2014-07-09

Przyspieszenie [1984]

- Mój mąż? Mój mąż jest z zawodu dyrektorem inteligentem.
- Tata, a co robi inteligent?
- Smęci.


"Lubię poglądać wsparty na Judahu skale..."

Już pierwsze sceny "Przyspieszenia" sygnalizują, że oto jesteśmy w Kinie Moralnego Chujwico schyłkowego PRL-u. Kolberger pruje czerwonym sportowym autem, piszcząc na zakrętach, ale zamiast przyspieszenia mamy zatrzymanie, bo Romantowska dostaje histerii i zaczyna krzyczeć nieswoim głosem. Kolberger wysiada i zapala papierosa, Romantowska odjeżdża, czerwone sportowe autko jest symbolem, cudzy głos Romantowskiej jest symbolem, zapalanie papierosa jest symbolem, sterczenie na pustej drodze jest symbolem, tylko symbol nie jest symbolem, bo jest metaforą.

Fabuła? Był sobie reżyser, który miał kompleks ojca, kompleks silnych kobiet, kompleks żaby, kompleks przyjaciół z zaczeską, kompleks czterdziestki, kompleks Felliniego, kompleks sztucznej szczęki i kompleks kompleksu. Ogólnie, taki Miauczyński, tylko bez bluzgów, a z uśmiechem młodego Krzysztofa Kolbergera. Nic mu się nie udaje, nie może się zdecydować, czy życie to teatr czy może forma istnienia białka, przerywa więc zdjęcia do kolejnego filmu, wsiada na jacht i postanawia się zabić, wydając przy tym kabotyńskie okrzyki. Zgadnijcie, jak chce się zabić 40-letni PRL-owski reżyser na jachcie.

– Zastrzeli się!
- Otruje się! Pije przecież z bosmanem rudą wódę na myszach.
- Powiesi się na maszcie.
- Utopi się!
Brawo. A jak się utopi?
- Yyyy? Wskoczy do wody i nie będzie umiał pływać?
- Kamień sobie przywiąże do szyi! 
- Gupia, skąd kamień na jachcie?
- To przywiąże sobie bosmana!


Bosman postanowił stawić opór

- Śmierć z rewolweru jest za szybka. Trzeba jej trochę posmakować - powiedział bohater-reżyser - Popsuliśmy zawór w kibelku i czekamy aż łajba pójdzie na dno. 
Śmierć przez zawór w kibelku - jakież to polskie... Tylko jeśli coś przychodzi przez zawór w kibelku, to określenie "smakować coś" jest chyba trochę nie na miejscu.

Reżyser chla z bosmanem, a przez ekran przelatują scenki z jego życia i z jego filmu/filmów - od scen dziecięcych z życia prowincji po niepokoje wychowanka Polski Ludowej, a czasem pojawiają się nawet ułani i cesarz Napoleon ze Spychowa stawiający jakże życiowe kwestie: "Potraficie pięknie umierać, ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby mieć własną ojczyznę". Doktor Berna zamiata na czworakach dywan, bo straszny mają burdel w tym swoim Archeo, doktor Tekla w jednym wcieleniu robi laskę nastolatkowi, w innym tnie na żywca żabę, a w jeszcze innym,...
- To ile ona ma wcieleń?
Sześć. 
...a w jeszcze innym wygłasza złote myśli z gatunku: "Ostatnią pozostałą człowiekowi wolnością, są dziwne myśli, które przychodzą po alkoholu". Co swoją drogą może stanowić całkiem zgrabny klucz do rozczytania filmu.

...choć ta teoria też powinna zostać wzięta pod uwagę

Zresztą nie tylko sześć wcieleń doktor Tekli rzuca perłami egzystencjalnych bąmotów. 
- Mężczyzna jest stworzony do rzeczy prostych: psa, konia, szabli, polowania - z pasją wygłasza główny bohater, który chyba w życiu szabli nie widział - Nawet miłość jest już zbyt skomplikowana.
- Jeżeli chcesz zdjąć maskę z kobiet, chcesz je obnażyć - to musisz zacząć od siebie - instruuje go doktor Berna, ociekająca wazeliną i nie mam tu na myśli pochlebstw, tylko prawdziwą wazelinę i prawdziwe ociekanie.
- Myślący człowiek ma tylko dwa wyjścia: szukać w sobie, albo gdzieś bardzo daleko. Bo szukać musi - wyjaśnia cesarz Napoleon ze Spychowa na etacie ojca.
- Czy wiesz dlaczego nikt nie darzy sympatią błaznów, a tym bardziej szaleńców? Bo chcą swoje marzenia spełniać - nie pamiętam, czy to doktor Berna czy doktor Tekla, ale przecież naprawdę ważny jest sam mesydż. 
- Tory, w które cię wtłoczono, wiozą cię przez szkołę, dom studia, prowadząc donikąd, nie masz żadnego wyjścia, rozumiesz?
- Po rewolucji francuskiej pomieszało się na dobre. Zginęła hierarchia - doktor Tekla rzuciła się w w odmęty historii jak dzik w żołędzie - Ludziom wmówiono równość, wolność i rzecz najważniejszą: że papierowe pieniądze są tak samo dobre jak złoto. A papieru i kobiet nie zabraknie nigdy. Czy jest ktoś, kto może się im oprzeć?
- Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść - dołączył Głos Wewnętrzny.
- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - Opinia Publiczna nie chciała być gorsza.
- Jak na świętego Hieronima jest deszcz albo go ni ma, to pod koniec listopada pada albo nie pada - pani Jadzia z warzywniaka też znała parę mądrości ludowych.
- Łatwo grubemu kijkowi... Nie! Łatwiej cienki... źle! Gruby cienkiego kijka... - męczył się Szambelan - Łatwo kijek grubowego... Bodaj cię! Z grubego na gruby... czy kaduk nadal, ani rusz!
- To moja wina, już dawno powinnam zaprowadzić go do dentysty - twierdziła Drewniana Blondynka, grająca... hmm, chyba Drewnianą Blondynkę właśnie - Tylko nie wiem, czy to bolący ząb, czy sztuczna szczęka go uwiera.

Grażyno, patrz mi prosto w ekran, dobrze? Nie gap się na moje wtyczki i kabelki!

No i tak to leci przez cały film. Sceny filmu w filmie przeplatają się ze scenami życia w życiu, przechodzą w sceny życia w filmie, następnie w sceny filmu w życiu, a aktorzy grający po kilka różnych ról, w zależności czy grają postać w życiu, czy postać w filmie...
- Ale postać w filmie w życiu czy w filmie w filmie?
... ze Znaczącymi Minami z wygłaszają mądrości życiowe, nieżyciowe i w ogóle. Taka wielka filmowa pralka automatyczna, która ma oczyścić sumienie artysty, a w której bębnie wirują wszystkie kompleksy reżysera-bohatera i reżysera-autora, wszystkie och-kuźwa-jakie pomysły, na które kiedykolwiek obaj wpadli, wszystkie koszmary inteligenta, cała jaskrawość miauczyńskości jego i odwieczna tęsknota za wolnością, która tak naprawdę sprowadza się do "a pocałujcie mnie wszyscy w dupę i nie mówcie mi, że jestem łajzą, bo to wiem, ale wiem też, że jestem łajzą, która kręci film, więc poza pocałowaniem, skoczcie mi na warsztat, gdyż wy cierpicie za darmo, a nawet z mimowolną dopłatą własną, a ja za publiczne milijony".

Miłość - o, miłość to jest ciekawy temat. Albo śmierć. Albo jedno i drugie. Albo kompleksy. Trzy rzeczy - miłość, śmierć i kompleksy. I żaba. Cztery rzeczy: miłość, śmierć, kompleksy i żaba. Pięć - bo jeszcze historia nasza tragiczna, kula u nogi się za nami ciągnąca, hej, kto Polak - na bagnety, niech żyje Lęperer, precz z błędami i wypaczeniami! Pajęczyny zwisające z sufitu, piknik pod szafą, łowienie ryb w akwarium i mokre sny o gimnazjalistkach w mundurkach. Albo o paniach kierowniczkach z księgowości - ganz rybka, bo kiedy "się nie ma śmiałości do kobiet", to każda pociąga i przeraża równie mocno.
- Panowie zdaje się eksplikują nam swój kompleks wolności - zachichotała doktor Tekla
- Liny, morze, żagle, samounicestwienie, to takie męskie - dołączyła doktor Berna.
- Gdybyś miał choć odrobinę tego szaleństwa - mruknął ojciec Jurand Bonaparte - To zamiast tych gołych panienek pokazałbyś choćby konia.
Proszzzzbardz - jest koń. Biały, oczywiście.
Jest też święty Mikołaj, któremu jakaś laska robi loda. Oralizowanego Mikołaja gra Józwa Butrym, co pewnie jest aluzją do ludowego porzekadła, może być i Beznogi, byle był mężczyzną. 
Zaprawdę, wiele jest w tym filmie rzeczy dziwnych i scen głębokich.

Koń jaki jest - każdy widzi. Jakie jest polskie kino - także.

Kino schyłkowego PRL-u w pigułce - wszystkie wady, wszystkie zupy metaforyczne i sałatki aluzyjne, wszystkie "czy pan widział kiedyś morze?", wszystkie "Nie wiem, co mam do powiedzenia, więc będę mówił długo i zawile, a na koniec pokażę galopującą wiewiórkę albo białego konia pod żaglami. Albo ułanów, bo ułani zawsze się dobrze sprzedają". Popłuczyny po kinie moralnego niepokoju, pretensjonalne do zerzygania i usiłujące zamaskować brak umiejętności opowiedzenia prostej, a mocnej historii chaotyczną gonitwą coraz to bardziej dziwacznych pomysłów. A gdzieś w tle pobrzmiewa echo słów prezesa Ochódzkiego - "Powiedz mi, po co jest ten miś? No właśnie - nikt nie wie po co, więc nie musimy się bać, że ktoś zapyta". I można by było "Przyspieszenie" wyrzucić do kosza, ale... Właśnie - "ale". Po trzydziestu latach wady tego filmu stały się jego zaletami - możemy oglądać film Rebzdy jako kliniczny klasyczny przypadek ówczesnego kina "ęteligenckiego", podręcznik psychopatologii przeciętnego reżysera lat 80., możemy bawić się w znajdowanie w nim odniesienia do filmów, które powstały przed (zestawienie Beaty Tyszkiewicz i Hanny Stankówny wyjęte z "Seksmisji" czy nawiązania do "Dreszczy"), ale także znajdować ślady "Przyspieszenia" w produkcjach późniejszych (na przykład u Koterskiego). Przy czym ślady te (a przynajmniej większość z nich) niekoniecznie muszą być prostymi i świadomymi nawiązaniami - o takie wyrafinowanie nie podejrzewam ani twórcy "Przyspieszenia", ani jego kolegów po fachu - to raczej świadectwo pewnego stanu artystycznych umysłów z tamtych czasów i stanu... hm... systemu kształcenia filmowego, wypuszczającego za kamery stada filmowców myślących tak samo, kręcących tak samo, poruszających się między tym samymi zestawem kulturowych skrótów (bo już nawet nie kodów), z równie wąskim repertuarem środków technicznych i rozwiązań artystycznych oraz jarających się przede wszystkim własnymi, inteligencko-reżyserskimi bebechami.

Zdjęcia - jak na tamte czasy niezłe (a może po prostu film był rzadko emitowany i taśma zachowała się w lepszym stanie?), fatalne oświetlenie, zwłaszcza w scenie obłapek bohatera z Grażyną Szapołowską przydałoby się go więcej /samczo-porozumiewawcze mrugnięcie/, bardzo PRL-owski montaż i ponadczasowe polskie postsynchrony. Muzyka Jerzego Satanowskiego rozpoznawalna od pierwszych nutek i pasująca do klimatu ogólnego "ich weiss nicht".

Piknik pod wiszącym żyrandolem

Reżyserowi udało się zgromadzić przed kamerą imponującą ekipę aktorską, która jakoś próbowała odnaleźć się w jego dziele i niektórym się to udawało. Naprawdę niezły był Krzysztof Kolberger w roli głównej, Beata Tyszkiewicz w 5 rolach była wciąż tylko Beatą Tyszkiewicz - zdecydowanie przebiła ją Hanna Stankówna, nie tylko dlatego, że zagrała 6 postaci, ale przede wszystkim dlatego, że zagrała postaci. Grażyna Szapołowska nie wyszła poza swoje emploi - była zgrabna, chłodna i kusząca, Jerzy Bończak włos miał rozwiany, a Andrzej Szalawski sprawiał wrażenie zagubionego w gąszczu reżyserskich wizji i w niektórych momentach przegrywał z dialogami, podając je tak bezradnie, że żal było patrzeć. Zdzisław Wardejn - w pełni sił aktorskich, Andrzej Żarnecki mówił głównie "Zuch", ale za to mówił w czterech wcieleniach, a Anna Romantowska strzelała fochy głosem kogoś innego. Dali się zauważyć Marian Opania i Ewa Ziętek, nie dał się zauważyć Marek Frąckowiak, a postać grana przez Annę Wojton, mówiąc "Po rozwodzie dostałam odszkodowanie i zrobiłam sobie wszystkie możliwe operacje plastyczne", kłamała w żywe oczy, bo cała Polska widziała, że biustu sobie jednak nie zrobiła. 

Dla wytrwałych, opornych i raczej tylko jako pomoc naukowa. Ale jeśli ktoś ma skośne poczucie humoru, może znaleźć w oglądaniu "Przyspieszenia" trochę perwersyjnie uśmiechniętą przyjemność.

Większość widzów postulowała zastosowanie wanny wobec reżysera


Varia
1. "Nareszcie zrozumiałem, że należało mnie trzymać z daleka od kamery" - mówi główny bohater. Ciekawe, czy w tym momencie na sali kinowej rozlegały sie gromkie oklaski? 
2. Czy jest na sali ktoś, kto rozpoznał głos aktorki dubbingującej Annę Romantowską. Bo znam ten głos, ale na pamięć moją zaległo.
3. Tak, ten pan przy fortepianie to naprawdę był Stanisław Sojka. 
4. - Mamo, a co to znaczy, że tatuś jest nareszcie wolnym człowiekiem?
- To takie męskie fanaberie. A w ogóle nie wierz tak we wszystko, co ojciec mówi.
Życiowe, prawda?
5. - Fizjologię smaku napisał człowiek, który twierdził, iż wynalezienie nowej potrawy jest dla ludzkości ważniejsze niż odkrycie nowej gwiazdy
- Zachwycacie się tym wiecznie pijanym jakobinem, szalonym romantykiem, oczywiście, ale o tym, że codziennie wysyłał na gilotynę dziesiątki ludzi, wolicie nie pamiętać.
Bo nie ma o czym pamiętać. Jean Anthelme Brillat-Savarin nie był jakobinem - tym bardziej pijanym czy szalonym - i nikogo na gilotynę nie posłał, a w Konstytuancie był jednym z bardziej spokojniejszych deputowanych.
6. Podobno Zbigniew Rebzda dostał za ten film nominację do Złotych Lwów na festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w 1984 roku. Hmm...
7. Znając podejście polskich filmowców do fauny na planie, można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że w czasie kręcenia filmu doszło do przypadków krzywdzenia żab.

Prawdziwy polski inteligent spudłuje nawet z takiej odległości


============
1984
Czas: 87 minut
Reżyseria: Zbigniew Rebzda
Scenariusz: Krzysztof Bogdanowicz, Zbigniew Rebzda
Obsada: Krzysztof Kolberger, Beata Tyszkiewicz, Hanna Stankówna, Grażyna Szapołowska, Jerzy Bończak, Andrzej Szalawski, Andrzej Żarnecki i inni.

6 komentarzy:

  1. Filmpolski says: doktor Berna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie tylko filmpolski.pl...
      Dobra, poddaję się (tym bardziej, że nie sprawdzałem, tylko zaufałem własnym uszom i pamięci) i poprawiam, choć uważam, że w starciu "Berna" - "Verna", to drugie i brzmi, i wygląda lepiej.
      Dzięki za zawrócenie uwagi.

      Usuń
  2. Pana wpisy blogowe są różniste, a ten wpisuje się zdecydowanie w strefy wyższe stanów wyższych (lub odwrotnie). Inaczej mówiąc - jest świetny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy dobrze rozumiem, że jest to wcielony w taśmę celuloidową "Zaczerpnąć dłonią" Adasia Miauczyńskiego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest tam parę scen, które uwiarygodniają tę tezę :-)

      Usuń
  4. Szapołowska może i zagrała rolę, taką jaką grała często, ale była świetna.

    OdpowiedzUsuń