2014-07-04

Piąta pora roku [2012]

- Obeliksie, jaka jest Szwajcaria?
- Płaska! 
Obelix przespał całą podróż - ja nie przespałem całego filmu, choć ziewałem często.

Pan Witek zasnął w połowie własnej kwestii

Pani Barbara, lat -dziesiąt parę, świeża nieślubna wdowa po malarzu. Włosy blond, oczy niebieskie, wykształcenie muzyczne, nierozwiązane problemy z własną rodziną i spore problemy z rodziną nieślubnego malarza, czyhającą na mieszkanie po tatusiu.
Pan Witek - hajer przodowy, 40 lat na dole, pełna szuflada orderów, -dziesto letni Merc, gołębie, trąbka i do kobiet pociąg duży. 

Podobieństw między tą dwójką brak. No, może poza zbliżonym wiekiem i ewentualnie muzyką, ale i tu nie bardzo, bo pani Barbara słucha klasyki i nuci "Va pensiero", a pan Witek słucha sitz-polek, gra disco-polo i nuci "Gdy strzała Amora mknie, by serca połączyć dwa, cza-cza-cza".
- Oboje są ze Śląska!
Teoretycznie. Pani Barbara na Śląsku jedynie mieszka, bo pochodzi z puszcz tucholskich przepastnej krainy.

Nasza dwójka wyrusza Mercem pana Witka we wspólną podróż nad morze. Pani Barbara - żeby wysypać męża w fal odmęty, a pan Witek - bo się zapatrzył na panią Barbarę i "ma ochotę na chwileczkę zapomnienia". Teoretycznie samograj, prawda? Odmienne życiorysy, odmienne charaktery, odmienne poglądy na wszystko...
- Odmienne płci
Też. Nic, tylko zderzyć bohaterów, wypełnić drogę sporami, dyskusjami, przycinkami, ciekawymi/zabawnymi przygodami, zmieniającymi ich punkt widzenia na świat i siebie nawzajem, a na koniec pchnąć parkę w objęcia i obwieścić, że życie jest piękne, a miłość nie jest przywilejem nastolatków i fakt, że ktoś ma na pagonach sześć-siedem krzyżyków, nie oznacza końca wszystkiego, a czasem wręcz przeciwnie.

Można na przykład wspólnie potępić spektakl "Golgota picnic"

Zderzenie bohaterów wypadło sztucznie, ciekawych przygód nie było, zabawnych nie było tym bardziej, a przez dziury w scenariuszu pchały się wielkie tłuste sztampy i ciamkały jak Luis Suarez po konsumpcji boiskowego rywala.
- Jak to, nie było przygód? - żachnęła się Opinia Publiczna - A tirówka, która okradła naszych bohaterów?
A tak, było coś takiego - bohaterowie zabrali na stopa kobitkę, twierdzącą, że jedzie do Częstochowy w celu modlitewnym, a kobitka ich obrobiła. Dobre dziesięć minut filmu na tym zeszło, niestety, czytelne to było bardzo i odkąd tylko kobitka wsiadła do samochodu, widać było, co się święci. Panna była w stroju raczej minimalnym, tu wypięcie, tu wychylenie, tu dekolt głębokości dziury budżetowej, tam pośladki lubieżne, a na dodatek jeszcze jarała jak stary sztygar. Typowa przydrożna oazowiczka, prawda? Od razu było wiadomo, że to osobnik z gatunku "ssaków przydrożnych" i że albo pana Witka uwiedzie z łoskotem, albo ich obrobi na czysto, tertium, proszę publiczności, non datur, a zaskoczeniem było wyłącznie to, że do kompletu nie podprowadziła im mercowatego rzęcha. 

Kradzież była twórcom potrzeba do paru fabularnych rozwiązań: po pierwsze - do wykorzystania gołębi, bo wiadomo, że jak Ślązak, to musi mieć gołębie, bo co to za Ślązak bez gołębi. Po drugie - do poszerzenia roli najbliższego przyjaciela pan Witka, niejakiego Bogdana. Poszerzenia zresztą zupełnie od czapy, bo zamiast ograniczyć się do niezbędnego minimum, czyli wpięcia Bogdana w fabułę/intrygę, scenarzystka dołożyła mu "psychologiczne tło postaci", czym zapchała kolejny kwadrans filmu, skutecznie wyhamowując akcję. Po trzecie - gołębie plus Bogdan miały zostać użyte do całkiem zgrabnego filmowego "myku", ale tu też scenarzystka się nie popisała i zamiast zostawić widzowi (oraz pani Barbarze) fajną niespodziankę - "spaliła" wszystko w sposób koszmarny łamane przez dyskwalifikujący, nie pokazując niespodzianki, tylko każąc panu Witkowi opowiedzieć o niej i to zanim jeszcze się wydarzyła. Coś, co mogło być, ba! co powinno być punktem przełomowym dla obojga, pojawiło się na ekranie w formie szczątkowej i tylko jako hak, przy pomocy którego rozciągnięto film o kolejne kilka minut.

Gdybyśmy pojechali przez Bąbelki Górne, to rozciągniemy film do 96 minut
   
Film kończy się happy endem, bo musiał się happy endem skończyć, ten happy end wpisany był w scenariusz od pierwszych chwil, jechał z naszymi bohaterami przez całą Polskę, wystawał zza dolnej krawędzi ekranu jak gęba Jacka Kurskiego na "samośce" z Kijowa. Jedyne, co mogło zatrzymać ów happy end to kochany przez polskie kino numer "na tragedię" czyli jakiś ciężki i gwałtowny nowotwór, dopadający panią Barbarę między parkingiem a kempingiem albo pijany kierowca rozsmarowujący na asfalcie pana Witka. Ponieważ jednak w większości internetowych blurbów pojawiały się słowa "ciepło" i "humor", wiadomo było, że nikomu nic złego się nie stanie i wszystko skończy się "nową drogą życia".

Właściwie nie wiem, jaki to był film. Komedia? Chyba nie, bo żartów było niewiele, z czego tylko jeden zabawny, a i to tylko trochę. Film obyczajowy? Też nie, bo to nie jest gatunek, w którym schemat pogania się sztampą, a stereotyp karmi się uproszczeniami. Psychologiczny? Cóż, kwestia przeszłości rodzinnej pani Barbary, została wetknięta w film tak bardzo ni w pięć, ni w dziewięć, że być może właśnie o psychologię scenarzystce chodziło. To tłumaczyłoby także scenę z porodem, który pani Barbara przyjęła z wprawą trzech profesorów Chazanów i jednej Arizony Robbins, a po którym zaczęła szlochać, że sproszkowany nieboszczyk malarz nigdy nie chciał dzieci, a teraz to już za późno (tu miałem nadzieję, że pan Witek rzuci jakimś pocieszającym "Nie płacz, wszystko przed tobą", ale niestety scenarzystka się pilnowała i zapomniała, że jej bohaterka jest z grupy wiekowej +60).

Prochy nieboszczyka miały wyraźną nutę cytrusową, podbitą aromatem jałowca 

- To jest film drogi - pouczyła Opinia Publiczna.
Faktycznie, tani nie był - ponad 3,5 miliona, z czego 2,3 z pieniędzy PISF-owskich czyli naszych. Swoją drogą, na co ekipa wydała tyle kasy - to dopiero jest zagadka z gatunku bardzo zagadkowych. Obsada kameralna, cztery "miejscówki" na krzyż (a żadne nie mogła być zbyt droga), większość plenerków można było nakręcić na przydrożnym terenie jednej gminy... Nawet "Mój rower" był tańszy, choć tam przecież wozili pianino przez jezioro i sfajczyli sporą nadbrzeżną budę. 
"Film drogi"... No, dobra - wsiedli i jechali, rozliczali się z czymś, dokądś i do czegoś dążyli... Niech będzie, że film drogi. Ale medialne porównania do "Wożąc Miss Daisy" to naprawdę była Przesadzona Przesada. Nie tylko dlatego, że w "Wożąc Miss Daisy", tło społeczne miało moc, a w "Piątej porze roku" było tylko papką stereotypów z "Familiady". Nie wystarczy wsadzić do samochodu starszego pana i starszą panią, nie wystarczy ustawić ich w kontrze, a potem kazać im mówić, że, och, jakże się nareszcie rozumieją, bo przedtem to, oczywiście, wiele ich dzieliło, no, ale teraz, to hohoho, normalnie. Nie wiem, kto wymyślił to porównanie, a kto tylko bezmyślnie powielał, ale za każdym razem, gdy się na nie natykałem, włosy jeżyły mi się na łydkach i zastanawiałem, co jeszcze wymyślą fachowcy od kina? Że "Krzyżacy" to nasza wersja "300", a "Barwy walki" to polska "Kompania braci"?

O reżyserii Jerzego Domaradzkiego nie napiszę nic, bo jej po prostu nie było. Aktorzy grali "swoje" - Ewa Wiśniewska była Ewą Wiśniewską z ostatnich lat i wypadła bardzo, bardzo blado, Marian Dziędziel zagrał Mariana Dziędziela w wersji miłej i choć właściwie nic szczególnego nie pokazał, to większość filmu ciągnął sam. Andrzej Grabowski jako Bogdan też nie wyszedł poza przeciętność, momentami stosując zagrywki a'la Ferdek Kiepski a to, że mówił (czy starał się mówić) po śląsku... Trochę mało. Spośród reszty aktorów dało się zapamiętać tylko Leszka Lichotę, bo na ekranie był najdłużej i Natalię Rybicką w roli tirówki, bo miała odpowiednie do tej roli atrybuty i, oczywiście, mam na myśli wyłącznie kuso-obcisły strój.

Obcisłość stroju pana Bogdana ustąpiła obfitości spożycia

Zdjęcia przeciętne, montaż słaby, a muzyka... to chyba było największe rozczarowanie filmu. Jakiś idiotyczny misz-masz, którego poszczególne elementy momentami gryzły się z widokiem na ekranie jak posłowie w czasie debaty sejmowej. Zwykła scena jazdy samochodem - zgrzytki i pochodziki a'la Preisner. Jazda z podtekstem psychocośtam - słodziutki saksofon, że ino pannie Jadzi z księgowości nalewać adwokata i mruczeć świństewka do ucha. Scena bezbarwna w poprawności, emocje 1/10 - a dźwięki gęste jak u Jerzego Satanowskiego... Zerk w listę płac - komponował rzeczywiście Jerzy Satanowski (więc zonk tym większy, bo to przecież fachman wysokiej klasy). Kompletny chaos, jakby z układanki "Ten kawałek wstawiamy tu, a tamten tam" wypadł jakiś element i wszystko przesunęło się o co najmniej jedną scenę.

Film poprawny, ale o wiele za długi, bezbarwny, nijaki... jak wystygła zupa mleczna. Nie warto.

Blues Brothers 2012


Varia:
1. Jerzy Satanowski pojawił się w filmie we własnej osobie - zagrał rybaka, z którym pani Barbara wypływa w morze, by wysypać małżonka.
2. Operatorem kamery był Kamil Domaradzki. Czy zbieżność nazwisk z reżyserem jest przypadkowa czy może są rodziną - nie wiem, a film nie wywołał najmniejszej chęci, by się dowiadywać. 
3. W epizodziku żony Niemca wystąpiła pojawiła się dawno niewidziana Tatiana Sosna-Sarno. 
4. Byli tacy, którzy film docenili - Mari Dziędziel dostał za swoją rolę nagrodę na festiwalu filmowym w Kairze, Ewa Wiśniewska - na festiwalu w Wuhan, a Michał Żarnecki za najlepszy dźwięk dostał "Brązowego Witezia" na festiwalu w Chabarowsku. 
5. W roli klubu seniora wystąpił prawdziwy klub seniora w Nikiszowcu, a w roli gołębnika wystąpił prawdziwy gołębnik w Siemianowicach Śląskich.

"Zapłakał Kaszub, wytarł nos w chustkę i powiosłował z powrotem"


============
2012
Czas: 96 minut
Reżyseria: Jerzy Domaradzki
Scenariusz: Natalia Pryzowicz
Obsada: Ewa Wiśniewska, Marian Dziędziel, Andrzej Grabowski, Leszek Lichota, Ewa Leśniak, Agnieszka Mandat, Natalia Rybicka i inni
Dofinansowanie PISF: 2 300 500

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz