2014-06-23

Złote Koło [1971]

Na ulicy Kopernika spowiadała się Monika...
A na ulicy Złote Koło znaleziono zwłoki.

Zwłoki dzielimy na świeże, sztywne, nie cierpiące...

Zwłoki były trochę zdezorientowane, mamrotały jęcząco i odrobinę przeciekały. Nie miały dokumentów, ale oględziny organoleptyczne wykazały, że są nieletnie i mają wgniecenie w czaszce. Wkrótce zresztą przestały jęczeć.
A wokół była mgła.

Sprawą zajął się porucznik Traszka, ale szybko odebrał mu ją kapitan Budny, który był pracoholikiem, gotował zupki ze słoika i nie umiał panierować kotletów schabowych. W toku czynności śledczych wykorzystano jednego majora, dwóch kapitanów, pięciu poruczników (w tym dwóch "pod-"), dwóch sierżantów, plutonowego, krawężnika i czterech tajniaków, a działania dochodzeniowe doprowadziły do ujawnienia szeregu przestępstw, a to: dwukrotnego gwałtu zbiorowego na nieletniej (w tym raz ze szczególnym okrucieństwem), afery korupcyjnej na skromną sumę i parę worków cementu, dwukrotnego naruszenia obowiązku meldunkowego, obrabowania kiosku, pobicia bratanka młotkiem, podawania alkoholu nieletnim w lokalu gastronomicznym klasy nędznej oraz okulawienia modraczka. O tym, że zdemaskowano także sprawcę zabójstwa, nawet nie warto wspominać, bo to przecież kryminał i to milicyjny, więc zdemaskowanie jest wpisane w zakres obowiązków scenarzysty.
A w tle snuł się uciekinier ze szpitala dla umysłowo poszkodowanych i wrzeszczał.

No właśnie - kryminał milicyjny. Ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku, opisanego kiedyś przez Stanisława Barańczaka. Milicjanci są przystojni, inteligentni, dedukcja je im z ręki, a wrażliwość społeczna towarzyszy im w czynnościach służbowych, wykonywanych na styku osobowym. Mają też wysoko rozwiniętą świadomość klasową i zawodową.
- Po diabła mu Zalewska? - żołądkował się porucznik Walendziak, gdy do dochodzenia włączona została pani porucznik z wydziału dla nieletnich. Ale żeby nikt nie myślał, że tu jakiś antyfeminizm występuje, wyjaśnił - Ja to zaczynałem i mógłbym sam skończyć.
- Dziecko, Zalewska ma skończone prawo i dyplom z psychologii - tłumaczyła sekretarka szefa - A ty jesteś tylko po Szczytnie.
- A to mało? - żachnął się Walendziak, ugodzony w ambicję i etos absolwenta Szkoły Oficerskiej.
Uciekinier ze szpitala psychiatrycznego zawył na znak, że jego zdaniem jednak mało.

Uderzyłem w stół, rozumiesz, i nagle coś takiego się odezwało

W klasycznym kryminale milicyjnym, obraz milicjanta jako jednostki pozytywnej niemal zawsze doprowadzony jest do absurdu - nie może być po prostu inteligentny, musi być inteligentny bardzo, wiedzieć, co to "petit", pamiętać sześćset spraw wstecz, nie może być po prostu wrażliwy: musi być wrażliwy jak półtorej Matki Teresy itd. itp. Czasem ten pozytywny absurd jest tak absurdalny, że przestaje śmieszyć, a wprawia w osłupienie. Jak w scenie, gdy major patrzy na stojących przed nim czterech młodocianych gwałcicieli (przypominam: na nieletniej, zbiorowo, dwukrotnie, ze szczególnym okrucieństwem) i zamiast przypierdzielić im parę razy pałą, kręci tylko głową i mówi:
- Zbiorowy gwałt na nieletniej. Ech, chłopcy, chłopcy...
Jakby ich, kuźwa, na kradzieży jabłek złapał i martwił się, że się wisusy troszkę od tych antonówek zdemoralizują. 

Inny element klasycznego kryminały milicyjnego - nieco ormowskie podejście do kwestii społecznych. Jeśli przestępstwo to popełniane, oczywiście, przez prywatną inicjatywę... 
- Och, buduję taki kurnik, cztery pokoje wszystkiego - tłumaczył badylarz, prywatyzujący uspołecznione dotąd worki cementu.
...przez margines społeczny i środowiska z gruntu podejrzane... 
- Ten najstarszy to syn wozaka, znanego alkoholika. Reszta też typowe, rozbite rodziny - wyjaśniał porucznik Walendziak - Jeden ojciec odsiaduje manko, drugi coś narozrabiał i prysnął za granicę.
...oraz przez bananową młodzież:
- Tylko ten mały, Piechalak, ma normalny dom i rodziców na Kubie. 
No jasne. Normalka. Kto z nas nie miał rodziców na Kubie, prawda?
- Zresztą nieźle sytuowanych - ciągnął Walendziak - Ojciec na stanowisku, matka ginekolog.
"Ojciec na stanowisku" - zupełnie jak "Mój mąż jest z zawodu dyrektorem".

Panie władzo, ja nawet brygadzistą nie byłem

Winnym zabójstwa jest, oczywiście, recydywista, który, co prawda, do tej pory parał się jedynie drobnymi kradzieżami, ale przecież wszyscy wiemy, że od rzemyczka do koniczka, od piwka do denaturatu, a od "trawki" do wstrzykiwania butaprenu oraz wąchania kompotu i jeśli ktoś raz wszedł na drogę przestępstwa, ten ma już ostatecznie przegwizdane i na pewno skończy na krześle elektrycznym (sprawdzić stopień zasilania).

Żeby jednak nikt twórcom nie zarzucił, iż tylko krytykują, bez wskazywania pozytywnych wzorów - mamy młodego, dzielnego i bardzo wrażliwego na kwestie społeczne Andrzeja Rokitę z klasy IIC.
- Żal mi go było, bo czułem, że jest biedny. 
- Pod względem materialnym?
- To też, ale to nie było najważniejsze (...) On, proszę pana, dziewczyny traktował jak płyty. Że ten je ma, kto dobrze zarabia.
- Ale ty wiesz, że to nieprawda?
- Ja wiem, a ja mam ojca, który dobrze zarabia, a on nie miał żadnego.

Po jasnej stronie mocy mamy także syna kapitana Budnego - również z rozbitej rodziny, bo żona kapitana puściła męża w trąbę z brunetem metr osiemdziesiąt. I proszę, co jednak znaczy porządne wychowanie: Rokita chętnie współpracuje z milicją, biorąc udział w zasadzce na "bardzo niefajnych chłopców", syn kapitan to wzór cnót ("Skoro wrócisz późno, ta ja tu posiedzę, pouczę się"), a Anna Kłodzińska uśmiechała się zapewne na widok jednostek, które mimo młodego wieku, mają wyrobioną odpowiednią postawę i stosunek do resortu.

Jest, oczywiście, krytyka konsumpcjonizmu, jest robociarska tyrada na temat młodych, których się w głowach przewraca, jest wreszcie niezbyt subtelne zaznaczenie różnic społecznych przez klisze mieszkaniowe. Złodziej i prostytutka mieszkają w norze (I mean really), inżynier z Elwro - w czystym, jasnym mieszkaniu, pełnym antycznych mebli, świeczników i portretów przodków (zapewne von Borowieckich), a kapitan Budny z synem, w typowym PRL-owskim bloku, tu tapczanik, tam półeczka, ówdzie kuchenka gazowa i żeliwny zlewozmywak, zamaskowana dywanem podłoga, klubowe fotele dwa, na ścianie reprodukcja Van Gogha, a w lodówce puszka krupniku "Pudliszek". Ot, proste przyjemności produktywnych członków społeczeństwa. Zaliczyłbym do nich także tekst sierżanta o nabyciu wersalki z Wyszkowa ("Wie pan, jak się na tym świetnie śpi?"), ale podejrzewam, że mógł to być to ówczesny produktplejsmęt, a nowiutka wersalka zamiast do sierżanta mogła trafić któregoś z członków ekipy. Rozczulający był za to entuzjazm, z jakim kapitan Budny zareagował na wieść, iż syn nabył kawałek sera brie i ma zamiar zaczekać z konsumpcją na powrót ojca.

Sztandarowy wyrób seropodobny Spółdzielni Pracy Serowarskiej im. SDKPiL

Dziwną rolę gra w filmie miasto - niby jest stale obecne przez pojawiające się nieustannie nazwy ulic, wyliczanie przejść między nimi, tras i zaułków, ale z drugiej strony większość plenerów filmowana jest w bardzo wąskim planie, wypełnionym bądź przez bohaterów, bądź przez "ciągnący ulicami tłum" i rozpoznać znajome miejsca mogą chyba tylko uważni wrocławianie. Ciekawe podejście, zwłaszcza w zestawieniu ze współczesnymi produkcjami, w których aż się roi od ujęć "turystycznych", prezentujących miasto wszerz, wzdłuż i "po lewej stronie tych państwa, którzy się po prawej, widzimy panoramę, za wykonanie której miasto zapłaciło ekipie 300 tysięcy złotych z funduszu reprezentacyjnego i turystycznego". To także cecha kryminału milicyjnego - taki mały realizm, przywiązanie do detali mocno osadzających akcję w konkretnych miejscach, ale dla akcji zazwyczaj kompletnie nieistotnych ("Złote Koło" było o tyle wyjątkiem, że tytułowa ulica grała ważną rolę i opis okolicy miał znaczenie dla intrygi). Dzięki jednak dokładności twórców PRL-owskich kryminałów dziś ich wielbiciele mogą się bawić w wycieczki "szlakiem kapitana Szczęsnego" i odkrywać, że niektóre lokale gastronomiczne wciąż istnieją, choć Budafoku już się tam napić nie można. 

Sam film jest dość średniawym dziełem - długi jak akademia na cześć, naćkany niepotrzebnymi wątkami i jeszcze bardziej niepotrzebnymi scenami. Sporo filmowej waty - postaci wchodzą, witają się, jedne proszą drugie, żeby usiadły, drugie dziękują, ale postoją, no to może papierosa, a wie pan, że chętnie, zapalanie, zaciąganie się itd. No, czysty mamonizm. Plus wieczne jeżdżenie kapitana Budnego w tę i w tamtą, w tę i w tamtą. 
- Porucznik prosi, żeby pan przyjechał. Znają już nazwisko ofiary.
I kapitan Budny jedzie, choć nazwisko mógł poznać przez telefon lub przez posłańca. Przyjeżdża, dowiaduje się, że ofiara to Iksiński i odjeżdża w kolejną siną dal, żeby w innym miejscu dowiedzieć, się od współpracowników, że właśnie się pakują, bo późno, ale może wrócą tu jutro... samochód, droga, następne miejsce, co u was? A nic nowego... samochód, droga... Takie złudzenie akcji, wmawianie widzowi, że coś się dzieje, licznik cyka, milicyjny kwadrans minął na niczym.

Albo taka scena: w sprawie pojawia się adres. Pani porucznik od nieletnich, czyta, zrywa się i mówi "Jedziemy".
- Ale po co? Dokąd? - dziwi się kapitan.
- Wyjaśnię pod drodze - pani porucznik wybiega poruszona.
Po drodze niczego nie wyjaśnia - wyjaśnia dopiero po dojeździe na miejsce, które nie jest miejscem z adresu, tylko jakimiś ruinkami, w których czas jakiś temu doszło do przestępstwa. Łazi pani porucznik z kapitanem po tych ruinkach i objaśnia długo. Czemu nie mogła tego zrobić na komendzie i dlaczego kapitan musiał na własne oczy zobaczyć zmurszałe cegły, niekoszoną trawę i psią kupę pod płotem - nie wiadomo. Wiadomo, że poleciały kolejne minuty, sztucznie pompowana akcja siada, widz ziewa, deszcz pada.

Usta twe - kwiecie lilijane, które ciecze mirrą pirwą i przedniejszą

Bardzo słaby montaż, sporo wpadek wynikających z niechlujności realizatorów...
- Tu 08-26, odezwij się - mówi dyspozytor.
- Tu 08-26, zgłaszam się - odpowiada kapitan.
- I am Spartakus! I am Spartakus! - wrzeszczą pojmani gladiatorzy. 
Momentami niezłe dialogi, lekkie, z poczuciem humoru, zwłaszcza w czasie rozmów kapitana z synem - niestety, tylko momentami. Bardzo dziwna muzyka Jerzego Matuszkiewicza - trochę zalatująca "Kobrą", trochę "Stawką większą niż życie" i nie ma sprawy, to przecież kryminał, ale scena, w której kapitan Budny tapla schabowszczaki w panierce, muzycznie jest nielogiczna do potęgi, bo powinien przy niej przygrywać leciutki, słoneczno-rodzinny dżezik, a tymczasem lecą motywy mocno sensacyjne, jakby James Bond dyndał nad zaminowanym zlewem, a do drzwi lodówki łomotała kompania SS. Rozumiem, że dla niektórych gotujący mężczyzna to spora sensacja, ale nie przesadzajmy, naprawdę...

Na duży plus aktorstwo - Tadeusz Janczar w kwiecie wieku i urody, dodaje swojej postaci uroku i dystansu, w duetach z synem (filmowym i rzeczywistym) jest naturalny i cieplutki, choć wypada trochę słabiej niż Krzysztof. Janusz Bukowski był idealnym tłem dla Janczara, Barbara Marszałek i Teresa Lipowska były śliczne, Ryszard Pietruski majorowo-ojcowski (chyba nawet za bardzo - to jego "Oj, chłopcy, chłopcy..." ciągle mnie telepie), Jerzy Trela ładnie wyglądał w mundurze, w roli recydywy błysnął Zdzisław Maklakiewicz. Drugi i trzeci plan wypełniony naprawdę niezłymi nazwiskami - parominutowe scenki zagrali Bolesław Płotnicki, Kazimierz Wichniarz, Janusz Paluszkiewicz, Zofia Czerwińska za barem, Maria Kleydysz z dekoltem, Jadwiga Kuryluk w rozpaczy, wyjący Witold Dederko. Mignął Bogusław Sochnacki, Eugeniusz Priwieziencew zagrał nastolatka o postawie obywatelskiej, Maciej Englert - chuligana w ciuszkach a'la Jagger... i tak by można długo wymieniać. 

Jeśli ktoś lubi PRL-owskie kryminały i/lub Tadeusza Janczara albo mieszka we Wrocławiu i chce się pobawić w filmową zgaduj-zgadulę - to ewentualnie może, ale nie namawiam jakoś szczególnie gorąco.

Pusta butelka może zgubić równie skutecznie jak pełna.


Varia
1. Ulica Złote Koło już nie istnieje. Wyburzono ją w czasie budowy trasy W-Z w 1977 roku. 
2. Aleksander Ścibor-Rylski zarobił na scenariuszu dwukrotnie - w okolicach premiery opublikował go jako opowiadanie w serii "Ewa wzywa 07".
3. Film powstał na nieco dziwnych zasadach - niby zrealizował go Zespół Filmowy Nike, ale nie z własnej inicjatywy, tylko na zlecenie Telewizji Polskiej. Podobno była to częsta praktyka i podobno była trochę droższa niż normalne realizacje "zespołowe", co jakiś czas potem doprowadziło do powołania przez Macieja Szczepańskiego wewnątrz-telewizyjnego Poltelu, bo po co komuś "dawać zarabiać na rżnięcie"
4. W ramach prezentowania miejskiej topografii, bohaterscy milicjanci rzucili w pewnym momencie o szalonym wyjcu "Zawieźli go na Kraszewskiego - tam jest szpital psychiatryczny", ale chwilę później wspomnieli, że delikwent "uciekł z Kobierzyna" i tu już nie tłumaczyli charakteru instytucji. Co mogłoby świadczyć, że sława krakowskiego "uzdrowiska" jest ogólnopolska i nie wymaga precyzowania.
5. Czasami nieuwaga twórców dawała zabawne efekty - wspomniany szaleniec został aresztowany, bo cały zakrwawiony lazł ulicą i wrzeszczał że jest mordercą. Pod koniec filmu dowiedzieliśmy się od funkcjonariuszy, że "odwiedził siostrzeńca i pobił go młotkiem. Nic poważnego". Na CSI zbytnio się nie znam, ale jeśli facet napierniczał kogoś młotkiem na tyle energicznie, że sam był cały zakrwawiony, to ja bym jednak zadzwonił po patologa.
6. Porucznika Walendziaka zagrał syn reżysera, Andrzej Wohl.

Obywatel przedawkował Zeydlera-Zborowskiego i Kłodzińską

============
1971
Czas: 94 minuty
Reżyseria: Stanislaw Wohl
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski 
Obsada: Tadeusz Janczar, Janusz Bukowski, Zdzisław Maklakiewicz, Barbara Marszałek, Teresa Lipowska, Krzysztof Janczar, Ryszard Pietruski, Katarzyna Łaniewska, Kazimierz Wichniarz, Jerzy Trela, Andrzej Wohl, Eugeniusz Priwieziencew i inni.

6 komentarzy:

  1. Ta wersalka z Wyszkowa to owszem, był produktplejsmęt, acz samo słowo jeszcze wtedy nie istniało. Wiem, bo moja osobista siostra doktoryzowała się była z reklamy peerelowskiej. Proceder ten namiętnie uprawiali twórcy "07 zgłoś się", w którym co rusz pojawia się logo Lotu, i to nawet w scenach dziejących się daleko od lotniska (a scen dziejących się na lotnisku jest dziwnie dużo jak na jeden serial). Tak że, panie tego, nihil novi sub Sole i wszystko już było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ja bym chętnie przeczytał ten doktorat i mogę obiecać, że jeśli wykorzystam, to oczywiście przypisy będą według najlepszych naukowych wzorów (choć nie wiem, czy cytowanie przez "Poliszmuwi" da osobistej siostrze choć ćwierć ćwierci punktu). Jakiś namiar tytularny? Bo w razie czego do Biblioteki Narodowej dojazd mam znakomity :-)

      Usuń
    2. "Polska reklama prasowa w latach 1945-1989. O reklamie, której nie było?" W Narodowej jest, a jakże. Oraz w księgarni B. Prusa na Krakowskim Przedmieściu. Teraz piszę książkę o reklamie w TVP w rzeczonym okresie, jest obiecująco. Ale nie wiem czy nie powinnam być obrażona, bo moja przepona nadal niezacerowana :-)

      Usuń
    3. "Igła, nitka, rączek para..."

      I dzięki za namiar - do Prusa sobie zajrzę i z niecierpliwością będę czekał na książkę o reklamie w PRL-owskiej TV.

      Usuń
  2. A w "Złotym Kole" jest co najmniej jeszcze jedna ukryta reklama: jest tam scena rozmowy milicjanta z jakimś obywatelem o jego synu czy siostrzeńcu i taki mniej więcej tekst: "Miał wszystko co chciał. Kiedy potrzebował butów, to żona zabierała go do sklepu "Chełmka" na...(tu padała nazwa ulicy) i kupował co chciał". Oraz scena w sklepie typu SAM z bodajże wyeksponowanym logo tego sklepu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszę krótko bo jestem krótkowidzem.
    Igła, nitka, rączek para dziś pozbawi cię zegara
    igła, nitka, para rączek przejmie też perę obrączek
    Pogoda kryminalna więc się streszczam.
    Film widziałem przynaję się bez bicia, mam nadzieję że mi to w stosownej chwili policzycie jako okoliczność łagodzącą.
    Co do akcji nie będę się tu wypowiadał ale jeśli chodzi o dialogi.......no moi mili. Jak 20-letni chłop,w dodatku syn, może mówić do swego ojca jak do świezo poznanej dziewczyny " ...to co kolacji razem nie zjemy ?....to na mecz razem już nie pójdziemy?
    A ojciec mu się tłumaczy,że własnie ukradli saturator z wodą sodową a on ma tylko dwa miesiące na złapanie złodziei. No moi mili ale to baaaardzo niedobre dialogi są.
    A jesli chodzi o realizację tego filmu to jej nietypowość jest częściowo spowodowana tym,że publiczność telewizyjna domagała się wyjaśnień w sprawie T. Janczara i K.Janczara czy między nimi są jakieś złe relacje. Telewizja aby to wyjasnić wepchnęła ich obu do tego filmu. Ooo właśnie mam autobus . To cześć.

    OdpowiedzUsuń