2014-06-29

Wrzos [1938]

Ciekawe, ilu jest w Polsce mężczyzn, którzy przeczytali wszystkie powieści Marii Rodziewczówny?

Wszystkie?

Poważnie. Moja babcia uwielbiała powieści tej pisarki jeszcze od czasów przedwojennych, na półeczce przy łóżku stał rządek, a że wnusio dzieckiem był "czytliwym" bardzo - w przerwach między inną literaturą, chwytał się również a to za "Dewajtis", a to za "Strasznego dziadunia", a to za "Ragnarök"... "Wrzos" w wersji książkowej był jednym z większych wyciskaczy babcinych (tylko babcinych) łez. "Wrzos" w wersji filmowej wywoływał konflikt pokoleń, bo babcia nie mogła zrozumieć, czemu wnusio zwisa z krzesła i rechocze jak szalony.

Kazia to chodzący wzór cnót i pracowitości: nie dośpi, nie doje, a dopilnuje majstrów, centryfugę naoliwi, przeprowadzi transakcję, przemierzy pola i łąki, zaorze, skosi, wymłóci, zaapeluje do krów o podniesienie wydojności z hektara, mak oddzieli od popiołu. Cud, miód, trele i więcej guziczków niż pralka automatyczna, przez co Zła Macocha nie lubiła Kopciuszka Kazi bardzo. Miała Kazia konika, kożuszek, skibkę chleba w dłoni, infantylny chichot na ustach i 24 lata.
- A mąż?
Męża nie miała. I tu wkracza na scenę Andrzej.

Andrzej miał lat... hmm, na oko ponad czterdzieści, oko gorejące, ojca, flamę i długi. Długi były spore, ojciec miał wąsy, a flama miała fochy i wymagania. Nic dziwnego - z zawodu flama była baronową, a takie nie zadowolą się kolacją u Grubego Joska na ulicy Gnojnej i nową powieścią Wojciech Kuczoka - im trzeba nieustannej adoracji, blichtru, salonów, "Adrii", brylantów i sukni od Kiutura albo chociaż Jemioła.

Jeśli nie chcesz mojej zguby - szampana, frukta, srebne lisy, szmargady i mule, daj mi, luby 

Ojciec Andrzeja wierzył w rozwiązania proste i postanowił syna ożenić. Wydawało mu się, że mężczyzna ożeniony statkuje się od kopa, kwadrans po ślubie przestaje chodzić na bibki i babki, praca-dom-praca-dom, dzieci, gazeta, te rzeczy. 

Dobra, skoro już przestaliśmy się śmiać, to wróćmy do filmu.

- Ożeń się, synu - apelował ojciec Andrzej.
- Niechże ojciec da spokój - odpowiadał Andrzej.
- Kamienicę ci dam - kusił ojciec - Na Czystej.
- Ale co to za dzielnica, sama żulia... - Andrzejowi myliły się dzielnice.
- I hipoteki po matce dostaniesz.
Andrzej milczał i marzył o baronowej – tę burzę włosów każdy zna, przy ustach dłoni chwiejny gest...
- I popłacę twoje długi - głos ojca przerwał marzenia.
- No, ostatecznie... 

Z Kazią poszło Andrzejowi zaskakująco łatwo. Postawił sprawę jasno: daje nazwisko, pozycję, mieszkanie, wikt, opierunek, spore kieszonkowe, znajomości i bilety na Warlikowskiego Schillera, wymaga jedynie funkcji publicznie reprezentacyjnych, seksualnie molestować nie zamierza, albowiem gdyż ma baronową. 
PLASK! - widzowie spodziewali się gromkiego odgłosu, sygnalizującego zetknięcie otwartej dłoni Kazi z wygolonym i wypachnionym policzkiem Andrzeja, bo co pan sobie myśli, ja nie jestem taka, jak pan śmie, proszę wyjść i te rzeczy. Kazia była jednak kobietą rozsądną, a poza tym Zła Macocha nie lubiła Kazi bardzo, więc raczej nie warto było czekać aż odkryje zalety zatrutego arszeniku. W prostych żołnierskich słowach Kazia wyraziła swą gorącą pogardę dla Andrzeja, moralne oburzenie dla jego zboczonych pomysłów i etyczną wyższość nad zakłamanymi miastowymi, ale poza tym proszę uprzejmie, układ jest w sumie z gatunku konweniujących, pozycja społeczna - ważna rzecz, Warszawa to przecież nie podlubelskie zadupie, więc oto moja dłoń, ale tylko dłoń i nic poza tym, a poza tym, oczywiście, gardzę panem, że niech cię nie znam.

I żadnych wizyt po nocach, zrozumiano?

Ślub odbył się szybko i w nastroju nokturnalnym. Cieszyła się tylko Zła Macocha, która pozbywając się Kazi z domu, traciła, co prawda, wykwalifikowanego parobka i jąkającego się służącego Antka (kurde, dlaczego w międzywojennych filmach musi się zawsze trafić jąkający służący?), ale za to oszczędzała na ewentualnym arszeniku.

Potem na ekranie pojawił się pociąg. Wiecie, zbliżenie na lokomotywę, na pędzące koła, na tłoki... Nie była to jednak aluzja do tego, o czym myślicie - Kazia była kobietą żelaznych zasad - tylko danie do zrozumienia, że małżonkowie przebywali w podróży poślubnej.

Warszawa przyjęła Kazię niechęcią. Przyjeżdża tu jakaś taka z prowincji, słoikowa parafianka, co to Flauberta nie czytała, bo za krowami się uganiała, słoma z butów, siano we włosach i kto jej szył tę suknię? Zwłaszcza salon pięknej baronowej ("Zasłony w oknach leją blask, na mecie jasno jakby w dzień") drwił z Kazi na potęgę. Nasza bohaterka tymczasem grała rolę reprezentacyjnej żony wzorowo - ę-ą, skromność, gospodarność, pan będzie łaskaw, jakże mi miło, Andrzej wiele mi o panu opowiadał, och jakiż pan mądry... Teścia owinęła wokół palca, kolejne warszawskie persony - wokół nadgarstka, służbę postawiła do pionu, oszczędności w gospodarstwie poczyniła znaczne (ochmistrzyni straciła humor oraz dodatkowy dochód i sięgnęła po "Królewnę Śnieżkę" w poszukiwaniu przepisu na zatruty arszenik). Kolejni znajomi Andrzeja przechodzili na stronę Kazi: jedni ujęci jej skromnością, inni - pracowitością, kolejni - jej pracą na niwie oraz odcinku charytatywno-filantropijnych, a niektórzy - ze względu na ogólną fizyczność i ach, te łydki...

Przed wojną biurka wykorzystywano do: a) snu, b) rozpaczania, c) podpisywania weksli

Łydki Kazia miała wyrobione od biegania po schodach: najpierw na piąte piętro - wspomóc niedomagającą praczkę, potem do sutereny, gdzie gnieździły się szwaczki, w poniedziałek pociechę Kazia niosła bezrobotnym gazeciarzom na trzecim, we wtorek - zadłużonym szewcom na Solcu, temu dała na miseczce, temu dała na łyżeczce, tej załatwiła maszynę do szycia, tamtej balię, owej lekarza, a w piątki pracowała w ochronce pani Ramszycowej, hejże dzieci, hejże ha. Anioł, nie kobieta. 

W końcu i Andrzej na Kazię popatrzyć okiem przychylnym, a nawet łapczywym. Baronowa starzała się, jej wymagania (wszelakie) rosły, a tu pod ręką taka zdrowa dziewica, nogi długie, kibić wąska, duże, niebieskie oczy... A w dodatku cicha, spokojna, posłuszna. Jest sens szlajać się po mieście, gdy w domu ma się takie frykasy? Puścił Andrzej baronową w trąbę i do małżonki zaczął się przymilać, oczkiem mrugać, aluzyjki dyskretne, nie jakieś tam dokerskie zagrywki a'la James Bond, tylko prawidłowo romantyczne stęknięcia o głębi ócz i karminie usta kuszącego, kochasztymię? 
Nie kochała. Kochała Stacha, którego wiele lat temu carski despota zakuł kajdany i wykopsał na Sybir, by w minach kruszec kując młotem pokutował za niepodległościowe grzechy. Kochała, choć Stach znaku życia nie dawał i nawet jego rodzona babka  twierdziła, że kopnął w kalendarz. Kochała wspomnienie, zdjęcie i paczkę listów, przewiązanych wstążką...
W tym momencie babcia łkała jak bóbr, a wnusia zaczynało zginać w chichocie, bo gdybyście widzieli, jak Kazia tego Stacha kochała...
- Że bardzo i głęboko?
Że głównie mimicznie, ale za to z rozmachem od ściany do pieca i z powrotem.

I nagle cud się stał, bo Stach okazał się żywy, zdrowy i powrócony na Ojczyzny łono. Na łono Kazi nie został powrócony, bo primo - nie można powrócić tam, gdzie się nigdy nie było, a Kazia, jak pamiętamy, była cnotliwa, a secundo - gdy tylko Stach dowiedział się, że Kazia jest mężatką, szlag go trafił, złością zionął, krtanią drgającą wyraz dał potępieniu, lewym okiem błysnął tragicznie, prawe oko zalśniło łzą rozpaczy.
- Wiarężeś mi złamała i we mnie cosik też! - dygotał głosem - Chciałem cię bić, znieważyć!
- Biedny... - chlipnęła Kazia, od razu mięknąc w miejscach swych pachwin - Przyszłam tutaj robić ci wyrzuty, bo cię kocham!
To on ją za woalkę, to ona jego za klapy, to on w objęcia, to ona mu usta, to on jej języczek, to ona mu usta znowu... i kto wie, jak by się skończyło, ale Stach sypnął się, że wyjeżdża, że na zawsze i ucieknijmy razem.
- Pogięło cię, misiu? Tu mam dzianego męża, widoki na spadek po teściu, siedmiopokojowe mieszkanie, czworo służących, a ty jesteś bezstażowy konował z wyrokiem - powiedziała...by Kazia, gdyby nie była osobą z gruntu uczciwą, ale ponieważ była, odwołała się do pryncypiów przysięgi małżeńskiej i że człowiek niech nie rozłącza. Trzask drzwi. Szloch Kazi. Szloch babci. Chichot wnuczka.

W barze "Pod Grubą Aluzją" szef kuchni poleca dylematy w sosie 

Odtrącony Stach zabrał walizę, neseserek, palto-sak, uszyte w firmie Szpak i pierwszą klasą w siną oddalił się dal, a Kazia nawet wypłakać się nie zdołała, bo przylazł jej ślubny i zaczął swoje "A cija to nózia? A ciemu moja pani taka źmęciona, a titititi, a kocha Buba swojego Filona?" Chwyt, krzyk, szamotanina, "Dajdajdajdaj!", "Nienienienie!", rozbite lustro na podłodze i wyciemnienie.
- Znaczy, teges?
Znaczy, nie wiem. Gdy wyciemnienie się skończyło, peniuarki były w stanie nienaruszonym, ale w kinie przedwojennym realia niejednokrotnie ustąpić musiały przed pruderią i symboliką. Łzy, wyszczerz i gryzienie chusteczki mogły być objawem rozczarowania etyczną postawą męża, ale to rozbite lustro i to pokazane dwukrotnie... Piwo przeciw jogurtowi, że wianek przegrał przez nokaut.

Potem to już poszło prędko: wir filantropii, nieprzestrzeganie zasad BHP, praczka z tyfusem, dramatyczna scena, w której konająca praczka w roli Pylaszczkiewicza licytuje się na miny ze zrozpaczoną Kazią, odgrywającą Miętalskiego - wygrywa praczka - a potem stają do przefajnego pojedynku na amplitudy drgania głosem - tu wygrywa Kazia, finiszując jak tercet przemarzniętych jodlerów (babcia szlocha, wnusio wprost przeciwnie). Kazia zaraża się od praczki, Andrzej czuje wstręt do się i do Kazi trochę też, bo wiecie, tyfus to nie jest estetyczna choroba, cała Warszawa czuje wstręt do Andrzeja, a rozpustna baronowa ma ogólnie wyczesane, bo trafił się nowy, dziany galopant, więc na luźne szelki.

Życie, życie jest nowelą... 

Oczywiście, wszystko kończy się źle. Kazia umiera, miejski proletariat dostaje histerii, bo kto mu teraz będzie pomagał, pieniądze przynosił, etaty załatwiał, Andrzej czuje wyrzuty sumienia, pani Ramszycowa znęca się nad nim etycznie, babcia szlocha, wnuczek, żeby nie rechotać zbyt głośno, wpycha sobie w gębę obrus razem z wazonem pełnym tulipanów, muzyka gra żałobnie...

W wersji książkowej "Wrzos" był nawet strawny. Jasne, jak każdy romanso-dramat, ociekał uczuciowym patosem i słowem mocno archaicznym ale to przecież książka z 1903 roku, więc poprawka na czasy, na styl, na język i jakoś poszło. Nawet jednak bez tej poprawki książka Rodziewiczówny broni się całkiem nieźle - w swoim gatunku, oczywiście - umiejętnie naszkicowanymi postaciami, niezłym tłem społecznym (i nie chodzi tylko o skontrastowanie warszawskich klas wyższych z biedotą z Solca). Satyra, złośliwość, humor, odrobina smrodku dydaktycznego, nieźle zbudowana fabuła - to się naprawdę daje czytać. Dobra - dawało, bo czytałem to lata temu i nie wiem, czy dziś jednak nie przerwałbym lektury. Załóżmy, że nie i że fakt doczytania "Wrzosu" do końca przez kogoś, kto równolegle z nim łykał koktajl np. MacLeana, Hłaskę, Remarque'a, Chmielewską, Wojaczka i Lovercrafta, o czymś świadczy. 
- Mhm, o przerobie maszynowym albo braku gustu - mruknął Głos Wewnętrzny.

Panna Lulu cała w tiulu, leży w bólu, śni o Cthulhu

Ale co innego czytać - co innego oglądać. To samo zdanie na papierze zabrzmi neutralnie lub może trochę drętwo, ale wygłoszone z teatralną emfazą, głosem drgającym od emocji, z twarzą jak Zatoka Pucka w czasie sztormu i oczami wbitymi w egzystencjalną nieskończoność albo kręcącymi wokół dowolnej własnej osi... O, to już nie brzmi drętwo, o nie - to brzmi strasznie. To już nie jest koturnowy dramat serc i dusz, tylko prowincjonalne jasełka łopoczących nozdrzy, zamaszystych gestów, podkreślających każdy przecinek, tupnięć, sapnięć i jęków.
– Zaraz, zaraz! - zauważyła Opinia Publiczna - W przypadku książki przypominasz o konwencji, o czasach i ich języku, a w przypadku filmu nie potrafisz zastosować się do własnych zaleceń?
Przekleństwo filmu - jeden obraz, tysiąc słów, milion dosłowności. Tekst drukowany mogę sobie wyobrazić sam, kwestie bohaterów moge sobie spowolnić, przyspieszyć, dodać im mój własny ton - w filmie nie mam wyboru, dostaję gotową interpretację i nawet jeśli pamiętam o konwencji dwudziestolecia, to są filmy, są sceny, przy których wszelka wiedza i świadomość, że "na ówczesnym tle i wtedy tak się" wysiadają w pełnym biegu i uciekają w przeciwnym kierunku.

Nawet przed wojną krytycy czepiali się nazbyt teatralnej i koturnowej gry aktorów "Wrzosu" - dziś tego aktorstwa wręcz nie da się oglądać. Stanisława Angel-Engelówna jest przerysowana do granic wytrzymałości widza, czasem jest wręcz karykaturalna, a jej gra okiem...
- Masz na myśli "wzrokiem"?
Mam na myśli "okiem". Całym - gałkę, rzęsą, brwią, powieką, źrenicą... Momentami ma się wrażenie, że spojrzenie aktorki zaraz odklei się od niej i ruszy w jakąś dramatyczną pantomimę z prysiudami, a potem chwyci swą właścicielkę w objęcia i oboje odtańczą taniec stada umierających łabędzi. Jakie "oboje"? We troje, bo dołączy do nich głos aktorki - przy czym zanim dołączy, ze trzy razy wywali się na podłogę, a dwa razy rąbie w szafę, taki jest rozedrgany i roztargany emocjami. Jeśli w książkowej Kazi było coś, co pozwalało czuć do niej sympatię lub szacunek, to w filmie zostało to starannie zamordowane przedwojennym warsztatem. A może raczej słabym przedwojennym warsztatem, bo Stanisława Angel-Engelówna we "Wrzosie" debiutowała i to było widać, oj, było widać... Zwłaszcza, gdy się oglądało ją w scenach z takimi aktorami jak Mieczysława Ćwiklińska, Aleksander Zelwerowicz czy Kazimierz Junosza-Stępowski. Gdy się natomiast oglądało ją w scenach z Franciszkiem Brodniewiczem - nie raziła wcale, partnera bowiem miała odpowiedniego, a momentami jeszcze gorszego.

I teraz kobitki będą na ciebie, jako ciepłego wdowca, lecieć stadami

Bardzo nierówny drugi plan - o Ćwiklińskiej, Junoszy-Stępowskim czy Zelwerowiczu wspominałem, Stanisława Wysocka zagrała jak na siebie przeciętnie, Janina Janecka próbowała wydobyć coś z roli Złej Macochy i choć miała ją napisaną źle, to chyba się obroniła, Władysław Grabowski grał to, co zwykle (akcencik, minka, wytrzeszcz), dobre momenty miał Leszek Pośpiełowski, a Mieczysław Cybulski pokazał się dwa razy i w obu przypadkach bardzo pasował do Angel-Engelówny, Hanna Brzezińska w roli baronowej Celiny... bo ja wiem?... mnie się nie podobała, może dlatego, że za bardzo kojarzyła mi się z Mańką Prymasiakówną z "Dziewcząt z Nowolipek". Na szczególne wyróżnienie zasłużyła Aleksandra Leszczyńska, która w scenie tyfuśnego labidzenia chwilami nawet przebijała główną aktorkę (grając chorą mogła sobie pozwolić na wyraziste miny, przewracanie oczami i zwis szczękowo-tragiczny).

Niezłe zdjęcia, zwłaszcza dzięki ciekawemu oświetleniu i znakomita muzyka Władysława Szpilmana i nie, nie chodzi mi wyłącznie o piosenkę "Nie ma szczęścia bez miłości", tylko o całość, zwłaszcza o główny motyw dramatyczny.

Dla wytrwałych wielbicieli kina przedwojennego. Można, ale chyba lepiej przeczytać książkę, a potem zerknąć tylko na tyfuśniczy pojedynek na miny-jęki-omdlenia. Swoją drogą, miała Maria Rodziewiczówna pecha do ekranizacji swoich książek - wszystkie były o kilometry gorsze od drukowanego oryginału.

Ty pójdziesz górą  skurczem, a ja doliną spazmami


Varia:
1. W fatalnej scenie ślubu - fatalnej, bo ksiądz cedził po jednym słowie, a aktorzy po jednym słowie powtarzali i w pewnym momencie miało miało się się wrażenie wrażenie popsutego popsutego echa echa - Kazia ślubuje Andrzejowi miłość, wiarę, uczciwość i posłuszeństwo małżeńskie. Kurczę, i komu to przeszkadzało...
2. Lidia Wysocka, grająca przyjaciółkę Kazi Szpanowskiej, spotkała Stanisława Angel-Engelówną jeszcze dwukrotnie. W 1938 roku zagrały wspólnie w "Sercu matki", a po wojnie obie występowały na deskach Teatru Dramatycznego w Szczecinie, którego dyrektorem był wtedy mąż Wysockiej, Zbigniew Sawan.
3. Rolę jąkającego się Antka zagrał Jeż Kobusz. Dziwnym trafem był to także Jeż Jerzy. 
4. Troszkę w ramach ekspiacji za te dzikie rechoty przy scenach tragicznych, wnusio postanowił skompletować babci Rodziewiczówną i wyszukać wszystkie powieści autorki. Trwało to długie lata, bo działo się w czasach, gdy nie było jeszcze Allegro i trzeba było szukać "analogowo" po antykwariatach, ale się udało.
5. Tak, Zarzycką wnusio czytał również.

Bo widzisz, serdeńko - nie tego Andrzeja wybrałaś... Pogiglać?


============
1938
Czas: 96 minut
Reżyseria: Juliusz Gardan
Scenariusz: Juliusz Gardan, Alfred Niemirski
Obsada: Stanisława Angel-Engelówna, Hanna Brzezińska, Franciszek Brodniewicz, Mieczysława Ćwiklińska, Stanisława Wysocka, Janina Janecka, Lidia Wysocka, Kazimierz Junosza-Stępowski, Aleksander Zelwerowicz, Mieczysław Cybulski, Władysław Grabowski, Leszek Pośpiełowski i inni

6 komentarzy:

  1. Ta nadmierna mimika chyba po filmie niemym pozostała, a emfaza przetrwała prawie do współczesności, zwłaszcza u pań. Pamiętam przedstawienie chyba "Marię Stuart" gdzie Panie Elżbieta Barszczewska i Nina Andrycz występowały wspólnie i heroicznie, efekt był podobny, jak w tym filmie, ale publiczność chyba je kochała, bo oklaskiwała co chwila, niczym diwy operowe. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To raczej odwrotnie - sposób gry przeniesiono z teatru do filmu. Większość aktorów trafiała przed kamery właśnie z teatru (nieliczni trafiali z tych mniej poważnych, rewiowych), a że to teatr był sztuką wyższą... taka konwencja, taki sposób gry, wtedy pewnie to nie raziło, bo grało się tylko tak - ba! uważano, że tak właśnie się grać powinno. Ale, niestety, to nie wytrzymało próby czasu. No i co innego sala, w której trzeba grać także dla tych w ostatnich rzędach, a co innego film, gdzie kamera niemal wjeżdża w oblicze. Nawet dziś niektórzy aktorzy mają z tym problemy.

      Usuń
    2. Trzeba wziąć poprawkę na to, że produkcję przedwojennych filmów najczęściej finansowali właściciele kin. Zamawiali to na co był popyt, a wydaje mi się, że na taką wyrazistość był (w końcu „ileż mąk przeżywam” to trzeba zmarszczyć czoło-bez zmarszczenia nie ujedzie)

      Usuń
  2. Wydaje mi się, że konwencja konwencją, ale jednak był to przypadek konkretny. Film widziałam i obejrzałam nawet do końca, kręcąc głową - mniej może nad grą, chociaż rzeczywiście była ciut przesadna, ale bardziej jednak nad topornym scenariuszem i nad brutalnym przymuszaniem widza do łez. Jedyny film, który jest moim zdaniem zbliżonym pod względem złego smaku szantażem moralnym powstał gdzie indziej i wiele lat później, a nazywał się Dancer in the Dark.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Von Triera z Björk? Ostrzeżony recenzjami ominąłem - za uczuciowy jestem na takie filmy, a tam chyba nie miałbym koła ratunkowego w postaci przestarzałej gry i emfatycznym deklamacji :-)

      Usuń
    2. Von Triera z Björk. Recenzje miał chyba dobre, ale dla mnie - straszna kaszana; właśnie przez ten nachalny scenariusz i równie nachalną reżyserię / grę. A wracając do Wrzosu - śmiać mi się na nim może nie chciało, ale szlag mię trafiał. Jedyną powieścią Rodziewiczówny jaką czytałam, było Lato leśnych ludzi. I chociaż czytałam to naprawdę małym dziecięciem, pamiętam, że myśl ekologiczna autorki budziła we mnie sprzeciw, a zamordowanie rysia - oburzenie :)

      Usuń