kwietnia. Jednak nie! :)


    jpl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Wiedziałem, że zaskoczę :-)

      Usuń
  3. Funkcjonowalo kiedys w Katowicach powiedzonko "idz do Golonki!", gdy ktos pieprzyl jakies bzdury. Golonka przyjmowal na Plebiscytowej.
    Dawno temu.
    Nie, nie bylem pacjentem.
    Tak mi sie jakos skojarzylo, gdy wyjechales z tym Knychala w variach.
    :)
    Spicing a bit.

    OdpowiedzUsuń