2014-06-29

Wrzos [1938]

Ciekawe, ilu jest w Polsce mężczyzn, którzy przeczytali wszystkie powieści Marii Rodziewczówny?

Wszystkie?

Poważnie. Moja babcia uwielbiała powieści tej pisarki jeszcze od czasów przedwojennych, na półeczce przy łóżku stał rządek, a że wnusio dzieckiem był "czytliwym" bardzo - w przerwach między inną literaturą, chwytał się również a to za "Dewajtis", a to za "Strasznego dziadunia", a to za "Ragnarök"... "Wrzos" w wersji książkowej był jednym z większych wyciskaczy babcinych (tylko babcinych) łez. "Wrzos" w wersji filmowej wywoływał konflikt pokoleń, bo babcia nie mogła zrozumieć, czemu wnusio zwisa z krzesła i rechocze jak szalony.

Kazia to chodzący wzór cnót i pracowitości: nie dośpi, nie doje, a dopilnuje majstrów, centryfugę naoliwi, przeprowadzi transakcję, przemierzy pola i łąki, zaorze, skosi, wymłóci, zaapeluje do krów o podniesienie wydojności z hektara, mak oddzieli od popiołu. Cud, miód, trele i więcej guziczków niż pralka automatyczna, przez co Zła Macocha nie lubiła Kopciuszka Kazi bardzo. Miała Kazia konika, kożuszek, skibkę chleba w dłoni, infantylny chichot na ustach i 24 lata.
- A mąż?
Męża nie miała. I tu wkracza na scenę Andrzej.

Andrzej miał lat... hmm, na oko ponad czterdzieści, oko gorejące, ojca, flamę i długi. Długi były spore, ojciec miał wąsy, a flama miała fochy i wymagania. Nic dziwnego - z zawodu flama była baronową, a takie nie zadowolą się kolacją u Grubego Joska na ulicy Gnojnej i nową powieścią Wojciech Kuczoka - im trzeba nieustannej adoracji, blichtru, salonów, "Adrii", brylantów i sukni od Kiutura albo chociaż Jemioła.

Jeśli nie chcesz mojej zguby - szampana, frukta, srebne lisy, szmargady i mule, daj mi, luby 

Ojciec Andrzeja wierzył w rozwiązania proste i postanowił syna ożenić. Wydawało mu się, że mężczyzna ożeniony statkuje się od kopa, kwadrans po ślubie przestaje chodzić na bibki i babki, praca-dom-praca-dom, dzieci, gazeta, te rzeczy. 

Dobra, skoro już przestaliśmy się śmiać, to wróćmy do filmu.

- Ożeń się, synu - apelował ojciec Andrzej.
- Niechże ojciec da spokój - odpowiadał Andrzej.
- Kamienicę ci dam - kusił ojciec - Na Czystej.
- Ale co to za dzielnica, sama żulia... - Andrzejowi myliły się dzielnice.
- I hipoteki po matce dostaniesz.
Andrzej milczał i marzył o baronowej – tę burzę włosów każdy zna, przy ustach dłoni chwiejny gest...
- I popłacę twoje długi - głos ojca przerwał marzenia.
- No, ostatecznie... 

Z Kazią poszło Andrzejowi zaskakująco łatwo. Postawił sprawę jasno: daje nazwisko, pozycję, mieszkanie, wikt, opierunek, spore kieszonkowe, znajomości i bilety na Warlikowskiego Schillera, wymaga jedynie funkcji publicznie reprezentacyjnych, seksualnie molestować nie zamierza, albowiem gdyż ma baronową. 
PLASK! - widzowie spodziewali się gromkiego odgłosu, sygnalizującego zetknięcie otwartej dłoni Kazi z wygolonym i wypachnionym policzkiem Andrzeja, bo co pan sobie myśli, ja nie jestem taka, jak pan śmie, proszę wyjść i te rzeczy. Kazia była jednak kobietą rozsądną, a poza tym Zła Macocha nie lubiła Kazi bardzo, więc raczej nie warto było czekać aż odkryje zalety zatrutego arszeniku. W prostych żołnierskich słowach Kazia wyraziła swą gorącą pogardę dla Andrzeja, moralne oburzenie dla jego zboczonych pomysłów i etyczną wyższość nad zakłamanymi miastowymi, ale poza tym proszę uprzejmie, układ jest w sumie z gatunku konweniujących, pozycja społeczna - ważna rzecz, Warszawa to przecież nie podlubelskie zadupie, więc oto moja dłoń, ale tylko dłoń i nic poza tym, a poza tym, oczywiście, gardzę panem, że niech cię nie znam.

I żadnych wizyt po nocach, zrozumiano?

Ślub odbył się szybko i w nastroju nokturnalnym. Cieszyła się tylko Zła Macocha, która pozbywając się Kazi z domu, traciła, co prawda, wykwalifikowanego parobka i jąkającego się służącego Antka (kurde, dlaczego w międzywojennych filmach musi się zawsze trafić jąkający służący?), ale za to oszczędzała na ewentualnym arszeniku.

Potem na ekranie pojawił się pociąg. Wiecie, zbliżenie na lokomotywę, na pędzące koła, na tłoki... Nie była to jednak aluzja do tego, o czym myślicie - Kazia była kobietą żelaznych zasad - tylko danie do zrozumienia, że małżonkowie przebywali w podróży poślubnej.

Warszawa przyjęła Kazię niechęcią. Przyjeżdża tu jakaś taka z prowincji, słoikowa parafianka, co to Flauberta nie czytała, bo za krowami się uganiała, słoma z butów, siano we włosach i kto jej szył tę suknię? Zwłaszcza salon pięknej baronowej ("Zasłony w oknach leją blask, na mecie jasno jakby w dzień") drwił z Kazi na potęgę. Nasza bohaterka tymczasem grała rolę reprezentacyjnej żony wzorowo - ę-ą, skromność, gospodarność, pan będzie łaskaw, jakże mi miło, Andrzej wiele mi o panu opowiadał, och jakiż pan mądry... Teścia owinęła wokół palca, kolejne warszawskie persony - wokół nadgarstka, służbę postawiła do pionu, oszczędności w gospodarstwie poczyniła znaczne (ochmistrzyni straciła humor oraz dodatkowy dochód i sięgnęła po "Królewnę Śnieżkę" w poszukiwaniu przepisu na zatruty arszenik). Kolejni znajomi Andrzeja przechodzili na stronę Kazi: jedni ujęci jej skromnością, inni - pracowitością, kolejni - jej pracą na niwie oraz odcinku charytatywno-filantropijnych, a niektórzy - ze względu na ogólną fizyczność i ach, te łydki...

Przed wojną biurka wykorzystywano do: a) snu, b) rozpaczania, c) podpisywania weksli

Łydki Kazia miała wyrobione od biegania po schodach: najpierw na piąte piętro - wspomóc niedomagającą praczkę, potem do sutereny, gdzie gnieździły się szwaczki, w poniedziałek pociechę Kazia niosła bezrobotnym gazeciarzom na trzecim, we wtorek - zadłużonym szewcom na Solcu, temu dała na miseczce, temu dała na łyżeczce, tej załatwiła maszynę do szycia, tamtej balię, owej lekarza, a w piątki pracowała w ochronce pani Ramszycowej, hejże dzieci, hejże ha. Anioł, nie kobieta. 

W końcu i Andrzej na Kazię popatrzyć okiem przychylnym, a nawet łapczywym. Baronowa starzała się, jej wymagania (wszelakie) rosły, a tu pod ręką taka zdrowa dziewica, nogi długie, kibić wąska, duże, niebieskie oczy... A w dodatku cicha, spokojna, posłuszna. Jest sens szlajać się po mieście, gdy w domu ma się takie frykasy? Puścił Andrzej baronową w trąbę i do małżonki zaczął się przymilać, oczkiem mrugać, aluzyjki dyskretne, nie jakieś tam dokerskie zagrywki a'la James Bond, tylko prawidłowo romantyczne stęknięcia o głębi ócz i karminie usta kuszącego, kochasztymię? 
Nie kochała. Kochała Stacha, którego wiele lat temu carski despota zakuł kajdany i wykopsał na Sybir, by w minach kruszec kując młotem pokutował za niepodległościowe grzechy. Kochała, choć Stach znaku życia nie dawał i nawet jego rodzona babka  twierdziła, że kopnął w kalendarz. Kochała wspomnienie, zdjęcie i paczkę listów, przewiązanych wstążką...
W tym momencie babcia łkała jak bóbr, a wnusia zaczynało zginać w chichocie, bo gdybyście widzieli, jak Kazia tego Stacha kochała...
- Że bardzo i głęboko?
Że głównie mimicznie, ale za to z rozmachem od ściany do pieca i z powrotem.

I nagle cud się stał, bo Stach okazał się żywy, zdrowy i powrócony na Ojczyzny łono. Na łono Kazi nie został powrócony, bo primo - nie można powrócić tam, gdzie się nigdy nie było, a Kazia, jak pamiętamy, była cnotliwa, a secundo - gdy tylko Stach dowiedział się, że Kazia jest mężatką, szlag go trafił, złością zionął, krtanią drgającą wyraz dał potępieniu, lewym okiem błysnął tragicznie, prawe oko zalśniło łzą rozpaczy.
- Wiarężeś mi złamała i we mnie cosik też! - dygotał głosem - Chciałem cię bić, znieważyć!
- Biedny... - chlipnęła Kazia, od razu mięknąc w miejscach swych pachwin - Przyszłam tutaj robić ci wyrzuty, bo cię kocham!
To on ją za woalkę, to ona jego za klapy, to on w objęcia, to ona mu usta, to on jej języczek, to ona mu usta znowu... i kto wie, jak by się skończyło, ale Stach sypnął się, że wyjeżdża, że na zawsze i ucieknijmy razem.
- Pogięło cię, misiu? Tu mam dzianego męża, widoki na spadek po teściu, siedmiopokojowe mieszkanie, czworo służących, a ty jesteś bezstażowy konował z wyrokiem - powiedziała...by Kazia, gdyby nie była osobą z gruntu uczciwą, ale ponieważ była, odwołała się do pryncypiów przysięgi małżeńskiej i że człowiek niech nie rozłącza. Trzask drzwi. Szloch Kazi. Szloch babci. Chichot wnuczka.

W barze "Pod Grubą Aluzją" szef kuchni poleca dylematy w sosie 

Odtrącony Stach zabrał walizę, neseserek, palto-sak, uszyte w firmie Szpak i pierwszą klasą w siną oddalił się dal, a Kazia nawet wypłakać się nie zdołała, bo przylazł jej ślubny i zaczął swoje "A cija to nózia? A ciemu moja pani taka źmęciona, a titititi, a kocha Buba swojego Filona?" Chwyt, krzyk, szamotanina, "Dajdajdajdaj!", "Nienienienie!", rozbite lustro na podłodze i wyciemnienie.
- Znaczy, teges?
Znaczy, nie wiem. Gdy wyciemnienie się skończyło, peniuarki były w stanie nienaruszonym, ale w kinie przedwojennym realia niejednokrotnie ustąpić musiały przed pruderią i symboliką. Łzy, wyszczerz i gryzienie chusteczki mogły być objawem rozczarowania etyczną postawą męża, ale to rozbite lustro i to pokazane dwukrotnie... Piwo przeciw jogurtowi, że wianek przegrał przez nokaut.

Potem to już poszło prędko: wir filantropii, nieprzestrzeganie zasad BHP, praczka z tyfusem, dramatyczna scena, w której konająca praczka w roli Pylaszczkiewicza licytuje się na miny ze zrozpaczoną Kazią, odgrywającą Miętalskiego - wygrywa praczka - a potem stają do przefajnego pojedynku na amplitudy drgania głosem - tu wygrywa Kazia, finiszując jak tercet przemarzniętych jodlerów (babcia szlocha, wnusio wprost przeciwnie). Kazia zaraża się od praczki, Andrzej czuje wstręt do się i do Kazi trochę też, bo wiecie, tyfus to nie jest estetyczna choroba, cała Warszawa czuje wstręt do Andrzeja, a rozpustna baronowa ma ogólnie wyczesane, bo trafił się nowy, dziany galopant, więc na luźne szelki.

Życie, życie jest nowelą... 

Oczywiście, wszystko kończy się źle. Kazia umiera, miejski proletariat dostaje histerii, bo kto mu teraz będzie pomagał, pieniądze przynosił, etaty załatwiał, Andrzej czuje wyrzuty sumienia, pani Ramszycowa znęca się nad nim etycznie, babcia szlocha, wnuczek, żeby nie rechotać zbyt głośno, wpycha sobie w gębę obrus razem z wazonem pełnym tulipanów, muzyka gra żałobnie...

W wersji książkowej "Wrzos" był nawet strawny. Jasne, jak każdy romanso-dramat, ociekał uczuciowym patosem i słowem mocno archaicznym ale to przecież książka z 1903 roku, więc poprawka na czasy, na styl, na język i jakoś poszło. Nawet jednak bez tej poprawki książka Rodziewiczówny broni się całkiem nieźle - w swoim gatunku, oczywiście - umiejętnie naszkicowanymi postaciami, niezłym tłem społecznym (i nie chodzi tylko o skontrastowanie warszawskich klas wyższych z biedotą z Solca). Satyra, złośliwość, humor, odrobina smrodku dydaktycznego, nieźle zbudowana fabuła - to się naprawdę daje czytać. Dobra - dawało, bo czytałem to lata temu i nie wiem, czy dziś jednak nie przerwałbym lektury. Załóżmy, że nie i że fakt doczytania "Wrzosu" do końca przez kogoś, kto równolegle z nim łykał koktajl np. MacLeana, Hłaskę, Remarque'a, Chmielewską, Wojaczka i Lovercrafta, o czymś świadczy. 
- Mhm, o przerobie maszynowym albo braku gustu - mruknął Głos Wewnętrzny.

Panna Lulu cała w tiulu, leży w bólu, śni o Cthulhu

Ale co innego czytać - co innego oglądać. To samo zdanie na papierze zabrzmi neutralnie lub może trochę drętwo, ale wygłoszone z teatralną emfazą, głosem drgającym od emocji, z twarzą jak Zatoka Pucka w czasie sztormu i oczami wbitymi w egzystencjalną nieskończoność albo kręcącymi wokół dowolnej własnej osi... O, to już nie brzmi drętwo, o nie - to brzmi strasznie. To już nie jest koturnowy dramat serc i dusz, tylko prowincjonalne jasełka łopoczących nozdrzy, zamaszystych gestów, podkreślających każdy przecinek, tupnięć, sapnięć i jęków.
– Zaraz, zaraz! - zauważyła Opinia Publiczna - W przypadku książki przypominasz o konwencji, o czasach i ich języku, a w przypadku filmu nie potrafisz zastosować się do własnych zaleceń?
Przekleństwo filmu - jeden obraz, tysiąc słów, milion dosłowności. Tekst drukowany mogę sobie wyobrazić sam, kwestie bohaterów moge sobie spowolnić, przyspieszyć, dodać im mój własny ton - w filmie nie mam wyboru, dostaję gotową interpretację i nawet jeśli pamiętam o konwencji dwudziestolecia, to są filmy, są sceny, przy których wszelka wiedza i świadomość, że "na ówczesnym tle i wtedy tak się" wysiadają w pełnym biegu i uciekają w przeciwnym kierunku.

Nawet przed wojną krytycy czepiali się nazbyt teatralnej i koturnowej gry aktorów "Wrzosu" - dziś tego aktorstwa wręcz nie da się oglądać. Stanisława Angel-Engelówna jest przerysowana do granic wytrzymałości widza, czasem jest wręcz karykaturalna, a jej gra okiem...
- Masz na myśli "wzrokiem"?
Mam na myśli "okiem". Całym - gałkę, rzęsą, brwią, powieką, źrenicą... Momentami ma się wrażenie, że spojrzenie aktorki zaraz odklei się od niej i ruszy w jakąś dramatyczną pantomimę z prysiudami, a potem chwyci swą właścicielkę w objęcia i oboje odtańczą taniec stada umierających łabędzi. Jakie "oboje"? We troje, bo dołączy do nich głos aktorki - przy czym zanim dołączy, ze trzy razy wywali się na podłogę, a dwa razy rąbie w szafę, taki jest rozedrgany i roztargany emocjami. Jeśli w książkowej Kazi było coś, co pozwalało czuć do niej sympatię lub szacunek, to w filmie zostało to starannie zamordowane przedwojennym warsztatem. A może raczej słabym przedwojennym warsztatem, bo Stanisława Angel-Engelówna we "Wrzosie" debiutowała i to było widać, oj, było widać... Zwłaszcza, gdy się oglądało ją w scenach z takimi aktorami jak Mieczysława Ćwiklińska, Aleksander Zelwerowicz czy Kazimierz Junosza-Stępowski. Gdy się natomiast oglądało ją w scenach z Franciszkiem Brodniewiczem - nie raziła wcale, partnera bowiem miała odpowiedniego, a momentami jeszcze gorszego.

I teraz kobitki będą na ciebie, jako ciepłego wdowca, lecieć stadami

Bardzo nierówny drugi plan - o Ćwiklińskiej, Junoszy-Stępowskim czy Zelwerowiczu wspominałem, Stanisława Wysocka zagrała jak na siebie przeciętnie, Janina Janecka próbowała wydobyć coś z roli Złej Macochy i choć miała ją napisaną źle, to chyba się obroniła, Władysław Grabowski grał to, co zwykle (akcencik, minka, wytrzeszcz), dobre momenty miał Leszek Pośpiełowski, a Mieczysław Cybulski pokazał się dwa razy i w obu przypadkach bardzo pasował do Angel-Engelówny, Hanna Brzezińska w roli baronowej Celiny... bo ja wiem?... mnie się nie podobała, może dlatego, że za bardzo kojarzyła mi się z Mańką Prymasiakówną z "Dziewcząt z Nowolipek". Na szczególne wyróżnienie zasłużyła Aleksandra Leszczyńska, która w scenie tyfuśnego labidzenia chwilami nawet przebijała główną aktorkę (grając chorą mogła sobie pozwolić na wyraziste miny, przewracanie oczami i zwis szczękowo-tragiczny).

Niezłe zdjęcia, zwłaszcza dzięki ciekawemu oświetleniu i znakomita muzyka Władysława Szpilmana i nie, nie chodzi mi wyłącznie o piosenkę "Nie ma szczęścia bez miłości", tylko o całość, zwłaszcza o główny motyw dramatyczny.

Dla wytrwałych wielbicieli kina przedwojennego. Można, ale chyba lepiej przeczytać książkę, a potem zerknąć tylko na tyfuśniczy pojedynek na miny-jęki-omdlenia. Swoją drogą, miała Maria Rodziewiczówna pecha do ekranizacji swoich książek - wszystkie były o kilometry gorsze od drukowanego oryginału.

Ty pójdziesz górą  skurczem, a ja doliną spazmami


Varia:
1. W fatalnej scenie ślubu - fatalnej, bo ksiądz cedził po jednym słowie, a aktorzy po jednym słowie powtarzali i w pewnym momencie miało miało się się wrażenie wrażenie popsutego popsutego echa echa - Kazia ślubuje Andrzejowi miłość, wiarę, uczciwość i posłuszeństwo małżeńskie. Kurczę, i komu to przeszkadzało...
2. Lidia Wysocka, grająca przyjaciółkę Kazi Szpanowskiej, spotkała Stanisława Angel-Engelówną jeszcze dwukrotnie. W 1938 roku zagrały wspólnie w "Sercu matki", a po wojnie obie występowały na deskach Teatru Dramatycznego w Szczecinie, którego dyrektorem był wtedy mąż Wysockiej, Zbigniew Sawan.
3. Rolę jąkającego się Antka zagrał Jeż Kobusz. Dziwnym trafem był to także Jeż Jerzy. 
4. Troszkę w ramach ekspiacji za te dzikie rechoty przy scenach tragicznych, wnusio postanowił skompletować babci Rodziewiczówną i wyszukać wszystkie powieści autorki. Trwało to długie lata, bo działo się w czasach, gdy nie było jeszcze Allegro i trzeba było szukać "analogowo" po antykwariatach, ale się udało.
5. Tak, Zarzycką wnusio czytał również.

Bo widzisz, serdeńko - nie tego Andrzeja wybrałaś... Pogiglać?


============
1938
Czas: 96 minut
Reżyseria: Juliusz Gardan
Scenariusz: Juliusz Gardan, Alfred Niemirski
Obsada: Stanisława Angel-Engelówna, Hanna Brzezińska, Franciszek Brodniewicz, Mieczysława Ćwiklińska, Stanisława Wysocka, Janina Janecka, Lidia Wysocka, Kazimierz Junosza-Stępowski, Aleksander Zelwerowicz, Mieczysław Cybulski, Władysław Grabowski, Leszek Pośpiełowski i inni

2014-06-23

Złote Koło [1971]

Na ulicy Kopernika spowiadała się Monika...
A na ulicy Złote Koło znaleziono zwłoki.

Zwłoki dzielimy na świeże, sztywne, nie cierpiące...

Zwłoki były trochę zdezorientowane, mamrotały jęcząco i odrobinę przeciekały. Nie miały dokumentów, ale oględziny organoleptyczne wykazały, że są nieletnie i mają wgniecenie w czaszce. Wkrótce zresztą przestały jęczeć.
A wokół była mgła.

Sprawą zajął się porucznik Traszka, ale szybko odebrał mu ją kapitan Budny, który był pracoholikiem, gotował zupki ze słoika i nie umiał panierować kotletów schabowych. W toku czynności śledczych wykorzystano jednego majora, dwóch kapitanów, pięciu poruczników (w tym dwóch "pod-"), dwóch sierżantów, plutonowego, krawężnika i czterech tajniaków, a działania dochodzeniowe doprowadziły do ujawnienia szeregu przestępstw, a to: dwukrotnego gwałtu zbiorowego na nieletniej (w tym raz ze szczególnym okrucieństwem), afery korupcyjnej na skromną sumę i parę worków cementu, dwukrotnego naruszenia obowiązku meldunkowego, obrabowania kiosku, pobicia bratanka młotkiem, podawania alkoholu nieletnim w lokalu gastronomicznym klasy nędznej oraz okulawienia modraczka. O tym, że zdemaskowano także sprawcę zabójstwa, nawet nie warto wspominać, bo to przecież kryminał i to milicyjny, więc zdemaskowanie jest wpisane w zakres obowiązków scenarzysty.
A w tle snuł się uciekinier ze szpitala dla umysłowo poszkodowanych i wrzeszczał.

No właśnie - kryminał milicyjny. Ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku, opisanego kiedyś przez Stanisława Barańczaka. Milicjanci są przystojni, inteligentni, dedukcja je im z ręki, a wrażliwość społeczna towarzyszy im w czynnościach służbowych, wykonywanych na styku osobowym. Mają też wysoko rozwiniętą świadomość klasową i zawodową.
- Po diabła mu Zalewska? - żołądkował się porucznik Walendziak, gdy do dochodzenia włączona została pani porucznik z wydziału dla nieletnich. Ale żeby nikt nie myślał, że tu jakiś antyfeminizm występuje, wyjaśnił - Ja to zaczynałem i mógłbym sam skończyć.
- Dziecko, Zalewska ma skończone prawo i dyplom z psychologii - tłumaczyła sekretarka szefa - A ty jesteś tylko po Szczytnie.
- A to mało? - żachnął się Walendziak, ugodzony w ambicję i etos absolwenta Szkoły Oficerskiej.
Uciekinier ze szpitala psychiatrycznego zawył na znak, że jego zdaniem jednak mało.

Uderzyłem w stół, rozumiesz, i nagle coś takiego się odezwało

W klasycznym kryminale milicyjnym, obraz milicjanta jako jednostki pozytywnej niemal zawsze doprowadzony jest do absurdu - nie może być po prostu inteligentny, musi być inteligentny bardzo, wiedzieć, co to "petit", pamiętać sześćset spraw wstecz, nie może być po prostu wrażliwy: musi być wrażliwy jak półtorej Matki Teresy itd. itp. Czasem ten pozytywny absurd jest tak absurdalny, że przestaje śmieszyć, a wprawia w osłupienie. Jak w scenie, gdy major patrzy na stojących przed nim czterech młodocianych gwałcicieli (przypominam: na nieletniej, zbiorowo, dwukrotnie, ze szczególnym okrucieństwem) i zamiast przypierdzielić im parę razy pałą, kręci tylko głową i mówi:
- Zbiorowy gwałt na nieletniej. Ech, chłopcy, chłopcy...
Jakby ich, kuźwa, na kradzieży jabłek złapał i martwił się, że się wisusy troszkę od tych antonówek zdemoralizują. 

Inny element klasycznego kryminały milicyjnego - nieco ormowskie podejście do kwestii społecznych. Jeśli przestępstwo to popełniane, oczywiście, przez prywatną inicjatywę... 
- Och, buduję taki kurnik, cztery pokoje wszystkiego - tłumaczył badylarz, prywatyzujący uspołecznione dotąd worki cementu.
...przez margines społeczny i środowiska z gruntu podejrzane... 
- Ten najstarszy to syn wozaka, znanego alkoholika. Reszta też typowe, rozbite rodziny - wyjaśniał porucznik Walendziak - Jeden ojciec odsiaduje manko, drugi coś narozrabiał i prysnął za granicę.
...oraz przez bananową młodzież:
- Tylko ten mały, Piechalak, ma normalny dom i rodziców na Kubie. 
No jasne. Normalka. Kto z nas nie miał rodziców na Kubie, prawda?
- Zresztą nieźle sytuowanych - ciągnął Walendziak - Ojciec na stanowisku, matka ginekolog.
"Ojciec na stanowisku" - zupełnie jak "Mój mąż jest z zawodu dyrektorem".

Panie władzo, ja nawet brygadzistą nie byłem

Winnym zabójstwa jest, oczywiście, recydywista, który, co prawda, do tej pory parał się jedynie drobnymi kradzieżami, ale przecież wszyscy wiemy, że od rzemyczka do koniczka, od piwka do denaturatu, a od "trawki" do wstrzykiwania butaprenu oraz wąchania kompotu i jeśli ktoś raz wszedł na drogę przestępstwa, ten ma już ostatecznie przegwizdane i na pewno skończy na krześle elektrycznym (sprawdzić stopień zasilania).

Żeby jednak nikt twórcom nie zarzucił, iż tylko krytykują, bez wskazywania pozytywnych wzorów - mamy młodego, dzielnego i bardzo wrażliwego na kwestie społeczne Andrzeja Rokitę z klasy IIC.
- Żal mi go było, bo czułem, że jest biedny. 
- Pod względem materialnym?
- To też, ale to nie było najważniejsze (...) On, proszę pana, dziewczyny traktował jak płyty. Że ten je ma, kto dobrze zarabia.
- Ale ty wiesz, że to nieprawda?
- Ja wiem, a ja mam ojca, który dobrze zarabia, a on nie miał żadnego.

Po jasnej stronie mocy mamy także syna kapitana Budnego - również z rozbitej rodziny, bo żona kapitana puściła męża w trąbę z brunetem metr osiemdziesiąt. I proszę, co jednak znaczy porządne wychowanie: Rokita chętnie współpracuje z milicją, biorąc udział w zasadzce na "bardzo niefajnych chłopców", syn kapitan to wzór cnót ("Skoro wrócisz późno, ta ja tu posiedzę, pouczę się"), a Anna Kłodzińska uśmiechała się zapewne na widok jednostek, które mimo młodego wieku, mają wyrobioną odpowiednią postawę i stosunek do resortu.

Jest, oczywiście, krytyka konsumpcjonizmu, jest robociarska tyrada na temat młodych, których się w głowach przewraca, jest wreszcie niezbyt subtelne zaznaczenie różnic społecznych przez klisze mieszkaniowe. Złodziej i prostytutka mieszkają w norze (I mean really), inżynier z Elwro - w czystym, jasnym mieszkaniu, pełnym antycznych mebli, świeczników i portretów przodków (zapewne von Borowieckich), a kapitan Budny z synem, w typowym PRL-owskim bloku, tu tapczanik, tam półeczka, ówdzie kuchenka gazowa i żeliwny zlewozmywak, zamaskowana dywanem podłoga, klubowe fotele dwa, na ścianie reprodukcja Van Gogha, a w lodówce puszka krupniku "Pudliszek". Ot, proste przyjemności produktywnych członków społeczeństwa. Zaliczyłbym do nich także tekst sierżanta o nabyciu wersalki z Wyszkowa ("Wie pan, jak się na tym świetnie śpi?"), ale podejrzewam, że mógł to być to ówczesny produktplejsmęt, a nowiutka wersalka zamiast do sierżanta mogła trafić któregoś z członków ekipy. Rozczulający był za to entuzjazm, z jakim kapitan Budny zareagował na wieść, iż syn nabył kawałek sera brie i ma zamiar zaczekać z konsumpcją na powrót ojca.

Sztandarowy wyrób seropodobny Spółdzielni Pracy Serowarskiej im. SDKPiL

Dziwną rolę gra w filmie miasto - niby jest stale obecne przez pojawiające się nieustannie nazwy ulic, wyliczanie przejść między nimi, tras i zaułków, ale z drugiej strony większość plenerów filmowana jest w bardzo wąskim planie, wypełnionym bądź przez bohaterów, bądź przez "ciągnący ulicami tłum" i rozpoznać znajome miejsca mogą chyba tylko uważni wrocławianie. Ciekawe podejście, zwłaszcza w zestawieniu ze współczesnymi produkcjami, w których aż się roi od ujęć "turystycznych", prezentujących miasto wszerz, wzdłuż i "po lewej stronie tych państwa, którzy się po prawej, widzimy panoramę, za wykonanie której miasto zapłaciło ekipie 300 tysięcy złotych z funduszu reprezentacyjnego i turystycznego". To także cecha kryminału milicyjnego - taki mały realizm, przywiązanie do detali mocno osadzających akcję w konkretnych miejscach, ale dla akcji zazwyczaj kompletnie nieistotnych ("Złote Koło" było o tyle wyjątkiem, że tytułowa ulica grała ważną rolę i opis okolicy miał znaczenie dla intrygi). Dzięki jednak dokładności twórców PRL-owskich kryminałów dziś ich wielbiciele mogą się bawić w wycieczki "szlakiem kapitana Szczęsnego" i odkrywać, że niektóre lokale gastronomiczne wciąż istnieją, choć Budafoku już się tam napić nie można. 

Sam film jest dość średniawym dziełem - długi jak akademia na cześć, naćkany niepotrzebnymi wątkami i jeszcze bardziej niepotrzebnymi scenami. Sporo filmowej waty - postaci wchodzą, witają się, jedne proszą drugie, żeby usiadły, drugie dziękują, ale postoją, no to może papierosa, a wie pan, że chętnie, zapalanie, zaciąganie się itd. No, czysty mamonizm. Plus wieczne jeżdżenie kapitana Budnego w tę i w tamtą, w tę i w tamtą. 
- Porucznik prosi, żeby pan przyjechał. Znają już nazwisko ofiary.
I kapitan Budny jedzie, choć nazwisko mógł poznać przez telefon lub przez posłańca. Przyjeżdża, dowiaduje się, że ofiara to Iksiński i odjeżdża w kolejną siną dal, żeby w innym miejscu dowiedzieć, się od współpracowników, że właśnie się pakują, bo późno, ale może wrócą tu jutro... samochód, droga, następne miejsce, co u was? A nic nowego... samochód, droga... Takie złudzenie akcji, wmawianie widzowi, że coś się dzieje, licznik cyka, milicyjny kwadrans minął na niczym.

Albo taka scena: w sprawie pojawia się adres. Pani porucznik od nieletnich, czyta, zrywa się i mówi "Jedziemy".
- Ale po co? Dokąd? - dziwi się kapitan.
- Wyjaśnię pod drodze - pani porucznik wybiega poruszona.
Po drodze niczego nie wyjaśnia - wyjaśnia dopiero po dojeździe na miejsce, które nie jest miejscem z adresu, tylko jakimiś ruinkami, w których czas jakiś temu doszło do przestępstwa. Łazi pani porucznik z kapitanem po tych ruinkach i objaśnia długo. Czemu nie mogła tego zrobić na komendzie i dlaczego kapitan musiał na własne oczy zobaczyć zmurszałe cegły, niekoszoną trawę i psią kupę pod płotem - nie wiadomo. Wiadomo, że poleciały kolejne minuty, sztucznie pompowana akcja siada, widz ziewa, deszcz pada.

Usta twe - kwiecie lilijane, które ciecze mirrą pirwą i przedniejszą

Bardzo słaby montaż, sporo wpadek wynikających z niechlujności realizatorów...
- Tu 08-26, odezwij się - mówi dyspozytor.
- Tu 08-26, zgłaszam się - odpowiada kapitan.
- I am Spartakus! I am Spartakus! - wrzeszczą pojmani gladiatorzy. 
Momentami niezłe dialogi, lekkie, z poczuciem humoru, zwłaszcza w czasie rozmów kapitana z synem - niestety, tylko momentami. Bardzo dziwna muzyka Jerzego Matuszkiewicza - trochę zalatująca "Kobrą", trochę "Stawką większą niż życie" i nie ma sprawy, to przecież kryminał, ale scena, w której kapitan Budny tapla schabowszczaki w panierce, muzycznie jest nielogiczna do potęgi, bo powinien przy niej przygrywać leciutki, słoneczno-rodzinny dżezik, a tymczasem lecą motywy mocno sensacyjne, jakby James Bond dyndał nad zaminowanym zlewem, a do drzwi lodówki łomotała kompania SS. Rozumiem, że dla niektórych gotujący mężczyzna to spora sensacja, ale nie przesadzajmy, naprawdę...

Na duży plus aktorstwo - Tadeusz Janczar w kwiecie wieku i urody, dodaje swojej postaci uroku i dystansu, w duetach z synem (filmowym i rzeczywistym) jest naturalny i cieplutki, choć wypada trochę słabiej niż Krzysztof. Janusz Bukowski był idealnym tłem dla Janczara, Barbara Marszałek i Teresa Lipowska były śliczne, Ryszard Pietruski majorowo-ojcowski (chyba nawet za bardzo - to jego "Oj, chłopcy, chłopcy..." ciągle mnie telepie), Jerzy Trela ładnie wyglądał w mundurze, w roli recydywy błysnął Zdzisław Maklakiewicz. Drugi i trzeci plan wypełniony naprawdę niezłymi nazwiskami - parominutowe scenki zagrali Bolesław Płotnicki, Kazimierz Wichniarz, Janusz Paluszkiewicz, Zofia Czerwińska za barem, Maria Kleydysz z dekoltem, Jadwiga Kuryluk w rozpaczy, wyjący Witold Dederko. Mignął Bogusław Sochnacki, Eugeniusz Priwieziencew zagrał nastolatka o postawie obywatelskiej, Maciej Englert - chuligana w ciuszkach a'la Jagger... i tak by można długo wymieniać. 

Jeśli ktoś lubi PRL-owskie kryminały i/lub Tadeusza Janczara albo mieszka we Wrocławiu i chce się pobawić w filmową zgaduj-zgadulę - to ewentualnie może, ale nie namawiam jakoś szczególnie gorąco.

Pusta butelka może zgubić równie skutecznie jak pełna.


Varia
1. Ulica Złote Koło już nie istnieje. Wyburzono ją w czasie budowy trasy W-Z w 1977 roku. 
2. Aleksander Ścibor-Rylski zarobił na scenariuszu dwukrotnie - w okolicach premiery opublikował go jako opowiadanie w serii "Ewa wzywa 07".
3. Film powstał na nieco dziwnych zasadach - niby zrealizował go Zespół Filmowy Nike, ale nie z własnej inicjatywy, tylko na zlecenie Telewizji Polskiej. Podobno była to częsta praktyka i podobno była trochę droższa niż normalne realizacje "zespołowe", co jakiś czas potem doprowadziło do powołania przez Macieja Szczepańskiego wewnątrz-telewizyjnego Poltelu, bo po co komuś "dawać zarabiać na rżnięcie"
4. W ramach prezentowania miejskiej topografii, bohaterscy milicjanci rzucili w pewnym momencie o szalonym wyjcu "Zawieźli go na Kraszewskiego - tam jest szpital psychiatryczny", ale chwilę później wspomnieli, że delikwent "uciekł z Kobierzyna" i tu już nie tłumaczyli charakteru instytucji. Co mogłoby świadczyć, że sława krakowskiego "uzdrowiska" jest ogólnopolska i nie wymaga precyzowania.
5. Czasami nieuwaga twórców dawała zabawne efekty - wspomniany szaleniec został aresztowany, bo cały zakrwawiony lazł ulicą i wrzeszczał że jest mordercą. Pod koniec filmu dowiedzieliśmy się od funkcjonariuszy, że "odwiedził siostrzeńca i pobił go młotkiem. Nic poważnego". Na CSI zbytnio się nie znam, ale jeśli facet napierniczał kogoś młotkiem na tyle energicznie, że sam był cały zakrwawiony, to ja bym jednak zadzwonił po patologa.
6. Porucznika Walendziaka zagrał syn reżysera, Andrzej Wohl.

Obywatel przedawkował Zeydlera-Zborowskiego i Kłodzińską

============
1971
Czas: 94 minuty
Reżyseria: Stanislaw Wohl
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski 
Obsada: Tadeusz Janczar, Janusz Bukowski, Zdzisław Maklakiewicz, Barbara Marszałek, Teresa Lipowska, Krzysztof Janczar, Ryszard Pietruski, Katarzyna Łaniewska, Kazimierz Wichniarz, Jerzy Trela, Andrzej Wohl, Eugeniusz Priwieziencew i inni.

2014-06-19

Płynące wieżowce [2013]

Żeby życie miało smaczek - raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Chłopczykowi w talerz dano: ser, makaron, oregano...

Kuba: pływak, przystojny, zbudowany (jak to pływak), w dziwnej relacji z matką, dziwnej relacji z dziewczyną i dziwnej relacji z samym sobą. Ze wszystkich relacji Kuby najnormalniejsza jest relacja z Michałem, stanowiąca główny temat filmu i główną linię podziału publiczności - jest to bowiem relacja uczuciowo-seksualna i część (chyba nawet spora) publiczności ogląda film przede wszystkim ze względu na swój stosunek do homoseksualizmu.
- Ale przecież sam reżyser twierdzi, że to nie jest film o homoseksualizmie, tylko o uczuciach i emocjach oraz odwrotnie.
I ma rację, bo to nie jest film o homoseksualizmie, tylko o uczuciach i emocjach oraz odwrotnie, ale tak się składa, że jedyny sens tego filmu, jedyny układ, w którym uczucia i emocje (oraz odwrotnie) budzą jakąkolwiek reakcję i refleksję, to układ, w którym Kuba miota się między Sylwią i Michałem. Ten sam film zbudowany na wyborze Kuby między dwiema dziewczynami byłby płaski i durny, a emocji wywoływałby tyle, ile mycie kubka po kawie. Gdyby natomiast główną bohaterką była Sylwia, wybierająca Kubę zamiast Eulalii?... No, nie - też połowę fabularnych rozwiązań i emocjonalnych budowli trzeba by wyrzucić do kosza, a druga połowa i tak ziałaby brakiem autentyczności. A gdyby Sylwia wybrała jednak Eulalię?... Moim skromnym zdaniem też by nie wypaliło. Raz - bo "Życie Adeli" już oglądaliśmy, a dwa - homoseksualizm kobiecy funkcjonuje (także u nas) na innych prawach niż męski i film nie miałby tego kopa emocjonalno-kontrowersyjnego.

Tylko wątek homoseksualny jest w tym filmie ciekawy i autentyczny. Układ Kuby z matką to jakiś dziwaczny konstrukt, przycięty i złożony na potrzeby filmu, momentami nawet formalnie ciekawy, ale ociekający sztucznością. Matka raz jest dla Kuby kumpelą, raz panią Wolowitz, raz kobietą nowoczesną, a innym razem stężonym i toksycznym kołtunem. Raz długo całuje Kubę w usta, innym razem namolnie drze się z łazienki, żeby synuś przyszedł mamusi umyć i wymasować plecki, a synuś posłusznie przerywa zaangażowane igraszki z rozochoconą Sylwią i idzie myć, tudzież masować. W wtorek mamusia uczy się japońskiego, w środę daje synowi po twarzy i labidzi, że fakt, iż Kuba woli Michała od Sylwii to jej wina i łobosiu jak możesz mi to robić. Ni pies, ni wydra, a kompleks Jokasty rozwala się na kanapie i czyta Olgę Tokarczuk.

Mamuśka? Telewizję pooglądaj sobie! Czemu nie możesz?... Firankę zasłonili, tak?

Kuba plus Sylwia? Też jakieś toto dziwne - niby są ze sobą dwa lata, niby dwa lata ze sobą mieszkają, niby Kuba o uczuciach mówi głośno i wyraźnie (choć momentami trochę "zaklinająco" i tym głośniej mówi, im mniej jest ich pewien), ale wieje chłodem, byciem ze sobą dla... No właśnie, dlaczego? Wspólnych zainteresowań nie widać, rozmów nie widać, zrozumienia i cierpliwości dla zachowań partnera mniej niż zero. Ot, taka parka, która... Kurczę, właściwie nie wiem, która co.

I w to wszystko wjeżdża teraz Michał. Dobry dom, dobre ciuchy, dobry samochód i "tego rodzaju jakby, wiesz... rozkminianie kadrów czy tego wszystkiego to jest takie jakby zajebiste". I dopiero wtedy zaczyna się coś dziać, dopiero wtedy emocje zaczynają być emocjami, dopiero wtedy człowiek jest ciekaw, co dalej. Fascynacja, uczucie czy namiętność? Akurat teraz, czy może jednak Kuba miał problemy ze swoją seksualnością już wcześniej? Na ile uczuciowe deklaracje Kuby wobec Sylwii są autentyczne i na ile zachowanie Sylwii wobec Michała jest walką o uczucia Kuby, a na ile tylko obroną swojej własności? I czy zachowanie Michała to coś prawdziwego, czy tylko podobno-homoseksualna klisza o uwiedzeniu pięknego heteryka?

Wasilewski znowu poszedł w minimalizm: akcji jest niewiele, ujęcia długie, statyczne, masa plenerów miejskich... wszystko to, co zobaczyliśmy w "W sypialni", tylko bardziej przemyślane, bardziej wysmakowane. Niestety, chwilami także bardziej męczące. Rozumiem, skontrastowanie scen przemieszczania się (wolność) z bezruchem (pułapka), rozumiem grę kolorami, rozumiem basenowe skontrowanie szczupłych i umięśnionych ciał męskich z kobiecymi obłościami...
- Krągłościami!
Nie, w filmie to są jednak obłości. Rozumiem zestawienie symetrycznej przystojności czarnowłosego Michała z antypatycznością Sylwii (celową - Martę Nieradkiewicz widziałem w "Z miłości" i sorry, makijaż w "Wieżowcach" miała tak kretyński, że nie mogło to być przypadkiem). OK, wszystko rozumiem, ale momentami ten minimalizm męczył - ente ujęcie samochodu sunącego po piętrowym parkingu, enty raz tunele Trasy Toruńskiej, kolejny kwadrans ze ścianą bloku albo korytarzem AWF... Ileż można?

A-7 - nie wymuszajmy pierwszeństwa

Minimalizm panował też w dialogach - przycięte były jak murawa na Wembley i to nawet pasowało, bo nie ma nic gorszego, niż scenarzysta, który próbuje pisać wielopoziomowe manifesty i zamęcza widza dętymi w dosłowności tyradami. W "Płynących wieżowcach" było naprawdę nieźle, ostrożnie i dyskretnie, co zostawiało spore pole do interpretacji, ale ponieważ "w kraju cudownych metafor" żyjemy tylko w piosenkach, to i Tomaszowi Wasilewskiemu zdarzała się słowna wata w stylu:
- Co oglądasz?
- Jakiś film (...)
- Pooglądasz ze mną?
- A fajny?
- Co?
- Film. 

Witamy w świecie komunikacji jednokomórkowej.

Czy jeszcze lepsze (zaraz po nader udanym seksie Kuby i Sylwii):
- Co dzisiaj robisz?
- A co?
- A nic. Tak pytam.


Po takich partiach nawet dość płaski numer z wyrzuceniem kluczowej rozmowy matki i Sylwii za szybę i przykrycie jej miejskimi odgłosami, budzi uznanie, bo natychmiast wyobrażamy sobie taką scenę w wykonaniu przeciętnego polskiego scenarzysty, te pokłady patosu, te skróty myślowe panierowane w dramatyzmie i ideowych deklaracjach... To już lepszy numer z szybą. Lepszy także od zakończenia, które w wątku Michała było cienkie jak barszcz, a w wątku Kuby czegoś mu brakowało. Było logiczne, nie rozłaziło się w szwach, ale jako finał historii o takim ładunku emocjonalnym - rozczarowywało.

Ciekawym pomysłem było zderzenie deklaracji Kuby z brakiem reakcji Sylwii. Związek się chwieje, chłopak - rozpaczliwie łamane przez samoobronnie zaczyna lgnąć do dziewczyny, zaczyna się deklarować, "Wiesz, że cię kocham", a panna wrzuca wsteczny i coś o zmarszczkach brącha. Innym razem po solidnej porcji interakcji fizjologicznych Kuba prosi "Powiedz, że mnie kochasz", a Sylwia najpierw udaje głuchą, a potem zawiadamia, że musi siku. Dobre było to, że Marta Nieradkiewicz nie odstawiała tu rozbieganych spojrzeń, "yyykania" i teatralnych póz, na kilometr wiejących odgórnie zinterpretowanym dramatem, tylko pociągnęła postać wycofaną, na jednym tonie i sam sobie, widzu, kombinuj. Taki sam numer - uciekania od rozmowy - scenarzysta zastosował w przypadku rozmów o homoseksualizmie.
- Sylwia, on jest pedałem!
- Wiesz, sprawdzałam ten podkład, który mi dałaś...

Też wyszło, ale jakby mniej, bez tej dozy autentyzmu, którą miały rozmowy o uczuciach, brzmiało to trochę programowo, trochę się tego podziewaliśmy. Nie, żeby to było złe - ot, w zestawieniu z innymi ten pomysł także wypadł ciekawie, ale słabiej.

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron...

Nieciekawym manewrem było natomiast dokładanie matczynych rozmówek japońsko-polskich w formie "dogaduszek" do dialogów. Matka siedzi z tyłu i... przepraszam, to nie ten film. Matka się irytuje, a rozmówki proponują przećwiczenie kwestii "Wyluzuj", rozmowa o ex-facecie matki, przez którego Kuba wyprowadził się czas jakiś temu - magnetofonik zawiadamia, że "Pan Tanaka rozwiódł się w zeszłym roku i musi płacić alimenty", rozmowa o Michale, a z głośników japoński i polski zwrot "Miłość od pierwszego wejrzenia". Raz - OK, drugi - no, niech nawet... Ale non stop? Grecki chór w empetrójce i po japońsku? Jakiś kołek do zawieszania tragizmu poproszę. Przy okazji - matka wypisywała sobie na ścianach różne dwujęzyczne sentencje. Nie chciało mi się odcyfrowywać, ale też pewnie "głęboko aluzyjne".

Trochę dało do myślenia rozwiązanie z rodzicami - matka Kuby i jej przejście z otwartości do zgrzytliwego kołtuna, matka Michała też pozornie po synowskiej stronie, pełna ciepłego zrozumienia i deklaracji, póki gejostwo syna zamiatane było pod dywan, jej pełna kapitulacja i paniczny odwrót, gdy tylko młody dokonuje rodzinnego coming outu oraz konfrontacja tej postawy (tych postaw, bo obie matki reagowały podobnie) z postawą ojca Michała. Ojca, którego reakcji wszyscy się bali, a który zareagował najnormalniej ze wszystkich. Celny kontrast, choć i tu reżyser poszedł trochę za daleko, bo chcąc pokazać świetną reakcję ojca, "podkręcił" stereotypowe zachowanie matek, przez co ruszył "drogą wszystkich scenarzystów" czyli na skróty, z fanfarami, czynelami itd. Takich skoków w kontrowanie stereotypów było zresztą więcej i za każdym razem zgrzyt był spory, bo im Wasilewski miał lepszy pomysł na obalanie stereotypu, tym bardziej ów stereotyp wyglądał plastikowo, tym bardziej jego użycie wołało, że sobie nie życzy mieszania do kiczu. Szczyt Wasilewski osiągnął w scenach z agresywną wobec homoseksualizmu dresiarnią - reakcja Kuby na rzucone w przelocie "Ciota zajebana" była świetna filmowo właśnie przez zderzenie ze stereotypem geja, ba! za stereotypem studenta bez żadnych konotacji seksualnych i tyle wystarczyło - niestety, scenarzysta musiał dołożyć drugą scenę z dresiarzami i widz, zamiast przeżywać, zasłaniał oczy ze wstydu, że ktoś mógł wpaść na taki kiczowaty pomysł i próbować grać na emocjach zagrywkami rodem z Dołęgi-Mostowicza.

Tunelowanie metaforyczności

Jak wspomniałem parę pieter wyżej, film trzyma się tylko na wątku homoseksualnym - bez niego fabuła rozpada się w proch, odpadają wszelkie dylematy, reakcje rodziców i dresiarni nie mają uzasadnienia i zostaje sama tylko jazda po parkingach. Z kwestią uczuć Wasilewski poradził sobie bardzo dobrze, ale poszedł parę kroków dalej - w seksualność i... I tu radzić sobie musieli widzowie. Bo tutaj to widz musiał zmagać się z samym sobą, nie tylko ze swoim stosunkiem do homoseksualizmu, ale także z umiejętnością oddzielenia filmu od rzeczywistości i własnego do niej stosunku. Zdarzyło mi się czytać w paru recenzjach dość mocne pretensje do Wasilewskiego, że epatował seksem, że niepotrzebnie skupił się na na homoerotycznych fantazjach, że przecież to wszystko można było rozegrać w sferze uczuć itd. itp. Te same sceny - dokładnie te same - w wykonaniu męsko-damskim nikogo by nie obeszły, żaden krytyk nawet by o nich w recenzji nie wspomniał, ewentualnie pochwaliłby Martę Nieradkiewicz za "odważne utożsamienie się z postacią", ale kiedy na ekranie całuje się dwóch facetów - uuuu, sodomagomoraepatowanie! W tysiącu filmów zasuwające po ekranie nagie kobiety nikomu nie przeszkadzają, może tylko czasem z tylnych rzędów rozlegnie się chichocik emocjonalnego gimnazjalisty, ale widok nagich facetów pod prysznicem wywołuje nerwowe chrząknięcia i tradycyjne teksty o "trzymaniu seksualności w sypialni, bo kogo obchodzi, co oni robią pod kołdrą". Gdy Kuba namiętnie oralizuje Sylwię, a ona dziękuje mu z potulnym uśmieszkiem, widownia szczerzy się z heteroseksualną satysfakcją, bo porządek rzeczy został przywrócony, albośmy to jacy tacy, ale kiedy Kuba namiętnie całuje Michała - ooo, co to, to nie, precz z preczem, dyzgusta jakieś, Jontek chwytaj za widły, a ty, Zenuś, za zapałki i chodźmy spalić spychacz, bo mi się kojarzy. Oraz maszynę do pisania.
- Yyy... chyba tęczę?
Tak, tęczę też!

Niestety, często sprzeciw wobec postaw, zachowań czy orientacji przekłada się na stosunek do filmu i "Płynące wieżowce" dostają dzwona nie za to, że scenariusz, reżyseria, statyczność czy "dialogi niedobre", tylko za to, że dwóch facetów się całuje. Och, żeby aż "się całuje" - wielu widzom wystarczyła tematyka, by z założenia film odrzucić albo przynajmniej oglądać z uprzedzeniem ustawionym na "cała naprzód"... Trzeba przyznać, że reżyser nie ułatwia zadania i nie oszczędza widza. Zamiast dyskretnie coś zasugerować, polecieć Żeromskim i drzwi zamknąć, auto-się-ocenzurować - leci otwartym tekstem i otwartą wizją. Pocałunek Kuby i Michała - bliski plan, ognista scena na parkingu - zero aluzji, dosłowność na full. Obie sceny niczym nie różnią się od podobnych scen damsko-męskich w innych filmach, ale tu mamy dwóch facetów, więc jeśli ktoś ogląda film światopoglądem - może mieć z tym problem. I sporo osób ma... Filmowo to się jednak broni i jako fragment scenariusza, i jako zadanie aktorskie, i pod względem czysto technicznym (filmowanie, oświetlenie itd), więc problemu nie widzę, choć nie ukrywam - i ja miałem z niektórymi scenami kłopot. Był to kłopot - i tu się uśmiejecie - akustyczny. Jedyne momenty, kiedy moja chłopięca wrażliwość protestowała bardzo, to sceny w toaletach AWF, a właściwie dźwięk tych scen - wypreparowany tak czysto, że aż agresywnie. Nie, to nie kwestia wyobrażania sobie, co oni tam, święta Petronelo, wyprawiają, bo to przecież było oczywiste, ale sterylność tych odgłosów, wywalenie ich na pierwszy plan, na jedyny plan właściwie... Nie wiem, nie potrafię tego wyjaśnić, ale dysonans mi się włączył. Może to kwestia wychowania? Zachowania przy stole uczono mnie odkąd byłem w stanie zrozumieć, co to stół i niechęć do ciamkania zaszczepioną mam głęboko.

A cija ta nózia buzia rąsia, cija?

- Nawet scena na parkingu cię nie zniesmaczyła? - zapytała zdziwiona Opinia Publiczna.
Szczerze mówiąc, scena na parkingu rozśmieszyła mnie nieco. Miało być namiętnie, poza czasem, poza światem, tylko on i on, udręka, ekstaza i te rzeczy, a tu żelazne ogrodzenie chodzi w tę i w tamtą, pręt o pręt napiernicza, jazgot jak stąd na Wawrzyszew i zaraz się pół dzielnicy zleci, w strachu, że im samochody kradną. Dongdongdongodongbrzdęk, ledwie karczmy nie rozwalą... Żadnego nastroju, żadnej intymności i tylko się trzeba cieszyć, że nie oparli się o samochód, bo pewnie by się alarm włączył. Ale o ścianę to by jednak mogli - na namiętności scena by nie straciła, a wrażenia akustyczne byłyby bardziej klimatyczne.

Enyłej, seksualność w "Płynących wieżowcach" pokazana jest naprawdę dobrze, powiedziałbym nawet, że subtelniej niż w wielu filmach czysto-hetero, więc jeśli tylko widz kinowy jest widzem kinowym i nie cierpi na spuchnięcie światopoglądu, objawiające się koniecznością obwieszczania swojego stosunku do homoseksualizmu w każdej możliwej sytuacji, od fasolki po bretońsku po cyklinowanie parkietu - nie powinien mieć żadnego problemu ze scenami erotycznymi w "Wieżowcach". W razie czego, proste ćwiczenie - zamiast Michała podstawiamy sobie Juliette Binoche, Rosario Dawson albo Annę Prus, cała reszta zostaje taka sama.... I co? No, właśnie nic. Normalna scena erotyczna. QED.

Film elegancki plastycznie - już w "W sypialni" Wasilewski pokazał, że wystarczy mu kawałek ściany, pół metra drutu i żarówka, żeby ustawić efektowny i zapadający w pamięć plan. "Płynące wieżowce" są wysmakowane estetycznie, umiejętnie minimalistyczne, parę plenerów, parę ujęć ujmujących uniwersalizmem - gdyby nie tabliczka z nazwą stacji metra, cała historia rozgrywałaby się "w Polsce czyli wszędzie", bo nawet niby charakterystyczne tunele Trasy Toruńskiej są charakterystyczne względnie. Świetne światło, znakomicie układane plany (scena obiadu), przemyślane zdjęcia, celowa statyczność ujęć - przyjemność dla oczu po prostu. Gdyby jeszcze tylko reżyser nie bawił się w przyciężkawe metafory z kręceniem się po parkingu...

Motylę jestę

Aktorsko - bardzo dobrze (a nawet lepiej), przy czym 3/4 chwały spada na Mateusza Banasiuka i Bartosza Gelnera. Na minimalistycznym podejściu Wasilewskiego łatwo się było wyłożyć - długie ujęcia, sporo bezruchu, grać trzeba było ze świadomością, że kamera przyklejona do twarzy wyłapie każdy niuans, każdy grymas, a wszystko przemnoży razy cztery i od groteski dzieli aktora jedno mrugnięcie okiem czy oblizanie warg. Banasiuk i Gelner wytrzymali presję tematu i bliskość kamery, zagrali naprawdę dojrzale, sceny erotyczne odegrali z pasją i jeśli "Płynące wieżowce" oglądało się jak opowieść o uczuciach, a nie tylko o seksualnej namiętności..
- Chuci! Powiedz "chuci"!
... czy chuci, to właśnie dzięki ich grze. Marta Nieradkiewicz rolę miała napisaną średnio i bardzo nierówno, ale w ważnych momentach filmu radziła sobie nieźle i chyba tylko ze dwa razy obsunęła się w sztampę, ale nie wiem, czy to wina jej, czy reżysera. Izabela Kuna i Katarzyna Herman nie pokazały nic wielkiego - zagrały to, co grają zwykle, jakoś odnalazły się w rolach, przy czym Izabela Kuna miała łatwiej, bo od początku grała stereotyp, a postać Katarzyny Herman miała zadatki i obsuwa w schemat była winą scenarzysty/reżysera, podobnie jak idiotycznie rozmazany makijaż w scenie "synu, to moja wina, jak możesz mi to robić" (żeby w XXI wieku stosować jeszcze takie chwyty...). Mirosław Zbrojewicz jako ojciec - bez zarzutu, ale tej roli nie można było zepsuć. W drugim planie (tak naprawdę w trzecim, ale mniejsza o detale) pojawiła się Olga Frycz - grała jak zwykle źle, za to świetnie nosiła tacę z drinkami i kto wie, może Tomasz Wasilewski niechcący odkrył idealną ścieżkę zawodową dla młodej aktorki?

Nie wiem, czy trzeba - wiem, że warto, bo przy wszystkich swoich brakach i pretensjonalności "Płynące wieżowce" to naprawdę porządnie zrobione kino, które można pokazać w dowolnym miejscu na świecie i co prawda laurów lepiej się nie spodziewać (choć film sporo nagród dostał), ale wstydzić się go nie trzeba, bo warsztatowo poziom trzyma, do myślenia może dawać, a i ciekawe obserwacje widz może na sobie samym poczynić. Jak na polski film - sporo.

Co my paczymy?



Varia
1. Przed michałowym coming outem szwagier Michała rozmawia z jego ojcem o meczu reprezentacji Polski. Rozmowa jest kompletnie bez sensu, widać, że scenarzysta piłkę nożną widział tylko przez kwadrans w TVP1 i do dziś nie wie, którzy to "nasi", ale przy haśle "Wasilewski był najgorszy" przyznam, że zachichotałem. Niezłe.
2. Po coming outcie Michał z matką siedzą w samochodzie stojącym na jakieś przelotowce (skoro część scen kręcono na Trasie Toruńskiej, to pewnie po lewej stronie Wisły, Bielany, Żoliborz, te okolice). I niech sobie stoją, i niech sobie przeżywają, ale bez włączonych awaryjnych? Noc, deszcz pada, oni stoją na ruchliwej trasie (nie, nie na poboczu - na pasie), na zwykłych pozycyjnych? Kamaaan... pięć punktów, pińcet złotych i jednocześnie informuję, że może pan odmówić przyjęcia mandatu, a wtedy...
3. Podobno reżyser prowadził sześciomiesięczne próby z trójką głównych aktorów... Tu włączył mi się <Lawrence Olivier mode> czyli "A nie można by tego po prostu zagrać?", ale efekty były nader-nader, więc się nie czepiam. Wolę sześciomiesięczne próby i dobre efekty niż szarą filmową rzeczywistość czyli brak prób i brak efektów.
4. Początkowo "Płynące wieżowce" nie dostały dotacji PISF - eksperci wypowiedzieli się o filmie negatywnie. Decyzję o dofinansowaniu kwotą 300 tysięcy (później zwiększoną do pół miliona) podjęła po odwołaniu twórców dyrektor PISF i w tym przypadku popieram ją całkowicie, zwłaszcza, że wiem, ile dostawały inne polskie filmy ("0-1-0" Łazarkiewicza - 1,2 mln, "Lekcje pana Kuki" - 2,5 mln w 2007 roku, "Bitwa warszawska" - 9 mln  itd.) Ciekaw byłbym natomiast uzasadnienia komisji w sprawie odrzucenia wniosku o dofinansowanie "Płynących wieżowców".
5. Mirosław Zbrojewicz, grający ojca Michała jakiś rok temu wystąpił w kampanii medialnej "Rodzice odważcie się mówić", mającej pokazać iż rozmowa o homoseksualizmie potomka to nic strasznego, a syn-gej to nie Lizzie Borden z toporem, tylko syn po prostu i nie szukajmy problemu tam, gdzie go nie ma.Ciekawe, co było pierwsze - rola w filmie, czy rola w kampanii i czy jedno miało jakiś wpływ na drugie? 
6. Zdjęcia - Jakub Kijowski. Oklaski. Tak, syn tego Kijowskiego i brat tej Kijowskiej.
7. Ciekawostki z szóstego planu - w filmie można dostrzec Aleksandrę Bednarz ("Druciki"), Katarzynę Rosłaniec (reżyserka "Galerianek" i "Bejbi Blues"), Orinę Krajewską (tak bardzo widać, czyją jest córką, że lista płac pełniła wyłącznie rolę weryfikacji) oraz ojca Mateusza Banasiuka, Stanisława, który brawurowo zagrał restauracyjnego gościa, siedzącego przez 3/4 sekundy twarzą do kamery.

O, jenyjeny, co ludzie powiedzą albo Iksińska spod szóstki?


============
Płynące wieżowce
2013
Czas:
89 minut
Reżyseria: Tomasz Wasilewski
Scenariusz: Tomasz Wasilewski
Obsada: Mateusz Banasiuk, Marta Nieradkiewicz, Bartosz Gelner, Katarzyna Herman, Izabela Kuna, Olga Frycz, Mirosław Zbrojewicz, Katarzyna Maciąg i inni.
Dofinansowanie PISF: 500 000 zł (produkcja)