2014-07-25

Pokłosie [2012]

- Taką prawdę chcesz ludziom dać? A wiesz ty, czy się tą prawdą nie udławisz?

To mógł być świetny film. Nie "dobry", czy "bardzo dobry", ale naprawdę świetny. Niestety, nie jest.

Podyskutujmy zatem jak kinoman z kinomanem

- Bo w Jedwabnem wcale tak nie było, a Wasersztajn...
Ale to nie jest film o Jedwabnem. 
- A Gross kłamie i ma fszynapempku!
Gross nie jest ani reżyserem, ani scenarzystą "Pokłosia", ani nawet w nim nie występuje.
- I dlaczego Pasikowski nie nakręcił filmu o Wołyniużołnierzachwyklętychalboczym?
Pytanie, które można zadać wszystkim reżyserom w Polsce, zwłaszcza tym od "komedii romantycznych". Ale odpowiedź w każdym przypadku jest prosta: bo chciał nakręcić o tym, o czym nakręcił.
- Sprawiedliwi Wśród Narodów, najwięcej uratowanych drzewek i w ogóle! 
No i?
- No i najwięcej!
I w związku z tym to się jakoś przelicza, zeruje czy co? Bo jakbym nie kumał. I chyba jednak nie ryzykowałbym porównywania liczby uratowanych z liczbą ofiar. Tak na wszelki wypadek.
- No, ale ratowaliśmy.
Jasne. Też. Ale nie tylko.
- Nieprawda, to wszystko Niemcy! 
Książkę "Judenjagd" polecam. Albo film "Miejsce urodzenia"
- A jak Żydzi kolaborowali, mordowali, bramy tryumfalne, Salomon Morel, antypolonizm, co ludzie na świecie powiedzą!
Wiesz co? Chyba ci się nie spodoba to, co tu przeczytasz, mnie może się nie spodobać to, co potem napiszesz, a tobie - sposób, w jaki odpowiem. Może na wszelki wypadek odpuśćmy sobie krucjatę i skupmy się na filmie jako filmie? 

Po dwudziestu latach wraca do Polski Franciszek Kalina - wyjechał do Stanów tuż przed stanem wojennym, a teraz przyleciał, bo zamieszkała u niego żona brata Józefa. Zjawiła się nagle, nie chciała mówić, czemu wyjechała, starszy brat postanowił więc wybadać rzecz na miejscu. Polska przywitała go błyskiem, blichtrem i taksówkarzem, ale im dalej w las czyli na wschód, tym wszystko było bardziej znajome, podobne, a niekiedy nawet identyczne, jak 20 lat temu.

Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia...

Brat Józef jest dziwny i ma pretensje do Franciszka, wieś jest dziwna i ma pretensje do Józefa, a Franciszek jest dziwny i ma pretensje do Żydów w Chicago. Czy Żydzi z Chicago są dziwni i czy mają do kogoś pretensje - nie wiadomo, bo żadnego nam nie pokazano. Najdziwniejsza była jednak miejscowa pani doktor - mówiła cudzym głosem, jeździła wypasionym SUV-em Nissana (gminny szpital, nadmieniam) i jeśli ktokolwiek wiedział cokolwiek o czymkolwiek, co działo się we wsi... to na pewno nie była to pani doktor, ona albowiem nie wiedziała kompletnie, ale to absolutnie nic. Może dlatego nie miała do nikogo pretensji. 

Pretensje Józefa do Franciszka miały kontekst rodzinny, bo nie godzi się wyjeżdżać do Ameryki i zostawiać starych rodziców samych, a potem nawet na pogrzeb nie przyjechać. Franciszek tłumaczył, że nie samych, bo z Józefem i nie mógł przyjechać, bo władze mogłyby mu zabrać paszport, a wtedy już by nie wyjechał i nawet miało to ręce i nogi (rok 1982 - +0,8 do prawdopodobieństwa), ale gdzieś tam w tle telepała się chyba niewypowiedziana pretensja, że to starszy powinien zostać na ojcowiźnie, a do Stanów każdy by chciał. 

Pretensje Franciszka do Żydów sprawiały wrażenie, iż wykiełkowały na glebie kulturowo-ekonomicznej. Ot, wyrósł w abstrakcyjnym klimacie ojczystym (abstrakcyjnym, bo tym bardziej nielubiącym Żydów, im bardziej ich nie było), a w Usiech harował fizycznie akurat w firmie należącej u Żydów, więc mu się jedno z drugim zlało, doszły kwestie finansowe, ale na pierwszy rzut oka było widać, że gdyby jakimś cudem Franciszek pracował u Ormianina, mówiłby dokładnie to samo i z taką samą niechęcią o pobratymcach Charlesa Aznavoura, a gdyby jego szefem był Grek - Franciszek z obrzydzeniem traktowałby fetę, anyż i fikuśne zabawy z owieczkami.

Ja jestem "Pan Biały", to jest "Pan Brązowy", a to, co trzymam teczce, to nie tłumik.

Najpoważniejsze były pretensje wsi do Józefa i to one stanowiły główną oś filmu. Józef bowiem w wolnych od pracy chwilach oddawał się czynnościom wykopkowo-handlowym, ze szczególnym uwzględnieniem macew ze starego cmentarza żydowskiego. Ogólnopolska klasyka - był sobie cmentarz, przyszła wojna, Niemcy część macew zużyli do swoich celów, resztę rozszabrowała okoliczna ludność, wykładając sobie nimi podwórka, warsztaty, stajnie, podjazdy, wygódki czy co tam kto miał. Nawet miejscowa plebania skorzystała na samowolnej promocji ludowej i paru macew użyła do obmurowania studni. No i teraz Józef zaczął te macewy gromadzić - jedne gromadził drogą kupna, inne drogą wymiany towarowej, a jeszcze inne po prostu wyorywał z gleby i tachał na taczkach na matczyne pole, gdzie pracowcie ustawiał je na sztorc. Doszedł do trzystu i nie zamierzał się zatrzymywać. Tłumaczyli mu ludzie, żeby odpuścił, żeby się uspokoił, że krzyże mu strzelą, a ten swoje. Straszyli przepukliną - nie pomogło, szyby wybili - nie podziałało, zagrozili, że łomot spuszczą - też nic. Spuścili łomot - Józef zawziął się tym bardziej. Swoją drogą, konsekwencją lud prosty nie grzeszył: "Nie zbieraj, nie ustawiaj" - mówił, "Nie kłuj w oczy" - apelował, "To ile byś, Józuś, doł za ten kamulec?" - upewniał się za rogiem stodoły.

Czemu Józef zbierał macewy? Sam miał problemy z wyjaśnieniem .Żydów mieszkających w okolicy przed wojną nie znał, chyba nawet przedtem nie wiedział, że w ogóle tu mieszkali, Singera nie czytywał, John Zorna nie słuchał, na festiwal Kultury Żydowskiej do Krakowa nie jeździł. Wiedział tylko, że tak trzeba, że tak powinien postąpić przyzwoity człowiek, który widzi, że inni ubłocone buciory wycierają sobie pamiecią o zmarłych, że o tych zmarłych nikt się nie upomina i jak byśmy reagowali, gdyby to były nagrobne pomniki naszych bliskich, hę?

Franciszek leci mieszanką antysemityzmu w wersji light i klasycznego konfromizmu w wersji hard, ale z dnia na dzień, z wydarzenia na wydarzenie zaczyna drążyć temat, a temat zaczyna drążyć jego. Od "skoro są macewy, to i Żydzi musieli być" bracia przechodzą do "nawet całkiem sporo ich było", od "byli i się zbyli" – do "Niemcy ich wywieźli", ale potem okazuje się, że nie wywieźli, a zabili, aż wreszcie - że nie Niemcy, a sąsiedzi, o-o-o, ten i tamten na przykład. Oczywiście, im głębiej bracia kopią, tym okoliczni mocniej okopują się w swojej twierdzy milczenia, tym gwałtowniej reagują na wszelkie próby odgrzebania historii. Przeszłość wyziera zza węgła, czai się w leśnym mroku, spać nie daje, pracować nie daje, atmosfera staje coraz bardziej gęsta, gdzieś jakieś widły błysną, gdzieś jakaś kosa, jakieś tajemnicze samochody, gęby wykrzywiają coraz paskudniejsze grymasy... Aż obaj Kalinowie stają twarzą w twarz z prawdą, a ta wali ich z rozmachem po twarzach, poprawia w dołek, wywraca na plecy, a ich świat wywraca do góry nogami. Po czym na scenę wkracza reżyser i też wali widzów. Kiczem. Też z rozmachem.

I ty, Józek, chciałeś tu kosić kombajnem? 

Mogła wyjść z tego świetna historia o moralności, o przepracowywaniu traum przeszłości, o rozliczeniach nie tyle z czymś, co miało miejsce 60 lat temu, ile z własnym do tego czegoś stosunkiem. Mógł powstać agresywny w formie moralitet, szukający odpowiedzi na mocne pytania: "A co ja bym wtedy zrobił? A jeśli nic nie zrobiłem, to czy mnie to w jakikolwiek sposób obciąża lub rozgrzesza, czy może obciąża/rozgrzesza mnie to, co - wiedząc już - robię teraz i co zrobię za chwilę? I czy to, co robię teraz w jakiś sposób wiąże się z tym, co robili moi przodkowie/sąsiedzi/rodacy?" Gęsty klimat thrillera pozwalał unikać dętych klisz polskiego kina historycznego opowiadającego o przeszłości: teatralnych deklamacji, wielominutowych wykładów historycznych, pisanych oczywiście pod tezę i z uwzględnieniem czterech kontekstów i sześciu pierdół na minutę, bo skoro się kręci film, osadzony w historii, to trzeba zastąpić wszystkie podręczniki i nawet jeśli fabuła opowiada o wydarzeniach z Podlasia AD 1941, wspomnieć o Piłsudskim, bitwie pod Narwikiem, Wołyniu, Sobieskim i papieżu. Oraz, że Wałęsa był agentem. Pasikowski poszedł w "mikro" - także w psychologicznej podbudowie bohaterów - i chwała mu za to. Thrillerową konwencją grał umiejętnie, stęchłą atmosferę niedopowiedzeń budował z wyczuciem i były momenty, gdy "Pokłosie" naprawdę wciągało. Nawet długie momenty. Niestety, kiedy zaczynało wciągać na dobre, ze scenariusza wyłaziła włochata klisza i bekała przeciągle, a nastrój zieleniał i odgalopowywał w krzaki. 

Pasikowski często opowiada: "Przy 'Katyniu' "wykonałem coś, co się nazywa script doctoring po amerykańsku, czyli byłem lekarzem scenariusza, który dostałem do rąk". Niestety, scenariusza "Pokłosia" nikt Pasikowskiemu nie poprawił, nikt nie wyleczył, stąd dziury w nim wielkości stodoły, uproszczenia graniczące momentami z prostactwem, zagrywki jak z bułgarskich filmów, opiewających bohaterstwo bojowników o wolność i odturczenie. Gdyby to był po prostu słaby film, te wszystkie wtopy nie bolałyby tak bardzo - uśmiechnąłby się człowiek, wzruszył ramionami, momentami nawet zachichotał i tyle. W "Pokłosiu" te wszystkie rzeczy bolą i rażą, bo psują coś, co mogło być bardzo dobre, bo są świadectwem totalnego pójścia na łatwiznę, braku szacunku do widza. Tym bardziej, że nie był to film pisany na gorąco, pod wpływem bieżących wydarzeń - scenariusz powstał ponad dziesięć lat temu, czasu, żeby go wyszlifować było aż nadto i po 11 latach to powinno być dzieło sztuki scenariuszowej. Mogę odpuścić nowicjuszowi, który pisze debiut pod presją czasu, ale facetowi na lewo-prawo opowiadającemu, jaki z niego szpenio i mającemu 11 lat na dopieszczenie tekstu - nie wybaczam. Nie wybaczam tego, że lekarka kompletnie nie wie, o co wsi kaman, choć wszyscy mówią, wszyscy widzą, a macewy sterczą na polu, nie wybaczam patrzenia w niebo i jęków, że musimy kosić, bo będzie lało, choć bohaterowie jeżdżą po drogach, na których kałuże po pas, albowiem lało wczoraj albo dziś, bo w miasteczku ulice mokre, nie wybaczam prostackiej zagrywki w scenie pod kościołem z "Żydzi Pana Jezusa zabili, a on ich broni" i proszę, niech mi Pasikowski o Lanzmannie nie opowiada, bo nawet jeśli to cytat (mhm, a "Dzień dobry" to zapewne cytat z "Krzyżaków" albo "Przedwiośnia"), to cytować trzeba umieć, trzeba wiedzieć, kiedy i przede wszystkim wiedzieć jak. Nie wybaczam wtrętu ze starą garbarnią w której "Tu ich trzymali. Ale nie Żydów", bo albo dwa zdania więcej, albo cała scena won, albowiem w tej formie jest ni pri czom, nie wybaczam Jana Jurewicza jako takiego, gdyżalbowiem to bucowate płytkie było, nie wybaczam bedgajów z tartaku, którzy na niewidzianego wiedzą, komu i za co łomot spuszczają, ale pięć minut potem dają się wpuścić w maliny, że "taki u nas w gminie nie mieszka", nie wybaczam końcowego kiczu i nie mówię o ukrzyżowaniu, bo to polski film, więc płaskie efekciarstwo musi być, ale ta rozmowa między braćmi..
- Jestem twoim bratem! 
- Nie, nie jesteś moim bratem! (...) Wyrzekłem się ciebie! Nie mam brata!
- Bracie! 
- Siostro! Je t'aime! - zawstydzony ekranowym kiczem, ratowałem się kabaretem Potem.

W polskim filmie może nie być cycków, ale dla trzech lumpów z bełtem i filozofią miejsce zawsze się znajdzie

Sporo tego było, można by wyliczać do jutra. Niektóre rzeczy dało się znieść, inne przyjmowało się jako wynikające z konwencji - np. scena z porównywaniem nazwisk w gminnych papierach i na macewach, choć obiektywnie dość elementarna i pachnąca zagrywkami z amerykańskich filmów lat 80., pasowała do klimatu i sklejona była nieźle. Kopanie w deszczu i modlitwy nad wydłubywanymi czaszkami zalatywały popeliną w, ale też dało się strawić (z trudem, ale jednak), spalenie pola kupiłem konwencyjnie, zwłaszcza, że wreszcie mogłem obejrzeć w polskim kinie dobrze oświetloną scenę nocną. Choć może to tylko przypadkowy wpływ pożaru... Nawet na błędy czysto historyczne (kwestia reformy) przymknąłem oko, bo to jednak film i lepiej czasem pójść umownym skrótem, niż babrać się w nieistotnych detalach. 

Niewiele zabrakło, żeby to był naprawdę świetny film, dający do myślenia, walący w głowę sceną ze starym sołtysem, zostawiający widza z galopadą myśli, próbami postawienia się w podobnych sytuacjach (trochę się takie dylematy różnią od nic niekosztującej tromtadracji typu "No pewnie, że poszedłbym do powstania!") itd. Mógł to być film, po którym długo byśmy się zastanawiali, jaka jest cena prawdy, czy warto ją zapłacić, czy wolno nam ją płacić, czy to naprawdę my tę cenę płacimy, czy może nasze gesty robimy na cudzy koszt i czy czasem ta nasza prawda nie staje nam w gardle albo może jeszcze gorzej - czy nie wpychamy jej w gardło innym, dusząc ich i dławiąc? Piętro wyżej - mógłby to być także jakiś głos w dyskusji o naszej narodowej przeszłości, głos niewygodny, tym bardziej, że wychodzący nie od "Przeciwstawiaj się złu aktywnie", na co każdy z nas znalazłby tysiąc "nie można było, bo... / nie mogę, bo...", ale od prostego "Świat to jedno wielkie kurewstwo i my tego nie naprawimy. Ale wiesz co? Nie przyłożymy do tego ręki i to już jest dużo" - o wiele trudniejszego do przyjęcia, bo wymagającego tylko/aż "nie czyń zła" - to już wyższa szkoła jazdy, bo tego już się nie da zbyć "obiektywnymi trudnościami". I "Pokłosie" mogło być rewelacyjnym punktem wyjścia do takich rozmów, do wymiany takich myśli i wrażeń. Oczywiście, jeśli widz oglądałby film jako film, a nie jako reportaż z Jedwabnego i jako widz właśnie, a nie jako członek Związku Bojowników O Dobre Imię Polski Które Fszycy Szargajom Nocom i Dniem, sprawdzający prawomyślność ogórków i patriotyzm zupy pomidorowej, a złej woli doszukujący się nawet w prowokacyjnie szumiących wierzbach (bo jakby nie knuły, to by mówiły głośno, a nie szumiały pokątnie).

Niestety, reżyser zrobił wiele, żeby widzom takie rozmyślania i rozmowy utrudnić, a ułatwić dyskusję na poziomie: "Mordowali! Ale tamci też! Ale ci mieli rację! A tamci mieli powody! Ale tylko we czwartki! Ale nie stu trzydziestu tylko stu dwudziestu siedmiu! Ale ty komuchu! Ale ty lemingu!". Co nie znaczy, że bez takich ułatwień szanowna publisia nie przeszłaby na ów poziom - co to, to nie. Polak potrafi. Ale niektórym byłoby trudniej, niektórzy zrobiliby to później, a niektórzy może wcale... Niestety, chodzenie na skróty czasem kończy się w chaszczach, a wsadzanie kija w mrowisko dla wsadzania kija w mrowisko jest zwyczajnie głupie.

Jestę orkię i jako taki zionę. W dni parzyste zionę chuchem, a w parzyste - nienawiścią.

Zdjęcia trzymały bardzo dobry poziom, momentami nawet wychodząc ponad, muzyka trochę nierówna, czasem zsuwała się w stronę zbyt oczywistych sentymentalizmów, montaż... technicznie bez zarzutu, pretensje można mieć tylko do reżysera, który nie umiał odpuścić i pewne sceny ciągnął do granic wytrzymałości. Momentami naprawdę niezłe dialogi.. Mimo wszystko jeden z lepszych filmów Pasikowskiego /zerk do internetu/ dziesięć filmów nakręcił - no to miejsce drugie w takim razie. Nie wiem, czy więcej mówi to o mojej ocenie "Pokłosia", czy o ocenie pozostałych filmów Pasikowskiego...

Franciszka Kalinę miał grać Bogusław Linda - nie zagrał, za co należą mu się gorące podziękowania. Po pierwsze dlatego, że dawno zapomniał jak się gra i położyłby tę rolę tragicznie, a po drugie dlatego, że widzowie czekaliby aż wyciągnie spod marynarki kałacha i "w imię zasad, skurwysynu", co znacznie utrudniałoby odbiór. Zagrał Ireneusz Czop - facet, którego nie kojarzyłem ani ciut, choć jak powiedział Filmpolski.pl, parę filmów z nim widziałem. Zagrał i... i ma przekichane, bo zagrał rewelacyjnie i teraz każdą jego rolę będzie się porównywało do postaci starszego Kaliny, a biedny aktor będzie próbował zbliżyć się do tego poziomu i w większości będą to próby nieskuteczne. Maciej Stuhr był naprawdę niezły, może nawet bardzo dobry, ale coś-gdzieś wciąż mi w nim zgrzytało. Nie wiem co - czy opatrzona w -dziestu filmach twarz i porównywanie tego Macieja Stuhra do poprzednich Maciejów Stuhrów (zwłaszcza, że głos mu został taki sam), czy wywołujące chichot wspomnienie "dzieci spod Cedyni", czy jakieś niezręczności scenariusza... Nie wiem. Formalnie i warsztatowo doceniam, bo zagrał bardzo dobrze, o wiele lepiej niż w "Obławie", ale... Ale nie wiem, co, poza tym, że jednak "ale". Nie umiem wytłumaczyć - pardąsik.

Zaskakujący pozytywnie drugi i trzeci plan - Jerzy Radziwiłowicz i Zbigniew Zamachowski zagrali to, co umieli najlepiej, bez niepotrzebnych wydziwiań i wypadli naprawdę dobrze. Ryszard Ronczewski był groźnie posępny, Wojciech Zieliński naturalny, Jan Jurewicz przeszarżował, ale chyba właśnie po to Pasikowski dał mu epizod, chyba tego właśnie chciał. Andrzej Mastalerz nie przekonywał - był zbyt oczywisty, zbyt plakatowy, narysowany długopisem zamiast ołówkiem. Kwestia tylko, czy z tej roli z takimi kwestiami, dało się wycisnąć coś więcej i im dłużej się zastanawiam, tym bardziej przypuszczam, że wątpię. No i Robert Rogalski... Ciary chodziły po plecach, kiedy odgrywał postać Malinowskiego, a chodziły podwójnie, gdy się pamiętało, że do tekstu dołożył własne emocje z czasu, gdy był świadkiem likwidacji getta w Siedlcach. Scena, która w pamięci zostanie na długo, a w polskim kinie powinna zostać jeszcze dłużej. Scena, dla której warto było obejrzeć ten film.


Pasikowski i jego filmowe kobiety to temat na pracę z pogranicza filmu i psychologii, przy czym chyba jednak psychologii bardziej. Wiadomo, jak to było do tej pory: długie nogi, chętne cycki, rozchylone uda usta, wzrok maślany i dwa marzenia: wybzykać głównego bohatera ze szczętem, a potem oszukać go, okraść, zdradzić i rzucić. W "Pokłosiu" role kobiece są trzy i żadna nie jest "pasikowska". Czyli, kurde-Boluś, jednak da się... Czemu lekarkę zagrała Zuzana Fialova - nie mam pojęcia. Mogła ją zagrać jakakolwiek polska aktorska i każda by sobie poradziła, bo tak naprawdę do grania było tam tylko jedno zdanie. Z jakiegoś względu Pasikowski wybrał Fialovą, która pokazała się poprawnie (dubbingowała ją Magdalena Wójcik). Ważną dla fabuły "starą wariatkę" zagrała Danuta Szaflarska - jedna scena, ale przejmująca, jeden monolog, ale znakomicie napisany, a Danuta Szaflarska jest świetną aktorką i zagrała dokładnie tak, jak trzeba, żeby widza skręcić emocjonalnie. Krytyka jęknęła, uklękła, uderzyła czołem - i słusznie - ale na mnie większe wrażenie zrobiła Maria Garbowska w roli starej Palki. Danuta Szaflarska miała do zagrania scenę kulminacyjną, dopracowaną, doszlifowaną scenariuszowo, z mocnymi puentami - właściwie tylko wejść i powiedzieć, bo tekst się i tak obroni. Maria Garbowska dostała scenę "boczną", ale wymagającą, bardzo trudną do zagrania, bardzo łatwą do położenia i... W pewnym momencie złapałem się na tym, że oglądam to jak dokument, z przekonaniem, iż leżąca na szpitalnym wyrku obywatelka opowiada prawdziwą historię, że potknięcia, mrugnięcia, gesty, łamanie rytmu zdań - że to wszystko jest autentyczne, naturalne, że Pasikowskiemu udało się znaleźć jakiegoś "świadka historii", że to nagranie jakiegoś wywiadu, do którego Ireneusz Czop został tylko doklejony. Świetna scena, świetnie zagrana i moja prywatna nominacja do Orłów/Oscarów za "rolę epizodyczną".

Warto. Mimo wszystko warto, choćby po to, by spokojnie samemu wyrobić sobie zdanie. Również o filmie.

I takie zadanie domowe dla tych, którzy jadą po "Pokłosiu" jak po burej suce z powodów wyłącznie ideolo: zostawcie wszystko tak, jak jest, cała fabułę, wszystkie sceny, wszystkie dialogi - zamieńcie tylko Podlasie na Wołyń, Franciszka i Józefa zamieńcie na Fedkę i Mykołę, Malinowskiego i Sudeckiego zamieńcie na jakichś Senkiwa i Hryciuka, zamiast Polaków podstawcie Ukraińców, zamiast zamordowanych Żydów - zamordowanych Polaków. Prosty zabieg, który może pozwoli obejrzeć wam film jak film. Li i tylko. Czy w tej konfiguracji ocena filmu wam się zmieniła? Czy gdyby "Pokłosie" - dokładnie takie, jakie jest - reżyserował Ukrainiec, opowiadający o Wołyniu i tamtejszej ludności prześladującej dwóch braci, dążących do prawdy o polskiej przeszłości ich wsi, przyjęlibyście ten film inaczej niż "Pokłosie" Pasikowskiego?
Nie, mnie nie odpowiadajcie. Mnie to, szczerze mówiąc, zwisa. Siebie zapytajcie, sobie odpowiedzcie.

Wsiada facet do niebieskiego forda i mówi: "Za tym traktorem. Tylko dyskretnie"


Varia
1. Wciąż trwa spór między PISF-em a twórcami filmu. PISF uznał, że samowolne zwiększenie budżetu filmu z 5,7 mln zł do 9,1 mln zł, a co za tym idzie zmniejszenie procentowego wkładu PISF z 60 do 30%, pozbawia Instytut sporej sumy należnej z tytułu zwrotu środków z eksploatacji  i zażądał zwrotu całej dotacji czyli 3,5 mln złotych. Poza tym PISF zarzuca producentom niedotrzymywanie terminów rozliczeń, błędy w rachunkach i parę mniejszych grzeszków. Sprawa trafiła do sądu - uprzedźcie swoje nieletnie jeszcze dzieci, żeby między maturą a magisterką wypatrywały wyroku po dwóch kasacjach i szesnastu apelacjach. 
2. Franek Kalina co chwilę chce wracać do Gurówki: "Muszę kupić najpotrzebniejsze rzeczy". Przyjeżdża, kupuje, wraca do domu... ups, gdziesik się podziały, więc "muszę pojechać i kupić najpotrzebniejsze rzeczy", znowu jedzie, znowu kupuje, znowu gubi... Numer z przejechaniem paczki z ciuchami przez autobus jeszcze by uszedł (z wielkim trudem i trzaskiem kołka do zawieszania niewiary), ale zostawienie paczki w knajpie to już scenariuszowa wpadka, jaka nie powinna się trafić nawet dyplomantowi szkoły filmowej, o tak doświadczonym reżyserze nie wspominając 
3. Władysław Pasikowski: "Poza 'Pianistą', który jest filmem francusko-niemiecko-polsko-angielskim, nie znam żadnego filmu o stosunkach polsko-żydowskich. No, jeszcze 'Pokolenie', pokazuje karuzelę po aryjskiej stronie, na tle płonącego getta."
Nie będę wyliczał wszystkich takich filmów, bo i tak dziś zaszalałem z kilometrażem - za nieznajomość samej tylko "Ulicy Granicznej" należy się Pasikowskiemu dwója i głuchy, drwiący śmiech pokoleń. 
4. Kwestia reformy rolnej - pojawiły się zarzuty, że skoro reforma to nie 1945 tylko 1944 rok i nie Rząd Tymnczasowy, tylko pełnomocnik PKWN, kuamstfo i zaprzaństwo! Twórcy chyba się obronią: jeśli widzimy datę 1945 - to już nie PKWN, bo ten przestał istnieć w grudniu 1944, a samą reformę przeprowadzano jeszcze w 1948 roku, więc na upartego na niektórych papierach może być nie tylko nagłówek "Rząd Tymczasowy", ale wręcz "Rząd Rzeczpospolitej Polskiej". Ale jak pisałem wyżej - na luźne szelki, bo to film, a nie podręcznik.

"Chodź obejrzeć trupie czaszki! Młody człowiek na wakacjach musi się rozerwać. Chodź obejrzeć moje czaszki!"


============
2012
Czas: 104 minuty
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Obsada: Ireneusz Czop, Maciej Stuhr, Robert Rogalski, Ryszard Ronczewski, Maria Garbowska, Danuta Szaflarska, Zbigniew Zamachowski, Jerzy Radziwiłowicz, Andrzej Mastalerz, Wojciech Zielinski, Zuzana Fialova. 
Dofinansowanie PISF: 3 500 000 mln zł. 

7 komentarzy:

  1. Dyskusje o polakofobii czy filosemityzmie w obliczu tego "dzieła" całkiem tracą na znaczeniu. Bo to jest dramatycznie tępy i źle zrobiony film, porównywany z Syberiadą. Polska parodia Twin Peaks w wersji dla nieuków. Reżyser zapomniał, jak się robi dobre kino, scenarzysta zatrzymał się w rozwoju i to wszystko w wykonaniu grupy szamocących się rolorobów. Niedobre to kino jest

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie redaktorze, przepraszam, ze nie na temat, ale czy bedzie redaktor ogladac/opisywac Jacka Stronga? Jesli juz po seansie, to jak sie podobalo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za "redaktora" niedługo będę kąsał i szczypał :-)
      "Jack Strong" już za mną. Oczywiście na blogu będzie, ale nie wiem, kiedy - na razie próbuję zapanować nad czasem, ale nie bardzo mi to wychodzi, jak widać po częstotliwości blogowania. A jak się podobało? Hmm... Chwilami się podobało, chwilami rozczarowywało, a w paru momentach nawet żenowało. Jak to u Pasikowskiego :-)

      Usuń
    2. Kiedy my tu redaktorujemy z czystej sympatii (i odrobiny przekory) :D

      Interesujace jest prezentowane tu podejscie do Pasikowskiego i jego tworczosci, bo z jednej strony artykul zaczyna sie: "To mógł być świetny film. Nie "dobry", czy "bardzo dobry", ale naprawdę świetny. Niestety, nie jest." po czym spodziewalam sie miazdzacej krytyki, ale z drugiej leca superlatywy i zachwyty nad zdjeciami i scenami, w zwiazku z czym mam metlik w glowie i po prostu musze zobaczyc ten film, zeby sama sie przekonac, jaki on jest wlasciwie :)

      A co to Stronga, widzialam go dzis, wiec jestem na swiezo z wrazeniami. Z jednej strony - tej czysto fabularnej - podobal mi sie bardzo, bo jakosciowo film moze spokojnie konkurowac z Bondami (gdybym nie wiedziala, ze Kuklinski zmarl juz w dwudziestym pierwszym wieku, perwnie obgryzlabym sobie paznokcie), a w zasadzie wygrywa z nimi z powodu duzo wiekszego realizmu. Z drugiej, czulam bol z powodu wlasnej niewiedzy, bo wiele opisywanych wydarzen, postaci i odniesien musialam co chwila wyszukiwac w internecie, przez co film spelnil tez role edukacyjna. Wyzej w notce stoi "skoro się kręci film, osadzony w historii, to trzeba zastąpić wszystkie podręczniki". Oczytanego i wyedukowanego widza zapewne moze to draznic. Ale ze mna w domu nikt nie rozmawial o wydarzeniach tamtych lat, a i w szkole program nigdy nie dotarl dalej niz do drugiej wojny. Wiele wydarzen z najnowszej historii jest dla mnie - i pewnie tez dla wielu moich rowiesnikow (rocznik '86) - czyms, co zna sie tylko pobieznie. Mam wrazenie, ze ludzie, ktorzy byli dorosli, kiedy sama bylam nastolatka, wychodzili z zalozenia, ze nie ma co o tym rozmawiac, skoro kazdy pamieta jak bylo - no i fajnie, oni wiedza, bo sami to przezyli, ale ci o dwadziescia i trzydziesci lat mlodsi ludzie juz nie. Oczywiscie mozna miec do mnie pretensje o moje wlasne matolęctwo i ignorancję, bo przeciez moglam szperac i uczyc sie sama. Ale dokladnie to samo mozna powiedziec o absolutnie kazdej dziedzinie wiedzy, a przeciez nikt nie da rady byc wszystkowiedzacym omnibusem.

      Poniosla mnie dygresja, wiec podsumowujac: dobrze, ze takie filmy sie tworzy, bo sa dobrym punktem wyjscia do szukania odpowiedzi na wiele pytan.

      "Mógł to być film, po którym długo byśmy się zastanawiali, jaka jest cena prawdy, czy warto ją zapłacić, czy wolno nam ją płacić, czy to naprawdę my tę cenę płacimy" - Nie znam na wyrywki tworczosci Pasikowskiego, wiec zapytam tutaj: czy to jest motyw przewodni jego filmow? Bo ten sam motyw w zasadzie mozna znalezc i w Jacku Strongu, gdzie glowny bohater podejmuje decyzje, ktora postawi w niebiezpieczenstwie nie tylko jego, ale i cala jego rodzinę, bez konsultacji z wzmiankowaną rodziną. Pytanie "czy warto" pada zresztą otwartym tekstem pod sam koniec.

      Usuń
    3. To jest chyba motyw przewodni 1/4 filmów kręconych na świecie, ale w przypadku Pasikowskiego... Nie, chyba nie. Znaczy, pewnie dyplomowany filmoznawca pewnie umiałby znaleźć dowody, że tak, ale dyplomowany filmoznawca potrafiłby znaleźć nawet apoteozę Jana Kiepury w twórczości Gaspara Noe :-)

      Superlatywy i zarzuty wcale się nie wykluczają - za co, wydaje mi się, warto pochwalić -za to chwalę, co mnie wpieprza - to krytykuję (wpieprza nieudolnością itd., bo jeśli wpieprzenie widza jest celem twórcy i robi to umiejętnie, a z premedytacją, to OK). A mętlik się przyda, choćby po to, żeby zachęcić do obejrzenia.

      "zastępowanie podręczników historii" - jasne, że to kwestia pokoleniowa i ci, którzy żyli "w tamtych czasach" wiedzą o nich trochę więcej, głównie dlatego, że między "wtedy", a "dzisiaj" sporo przeczytali. Jasne, że im kto młodszy tym może mieć mniejszą wiedzę i chętnie się dowiaduje nowych rzeczy także z filmów. I tak, dobrze, że takie filmy się kręci. Problem w tym, że film nie powinien być podręcznikiem, ani ich zastępować. Ma opowiedzieć widzowi na tyle dobrą historię, pokazać ją na tyle ciekawie, że widz sam sobie sięgnie po książki mniej czy bardziej grube, mniej czy bardziej naukowe, artykuły, wspomnienia itd. I tu nie ma znaczenia, czy film opowiada o Kuklińskim AD 1981 czy Czarnieckim AD 1656 czy Mieszku I AD 972 - ma być historia, ma być akcja, ma być trzymanie się, oczywiście, realiów i historii (choć to niekoniecznie, bo kino i literatura pełne są opowieści "na motywach" czy "a co by było gdyby...") i najgorsze co kino może zrobić z historią to postawić faceta z wąsem przed mapą, podpisać "Józef Piłsudski" i kazać mu przez kwadrans opowiadać o ruchach wojsk, kontekstach historycznych, szerokim tle politycznym oraz przedstawiać charakterystyki swoich przeciwników (postawionych przed mapą w następnej scenie i również podpisanych). Bo raz - zanudzi widza, dwa - zmarnuje temat, trzy - i tak opowie historyczną bzdurę, zostawiając widza nie tylko z obrzydzeniem do tematu, ale i z niechęcią do sprawdzenia jak to było naprawdę.
      Kino to kino - ma być przede wszystkim ciekawe. Jeśli będzie - nie ma znaczenia, czy nam powie, armia o jakim numerze atakowała z lewego brzegu na prawy i jak nazywała się druga żona trzeciego syna Bolesława Krzywoustego. Ważne, żeby były brzegi rzeki, a nie pustynia i synowie Krzywoustego, a nie córki. Resztę sobie widz , jeśli będzie chciał, sprawdzi sam, bo jest wystarczająco inteligentny i nie trzeba mu s(z)uflować podręcznika łopatą.

      Usuń
  3. Zgodze sie w niemal stu procentach z malym zastrzezeniem: dobry storyteller jest w stanie tak sprzedac te opowiesc o ruchach wojsk, czy chocby indeksach gieldowych, ze czlowiek siedzi z zapartym tchem i nie moze sie od tego oderwac :) Ale to dar, ktory sporadycznie sie trafia i jeszcze rzadziej rozkwita.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne - dobry storyteller potrafi. Tak mi się "Kompania braci" przypomniała... Niestety, w polskim filmie storyteller zawsz^H^H^H^zazwyczaj przegrywa z reżyserem, producentem, czterema konsultantami historycznymi ("Proszę pana, ależ muszą się tu znaleźć informacje o typie broni i rozmiarze kalesonów, używanych w siódmym pułku bombardierów konnych! Koniecznie! I jeszcze kolega heraldyk miałby kilka uwag...") itd.

      Usuń