2014-05-09

Wojna polsko-ruska [2009]

Bardzo wiele filmów da się oglądać, ale również zdumiewająco wiele filmów na świecie nie da się oglądać, a już w Polsce to szczególnie. I tu zonk następuje niespodziany, bo "Wojnę polsko-ruską" daje się oglądać i to nawet parę razy, z czego co najmniej trzy w całości, a sześć we fragmentach.

Albo się umie bawić, albo się nie umie, albo się zna hasło, albo się nie zna.
 
W 2002 roku książka Doroty Masłowskiej wbiła mnie w fotel i są na to świadkowie. Przez pierwsze cztery strony brnąłem w z wysiłkiem, a potem konwencja "zaskoczyła", melodia książkowego języka uwiodła i wciągnąłem "Wojnę..." za jednym zamachem, a potem z miejsca powtórzyłem, co rzadko mi się zdarza, bo też i rzadko zdarzają się książki warte czytania więcej niż raz, a już raz po raz to może co pięć lat i to raczej ewentualnie... Przez następne parę tygodni obserwowałem medialny zamęt grubymi nićmi szyty i rechotałem gromko, czytając gazetowe "...ale to jest bełkot o niczym, resocjalizacja, plucie w gniazdo, dresiarze, brak ponadczasowych wartości i głębszej treści, narkotyki, nihilizm i ty się do nauki weź, dziewczyno, bo do czego to podobne!"

Dla mnie "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną" była przede wszystkim wydarzeniem językowym, świadectwem absolutnego słuchu Masłowskiej, książką do czytania uszami, że tak polecę skrótem a'la Lesio Kubajek, dziełem, którego fragmenty, czy może raczej wariacje na temat którego, słyszałem (i słyszę dotąd) każdego dnia: w autobusie, w pracy, w knajpie, na ulicy, na imprezach rodzinnych i służbowych. Ten sam mechanizm, ta sama skośna konstrukcja, zwroty i łamańce podobne, wzbogacone o naturalne środowiskowe ornamenty, o ćwierć kilo prywatnych naleciałości...  Ławeczka przed blokiem, barek w siedzibie Polskiego Radia, sklep warzywny na osiedlu, uniwersytecki korytarz, autobus, koncert, imieniny cioci - bez znaczenia. Podobny patchwork przyśniadaniowej lektury gazet i międzypiwnych uproszczeń, bezmyślnie stosowanych idiomów i przysłów, koktajl medialnego szumu i gdzieś zasłyszanych lub przeczytanych zwrotów, przemielony w wirówce imienia Zdzisława Dyrmana zasadniczo tudzież bynajmniej. Zresztą posłuchajmy czasem sami siebie - ile w naszej własnej mowie takich klisz, takich łamańców nieudolnych i że w temacie ekologii zasadniczo mamy różne ambiwalencje, choć w gruncie rzeczy popieramy segregację i kaszę jaglaną. Tak, że więc. Oraz może nawet Gogola trochę.

Wzmianka o Gogolu wywołała chwilowe zassanie się "Silnego", który bardziej spodziewał się Gombrowicza

Możecie się śmiać, ale pod względem języka Masłowską stawiam bardzo wysoko i to nie tylko za "Wojnę...", ale także za "Pawia królowej". To jest poziom wrażliwości na słowo - nie, nie tyle na słowo, co na język właśnie, a to nie to samo - do którego większość naszych literatów, tych z górnej półki również, mimo "usilnych wysiłków" i okładania czytelników neolingwistycznymi zygzakami, nawet się nie zbliży.

No i figura mitycznego Ruska... Wyciśnięta z wszystkich naszych narodowych kompleksów, lęków, zaszłości i doświadczeń, synonim, metafora, chochoł i archetyp. U Masłowskiej maźnięty paroma pociągnięciami literackiego pędzla, naszkicowany absurdalnymi zbitkami reklamowo-patriotycznymi i wciąż prawdziwy, bo po ostatnich wydarzeniach na Ukrainie wystarczy wyskoczyć na bazarek, żeby usłyszeć jak naród leci Masłowską w formie czystej.

- Ale fabuła słaba, brak fabuły właściwie...
Po pierwsze nieprawda, po drugie who cares? To jest sztuka, tu treść i forma mają prawo funkcjonować zupełnie osobno, któregoś może nie być i też będzie OK i przepraszam, ale - toutes proportions gardées - połowa prozy i ćwierć poezji to w sumie głównie smęcenie o tym, że podmiot liryczny chętnie by zadupczył i konia z rzędem temu, kto pamięta na przykład fabułę liryków Leśmiana.
- Fabułę liryków? - chichotnął Głos Wewnętrzny.
Oj, wiesz o co mi chodzi, bo jesteś moim Głosem Wewnętrznym, więc się odwal. No to "Wesele" - też toutes proportions Doroty Gardias - zwykła impreza, stado nadziabanych i bełkoczących gości, którym najpierw odbija się wieprzowiną, a potem strute etanolem komórki produkują im jakieś zwidy. "Been there, done that" może powiedzieć każdy z nas, a jednak to nie nasze wspominki-rzygowinki przeszły do historii literatury, choć może i wielokrotnie ciekawsze były, bo pamiętasz, jak Zenek wisiał wtedy na balkonie z patelnią i leciał Rębodem w oryginale... tylko obserwacje gościa z bródką, który wiedział "jak".

Mowa nie daje się pogrześć w piasku nad Bałtykiem, od którego Polska odepchnąć się nie da!

Wracając do meritum - "co" i "jak" mogą funkcjonować zupełnie osobno, ale to jednak "jak" jest ważniejsze. O czym możemy się przekonać, czytając przeraźliwą twórczość Elżbiety Cherezińskiej, która wie jedynie "co" i owym "co" - ciekawym nawet - kusi, i sięga człowiek po taką książkę, i czyta, i po 20-40 stronach pizga nią o ścianę, i jeszcze w ślad za książką kurwami rzuca babilońskimi, bo taki temat zamordować, dajcie spokój... Albo - ponieważ jesteśmy na blogu o filmach - włącza sobie człowiek "Wiedźmina", gdyż  przecież czytał i wie, że "co" jest tam nieziemskie, ale oglądane "jak" womituje go na lewą stronę. Filmowe przypadki, w których przeciętne w sumie "co", dzięki "jak" zamienia się w nieprzeciętny film, wypiszcie sobie sami w ramach zadania domowego, bo to już trzecia strona, a nie napisałem jeszcze nic o filmie.

Literackie "jak" było fenomenalne, ale jak przełożyć to na język filmu? Jak skręcić jeden wielki monolog, żeby nie popadać w rolniczy kwadrans księcia Bołkońskiego pod dębem czy Stirlitza w brzozowym lasku? Jak skleić fabułę, nie gubiąc języka, który przecież jest tu kręgosłupem, neonem i treścią samą w sobie? Jakim slalomem pójść między między akcją a kreacją i przytrzymać widzów przed ekranem, na którym jakoś naspidowany rodak wygłasza osiem credo na godzinę?

Najpierw nieufność... Potem zaciekawienie. Następnie sprzeciw, bo kamaan, "Silny" w cukierkowym dresie, napakowany i łysy, nie konweniował mi ani ogólnie, ani szczegółowo, albowiem gdyż pamiętałem, że w książce i zwykłe dżinsy się pojawiają i katana, i to trochę pójście na łatwiznę, takie płynięcie z prądem medialnym, że niby jak "powieść dresiarska" (which is not), to macie kanonicznego dresiarza. Trochę to też samobójcze, bo przez tak wyraźną stygmatyzację strojem, ograniczano w pewien sposób pole obserwacji do jednej grupki społecznej, pozbawiając film (i pierwowzór literacki) uniwersalności. "Silny" w dżinsach byłby typowym Polakiem-cebulakiem, lusterkiem, w którym musielibyśmy się przeglądać i niekoniecznie spodobałoby się nam to, co zobaczylibyśmy. "Silny" w dresie to bezpieczne alibi: ale gupi ci dresiarze, karki, a my prawdziwi intelektualiści, co to Ulebek i Jarzyna Grzegorz albo chociaż "Ranczo", głębocy i szerocy jesteśmy emocjonalnie, zerknijmy więc przez lupę na klasę niższą i pośmiejmy się z niej, pogryzając tofu.

Jakieś, kurna, symulakra z nas zrobili, normalnie, stracona generacja, smutek wszelki i erpegie.

Ale także rozbawienie, bo scena w barze, gdy Magda jak czarownica frunie, a "Silny" ją w ścianę posyła, klimat z miejsca ustawiła, i gdzieś w tle sama Masłowska jako sufler-kreator, twórca i tworzywo równocześnie i widzę, że film ma swoją konkretną i przemyślaną konwencję, i że dres "Silnego" nie jest dresem li i tylko, że nie jest stygmatem klasowym, ale świadomym pójściem w symbol, w komiksowy hejnał niemal. Bo ten dres "Silnego" nie jest byle jakim dresem - trzy paski-adidaski, falka Nike czy inny Blaupunkt - jest dresem w barwach narodowych, z orłem, z koroną, z "Mazurkiem Dąbrowskiego" w domyśle i Chopinem w sercu. Nie zawęża perspektywy do jednej grupy, ale przeciwnie - rozszerza ją na całość narodu, w na tyle inteligentny sposób, że ów naród nie czuje się obrażony i wytknięty placem.

Tak oglądam, oglądam i coraz bardziej doceniam precyzję groteski, doceniam brawurę, z jaką reżyser jedzie po bandzie wyklejonej stereotypami, chichram się przy celowo odpustowych efektach specjalnych, przy całym tym komiksowo-wideoklipowym sztafażu, "kupuję" przeskoki formalnie od wsiowego Matrixa do sepleniącej Baudrilliardem Masłoskiej. Oglądam historię dobrze nakręconą, bo przemyślaną i nawet jeśli nie zawsze trafiającą w moją wizję książki, nawet jeśli w niektórych scenach już nie ocierająca się o kicz, ale o ten kicz się czochrającą ze zgrzytem, to przynajmniej wiem, czemu się czochra i czemu o kicz, a nie o dzieła Feuerbacha zebrane. Choć momentami Żuławski przesadza i przegina, a film zaczyna drażnić - przy scenie z Andżelą i Closterkellerem krzywiłem się z niesmakiem (nie tylko ze względu na ekranowy rzyg), gdy Natasza Blokus demolowała kuchnię skrzypiałem, że "o jedną szafkę i dwie kurwy za daleko", a tok-szoł kompletnie mi do niczego nie pasował i mogłoby go nie być, ale był i był za długo.

Zdaniem Ali tokszoły niosą ze sobą wiele życiowych dylematów i stawiają coraz to nowe wyzwania

Nie wiem, czy znajomość książki przeszkadza, czy pomaga, bo nie wiem, jak to jest oglądać film bez znajomości książki. Mnie się wszystko układało w całość i konwencyjne skoki przyswajałem gładko, ale w sumie nie wiem, czy dlatego, że ekipia pracowała aż tak precyzyjnie i dziur nie było, czy dlatego, że bagaż lektury uzupełniał mi ewentualne luki z marszu i gładko.

Co zasługuje na podziw łamane przez rispekt, to techniczna strona filmu: świetny dźwięk... [tu następuje chwila zdumionej ciszy, przerywanej stukaniem opadających na biurko szczęk]... powtórzę: świetny dźwięk, bardzo dobra praca kamery, zabawa kątem filmowania i obiektywami, światło wpisujące się w klimat scen, a czasem współ go tworzące, wreszcie sensowna muzyka, montaż z jajem...
- Ale efekty specjalne były tanie.
Chyba miały takie być - nie F/X-y z najwyższej półki, oszukujące połowę zmysłów i 3/4 widowni, tylko miś na miarę naszych możliwości, po którym od razu będzie widać, że jest F/X-em komiksowym, pasującym do plastikowych torebek, firmowych długopisów i laczków starej Robakoskiej z domu Maciak. A nawet jeśli miały być wypasione, to tym razem bieda-efekt nie razi, a przeciwnie - wpisuje się w. Co nie znaczy, że zawsze się sprawdza, tak dobrze nie ma.

Aktorsko film zdecydowanie powyżej średniej krajowej. Dwie tony pochwał zebrał Borys Szyc, ale jakoś tak się dziwnie składa, że co kto go chwalił, to wspominał o ogoleniu głowy, przycięciu brwi, diecie i wytrwałym body-rzeźbieniu (oraz o rozmowach z Bigusem Dickusem). O grze pisano mniej i chyba słusznie, bo Szyc zagrał dobrze, ale nie zagrał rewelacyjnie. Trochę było to winą reżysera, który nie potrafił się zdecydować, czy "Silny" ma być tępym zjebem z proszkiem w nosie i 40 cm w bicepsie, recytującym przyswojone przypadkowo okruchy infoidalnej nowomowy, czy może produktem obróbki skrawaniem przy pomocy mediów i sloganów, ale jednak z podkładem naturalnej wrażliwości i inteligencji. Filmowy "Silny" jest tak bardzo niekonsekwentnie prowadzony, że aż niewiarygodny i tu komiksowa konwencja nie pomaga, bo nawet w komiksie musi być odrobina _wewnętrznej_ logiki. Szyc szarżował i zazwyczaj szarżował udanie, ale często (za często) były to szarże dla samej szarży, scena dla samej sceny, bez najmniejszego wpasowania jej w postać. No i poza szarżami to był ten sam Borys Szyc co zwykle - ze skłonnością do doraźnych gierek, minek i gestów a'la Kazimierz Kaczor (ktoś jeszcze zauważył podobieństwo aktorskich niuansów u tych dwóch panów czy tylko ja jestem taki zajebiście spostrzegawczy?) W "Wojnie..." musiał ciągnąć cały film, starał się bardzo i zagrał jedną ze swoich lepszych ról, ale...

Życie jest tak krótkie, śmierć jest tak blisko, tyle bezbronnych jajek gotuje się codziennie na miękko

...ale moim zdaniem film ukradły Szycowi panie. Roma Gąsiorowska była fantastyczną Magdą, jej irytująca maniera gry i specyficzny zaśpiew w podawaniu tekstu tym razem pasowały do postaci idealnie. Sonia Bohosiewicz wjechała na scenę z rozmachem szwadronu ułanów i od kopa kupiła sobie moją sympatię. Niby miała zagrać kobietona o wrażliwości worka cementu, a paroma szybkimi kreskami... nie, nie "tymi" kreskami... dołożyła drugie dno, jakiś smuteczek, jakieś marzenia, które były małe-nieśmiałe i wolały się schować za wrzaskiem i brutalnością. Anna Prus - rewelacyjna jako Ala, wcielenie ładu, porządku i poprawności wszelakiej, marzenie każdej mamy i koszmar każdego faceta, ale w roli prowadzącej tokszoł już niezbyt (cała ta scena była nieudana). No i Maria Strzelecka - hicior absolutny, naturalny talent, koncertowa wręcz Andżela, a przy tym gładko podająca niełatwą frazę Masłowskiej (Szyc się parę razy na tym wykopyrtnął).

W drugim planie bardzo dobrze oglądało się Michała Czerneckiego jako "Lewego" (jego bulgocząco-zacinające się: "Dawaj te kole! Dawaj, kurwo bbbbabilońska, dawaj te kole!" odzywa mi się z głowie za każdym razem, gdy stoję w kolejce na poczcie albo w porannym korku i chyba zrzucę to sobie na komórkę w ramach terapii). Bartłomiej Firlet jako Kacper - taki sobie, ale przynajmniej zapamiętywalny, Magdalenia Czerwińska jako Arleta - bardzo nierówno, za to sympatycznie Ewa Kasprzyk (pomijając odlot w scenie z latającym sidingiem, bo to był celowy cyrk). W planie epizodycznym ukłony dla Agaty Wątróbskiej za scenkę w burgerowni.

No i sama Dorota Masłowska - większość widzów dostawała ciężkiej piany, klęła na wadę wymowy pisarki, na jej braki aktorskie... Bo ja wiem? Braki aktorskie były oczywiste i z definicji, artykulacja irytująca, ale dało się przywyknąć, a przynajmniej było świeżo no i "samą Masłowską!" można było zobaczyć.

Warto. Nawet jeśli nie czytało się książki, a może nawet właśnie wtedy, bo usłyszenie frazy Masłowskiej w wersji live może pozwolić przejść przez książkę tym, którzy utknęli i zrezygnowali.

Bóg się przewraca w grobie, gdy na to wszystko patrzy!



Varia
1.
Początkowo "Silnego" miał grać Eryk Lubos i chyba szkoda, że tak się nie stało. Szyca za często nosiło w stronę komedii, w minki i łypnięcia pod publiczkę - Lubos mógłby dać "Silnemu" więcej auten/-drama/-tyzmu. Gdy zaś usłyszałem, kto pierwotnie maił reżyserować "Wojnę..." - zachwiałem się na krześle. Wiktor Grodecki znany mi jest o tyle, o ile, więc nie bardzo umiałbym sobie wyobrazić taki film, ale Jan Jakub Kolski? Miejski Jańcioland? Wietrzyk, wiosna, słońce, kwiatki, ptaszki, kurwa, jakieś?
2. Maria Strzelecka, grając nastoletnią Andżelę Kosz miała lat 29 i ciekawą przeszłość okołoartystyczną - od barmanowania w squatach i występów na scenie punkowej, przez własnoręcznie zaprojektowaną kolekcję ciuchów, sprzedawanych w warszawskim butiku Luka Bandita, dyplom na ASP, rolę w "Chaosie" Xawerego Żuławskiego... Kobieta-orkiestra, potrafiąca zrobić wszystko ze wszystkiego, wychować dwójkę dzieci i zagrać tak, że niech zawodowe aktorki idą... do serialu. Prywatnie jest partnerką Xawerego Żuławskiego, z którym ma dwójkę dzieci - Kaj Żuławski pokazał się w "Wojnie polsko-ruskiej" jako "wnuczek na festynie" - ten szczerbaty, szczerzący się, którego "Silny" miota do jeziorka.
3. Recykling ekipy: producent Jacek Samojłowicz "zagrał" prezesa Sztorma Zdzisława, ojca Roberta, a przed kamerami pokazali się też: odpowiedzialna za kostiumy Anna Englert, II reżyser Ludwik Plater-Zyberk, Marta Masłowska (zbieżność nazwisk chyba przypadkowa), scenografowie Joanna Kaczyńska i Bogusz Bilewski Jr (gra barmana), dekoratorka Marta Skajnowska... oraz sam reżyser i w długie zimowe wieczory może się bawić w szukanie/odgadywanie, bo ja nie podpowiem /paskudny uśmiech/. A w rólce policjanta pokazał się Bodo Kox, znany skądinąd.
4. Plakat zerżnięty z "Trainspotting". Smutne z tendencją do żałosne.
5. W scenie z sidingiem odpadającym od ścian domu "Silnego" nie wystąpił siding, bo tego na ścianach domu nie było, wisiały tam tylko jakieś kwadratowe paneliki, płytki jakieś przyklejone nie wiadomo po kie licho. Siding jest siding, proszę twórców i nie mieszajmy pojęć - albo siding, albo zmieniamy w tekście na "płytki/panele/Masaj".
6. Film kręcono  w Wejherowie, Gdańsku, Gdyni oraz na warszawskim przystanku Potok 02 czyli po sąsiedzku.


Masłoska, tam u góry aktor produkuje się mimicznie, a wy się tu bezwstydnie lampicie na azymut....



============
Wojna polsko-ruska
2009
Czas:
108 minut
Reżyseria: Xawery Żuławski
Scenariusz: Xawery Żuławski
Obsada: Borys Szyc, Roma Gąsiorowska, Maria Strzelecka, Sonia Bohosiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Prus, Dorota Masłowska, Michał Czernecki, Bartłomiej Firlet, Ewa Kasprzyk, Piotr Więcławski, Ireneusz Kozioł i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 200 000 (produkcja).