2014-07-25

Pokłosie [2012]

- Taką prawdę chcesz ludziom dać? A wiesz ty, czy się tą prawdą nie udławisz?

To mógł być świetny film. Nie "dobry", czy "bardzo dobry", ale naprawdę świetny. Niestety, nie jest.

Podyskutujmy zatem jak kinoman z kinomanem

- Bo w Jedwabnem wcale tak nie było, a Wasersztajn...
Ale to nie jest film o Jedwabnem. 
- A Gross kłamie i ma fszynapempku!
Gross nie jest ani reżyserem, ani scenarzystą "Pokłosia", ani nawet w nim nie występuje.
- I dlaczego Pasikowski nie nakręcił filmu o Wołyniużołnierzachwyklętychalboczym?
Pytanie, które można zadać wszystkim reżyserom w Polsce, zwłaszcza tym od "komedii romantycznych". Ale odpowiedź w każdym przypadku jest prosta: bo chciał nakręcić o tym, o czym nakręcił.
- Sprawiedliwi Wśród Narodów, najwięcej uratowanych drzewek i w ogóle! 
No i?
- No i najwięcej!
I w związku z tym to się jakoś przelicza, zeruje czy co? Bo jakbym nie kumał. I chyba jednak nie ryzykowałbym porównywania liczby uratowanych z liczbą ofiar. Tak na wszelki wypadek.
- No, ale ratowaliśmy.
Jasne. Też. Ale nie tylko.
- Nieprawda, to wszystko Niemcy! 
Książkę "Judenjagd" polecam. Albo film "Miejsce urodzenia"
- A jak Żydzi kolaborowali, mordowali, bramy tryumfalne, Salomon Morel, antypolonizm, co ludzie na świecie powiedzą!
Wiesz co? Chyba ci się nie spodoba to, co tu przeczytasz, mnie może się nie spodobać to, co potem napiszesz, a tobie - sposób, w jaki odpowiem. Może na wszelki wypadek odpuśćmy sobie krucjatę i skupmy się na filmie jako filmie? 

Po dwudziestu latach wraca do Polski Franciszek Kalina - wyjechał do Stanów tuż przed stanem wojennym, a teraz przyleciał, bo zamieszkała u niego żona brata Józefa. Zjawiła się nagle, nie chciała mówić, czemu wyjechała, starszy brat postanowił więc wybadać rzecz na miejscu. Polska przywitała go błyskiem, blichtrem i taksówkarzem, ale im dalej w las czyli na wschód, tym wszystko było bardziej znajome, podobne, a niekiedy nawet identyczne, jak 20 lat temu.

Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia...

Brat Józef jest dziwny i ma pretensje do Franciszka, wieś jest dziwna i ma pretensje do Józefa, a Franciszek jest dziwny i ma pretensje do Żydów w Chicago. Czy Żydzi z Chicago są dziwni i czy mają do kogoś pretensje - nie wiadomo, bo żadnego nam nie pokazano. Najdziwniejsza była jednak miejscowa pani doktor - mówiła cudzym głosem, jeździła wypasionym SUV-em Nissana (gminny szpital, nadmieniam) i jeśli ktokolwiek wiedział cokolwiek o czymkolwiek, co działo się we wsi... to na pewno nie była to pani doktor, ona albowiem nie wiedziała kompletnie, ale to absolutnie nic. Może dlatego nie miała do nikogo pretensji. 

Pretensje Józefa do Franciszka miały kontekst rodzinny, bo nie godzi się wyjeżdżać do Ameryki i zostawiać starych rodziców samych, a potem nawet na pogrzeb nie przyjechać. Franciszek tłumaczył, że nie samych, bo z Józefem i nie mógł przyjechać, bo władze mogłyby mu zabrać paszport, a wtedy już by nie wyjechał i nawet miało to ręce i nogi (rok 1982 - +0,8 do prawdopodobieństwa), ale gdzieś tam w tle telepała się chyba niewypowiedziana pretensja, że to starszy powinien zostać na ojcowiźnie, a do Stanów każdy by chciał. 

Pretensje Franciszka do Żydów sprawiały wrażenie, iż wykiełkowały na glebie kulturowo-ekonomicznej. Ot, wyrósł w abstrakcyjnym klimacie ojczystym (abstrakcyjnym, bo tym bardziej nielubiącym Żydów, im bardziej ich nie było), a w Usiech harował fizycznie akurat w firmie należącej u Żydów, więc mu się jedno z drugim zlało, doszły kwestie finansowe, ale na pierwszy rzut oka było widać, że gdyby jakimś cudem Franciszek pracował u Ormianina, mówiłby dokładnie to samo i z taką samą niechęcią o pobratymcach Charlesa Aznavoura, a gdyby jego szefem był Grek - Franciszek z obrzydzeniem traktowałby fetę, anyż i fikuśne zabawy z owieczkami.

Ja jestem "Pan Biały", to jest "Pan Brązowy", a to, co trzymam teczce, to nie tłumik.

Najpoważniejsze były pretensje wsi do Józefa i to one stanowiły główną oś filmu. Józef bowiem w wolnych od pracy chwilach oddawał się czynnościom wykopkowo-handlowym, ze szczególnym uwzględnieniem macew ze starego cmentarza żydowskiego. Ogólnopolska klasyka - był sobie cmentarz, przyszła wojna, Niemcy część macew zużyli do swoich celów, resztę rozszabrowała okoliczna ludność, wykładając sobie nimi podwórka, warsztaty, stajnie, podjazdy, wygódki czy co tam kto miał. Nawet miejscowa plebania skorzystała na samowolnej promocji ludowej i paru macew użyła do obmurowania studni. No i teraz Józef zaczął te macewy gromadzić - jedne gromadził drogą kupna, inne drogą wymiany towarowej, a jeszcze inne po prostu wyorywał z gleby i tachał na taczkach na matczyne pole, gdzie pracowcie ustawiał je na sztorc. Doszedł do trzystu i nie zamierzał się zatrzymywać. Tłumaczyli mu ludzie, żeby odpuścił, żeby się uspokoił, że krzyże mu strzelą, a ten swoje. Straszyli przepukliną - nie pomogło, szyby wybili - nie podziałało, zagrozili, że łomot spuszczą - też nic. Spuścili łomot - Józef zawziął się tym bardziej. Swoją drogą, konsekwencją lud prosty nie grzeszył: "Nie zbieraj, nie ustawiaj" - mówił, "Nie kłuj w oczy" - apelował, "To ile byś, Józuś, doł za ten kamulec?" - upewniał się za rogiem stodoły.

Czemu Józef zbierał macewy? Sam miał problemy z wyjaśnieniem .Żydów mieszkających w okolicy przed wojną nie znał, chyba nawet przedtem nie wiedział, że w ogóle tu mieszkali, Singera nie czytywał, John Zorna nie słuchał, na festiwal Kultury Żydowskiej do Krakowa nie jeździł. Wiedział tylko, że tak trzeba, że tak powinien postąpić przyzwoity człowiek, który widzi, że inni ubłocone buciory wycierają sobie pamiecią o zmarłych, że o tych zmarłych nikt się nie upomina i jak byśmy reagowali, gdyby to były nagrobne pomniki naszych bliskich, hę?

Franciszek leci mieszanką antysemityzmu w wersji light i klasycznego konfromizmu w wersji hard, ale z dnia na dzień, z wydarzenia na wydarzenie zaczyna drążyć temat, a temat zaczyna drążyć jego. Od "skoro są macewy, to i Żydzi musieli być" bracia przechodzą do "nawet całkiem sporo ich było", od "byli i się zbyli" – do "Niemcy ich wywieźli", ale potem okazuje się, że nie wywieźli, a zabili, aż wreszcie - że nie Niemcy, a sąsiedzi, o-o-o, ten i tamten na przykład. Oczywiście, im głębiej bracia kopią, tym okoliczni mocniej okopują się w swojej twierdzy milczenia, tym gwałtowniej reagują na wszelkie próby odgrzebania historii. Przeszłość wyziera zza węgła, czai się w leśnym mroku, spać nie daje, pracować nie daje, atmosfera staje coraz bardziej gęsta, gdzieś jakieś widły błysną, gdzieś jakaś kosa, jakieś tajemnicze samochody, gęby wykrzywiają coraz paskudniejsze grymasy... Aż obaj Kalinowie stają twarzą w twarz z prawdą, a ta wali ich z rozmachem po twarzach, poprawia w dołek, wywraca na plecy, a ich świat wywraca do góry nogami. Po czym na scenę wkracza reżyser i też wali widzów. Kiczem. Też z rozmachem.

I ty, Józek, chciałeś tu kosić kombajnem? 

Mogła wyjść z tego świetna historia o moralności, o przepracowywaniu traum przeszłości, o rozliczeniach nie tyle z czymś, co miało miejsce 60 lat temu, ile z własnym do tego czegoś stosunkiem. Mógł powstać agresywny w formie moralitet, szukający odpowiedzi na mocne pytania: "A co ja bym wtedy zrobił? A jeśli nic nie zrobiłem, to czy mnie to w jakikolwiek sposób obciąża lub rozgrzesza, czy może obciąża/rozgrzesza mnie to, co - wiedząc już - robię teraz i co zrobię za chwilę? I czy to, co robię teraz w jakiś sposób wiąże się z tym, co robili moi przodkowie/sąsiedzi/rodacy?" Gęsty klimat thrillera pozwalał unikać dętych klisz polskiego kina historycznego opowiadającego o przeszłości: teatralnych deklamacji, wielominutowych wykładów historycznych, pisanych oczywiście pod tezę i z uwzględnieniem czterech kontekstów i sześciu pierdół na minutę, bo skoro się kręci film, osadzony w historii, to trzeba zastąpić wszystkie podręczniki i nawet jeśli fabuła opowiada o wydarzeniach z Podlasia AD 1941, wspomnieć o Piłsudskim, bitwie pod Narwikiem, Wołyniu, Sobieskim i papieżu. Oraz, że Wałęsa był agentem. Pasikowski poszedł w "mikro" - także w psychologicznej podbudowie bohaterów - i chwała mu za to. Thrillerową konwencją grał umiejętnie, stęchłą atmosferę niedopowiedzeń budował z wyczuciem i były momenty, gdy "Pokłosie" naprawdę wciągało. Nawet długie momenty. Niestety, kiedy zaczynało wciągać na dobre, ze scenariusza wyłaziła włochata klisza i bekała przeciągle, a nastrój zieleniał i odgalopowywał w krzaki. 

Pasikowski często opowiada: "Przy 'Katyniu' "wykonałem coś, co się nazywa script doctoring po amerykańsku, czyli byłem lekarzem scenariusza, który dostałem do rąk". Niestety, scenariusza "Pokłosia" nikt Pasikowskiemu nie poprawił, nikt nie wyleczył, stąd dziury w nim wielkości stodoły, uproszczenia graniczące momentami z prostactwem, zagrywki jak z bułgarskich filmów, opiewających bohaterstwo bojowników o wolność i odturczenie. Gdyby to był po prostu słaby film, te wszystkie wtopy nie bolałyby tak bardzo - uśmiechnąłby się człowiek, wzruszył ramionami, momentami nawet zachichotał i tyle. W "Pokłosiu" te wszystkie rzeczy bolą i rażą, bo psują coś, co mogło być bardzo dobre, bo są świadectwem totalnego pójścia na łatwiznę, braku szacunku do widza. Tym bardziej, że nie był to film pisany na gorąco, pod wpływem bieżących wydarzeń - scenariusz powstał ponad dziesięć lat temu, czasu, żeby go wyszlifować było aż nadto i po 11 latach to powinno być dzieło sztuki scenariuszowej. Mogę odpuścić nowicjuszowi, który pisze debiut pod presją czasu, ale facetowi na lewo-prawo opowiadającemu, jaki z niego szpenio i mającemu 11 lat na dopieszczenie tekstu - nie wybaczam. Nie wybaczam tego, że lekarka kompletnie nie wie, o co wsi kaman, choć wszyscy mówią, wszyscy widzą, a macewy sterczą na polu, nie wybaczam patrzenia w niebo i jęków, że musimy kosić, bo będzie lało, choć bohaterowie jeżdżą po drogach, na których kałuże po pas, albowiem lało wczoraj albo dziś, bo w miasteczku ulice mokre, nie wybaczam prostackiej zagrywki w scenie pod kościołem z "Żydzi Pana Jezusa zabili, a on ich broni" i proszę, niech mi Pasikowski o Lanzmannie nie opowiada, bo nawet jeśli to cytat (mhm, a "Dzień dobry" to zapewne cytat z "Krzyżaków" albo "Przedwiośnia"), to cytować trzeba umieć, trzeba wiedzieć, kiedy i przede wszystkim wiedzieć jak. Nie wybaczam wtrętu ze starą garbarnią w której "Tu ich trzymali. Ale nie Żydów", bo albo dwa zdania więcej, albo cała scena won, albowiem w tej formie jest ni pri czom, nie wybaczam Jana Jurewicza jako takiego, gdyżalbowiem to bucowate płytkie było, nie wybaczam bedgajów z tartaku, którzy na niewidzianego wiedzą, komu i za co łomot spuszczają, ale pięć minut potem dają się wpuścić w maliny, że "taki u nas w gminie nie mieszka", nie wybaczam końcowego kiczu i nie mówię o ukrzyżowaniu, bo to polski film, więc płaskie efekciarstwo musi być, ale ta rozmowa między braćmi..
- Jestem twoim bratem! 
- Nie, nie jesteś moim bratem! (...) Wyrzekłem się ciebie! Nie mam brata!
- Bracie! 
- Siostro! Je t'aime! - zawstydzony ekranowym kiczem, ratowałem się kabaretem Potem.

W polskim filmie może nie być cycków, ale dla trzech lumpów z bełtem i filozofią miejsce zawsze się znajdzie

Sporo tego było, można by wyliczać do jutra. Niektóre rzeczy dało się znieść, inne przyjmowało się jako wynikające z konwencji - np. scena z porównywaniem nazwisk w gminnych papierach i na macewach, choć obiektywnie dość elementarna i pachnąca zagrywkami z amerykańskich filmów lat 80., pasowała do klimatu i sklejona była nieźle. Kopanie w deszczu i modlitwy nad wydłubywanymi czaszkami zalatywały popeliną w, ale też dało się strawić (z trudem, ale jednak), spalenie pola kupiłem konwencyjnie, zwłaszcza, że wreszcie mogłem obejrzeć w polskim kinie dobrze oświetloną scenę nocną. Choć może to tylko przypadkowy wpływ pożaru... Nawet na błędy czysto historyczne (kwestia reformy) przymknąłem oko, bo to jednak film i lepiej czasem pójść umownym skrótem, niż babrać się w nieistotnych detalach. 

Niewiele zabrakło, żeby to był naprawdę świetny film, dający do myślenia, walący w głowę sceną ze starym sołtysem, zostawiający widza z galopadą myśli, próbami postawienia się w podobnych sytuacjach (trochę się takie dylematy różnią od nic niekosztującej tromtadracji typu "No pewnie, że poszedłbym do powstania!") itd. Mógł to być film, po którym długo byśmy się zastanawiali, jaka jest cena prawdy, czy warto ją zapłacić, czy wolno nam ją płacić, czy to naprawdę my tę cenę płacimy, czy może nasze gesty robimy na cudzy koszt i czy czasem ta nasza prawda nie staje nam w gardle albo może jeszcze gorzej - czy nie wpychamy jej w gardło innym, dusząc ich i dławiąc? Piętro wyżej - mógłby to być także jakiś głos w dyskusji o naszej narodowej przeszłości, głos niewygodny, tym bardziej, że wychodzący nie od "Przeciwstawiaj się złu aktywnie", na co każdy z nas znalazłby tysiąc "nie można było, bo... / nie mogę, bo...", ale od prostego "Świat to jedno wielkie kurewstwo i my tego nie naprawimy. Ale wiesz co? Nie przyłożymy do tego ręki i to już jest dużo" - o wiele trudniejszego do przyjęcia, bo wymagającego tylko/aż "nie czyń zła" - to już wyższa szkoła jazdy, bo tego już się nie da zbyć "obiektywnymi trudnościami". I "Pokłosie" mogło być rewelacyjnym punktem wyjścia do takich rozmów, do wymiany takich myśli i wrażeń. Oczywiście, jeśli widz oglądałby film jako film, a nie jako reportaż z Jedwabnego i jako widz właśnie, a nie jako członek Związku Bojowników O Dobre Imię Polski Które Fszycy Szargajom Nocom i Dniem, sprawdzający prawomyślność ogórków i patriotyzm zupy pomidorowej, a złej woli doszukujący się nawet w prowokacyjnie szumiących wierzbach (bo jakby nie knuły, to by mówiły głośno, a nie szumiały pokątnie).

Niestety, reżyser zrobił wiele, żeby widzom takie rozmyślania i rozmowy utrudnić, a ułatwić dyskusję na poziomie: "Mordowali! Ale tamci też! Ale ci mieli rację! A tamci mieli powody! Ale tylko we czwartki! Ale nie stu trzydziestu tylko stu dwudziestu siedmiu! Ale ty komuchu! Ale ty lemingu!". Co nie znaczy, że bez takich ułatwień szanowna publisia nie przeszłaby na ów poziom - co to, to nie. Polak potrafi. Ale niektórym byłoby trudniej, niektórzy zrobiliby to później, a niektórzy może wcale... Niestety, chodzenie na skróty czasem kończy się w chaszczach, a wsadzanie kija w mrowisko dla wsadzania kija w mrowisko jest zwyczajnie głupie.

Jestę orkię i jako taki zionę. W dni parzyste zionę chuchem, a w parzyste - nienawiścią.

Zdjęcia trzymały bardzo dobry poziom, momentami nawet wychodząc ponad, muzyka trochę nierówna, czasem zsuwała się w stronę zbyt oczywistych sentymentalizmów, montaż... technicznie bez zarzutu, pretensje można mieć tylko do reżysera, który nie umiał odpuścić i pewne sceny ciągnął do granic wytrzymałości. Momentami naprawdę niezłe dialogi.. Mimo wszystko jeden z lepszych filmów Pasikowskiego /zerk do internetu/ dziesięć filmów nakręcił - no to miejsce drugie w takim razie. Nie wiem, czy więcej mówi to o mojej ocenie "Pokłosia", czy o ocenie pozostałych filmów Pasikowskiego...

Franciszka Kalinę miał grać Bogusław Linda - nie zagrał, za co należą mu się gorące podziękowania. Po pierwsze dlatego, że dawno zapomniał jak się gra i położyłby tę rolę tragicznie, a po drugie dlatego, że widzowie czekaliby aż wyciągnie spod marynarki kałacha i "w imię zasad, skurwysynu", co znacznie utrudniałoby odbiór. Zagrał Ireneusz Czop - facet, którego nie kojarzyłem ani ciut, choć jak powiedział Filmpolski.pl, parę filmów z nim widziałem. Zagrał i... i ma przekichane, bo zagrał rewelacyjnie i teraz każdą jego rolę będzie się porównywało do postaci starszego Kaliny, a biedny aktor będzie próbował zbliżyć się do tego poziomu i w większości będą to próby nieskuteczne. Maciej Stuhr był naprawdę niezły, może nawet bardzo dobry, ale coś-gdzieś wciąż mi w nim zgrzytało. Nie wiem co - czy opatrzona w -dziestu filmach twarz i porównywanie tego Macieja Stuhra do poprzednich Maciejów Stuhrów (zwłaszcza, że głos mu został taki sam), czy wywołujące chichot wspomnienie "dzieci spod Cedyni", czy jakieś niezręczności scenariusza... Nie wiem. Formalnie i warsztatowo doceniam, bo zagrał bardzo dobrze, o wiele lepiej niż w "Obławie", ale... Ale nie wiem, co, poza tym, że jednak "ale". Nie umiem wytłumaczyć - pardąsik.

Zaskakujący pozytywnie drugi i trzeci plan - Jerzy Radziwiłowicz i Zbigniew Zamachowski zagrali to, co umieli najlepiej, bez niepotrzebnych wydziwiań i wypadli naprawdę dobrze. Ryszard Ronczewski był groźnie posępny, Wojciech Zieliński naturalny, Jan Jurewicz przeszarżował, ale chyba właśnie po to Pasikowski dał mu epizod, chyba tego właśnie chciał. Andrzej Mastalerz nie przekonywał - był zbyt oczywisty, zbyt plakatowy, narysowany długopisem zamiast ołówkiem. Kwestia tylko, czy z tej roli z takimi kwestiami, dało się wycisnąć coś więcej i im dłużej się zastanawiam, tym bardziej przypuszczam, że wątpię. No i Robert Rogalski... Ciary chodziły po plecach, kiedy odgrywał postać Malinowskiego, a chodziły podwójnie, gdy się pamiętało, że do tekstu dołożył własne emocje z czasu, gdy był świadkiem likwidacji getta w Siedlcach. Scena, która w pamięci zostanie na długo, a w polskim kinie powinna zostać jeszcze dłużej. Scena, dla której warto było obejrzeć ten film.


Pasikowski i jego filmowe kobiety to temat na pracę z pogranicza filmu i psychologii, przy czym chyba jednak psychologii bardziej. Wiadomo, jak to było do tej pory: długie nogi, chętne cycki, rozchylone uda usta, wzrok maślany i dwa marzenia: wybzykać głównego bohatera ze szczętem, a potem oszukać go, okraść, zdradzić i rzucić. W "Pokłosiu" role kobiece są trzy i żadna nie jest "pasikowska". Czyli, kurde-Boluś, jednak da się... Czemu lekarkę zagrała Zuzana Fialova - nie mam pojęcia. Mogła ją zagrać jakakolwiek polska aktorska i każda by sobie poradziła, bo tak naprawdę do grania było tam tylko jedno zdanie. Z jakiegoś względu Pasikowski wybrał Fialovą, która pokazała się poprawnie (dubbingowała ją Magdalena Wójcik). Ważną dla fabuły "starą wariatkę" zagrała Danuta Szaflarska - jedna scena, ale przejmująca, jeden monolog, ale znakomicie napisany, a Danuta Szaflarska jest świetną aktorką i zagrała dokładnie tak, jak trzeba, żeby widza skręcić emocjonalnie. Krytyka jęknęła, uklękła, uderzyła czołem - i słusznie - ale na mnie większe wrażenie zrobiła Maria Garbowska w roli starej Palki. Danuta Szaflarska miała do zagrania scenę kulminacyjną, dopracowaną, doszlifowaną scenariuszowo, z mocnymi puentami - właściwie tylko wejść i powiedzieć, bo tekst się i tak obroni. Maria Garbowska dostała scenę "boczną", ale wymagającą, bardzo trudną do zagrania, bardzo łatwą do położenia i... W pewnym momencie złapałem się na tym, że oglądam to jak dokument, z przekonaniem, iż leżąca na szpitalnym wyrku obywatelka opowiada prawdziwą historię, że potknięcia, mrugnięcia, gesty, łamanie rytmu zdań - że to wszystko jest autentyczne, naturalne, że Pasikowskiemu udało się znaleźć jakiegoś "świadka historii", że to nagranie jakiegoś wywiadu, do którego Ireneusz Czop został tylko doklejony. Świetna scena, świetnie zagrana i moja prywatna nominacja do Orłów/Oscarów za "rolę epizodyczną".

Warto. Mimo wszystko warto, choćby po to, by spokojnie samemu wyrobić sobie zdanie. Również o filmie.

I takie zadanie domowe dla tych, którzy jadą po "Pokłosiu" jak po burej suce z powodów wyłącznie ideolo: zostawcie wszystko tak, jak jest, cała fabułę, wszystkie sceny, wszystkie dialogi - zamieńcie tylko Podlasie na Wołyń, Franciszka i Józefa zamieńcie na Fedkę i Mykołę, Malinowskiego i Sudeckiego zamieńcie na jakichś Senkiwa i Hryciuka, zamiast Polaków podstawcie Ukraińców, zamiast zamordowanych Żydów - zamordowanych Polaków. Prosty zabieg, który może pozwoli obejrzeć wam film jak film. Li i tylko. Czy w tej konfiguracji ocena filmu wam się zmieniła? Czy gdyby "Pokłosie" - dokładnie takie, jakie jest - reżyserował Ukrainiec, opowiadający o Wołyniu i tamtejszej ludności prześladującej dwóch braci, dążących do prawdy o polskiej przeszłości ich wsi, przyjęlibyście ten film inaczej niż "Pokłosie" Pasikowskiego?
Nie, mnie nie odpowiadajcie. Mnie to, szczerze mówiąc, zwisa. Siebie zapytajcie, sobie odpowiedzcie.

Wsiada facet do niebieskiego forda i mówi: "Za tym traktorem. Tylko dyskretnie"


Varia
1. Wciąż trwa spór między PISF-em a twórcami filmu. PISF uznał, że samowolne zwiększenie budżetu filmu z 5,7 mln zł do 9,1 mln zł, a co za tym idzie zmniejszenie procentowego wkładu PISF z 60 do 30%, pozbawia Instytut sporej sumy należnej z tytułu zwrotu środków z eksploatacji  i zażądał zwrotu całej dotacji czyli 3,5 mln złotych. Poza tym PISF zarzuca producentom niedotrzymywanie terminów rozliczeń, błędy w rachunkach i parę mniejszych grzeszków. Sprawa trafiła do sądu - uprzedźcie swoje nieletnie jeszcze dzieci, żeby między maturą a magisterką wypatrywały wyroku po dwóch kasacjach i szesnastu apelacjach. 
2. Franek Kalina co chwilę chce wracać do Gurówki: "Muszę kupić najpotrzebniejsze rzeczy". Przyjeżdża, kupuje, wraca do domu... ups, gdziesik się podziały, więc "muszę pojechać i kupić najpotrzebniejsze rzeczy", znowu jedzie, znowu kupuje, znowu gubi... Numer z przejechaniem paczki z ciuchami przez autobus jeszcze by uszedł (z wielkim trudem i trzaskiem kołka do zawieszania niewiary), ale zostawienie paczki w knajpie to już scenariuszowa wpadka, jaka nie powinna się trafić nawet dyplomantowi szkoły filmowej, o tak doświadczonym reżyserze nie wspominając 
3. Władysław Pasikowski: "Poza 'Pianistą', który jest filmem francusko-niemiecko-polsko-angielskim, nie znam żadnego filmu o stosunkach polsko-żydowskich. No, jeszcze 'Pokolenie', pokazuje karuzelę po aryjskiej stronie, na tle płonącego getta."
Nie będę wyliczał wszystkich takich filmów, bo i tak dziś zaszalałem z kilometrażem - za nieznajomość samej tylko "Ulicy Granicznej" należy się Pasikowskiemu dwója i głuchy, drwiący śmiech pokoleń. 
4. Kwestia reformy rolnej - pojawiły się zarzuty, że skoro reforma to nie 1945 tylko 1944 rok i nie Rząd Tymnczasowy, tylko pełnomocnik PKWN, kuamstfo i zaprzaństwo! Twórcy chyba się obronią: jeśli widzimy datę 1945 - to już nie PKWN, bo ten przestał istnieć w grudniu 1944, a samą reformę przeprowadzano jeszcze w 1948 roku, więc na upartego na niektórych papierach może być nie tylko nagłówek "Rząd Tymczasowy", ale wręcz "Rząd Rzeczpospolitej Polskiej". Ale jak pisałem wyżej - na luźne szelki, bo to film, a nie podręcznik.

"Chodź obejrzeć trupie czaszki! Młody człowiek na wakacjach musi się rozerwać. Chodź obejrzeć moje czaszki!"


============
2012
Czas: 104 minuty
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Obsada: Ireneusz Czop, Maciej Stuhr, Robert Rogalski, Ryszard Ronczewski, Maria Garbowska, Danuta Szaflarska, Zbigniew Zamachowski, Jerzy Radziwiłowicz, Andrzej Mastalerz, Wojciech Zielinski, Zuzana Fialova. 
Dofinansowanie PISF: 3 500 000 mln zł. 

2014-07-09

Przyspieszenie [1984]

- Mój mąż? Mój mąż jest z zawodu dyrektorem inteligentem.
- Tata, a co robi inteligent?
- Smęci.


"Lubię poglądać wsparty na Judahu skale..."

Już pierwsze sceny "Przyspieszenia" sygnalizują, że oto jesteśmy w Kinie Moralnego Chujwico schyłkowego PRL-u. Kolberger pruje czerwonym sportowym autem, piszcząc na zakrętach, ale zamiast przyspieszenia mamy zatrzymanie, bo Romantowska dostaje histerii i zaczyna krzyczeć nieswoim głosem. Kolberger wysiada i zapala papierosa, Romantowska odjeżdża, czerwone sportowe autko jest symbolem, cudzy głos Romantowskiej jest symbolem, zapalanie papierosa jest symbolem, sterczenie na pustej drodze jest symbolem, tylko symbol nie jest symbolem, bo jest metaforą.

Fabuła? Był sobie reżyser, który miał kompleks ojca, kompleks silnych kobiet, kompleks żaby, kompleks przyjaciół z zaczeską, kompleks czterdziestki, kompleks Felliniego, kompleks sztucznej szczęki i kompleks kompleksu. Ogólnie, taki Miauczyński, tylko bez bluzgów, a z uśmiechem młodego Krzysztofa Kolbergera. Nic mu się nie udaje, nie może się zdecydować, czy życie to teatr czy może forma istnienia białka, przerywa więc zdjęcia do kolejnego filmu, wsiada na jacht i postanawia się zabić, wydając przy tym kabotyńskie okrzyki. Zgadnijcie, jak chce się zabić 40-letni PRL-owski reżyser na jachcie.

– Zastrzeli się!
- Otruje się! Pije przecież z bosmanem rudą wódę na myszach.
- Powiesi się na maszcie.
- Utopi się!
Brawo. A jak się utopi?
- Yyyy? Wskoczy do wody i nie będzie umiał pływać?
- Kamień sobie przywiąże do szyi! 
- Gupia, skąd kamień na jachcie?
- To przywiąże sobie bosmana!


Bosman postanowił stawić opór

- Śmierć z rewolweru jest za szybka. Trzeba jej trochę posmakować - powiedział bohater-reżyser - Popsuliśmy zawór w kibelku i czekamy aż łajba pójdzie na dno. 
Śmierć przez zawór w kibelku - jakież to polskie... Tylko jeśli coś przychodzi przez zawór w kibelku, to określenie "smakować coś" jest chyba trochę nie na miejscu.

Reżyser chla z bosmanem, a przez ekran przelatują scenki z jego życia i z jego filmu/filmów - od scen dziecięcych z życia prowincji po niepokoje wychowanka Polski Ludowej, a czasem pojawiają się nawet ułani i cesarz Napoleon ze Spychowa stawiający jakże życiowe kwestie: "Potraficie pięknie umierać, ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby mieć własną ojczyznę". Doktor Berna zamiata na czworakach dywan, bo straszny mają burdel w tym swoim Archeo, doktor Tekla w jednym wcieleniu robi laskę nastolatkowi, w innym tnie na żywca żabę, a w jeszcze innym,...
- To ile ona ma wcieleń?
Sześć. 
...a w jeszcze innym wygłasza złote myśli z gatunku: "Ostatnią pozostałą człowiekowi wolnością, są dziwne myśli, które przychodzą po alkoholu". Co swoją drogą może stanowić całkiem zgrabny klucz do rozczytania filmu.

...choć ta teoria też powinna zostać wzięta pod uwagę

Zresztą nie tylko sześć wcieleń doktor Tekli rzuca perłami egzystencjalnych bąmotów. 
- Mężczyzna jest stworzony do rzeczy prostych: psa, konia, szabli, polowania - z pasją wygłasza główny bohater, który chyba w życiu szabli nie widział - Nawet miłość jest już zbyt skomplikowana.
- Jeżeli chcesz zdjąć maskę z kobiet, chcesz je obnażyć - to musisz zacząć od siebie - instruuje go doktor Berna, ociekająca wazeliną i nie mam tu na myśli pochlebstw, tylko prawdziwą wazelinę i prawdziwe ociekanie.
- Myślący człowiek ma tylko dwa wyjścia: szukać w sobie, albo gdzieś bardzo daleko. Bo szukać musi - wyjaśnia cesarz Napoleon ze Spychowa na etacie ojca.
- Czy wiesz dlaczego nikt nie darzy sympatią błaznów, a tym bardziej szaleńców? Bo chcą swoje marzenia spełniać - nie pamiętam, czy to doktor Berna czy doktor Tekla, ale przecież naprawdę ważny jest sam mesydż. 
- Tory, w które cię wtłoczono, wiozą cię przez szkołę, dom studia, prowadząc donikąd, nie masz żadnego wyjścia, rozumiesz?
- Po rewolucji francuskiej pomieszało się na dobre. Zginęła hierarchia - doktor Tekla rzuciła się w w odmęty historii jak dzik w żołędzie - Ludziom wmówiono równość, wolność i rzecz najważniejszą: że papierowe pieniądze są tak samo dobre jak złoto. A papieru i kobiet nie zabraknie nigdy. Czy jest ktoś, kto może się im oprzeć?
- Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - dołączył Głos Wewnętrzny.
- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - Opinia Publiczna nie chciała być gorsza.
- Jak na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma, to pod koniec listopada pada albo nie pada - pani Jadzia z warzywniaka też znała parę mądrości ludowych.
- Łatwo grubemu kijkowi... Nie! Łatwiej cienki... źle! Gruby cienkiego kijka... - męczył się Szambelan - Łatwo kijek grubowego... Bodaj cię! Z grubego na gruby... czy kaduk nadal, ani rusz!
- To moja wina, już dawno powinnam zaprowadzić go do dentysty - twierdziła Drewniana Blondynka, grająca... hmm, chyba Drewnianą Blondynkę właśnie - Tylko nie wiem, czy to bolący ząb, czy sztuczna szczęka go uwiera.

Grażyno, patrz mi prosto w ekran, dobrze? Nie gap się na moje wtyczki i kabelki!

No i tak to leci przez cały film. Sceny filmu w filmie przeplatają się ze scenami życia w życiu, przechodzą w sceny życia w filmie, następnie w sceny filmu w życiu, a aktorzy grający po kilka różnych ról, w zależności czy grają postać w życiu, czy postać w filmie...
- Ale postać w filmie w życiu czy w filmie w filmie?
... ze Znaczącymi Minami z wygłaszają mądrości życiowe, nieżyciowe i w ogóle. Taka wielka filmowa pralka automatyczna, która ma oczyścić sumienie artysty, a w której bębnie wirują wszystkie kompleksy reżysera-bohatera i reżysera-autora, wszystkie och-kuźwa-jakie pomysły, na które kiedykolwiek obaj wpadli, wszystkie koszmary inteligenta, cała jaskrawość miauczyńskości jego i odwieczna tęsknota za wolnością, która tak naprawdę sprowadza się do "a pocałujcie mnie wszyscy w dupę i nie mówcie mi, że jestem łajzą, bo to wiem, ale wiem też, że jestem łajzą, która kręci film, więc poza pocałowaniem, skoczcie mi na warsztat, gdyż wy cierpicie za darmo, a nawet z mimowolną dopłatą własną, a ja za publiczne milijony".

Miłość - o, miłość to jest ciekawy temat. Albo śmierć. Albo jedno i drugie. Albo kompleksy. Trzy rzeczy - miłość, śmierć i kompleksy. I żaba. Cztery rzeczy: miłość, śmierć, kompleksy i żaba. Pięć - bo jeszcze historia nasza tragiczna, kula u nogi się za nami ciągnąca, hej, kto Polak - na bagnety, niech żyje Lęperer, precz z błędami i wypaczeniami! Pajęczyny zwisające z sufitu, piknik pod szafą, łowienie ryb w akwarium i mokre sny o gimnazjalistkach w mundurkach. Albo o paniach kierowniczkach z księgowości - ganz rybka, bo kiedy "się nie ma śmiałości do kobiet", to każda pociąga i przeraża równie mocno.
- Panowie zdaje się eksplikują nam swój kompleks wolności - zachichotała doktor Tekla
- Liny, morze, żagle, samounicestwienie, to takie męskie - dołączyła doktor Berna.
- Gdybyś miał choć odrobinę tego szaleństwa - mruknął ojciec Jurand Bonaparte - To zamiast tych gołych panienek pokazałbyś choćby konia.
Proszzzzbardz - jest koń. Biały, oczywiście.
Jest też święty Mikołaj, któremu jakaś laska robi loda. Oralizowanego Mikołaja gra Józwa Butrym, co pewnie jest aluzją do ludowego porzekadła, może być i Beznogi, byle był mężczyzną. 
Zaprawdę, wiele jest w tym filmie rzeczy dziwnych i scen głębokich.

Koń jaki jest - każdy widzi. Jakie jest polskie kino - także.

Kino schyłkowego PRL-u w pigułce - wszystkie wady, wszystkie zupy metaforyczne i sałatki aluzyjne, wszystkie "czy pan widział kiedyś morze?", wszystkie "Nie wiem, co mam do powiedzenia, więc będę mówił długo i zawile, a na koniec pokażę galopującą wiewiórkę albo białego konia pod żaglami. Albo ułanów, bo ułani zawsze się dobrze sprzedają". Popłuczyny po kinie moralnego niepokoju, pretensjonalne do zerzygania i usiłujące zamaskować brak umiejętności opowiedzenia prostej, a mocnej historii chaotyczną gonitwą coraz to bardziej dziwacznych pomysłów. A gdzieś w tle pobrzmiewa echo słów prezesa Ochódzkiego - "Powiedz mi, po co jest ten miś? No właśnie - nikt nie wie po co, więc nie musimy się bać, że ktoś zapyta". I można by było "Przyspieszenie" wyrzucić do kosza, ale... Właśnie - "ale". Po trzydziestu latach wady tego filmu stały się jego zaletami - możemy oglądać film Rebzdy jako kliniczny klasyczny przypadek ówczesnego kina "ęteligenckiego", podręcznik psychopatologii przeciętnego reżysera lat 80., możemy bawić się w znajdowanie w nim odniesienia do filmów, które powstały przed (zestawienie Beaty Tyszkiewicz i Hanny Stankówny wyjęte z "Seksmisji" czy nawiązania do "Dreszczy"), ale także znajdować ślady "Przyspieszenia" w produkcjach późniejszych (na przykład u Koterskiego). Przy czym ślady te (a przynajmniej większość z nich) niekoniecznie muszą być prostymi i świadomymi nawiązaniami - o takie wyrafinowanie nie podejrzewam ani twórcy "Przyspieszenia", ani jego kolegów po fachu - to raczej świadectwo pewnego stanu artystycznych umysłów z tamtych czasów i stanu... hm... systemu kształcenia filmowego, wypuszczającego za kamery stada filmowców myślących tak samo, kręcących tak samo, poruszających się między tym samymi zestawem kulturowych skrótów (bo już nawet nie kodów), z równie wąskim repertuarem środków technicznych i rozwiązań artystycznych oraz jarających się przede wszystkim własnymi, inteligencko-reżyserskimi bebechami.

Zdjęcia - jak na tamte czasy niezłe (a może po prostu film był rzadko emitowany i taśma zachowała się w lepszym stanie?), fatalne oświetlenie, zwłaszcza w scenie obłapek bohatera z Grażyną Szapołowską przydałoby się go więcej /samczo-porozumiewawcze mrugnięcie/, bardzo PRL-owski montaż i ponadczasowe polskie postsynchrony. Muzyka Jerzego Satanowskiego rozpoznawalna od pierwszych nutek i pasująca do klimatu ogólnego "ich weiss nicht".

Piknik pod wiszącym żyrandolem

Reżyserowi udało się zgromadzić przed kamerą imponującą ekipę aktorską, która jakoś próbowała odnaleźć się w jego dziele i niektórym się to udawało. Naprawdę niezły był Krzysztof Kolberger w roli głównej, Beata Tyszkiewicz w 5 rolach była wciąż tylko Beatą Tyszkiewicz - zdecydowanie przebiła ją Hanna Stankówna, nie tylko dlatego, że zagrała 6 postaci, ale przede wszystkim dlatego, że zagrała postaci. Grażyna Szapołowska nie wyszła poza swoje emploi - była zgrabna, chłodna i kusząca, Jerzy Bończak włos miał rozwiany, a Andrzej Szalawski sprawiał wrażenie zagubionego w gąszczu reżyserskich wizji i w niektórych momentach przegrywał z dialogami, podając je tak bezradnie, że żal było patrzeć. Zdzisław Wardejn - w pełni sił aktorskich, Andrzej Żarnecki mówił głównie "Zuch", ale za to mówił w czterech wcieleniach, a Anna Romantowska strzelała fochy głosem kogoś innego. Dali się zauważyć Marian Opania i Ewa Ziętek, nie dał się zauważyć Marek Frąckowiak, a postać grana przez Annę Wojton, mówiąc "Po rozwodzie dostałam odszkodowanie i zrobiłam sobie wszystkie możliwe operacje plastyczne", kłamała w żywe oczy, bo cała Polska widziała, że biustu sobie jednak nie zrobiła. 

Dla wytrwałych, opornych i raczej tylko jako pomoc naukowa. Ale jeśli ktoś ma skośne poczucie humoru, może znaleźć w oglądaniu "Przyspieszenia" trochę perwersyjnie uśmiechniętą przyjemność.

Większość widzów postulowała zastosowanie wanny wobec reżysera


Varia
1. "Nareszcie zrozumiałem, że należało mnie trzymać z daleka od kamery" - mówi główny bohater. Ciekawe, czy w tym momencie na sali kinowej rozlegały sie gromkie oklaski? 
2. Czy jest na sali ktoś, kto rozpoznał głos aktorki dubbingującej Annę Romantowską. Bo znam ten głos, ale na pamięć moją zaległo.
3. Tak, ten pan przy fortepianie to naprawdę był Stanisław Sojka. 
4. - Mamo, a co to znaczy, że tatuś jest nareszcie wolnym człowiekiem?
- To takie męskie fanaberie. A w ogóle nie wierz tak we wszystko, co ojciec mówi.
Życiowe, prawda?
5. - Fizjologię smaku napisał człowiek, który twierdził, iż wynalezienie nowej potrawy jest dla ludzkości ważniejsze niż odkrycie nowej gwiazdy
- Zachwycacie się tym wiecznie pijanym jakobinem, szalonym romantykiem, oczywiście, ale o tym, że codziennie wysyłał na gilotynę dziesiątki ludzi, wolicie nie pamiętać.
Bo nie ma o czym pamiętać. Jean Anthelme Brillat-Savarin nie był jakobinem - tym bardziej pijanym czy szalonym - i nikogo na gilotynę nie posłał, a w Konstytuancie był jednym z bardziej spokojniejszych deputowanych.
6. Podobno Zbigniew Rebzda dostał za ten film nominację do Złotych Lwów na festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w 1984 roku. Hmm...
7. Znając podejście polskich filmowców do fauny na planie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że w czasie kręcenia filmu doszło do przypadków krzywdzenia żab.

Prawdziwy polski inteligent spudłuje nawet z takiej odległości


============
1984
Czas: 87 minut
Reżyseria: Zbigniew Rebzda
Scenariusz: Krzysztof Bogdanowicz, Zbigniew Rebzda
Obsada: Krzysztof Kolberger, Beata Tyszkiewicz, Hanna Stankówna, Grażyna Szapołowska, Jerzy Bończak, Andrzej Szalawski, Andrzej Żarnecki i inni.

2014-07-04

Piąta pora roku [2012]

- Obeliksie, jaka jest Szwajcaria?
- Płaska! 
Obelix przespał całą podróż - ja nie przespałem całego filmu, choć ziewałem często.

Pan Witek zasnął w połowie własnej kwestii

Pani Barbara, lat -dziesiąt parę, świeża nieślubna wdowa po malarzu. Włosy blond, oczy niebieskie, wykształcenie muzyczne, nierozwiązane problemy z własną rodziną i spore problemy z rodziną nieślubnego malarza, czyhającą na mieszkanie po tatusiu.
Pan Witek - hajer przodowy, 40 lat na dole, pełna szuflada orderów, -dziesto letni Merc, gołębie, trąbka i do kobiet pociąg duży. 

Podobieństw między tą dwójką brak. No, może poza zbliżonym wiekiem i ewentualnie muzyką, ale i tu nie bardzo, bo pani Barbara słucha klasyki i nuci "Va pensiero", a pan Witek słucha sitz-polek, gra disco-polo i nuci "Gdy strzała Amora mknie, by serca połączyć dwa, cza-cza-cza".
- Oboje są ze Śląska!
Teoretycznie. Pani Barbara na Śląsku jedynie mieszka, bo pochodzi z puszcz tucholskich przepastnej krainy.

Nasza dwójka wyrusza Mercem pana Witka we wspólną podróż nad morze. Pani Barbara - żeby wysypać męża w fal odmęty, a pan Witek - bo się zapatrzył na panią Barbarę i "ma ochotę na chwileczkę zapomnienia". Teoretycznie samograj, prawda? Odmienne życiorysy, odmienne charaktery, odmienne poglądy na wszystko...
- Odmienne płci
Też. Nic, tylko zderzyć bohaterów, wypełnić drogę sporami, dyskusjami, przycinkami, ciekawymi/zabawnymi przygodami, zmieniającymi ich punkt widzenia na świat i siebie nawzajem, a na koniec pchnąć parkę w objęcia i obwieścić, że życie jest piękne, a miłość nie jest przywilejem nastolatków i fakt, że ktoś ma na pagonach sześć-siedem krzyżyków, nie oznacza końca wszystkiego, a czasem wręcz przeciwnie.

Można na przykład wspólnie potępić spektakl "Golgota picnic"

Zderzenie bohaterów wypadło sztucznie, ciekawych przygód nie było, zabawnych nie było tym bardziej, a przez dziury w scenariuszu pchały się wielkie tłuste sztampy i ciamkały jak Luis Suarez po konsumpcji boiskowego rywala.
- Jak to, nie było przygód? - żachnęła się Opinia Publiczna - A tirówka, która okradła naszych bohaterów?
A tak, było coś takiego - bohaterowie zabrali na stopa kobitkę, twierdzącą, że jedzie do Częstochowy w celu modlitewnym, a kobitka ich obrobiła. Dobre dziesięć minut filmu na tym zeszło, niestety, czytelne to było bardzo i odkąd tylko kobitka wsiadła do samochodu, widać było, co się święci. Panna była w stroju raczej minimalnym, tu wypięcie, tu wychylenie, tu dekolt głębokości dziury budżetowej, tam pośladki lubieżne, a na dodatek jeszcze jarała jak stary sztygar. Typowa przydrożna oazowiczka, prawda? Od razu było wiadomo, że to osobnik z gatunku "ssaków przydrożnych" i że albo pana Witka uwiedzie z łoskotem, albo ich obrobi na czysto, tertium, proszę publiczności, non datur, a zaskoczeniem było wyłącznie to, że do kompletu nie podprowadziła im mercowatego rzęcha. 

Kradzież była twórcom potrzeba do paru fabularnych rozwiązań: po pierwsze - do wykorzystania gołębi, bo wiadomo, że jak Ślązak, to musi mieć gołębie, bo co to za Ślązak bez gołębi. Po drugie - do poszerzenia roli najbliższego przyjaciela pan Witka, niejakiego Bogdana. Poszerzenia zresztą zupełnie od czapy, bo zamiast ograniczyć się do niezbędnego minimum, czyli wpięcia Bogdana w fabułę/intrygę, scenarzystka dołożyła mu "psychologiczne tło postaci", czym zapchała kolejny kwadrans filmu, skutecznie wyhamowując akcję. Po trzecie - gołębie plus Bogdan miały zostać użyte do całkiem zgrabnego filmowego "myku", ale tu też scenarzystka się nie popisała i zamiast zostawić widzowi (oraz pani Barbarze) fajną niespodziankę - "spaliła" wszystko w sposób koszmarny łamane przez dyskwalifikujący, nie pokazując niespodzianki, tylko każąc panu Witkowi opowiedzieć o niej i to zanim jeszcze się wydarzyła. Coś, co mogło być, ba! co powinno być punktem przełomowym dla obojga, pojawiło się na ekranie w formie szczątkowej i tylko jako hak, przy pomocy którego rozciągnięto film o kolejne kilka minut.

Gdybyśmy pojechali przez Bąbelki Górne, to rozciągniemy film do 96 minut
   
Film kończy się happy endem, bo musiał się happy endem skończyć, ten happy end wpisany był w scenariusz od pierwszych chwil, jechał z naszymi bohaterami przez całą Polskę, wystawał zza dolnej krawędzi ekranu jak gęba Jacka Kurskiego na "samośce" z Kijowa. Jedyne, co mogło zatrzymać ów happy end to kochany przez polskie kino numer "na tragedię" czyli jakiś ciężki i gwałtowny nowotwór, dopadający panią Barbarę między parkingiem a kempingiem albo pijany kierowca rozsmarowujący na asfalcie pana Witka. Ponieważ jednak w większości internetowych blurbów pojawiały się słowa "ciepło" i "humor", wiadomo było, że nikomu nic złego się nie stanie i wszystko skończy się "nową drogą życia".

Właściwie nie wiem, jaki to był film. Komedia? Chyba nie, bo żartów było niewiele, z czego tylko jeden zabawny, a i to tylko trochę. Film obyczajowy? Też nie, bo to nie jest gatunek, w którym schemat pogania się sztampą, a stereotyp karmi się uproszczeniami. Psychologiczny? Cóż, kwestia przeszłości rodzinnej pani Barbary, została wetknięta w film tak bardzo ni w pięć, ni w dziewięć, że być może właśnie o psychologię scenarzystce chodziło. To tłumaczyłoby także scenę z porodem, który pani Barbara przyjęła z wprawą trzech profesorów Chazanów i jednej Arizony Robbins, a po którym zaczęła szlochać, że sproszkowany nieboszczyk malarz nigdy nie chciał dzieci, a teraz to już za późno (tu miałem nadzieję, że pan Witek rzuci jakimś pocieszającym "Nie płacz, wszystko przed tobą", ale niestety scenarzystka się pilnowała i zapomniała, że jej bohaterka jest z grupy wiekowej +60).

Prochy nieboszczyka miały wyraźną nutę cytrusową, podbitą aromatem jałowca 

- To jest film drogi - pouczyła Opinia Publiczna.
Faktycznie, tani nie był - ponad 3,5 miliona, z czego 2,3 z pieniędzy PISF-owskich czyli naszych. Swoją drogą, na co ekipa wydała tyle kasy - to dopiero jest zagadka z gatunku bardzo zagadkowych. Obsada kameralna, cztery "miejscówki" na krzyż (a żadne nie mogła być zbyt droga), większość plenerków można było nakręcić na przydrożnym terenie jednej gminy... Nawet "Mój rower" był tańszy, choć tam przecież wozili pianino przez jezioro i sfajczyli sporą nadbrzeżną budę. 
"Film drogi"... No, dobra - wsiedli i jechali, rozliczali się z czymś, dokądś i do czegoś dążyli... Niech będzie, że film drogi. Ale medialne porównania do "Wożąc Miss Daisy" to naprawdę była Przesadzona Przesada. Nie tylko dlatego, że w "Wożąc Miss Daisy", tło społeczne miało moc, a w "Piątej porze roku" było tylko papką stereotypów z "Familiady". Nie wystarczy wsadzić do samochodu starszego pana i starszą panią, nie wystarczy ustawić ich w kontrze, a potem kazać im mówić, że, och, jakże się nareszcie rozumieją, bo przedtem to, oczywiście, wiele ich dzieliło, no, ale teraz, to hohoho, normalnie. Nie wiem, kto wymyślił to porównanie, a kto tylko bezmyślnie powielał, ale za każdym razem, gdy się na nie natykałem, włosy jeżyły mi się na łydkach i zastanawiałem, co jeszcze wymyślą fachowcy od kina? Że "Krzyżacy" to nasza wersja "300", a "Barwy walki" to polska "Kompania braci"?

O reżyserii Jerzego Domaradzkiego nie napiszę nic, bo jej po prostu nie było. Aktorzy grali "swoje" - Ewa Wiśniewska była Ewą Wiśniewską z ostatnich lat i wypadła bardzo, bardzo blado, Marian Dziędziel zagrał Mariana Dziędziela w wersji miłej i choć właściwie nic szczególnego nie pokazał, to większość filmu ciągnął sam. Andrzej Grabowski jako Bogdan też nie wyszedł poza przeciętność, momentami stosując zagrywki a'la Ferdek Kiepski a to, że mówił (czy starał się mówić) po śląsku... Trochę mało. Spośród reszty aktorów dało się zapamiętać tylko Leszka Lichotę, bo na ekranie był najdłużej i Natalię Rybicką w roli tirówki, bo miała odpowiednie do tej roli atrybuty i, oczywiście, mam na myśli wyłącznie kuso-obcisły strój.

Obcisłość stroju pana Bogdana ustąpiła obfitości spożycia

Zdjęcia przeciętne, montaż słaby, a muzyka... to chyba było największe rozczarowanie filmu. Jakiś idiotyczny misz-masz, którego poszczególne elementy momentami gryzły się z widokiem na ekranie jak posłowie w czasie debaty sejmowej. Zwykła scena jazdy samochodem - zgrzytki i pochodziki a'la Preisner. Jazda z podtekstem psychocośtam - słodziutki saksofon, że ino pannie Jadzi z księgowości nalewać adwokata i mruczeć świństewka do ucha. Scena bezbarwna w poprawności, emocje 1/10 - a dźwięki gęste jak u Jerzego Satanowskiego... Zerk w listę płac - komponował rzeczywiście Jerzy Satanowski (więc zonk tym większy, bo to przecież fachman wysokiej klasy). Kompletny chaos, jakby z układanki "Ten kawałek wstawiamy tu, a tamten tam" wypadł jakiś element i wszystko przesunęło się o co najmniej jedną scenę.

Film poprawny, ale o wiele za długi, bezbarwny, nijaki... jak wystygła zupa mleczna. Nie warto.

Blues Brothers 2012


Varia:
1. Jerzy Satanowski pojawił się w filmie we własnej osobie - zagrał rybaka, z którym pani Barbara wypływa w morze, by wysypać małżonka.
2. Operatorem kamery był Kamil Domaradzki. Czy zbieżność nazwisk z reżyserem jest przypadkowa czy może są rodziną - nie wiem, a film nie wywołał najmniejszej chęci, by się dowiadywać. 
3. W epizodziku żony Niemca wystąpiła pojawiła się dawno niewidziana Tatiana Sosna-Sarno. 
4. Byli tacy, którzy film docenili - Mari Dziędziel dostał za swoją rolę nagrodę na festiwalu filmowym w Kairze, Ewa Wiśniewska - na festiwalu w Wuhan, a Michał Żarnecki za najlepszy dźwięk dostał "Brązowego Witezia" na festiwalu w Chabarowsku. 
5. W roli klubu seniora wystąpił prawdziwy klub seniora w Nikiszowcu, a w roli gołębnika wystąpił prawdziwy gołębnik w Siemianowicach Śląskich.

"Zapłakał Kaszub, wytarł nos w chustkę i powiosłował z powrotem"


============
2012
Czas: 96 minut
Reżyseria: Jerzy Domaradzki
Scenariusz: Natalia Pryzowicz
Obsada: Ewa Wiśniewska, Marian Dziędziel, Andrzej Grabowski, Leszek Lichota, Ewa Leśniak, Agnieszka Mandat, Natalia Rybicka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 300 500