2014-06-19

Płynące wieżowce [2013]

Żeby życie miało smaczek - raz dziewczynka, raz chłopaczek.

Chłopczykowi w talerz dano: ser, makaron, oregano...

Kuba: pływak, przystojny, zbudowany (jak to pływak), w dziwnej relacji z matką, dziwnej relacji z dziewczyną i dziwnej relacji z samym sobą. Ze wszystkich relacji Kuby najnormalniejsza jest relacja z Michałem, stanowiąca główny temat filmu i główną linię podziału publiczności - jest to bowiem relacja uczuciowo-seksualna i część (chyba nawet spora) publiczności ogląda film przede wszystkim ze względu na swój stosunek do homoseksualizmu.
- Ale przecież sam reżyser twierdzi, że to nie jest film o homoseksualizmie, tylko o uczuciach i emocjach oraz odwrotnie.
I ma rację, bo to nie jest film o homoseksualizmie, tylko o uczuciach i emocjach oraz odwrotnie, ale tak się składa, że jedyny sens tego filmu, jedyny układ, w którym uczucia i emocje (oraz odwrotnie) budzą jakąkolwiek reakcję i refleksję, to układ, w którym Kuba miota się między Sylwią i Michałem. Ten sam film zbudowany na wyborze Kuby między dwiema dziewczynami byłby płaski i durny, a emocji wywoływałby tyle, ile mycie kubka po kawie. Gdyby natomiast główną bohaterką była Sylwia, wybierająca Kubę zamiast Eulalii?... No, nie - też połowę fabularnych rozwiązań i emocjonalnych budowli trzeba by wyrzucić do kosza, a druga połowa i tak ziałaby brakiem autentyczności. A gdyby Sylwia wybrała jednak Eulalię?... Moim skromnym zdaniem też by nie wypaliło. Raz - bo "Życie Adeli" już oglądaliśmy, a dwa - homoseksualizm kobiecy funkcjonuje (także u nas) na innych prawach niż męski i film nie miałby tego kopa emocjonalno-kontrowersyjnego.

Tylko wątek homoseksualny jest w tym filmie ciekawy i autentyczny. Układ Kuby z matką to jakiś dziwaczny konstrukt, przycięty i złożony na potrzeby filmu, momentami nawet formalnie ciekawy, ale ociekający sztucznością. Matka raz jest dla Kuby kumpelą, raz panią Wolowitz, raz kobietą nowoczesną, a innym razem stężonym i toksycznym kołtunem. Raz długo całuje Kubę w usta, innym razem namolnie drze się z łazienki, żeby synuś przyszedł mamusi umyć i wymasować plecki, a synuś posłusznie przerywa zaangażowane igraszki z rozochoconą Sylwią i idzie myć, tudzież masować. W wtorek mamusia uczy się japońskiego, w środę daje synowi po twarzy i labidzi, że fakt, iż Kuba woli Michała od Sylwii to jej wina i łobosiu jak możesz mi to robić. Ni pies, ni wydra, a kompleks Jokasty rozwala się na kanapie i czyta Olgę Tokarczuk.

Mamuśka? Telewizję pooglądaj sobie! Czemu nie możesz?... Firankę zasłonili, tak?

Kuba plus Sylwia? Też jakieś toto dziwne - niby są ze sobą dwa lata, niby dwa lata ze sobą mieszkają, niby Kuba o uczuciach mówi głośno i wyraźnie (choć momentami trochę "zaklinająco" i tym głośniej mówi, im mniej jest ich pewien), ale wieje chłodem, byciem ze sobą dla... No właśnie, dlaczego? Wspólnych zainteresowań nie widać, rozmów nie widać, zrozumienia i cierpliwości dla zachowań partnera mniej niż zero. Ot, taka parka, która... Kurczę, właściwie nie wiem, która co.

I w to wszystko wjeżdża teraz Michał. Dobry dom, dobre ciuchy, dobry samochód i "tego rodzaju jakby, wiesz... rozkminianie kadrów czy tego wszystkiego to jest takie jakby zajebiste". I dopiero wtedy zaczyna się coś dziać, dopiero wtedy emocje zaczynają być emocjami, dopiero wtedy człowiek jest ciekaw, co dalej. Fascynacja, uczucie czy namiętność? Akurat teraz, czy może jednak Kuba miał problemy ze swoją seksualnością już wcześniej? Na ile uczuciowe deklaracje Kuby wobec Sylwii są autentyczne i na ile zachowanie Sylwii wobec Michała jest walką o uczucia Kuby, a na ile tylko obroną swojej własności? I czy zachowanie Michała to coś prawdziwego, czy tylko podobno-homoseksualna klisza o uwiedzeniu pięknego heteryka?

Wasilewski znowu poszedł w minimalizm: akcji jest niewiele, ujęcia długie, statyczne, masa plenerów miejskich... wszystko to, co zobaczyliśmy w "W sypialni", tylko bardziej przemyślane, bardziej wysmakowane. Niestety, chwilami także bardziej męczące. Rozumiem, skontrastowanie scen przemieszczania się (wolność) z bezruchem (pułapka), rozumiem grę kolorami, rozumiem basenowe skontrowanie szczupłych i umięśnionych ciał męskich z kobiecymi obłościami...
- Krągłościami!
Nie, w filmie to są jednak obłości. Rozumiem zestawienie symetrycznej przystojności czarnowłosego Michała z antypatycznością Sylwii (celową - Martę Nieradkiewicz widziałem w "Z miłości" i sorry, makijaż w "Wieżowcach" miała tak kretyński, że nie mogło to być przypadkiem). OK, wszystko rozumiem, ale momentami ten minimalizm męczył - ente ujęcie samochodu sunącego po piętrowym parkingu, enty raz tunele Trasy Toruńskiej, kolejny kwadrans ze ścianą bloku albo korytarzem AWF... Ileż można?

A-7 - nie wymuszajmy pierwszeństwa

Minimalizm panował też w dialogach - przycięte były jak murawa na Wembley i to nawet pasowało, bo nie ma nic gorszego, niż scenarzysta, który próbuje pisać wielopoziomowe manifesty i zamęcza widza dętymi w dosłowności tyradami. W "Płynących wieżowcach" było naprawdę nieźle, ostrożnie i dyskretnie, co zostawiało spore pole do interpretacji, ale ponieważ "w kraju cudownych metafor" żyjemy tylko w piosenkach, to i Tomaszowi Wasilewskiemu zdarzała się słowna wata w stylu:
- Co oglądasz?
- Jakiś film (...)
- Pooglądasz ze mną?
- A fajny?
- Co?
- Film. 

Witamy w świecie komunikacji jednokomórkowej.

Czy jeszcze lepsze (zaraz po nader udanym seksie Kuby i Sylwii):
- Co dzisiaj robisz?
- A co?
- A nic. Tak pytam.


Po takich partiach nawet dość płaski numer z wyrzuceniem kluczowej rozmowy matki i Sylwii za szybę i przykrycie jej miejskimi odgłosami, budzi uznanie, bo natychmiast wyobrażamy sobie taką scenę w wykonaniu przeciętnego polskiego scenarzysty, te pokłady patosu, te skróty myślowe panierowane w dramatyzmie i ideowych deklaracjach... To już lepszy numer z szybą. Lepszy także od zakończenia, które w wątku Michała było cienkie jak barszcz, a w wątku Kuby czegoś mu brakowało. Było logiczne, nie rozłaziło się w szwach, ale jako finał historii o takim ładunku emocjonalnym - rozczarowywało.

Ciekawym pomysłem było zderzenie deklaracji Kuby z brakiem reakcji Sylwii. Związek się chwieje, chłopak - rozpaczliwie łamane przez samoobronnie zaczyna lgnąć do dziewczyny, zaczyna się deklarować, "Wiesz, że cię kocham", a panna wrzuca wsteczny i coś o zmarszczkach brącha. Innym razem po solidnej porcji interakcji fizjologicznych Kuba prosi "Powiedz, że mnie kochasz", a Sylwia najpierw udaje głuchą, a potem zawiadamia, że musi siku. Dobre było to, że Marta Nieradkiewicz nie odstawiała tu rozbieganych spojrzeń, "yyykania" i teatralnych póz, na kilometr wiejących odgórnie zinterpretowanym dramatem, tylko pociągnęła postać wycofaną, na jednym tonie i sam sobie, widzu, kombinuj. Taki sam numer - uciekania od rozmowy - scenarzysta zastosował w przypadku rozmów o homoseksualizmie.
- Sylwia, on jest pedałem!
- Wiesz, sprawdzałam ten podkład, który mi dałaś...

Też wyszło, ale jakby mniej, bez tej dozy autentyzmu, którą miały rozmowy o uczuciach, brzmiało to trochę programowo, trochę się tego podziewaliśmy. Nie, żeby to było złe - ot, w zestawieniu z innymi ten pomysł także wypadł ciekawie, ale słabiej.

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron...

Nieciekawym manewrem było natomiast dokładanie matczynych rozmówek japońsko-polskich w formie "dogaduszek" do dialogów. Matka siedzi z tyłu i... przepraszam, to nie ten film. Matka się irytuje, a rozmówki proponują przećwiczenie kwestii "Wyluzuj", rozmowa o ex-facecie matki, przez którego Kuba wyprowadził się czas jakiś temu - magnetofonik zawiadamia, że "Pan Tanaka rozwiódł się w zeszłym roku i musi płacić alimenty", rozmowa o Michale, a z głośników japoński i polski zwrot "Miłość od pierwszego wejrzenia". Raz - OK, drugi - no, niech nawet... Ale non stop? Grecki chór w empetrójce i po japońsku? Jakiś kołek do zawieszania tragizmu poproszę. Przy okazji - matka wypisywała sobie na ścianach różne dwujęzyczne sentencje. Nie chciało mi się odcyfrowywać, ale też pewnie "głęboko aluzyjne".

Trochę dało do myślenia rozwiązanie z rodzicami - matka Kuby i jej przejście z otwartości do zgrzytliwego kołtuna, matka Michała też pozornie po synowskiej stronie, pełna ciepłego zrozumienia i deklaracji, póki gejostwo syna zamiatane było pod dywan, jej pełna kapitulacja i paniczny odwrót, gdy tylko młody dokonuje rodzinnego coming outu oraz konfrontacja tej postawy (tych postaw, bo obie matki reagowały podobnie) z postawą ojca Michała. Ojca, którego reakcji wszyscy się bali, a który zareagował najnormalniej ze wszystkich. Celny kontrast, choć i tu reżyser poszedł trochę za daleko, bo chcąc pokazać świetną reakcję ojca, "podkręcił" stereotypowe zachowanie matek, przez co ruszył "drogą wszystkich scenarzystów" czyli na skróty, z fanfarami, czynelami itd. Takich skoków w kontrowanie stereotypów było zresztą więcej i za każdym razem zgrzyt był spory, bo im Wasilewski miał lepszy pomysł na obalanie stereotypu, tym bardziej ów stereotyp wyglądał plastikowo, tym bardziej jego użycie wołało, że sobie nie życzy mieszania do kiczu. Szczyt Wasilewski osiągnął w scenach z agresywną wobec homoseksualizmu dresiarnią - reakcja Kuby na rzucone w przelocie "Ciota zajebana" była świetna filmowo właśnie przez zderzenie ze stereotypem geja, ba! za stereotypem studenta bez żadnych konotacji seksualnych i tyle wystarczyło - niestety, scenarzysta musiał dołożyć drugą scenę z dresiarzami i widz, zamiast przeżywać, zasłaniał oczy ze wstydu, że ktoś mógł wpaść na taki kiczowaty pomysł i próbować grać na emocjach zagrywkami rodem z Dołęgi-Mostowicza.

Tunelowanie metaforyczności

Jak wspomniałem parę pieter wyżej, film trzyma się tylko na wątku homoseksualnym - bez niego fabuła rozpada się w proch, odpadają wszelkie dylematy, reakcje rodziców i dresiarni nie mają uzasadnienia i zostaje sama tylko jazda po parkingach. Z kwestią uczuć Wasilewski poradził sobie bardzo dobrze, ale poszedł parę kroków dalej - w seksualność i... I tu radzić sobie musieli widzowie. Bo tutaj to widz musiał zmagać się z samym sobą, nie tylko ze swoim stosunkiem do homoseksualizmu, ale także z umiejętnością oddzielenia filmu od rzeczywistości i własnego do niej stosunku. Zdarzyło mi się czytać w paru recenzjach dość mocne pretensje do Wasilewskiego, że epatował seksem, że niepotrzebnie skupił się na na homoerotycznych fantazjach, że przecież to wszystko można było rozegrać w sferze uczuć itd. itp. Te same sceny - dokładnie te same - w wykonaniu męsko-damskim nikogo by nie obeszły, żaden krytyk nawet by o nich w recenzji nie wspomniał, ewentualnie pochwaliłby Martę Nieradkiewicz za "odważne utożsamienie się z postacią", ale kiedy na ekranie całuje się dwóch facetów - uuuu, sodomagomoraepatowanie! W tysiącu filmów zasuwające po ekranie nagie kobiety nikomu nie przeszkadzają, może tylko czasem z tylnych rzędów rozlegnie się chichocik emocjonalnego gimnazjalisty, ale widok nagich facetów pod prysznicem wywołuje nerwowe chrząknięcia i tradycyjne teksty o "trzymaniu seksualności w sypialni, bo kogo obchodzi, co oni robią pod kołdrą". Gdy Kuba namiętnie oralizuje Sylwię, a ona dziękuje mu z potulnym uśmieszkiem, widownia szczerzy się z heteroseksualną satysfakcją, bo porządek rzeczy został przywrócony, albośmy to jacy tacy, ale kiedy Kuba namiętnie całuje Michała - ooo, co to, to nie, precz z preczem, dyzgusta jakieś, Jontek chwytaj za widły, a ty, Zenuś, za zapałki i chodźmy spalić spychacz, bo mi się kojarzy. Oraz maszynę do pisania.
- Yyy... chyba tęczę?
Tak, tęczę też!

Niestety, często sprzeciw wobec postaw, zachowań czy orientacji przekłada się na stosunek do filmu i "Płynące wieżowce" dostają dzwona nie za to, że scenariusz, reżyseria, statyczność czy "dialogi niedobre", tylko za to, że dwóch facetów się całuje. Och, żeby aż "się całuje" - wielu widzom wystarczyła tematyka, by z założenia film odrzucić albo przynajmniej oglądać z uprzedzeniem ustawionym na "cała naprzód"... Trzeba przyznać, że reżyser nie ułatwia zadania i nie oszczędza widza. Zamiast dyskretnie coś zasugerować, polecieć Żeromskim i drzwi zamknąć, auto-się-ocenzurować - leci otwartym tekstem i otwartą wizją. Pocałunek Kuby i Michała - bliski plan, ognista scena na parkingu - zero aluzji, dosłowność na full. Obie sceny niczym nie różnią się od podobnych scen damsko-męskich w innych filmach, ale tu mamy dwóch facetów, więc jeśli ktoś ogląda film światopoglądem - może mieć z tym problem. I sporo osób ma... Filmowo to się jednak broni i jako fragment scenariusza, i jako zadanie aktorskie, i pod względem czysto technicznym (filmowanie, oświetlenie itd), więc problemu nie widzę, choć nie ukrywam - i ja miałem z niektórymi scenami kłopot. Był to kłopot - i tu się uśmiejecie - akustyczny. Jedyne momenty, kiedy moja chłopięca wrażliwość protestowała bardzo, to sceny w toaletach AWF, a właściwie dźwięk tych scen - wypreparowany tak czysto, że aż agresywnie. Nie, to nie kwestia wyobrażania sobie, co oni tam, święta Petronelo, wyprawiają, bo to przecież było oczywiste, ale sterylność tych odgłosów, wywalenie ich na pierwszy plan, na jedyny plan właściwie... Nie wiem, nie potrafię tego wyjaśnić, ale dysonans mi się włączył. Może to kwestia wychowania? Zachowania przy stole uczono mnie odkąd byłem w stanie zrozumieć, co to stół i niechęć do ciamkania zaszczepioną mam głęboko.

A cija ta nózia buzia rąsia, cija?

- Nawet scena na parkingu cię nie zniesmaczyła? - zapytała zdziwiona Opinia Publiczna.
Szczerze mówiąc, scena na parkingu rozśmieszyła mnie nieco. Miało być namiętnie, poza czasem, poza światem, tylko on i on, udręka, ekstaza i te rzeczy, a tu żelazne ogrodzenie chodzi w tę i w tamtą, pręt o pręt napiernicza, jazgot jak stąd na Wawrzyszew i zaraz się pół dzielnicy zleci, w strachu, że im samochody kradną. Dongdongdongodongbrzdęk, ledwie karczmy nie rozwalą... Żadnego nastroju, żadnej intymności i tylko się trzeba cieszyć, że nie oparli się o samochód, bo pewnie by się alarm włączył. Ale o ścianę to by jednak mogli - na namiętności scena by nie straciła, a wrażenia akustyczne byłyby bardziej klimatyczne.

Enyłej, seksualność w "Płynących wieżowcach" pokazana jest naprawdę dobrze, powiedziałbym nawet, że subtelniej niż w wielu filmach czysto-hetero, więc jeśli tylko widz kinowy jest widzem kinowym i nie cierpi na spuchnięcie światopoglądu, objawiające się koniecznością obwieszczania swojego stosunku do homoseksualizmu w każdej możliwej sytuacji, od fasolki po bretońsku po cyklinowanie parkietu - nie powinien mieć żadnego problemu ze scenami erotycznymi w "Wieżowcach". W razie czego, proste ćwiczenie - zamiast Michała podstawiamy sobie Juliette Binoche, Rosario Dawson albo Annę Prus, cała reszta zostaje taka sama.... I co? No, właśnie nic. Normalna scena erotyczna. QED.

Film elegancki plastycznie - już w "W sypialni" Wasilewski pokazał, że wystarczy mu kawałek ściany, pół metra drutu i żarówka, żeby ustawić efektowny i zapadający w pamięć plan. "Płynące wieżowce" są wysmakowane estetycznie, umiejętnie minimalistyczne, parę plenerów, parę ujęć ujmujących uniwersalizmem - gdyby nie tabliczka z nazwą stacji metra, cała historia rozgrywałaby się "w Polsce czyli wszędzie", bo nawet niby charakterystyczne tunele Trasy Toruńskiej są charakterystyczne względnie. Świetne światło, znakomicie układane plany (scena obiadu), przemyślane zdjęcia, celowa statyczność ujęć - przyjemność dla oczu po prostu. Gdyby jeszcze tylko reżyser nie bawił się w przyciężkawe metafory z kręceniem się po parkingu...

Motylę jestę

Aktorsko - bardzo dobrze (a nawet lepiej), przy czym 3/4 chwały spada na Mateusza Banasiuka i Bartosza Gelnera. Na minimalistycznym podejściu Wasilewskiego łatwo się było wyłożyć - długie ujęcia, sporo bezruchu, grać trzeba było ze świadomością, że kamera przyklejona do twarzy wyłapie każdy niuans, każdy grymas, a wszystko przemnoży razy cztery i od groteski dzieli aktora jedno mrugnięcie okiem czy oblizanie warg. Banasiuk i Gelner wytrzymali presję tematu i bliskość kamery, zagrali naprawdę dojrzale, sceny erotyczne odegrali z pasją i jeśli "Płynące wieżowce" oglądało się jak opowieść o uczuciach, a nie tylko o seksualnej namiętności..
- Chuci! Powiedz "chuci"!
... czy chuci, to właśnie dzięki ich grze. Marta Nieradkiewicz rolę miała napisaną średnio i bardzo nierówno, ale w ważnych momentach filmu radziła sobie nieźle i chyba tylko ze dwa razy obsunęła się w sztampę, ale nie wiem, czy to wina jej, czy reżysera. Izabela Kuna i Katarzyna Herman nie pokazały nic wielkiego - zagrały to, co grają zwykle, jakoś odnalazły się w rolach, przy czym Izabela Kuna miała łatwiej, bo od początku grała stereotyp, a postać Katarzyny Herman miała zadatki i obsuwa w schemat była winą scenarzysty/reżysera, podobnie jak idiotycznie rozmazany makijaż w scenie "synu, to moja wina, jak możesz mi to robić" (żeby w XXI wieku stosować jeszcze takie chwyty...). Mirosław Zbrojewicz jako ojciec - bez zarzutu, ale tej roli nie można było zepsuć. W drugim planie (tak naprawdę w trzecim, ale mniejsza o detale) pojawiła się Olga Frycz - grała jak zwykle źle, za to świetnie nosiła tacę z drinkami i kto wie, może Tomasz Wasilewski niechcący odkrył idealną ścieżkę zawodową dla młodej aktorki?

Nie wiem, czy trzeba - wiem, że warto, bo przy wszystkich swoich brakach i pretensjonalności "Płynące wieżowce" to naprawdę porządnie zrobione kino, które można pokazać w dowolnym miejscu na świecie i co prawda laurów lepiej się nie spodziewać (choć film sporo nagród dostał), ale wstydzić się go nie trzeba, bo warsztatowo poziom trzyma, do myślenia może dawać, a i ciekawe obserwacje widz może na sobie samym poczynić. Jak na polski film - sporo.

Co my paczymy?



Varia
1. Przed michałowym coming outem szwagier Michała rozmawia z jego ojcem o meczu reprezentacji Polski. Rozmowa jest kompletnie bez sensu, widać, że scenarzysta piłkę nożną widział tylko przez kwadrans w TVP1 i do dziś nie wie, którzy to "nasi", ale przy haśle "Wasilewski był najgorszy" przyznam, że zachichotałem. Niezłe.
2. Po coming outcie Michał z matką siedzą w samochodzie stojącym na jakieś przelotowce (skoro część scen kręcono na Trasie Toruńskiej, to pewnie po lewej stronie Wisły, Bielany, Żoliborz, te okolice). I niech sobie stoją, i niech sobie przeżywają, ale bez włączonych awaryjnych? Noc, deszcz pada, oni stoją na ruchliwej trasie (nie, nie na poboczu - na pasie), na zwykłych pozycyjnych? Kamaaan... pięć punktów, pińcet złotych i jednocześnie informuję, że może pan odmówić przyjęcia mandatu, a wtedy...
3. Podobno reżyser prowadził sześciomiesięczne próby z trójką głównych aktorów... Tu włączył mi się <Lawrence Olivier mode> czyli "A nie można by tego po prostu zagrać?", ale efekty były nader-nader, więc się nie czepiam. Wolę sześciomiesięczne próby i dobre efekty niż szarą filmową rzeczywistość czyli brak prób i brak efektów.
4. Początkowo "Płynące wieżowce" nie dostały dotacji PISF - eksperci wypowiedzieli się o filmie negatywnie. Decyzję o dofinansowaniu kwotą 300 tysięcy (później zwiększoną do pół miliona) podjęła po odwołaniu twórców dyrektor PISF i w tym przypadku popieram ją całkowicie, zwłaszcza, że wiem, ile dostawały inne polskie filmy ("0-1-0" Łazarkiewicza - 1,2 mln, "Lekcje pana Kuki" - 2,5 mln w 2007 roku, "Bitwa warszawska" - 9 mln  itd.) Ciekaw byłbym natomiast uzasadnienia komisji w sprawie odrzucenia wniosku o dofinansowanie "Płynących wieżowców".
5. Mirosław Zbrojewicz, grający ojca Michała jakiś rok temu wystąpił w kampanii medialnej "Rodzice odważcie się mówić", mającej pokazać iż rozmowa o homoseksualizmie potomka to nic strasznego, a syn-gej to nie Lizzie Borden z toporem, tylko syn po prostu i nie szukajmy problemu tam, gdzie go nie ma.Ciekawe, co było pierwsze - rola w filmie, czy rola w kampanii i czy jedno miało jakiś wpływ na drugie? 
6. Zdjęcia - Jakub Kijowski. Oklaski. Tak, syn tego Kijowskiego i brat tej Kijowskiej.
7. Ciekawostki z szóstego planu - w filmie można dostrzec Aleksandrę Bednarz ("Druciki"), Katarzynę Rosłaniec (reżyserka "Galerianek" i "Bejbi Blues"), Orinę Krajewską (tak bardzo widać, czyją jest córką, że lista płac pełniła wyłącznie rolę weryfikacji) oraz ojca Mateusza Banasiuka, Stanisława, który brawurowo zagrał restauracyjnego gościa, siedzącego przez 3/4 sekundy twarzą do kamery.

O, jenyjeny, co ludzie powiedzą albo Iksińska spod szóstki?


============
Płynące wieżowce
2013
Czas:
89 minut
Reżyseria: Tomasz Wasilewski
Scenariusz: Tomasz Wasilewski
Obsada: Mateusz Banasiuk, Marta Nieradkiewicz, Bartosz Gelner, Katarzyna Herman, Izabela Kuna, Olga Frycz, Mirosław Zbrojewicz, Katarzyna Maciąg i inni.
Dofinansowanie PISF: 500 000 zł (produkcja)

3 komentarze:

  1. Mnie się bardzo podobało w filmie pokazanie klaustrofobicznej codzienności Kuby - treningi, dom, relacja, znajomi, sąsiedzi, gdzie nie ma miejsca i opcji na nie ukrywaną homoseksualność.

    Dosłownie wszystko było przeciwko, łącznie z Kubą. Jednocześnie nie umiał sobie ułożyc nijak w głowie faktu bycia gejem, tak jakby jego uczucia do Michała były poza nim i takimi miały pozostać.

    Aż się chciało krzyknąć do ekranu- zmień wszystko albo uciekaj z Polski, zobaczysz, można żyć bez wstydu i zakłamania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne spostrzeżenie z tą klaustrofobicznością - mnie się rzuciło w oczy zestawienie ruch-bezruch, ale rzeczywiście, można to rozpatrywać też w kategorii przestrzeni: ciasne mieszkanie, wpychające w zachowania stereotypowe kontra hala AWF w której Kuba zmaga się - bo tam może - sam ze sobą, ciasna kuchnia kontra jazda na dachu pociągu czy na jego otwartej platformie, impreza, na której Kuba poznaje Michała i wąski korytarz, w którym obaj reprodukują wzorce ciacha z laską przy boku i impreza na dachu, w czasie której otwarta przestrzeń sprzyja otwieraniu postaw (swoją drogą, taniec Kuby i Michała robił niesamowite wrażenie - nawet nie tyle sam w sobie, jako wyraz uczuć/namiętności, ale głownie przez użycie dziewczyny jako... no właśnie - "użycie").

      Usuń