2014-08-22

Zuzanna i chłopcy [1961]

- Rozumie pan, trudności kadrowe... - powiedział recepcjonista.

W "Zuzannie i chłopcach" trudności kadrowych nie było - w schronisku na Polanie Chochołowskiej tłum kłębił gęsto i gęsto też kłębiły się nuty, albowiem tłum w dużej części składał się jazzmanów.
- Przecież pikniki jazzowe odbywały się na Kalatówkach!
Ale Murowaniec jest ładniejszy, ma więcej miejsc noclegowych i łatwiej do niego przetransportować ekipę filmową.


Igrce w gród walą...

Dramatis personae:
Zuzanna - gwiazdka filmowa na dorobku i obcasach. Szanuje Marka, kocha się w Karolu, Filipa traktuje z sympatią, ale z lekkim politowaniem.
Karol - geolog-speleolog, wysoki, przystojny, nieco nadęty i bardzo przewrażliwiony na własnym punkcie. Szanuje Marka, pogardza Filipem, Zuzannę traktuje po męsku czyli gdzieś między łysym dresem a  wąsatym maczo w siatkowym podkoszulku, skarpetach i klapkach.
Filip - jazzman-trąbkarz. Szanuje Marka, kocha Zuzannę miłością wielką i niezdarną, nie znosi Karola
Marek - geolog-speleolog, Szanuje Marka... yyy... przepraszam: dyskretnie kocha się w Zuzannie, lubi Filipa, choć ma go za ciapę, wobec Karola jest męsko-lojalny. W wolnych chwilach udaje Bogarta.

Reszta postaci robi za tło i ogólny koloryt.

Filip robi przy Zuzannie za "przynieś, wynieś, pozamiataj", omiata kurz z drogi, którą Zuzanna ma przejść i całuje miejsca, po których już przeszła. Kica i czeka aż kobieta doceni wszystko, co dla niej robi, zarazi się gorącym uczuciem, a może nawet pochwali jego grę na trąbce. Zuzanna docenia, ale się nie zaraża, tylko wykorzystuje na potęgę, przez co nie bardzo ją lubimy, bo są granice zamiatania facetem podłogi. Filipa zresztą też nie bardzo lubimy, bo są granice uczuć i robienia z siebie łajzy, a poza tym gra go aktor o sile wyrazu pasty do zębów. Karola nie lubimy, bo scenarzysta od pierwszych scen robi wszystko, żebyśmy wiedzieli, kto jest dobry, a kto jest zły i na Karola wypadło "zły", więc cokolwiek zrobi - krzywimy się z niesmakiem (niektórzy krzywią się na Karola, niektórzy na scenarzystę) i całą sympatię zwracamy ku Markowi, który udaje Bogarta.
- Ale chyba tak właśnie miało być? - zapytał Głos Wewnętrzny.
Ale mogłoby być subtelniej nieco, bo scena, w której Karol w obecności Marka i Filipa odstawia teatr "Taki jestem zmęczonym Zuzanno, czy mogłabyś mi zdjąć buty?", a Zuzanna posłusznie rozsznurowuje mu trepy... No, dajcie spokój, naprawdę. Wiem, że są na świecie różne patologie, ale nie czytamy podręcznika "Przemoc w rodzinie - występowanie, aspekty i przeciwdziałanie", tylko oglądamy film i odrobina elegancji by się przydała.

I pewnie złośliwie zawiązał przedtem na supełek.

Skoro persony mamy z głowy, to zajmijmy się dramatisem, który polega na poddaniu mężczyzn próbie...
- Ognia!
- Wody!
- Milczenia!
- Owiec?
...próbie jaskini. W której rzeczywiście było trochę wody. Nawet więcej niż trochę, więc wycieczka pt. "Pozwól Zuzanno, że pokażemy ci trud pracy geologa-speleologa, a w jaskini mamy kolekcję znaczków i koniak" zamienia się w ucieczkę przed ową wodą i szukanie wyjścia z jaskiniowej pułapki. Wspinanie po linie, haki asekuracyjne, zjazdy, wjazdy, nurkowanie, czołganie się i gubienie kasków - pełen wachlarz przygód. Człowiek kontra przyroda, facet kontra facet, przyjaźń kontra kompleksy, charakter kontra bufonada i piękna Zuzanna w nagrodę. Szkoda, tylko, że od samego początku wiadomo, kto się załamie, a kto dostanie Zuzannę, bo scenarzysta co chwilę wskazuje palcem na jednego z geologów i mówi: "O-o-o-o!... jaki gupizuyniedobry", a potem wskazuje na drugiego i podkreśla "No, ten, to przeciwnie, ten dobry, ten mądry, ten przystojny i dzielnie mu się łydki prężą". Połowa przyjemności z oglądania idzie w kosodrzewinę, bo skoro wszystko wiadomo...

Szkoda, że scenarzysta poszedł w oczywistości, bo wersja, w której w połowie wyprawy to Karol bierze się w garść, a Marek łka, dyndając na sznurku, byłaby znacznie ciekawsza. A najmocniejsze byłoby zakończenie w którym nasi bohaterowie wychodzą z jaskini, otrzepują kurz i błoto, bohaterscy geologowie prężą mięśnie, wciągają brzuchy, badylengłidżem o nagrodę się upominają i "wybieraj kobieto swego pana władcę, w którego wpatrzona będziesz po kres swoich dni i ostatnią ratę w ORS-ie", a Zuzanna.. A Zuzanna odrzuca gniewnym ruchem włosy opadające jej na czoło i wrzeszczy, że obaj są porąbani, że trzeba nie mieć grama wyobraźni, by ciągnąć kobietę do jaskini i narażać ją na niebezpieczeństwa, że jeśli chcą sprawdzić, kto ma dłuższego, to niech po prostu idą w krzaki i sobie porównają, a nie wciągają w to niewinnych ludzi, po czym chwyta za rękę otępiałego ze szczęścia Filipa, każe się odprowadzić do hotelu i odwieźć do Warszawy, w której wychodzi za niego, bo mąż-muzyk zapatrzony jak w obraz plus stabilizacja plus tantiemy plus artystyczne życie stolicy w porównaniu z odmrażaniem sobie tyłków w jaskiniach i przynoszonym do domu geologicznym błotem to jednak argumenty, które kobieta AD 1961 powinna poważnie brać pod uwagę. O, to by był suspens i dramaturgiczna Zasadzka! Niestety, scenariusz poszedł męską sztampą i została nam tylko przygoda, jaskinia, zastanawianie się, czy bohaterom uda się z niej wyjść (krótkie zastanawianie się, bo wiadomo, że się uda) i westchnienie, że to kolejny film, w którym dwóch facetów rywalizuje o babę, a baba bezwolnie siedzi i czeka, który kogucik wygra, by wtulić się w niego chwycić pod ramię i odejść ku zachodzącemu słońcu.

A ja jestę Dżejmsę Dinę i cierpię egzystencjalne

Czasem scenarzysta plącze się bardzo - jak w wątku zrozpaczonego Filipa, który gdy zorientował się, że jego ukochana ugrzęzła w jaskini i może zginąć, próbuje jakoś zaalarmować rozbawione towarzystwo, ale próbuje jakoś tak dziwnie. Zamiast powiedzieć wprost, bełkocze coś bez ładu i składu, po dwóch próbach daje spokój i idzie zmienić garnitur, po trzech godzinach przypomina sobie, że chyba coś komuś powinien zasugerować, ale znowu nie potrafi się wyjapcyć, więc znowu zmienia garnitur (tym razem na dżinsy) i chla w barze, filozofując w stylu wczesnego Wertera. Dopiero następnego dnia jest w stanie złożyć sześć wyrazów w jakieś sensowne zdanie i dopiero wtedy rusza ekspedycja ratunkowa kierowana przez niemniej słynnego podróżnika - Wawelskiego... yyyy... Znaczy, żeby było weselej, to w skład ekspedycji wchodzą także "kociaki" w falbankowych sukienkach i białych czółenkach na obcasie, bo Polak potrafi, zwłaszcza pod wpływem i żadne kamieniste zbocze nie jest mu/jej straszne.

- Znaczy, zły film? - Głos Wewnętrzny, jako prawdziwy facet, oczekiwał jasnym i prostych komunikatów.
Ależ nie, na tamte czasy naprawdę bardzo przyzwoity. Pamiętajmy, że między 1961 a 2014 rokiem sporo się zmieniło - nie tylko w kinie - i dziś oglądamy "Zuzannę..." z bagażem zmienionej rzeczywistości (i nie, nie chodzi mi o polityczną), przepracowanych problemów, spalonych biustonoszy, genderów i tysiąca nakręconych w międzyczasie filmów, w których podobne kwestie poruszane były nieco (albo bardzo) ciekawiej, głębiej, zabawniej itd. i ciężko wrócić do czasów "sprzed". To trochę tak, jakby po filmie "Unforgiven" i serialu "Deadwood" wracać do cukierkowych westernów, w których miasteczka są czyściutkie, konie uczesane, kowboje w wyprasowanych koszulach szczerzą śnieżnobiałą klawiaturę i pytają piękne, zadbane damy negocjowalnego afektu, czy nie napiłyby się z nimi kieliszeczka likieru. Jeśli ktoś widział Billa Munny'ego w błocie i Ala Swearengena, stękającego nad zasadniczo przechodzoną prostytutką czy Calamity Jane w wykonaniu Robin Weigert, to nie ma zmiłuj - w westernie z 1945 roku czuje się trochę jak w Zalipiu, szuka filcowych kapci i regulaminu zwiedzania muzeum.

Gra czteroosobowy kwintet w składzie nader rozpoznawalnym

Ciekawiej (choć w podobnym klimacie stosunków damsko-męskich) widz może się poczuć w murach Murowańca, w których gdzieniegdzie błyśnie egzystencjalistyczna broda, jakaś marynara z "ciuchów", przegląd mody warszawskiej, na barze kieliszki z wermutem, kobiety pełnią rolę głównie dekoracyjną, spływając łagodnymi krągłościami z leżaków, foteli i męskich ramion, muzycy jazzują, a wszystkie pary tańczą, w tym połowa tańczy z rozmachem i "gdzie się podziały tamte prywatki", czyli podróż w czasie - nawet jeśli lekko podkolorowana. I Guinness przeciw mineralnej, że na ekranie widzimy twarze w ówczesnym czasie znane - od młodych muzyków po najpopularniejsze warszawskie "kociaki". Mnie udało się rozpoznać jedynie Andrzeja Trzaskowskiego, Jerzego Matuszkiewicza, Zbigniewa Namysłowskiego i Romana Dyląga, co do dwóch innych osób mam podejrzenia (niestety, niezupełnie graniczące z pewnością) i może warto byłoby przed ekranem posadzić jakiegoś weterana warszawskich knajpek i piwnic jazzowych przełomu lat 50. i 60., żeby rozpoznał resztę (nie tylko muzyków) i poopowiadał, jak to drzewiej młodzież, panie dzieju...

Niezłe zdjęcia Antoniego Wójtowicza (ciekawe, ile zdjęć "jaskiniowych" kręcono w studio, a ile - o ile w ogóle  - w prawdziwych plenerach), świetna muzyka Andrzeja Trzaskowskiego, rozczulające kostiumy, zwłaszcza grotołaźne: te brezentowe kurtki, te swetry, te pumpy, te trepy przeraźliwe, te spodnie, w których każdy tyłek wyglądał jak szafa gdańska. No i te czarne, męskie gacie, barchany straszliwe, które widać, że po jednym praniu zmienią rozmiar z L na XXL i trzeba je będzie podciągać pod pachy, żeby nie spadły...

Kapitanie Ahab, międzymiastowa do pana!

Aktorsko film trochę się zestarzał, jasne, bo musiał się zestarzeć - to jednak ponad 50 lat - i nie ma w nim ról na Oscara, ale ogląda się go całkiem nieźle. Adam Hanuszkiewicz znalazł ciekawy pomysł na rolę, grał oszczędnie, z lekko bogartowskim sznytem, Tadeusz Pluciński leciał swym klasycznym schematem uroczego padalca i gdyby tylko scenarzysta napisał mu ciut lepszą postać i o wiele lepsze dialogi - zyskałaby i postać i sam film, bo widać było, że Pluciński by sobie poradził. Ewa Krzyżewska rolę miała raczej płaską, w dwóch może momentach wymagającą czegoś ponad "jestem ładna i mam makijaż jak stąd do Krakowa" i w tych właśnie momentach pokazała, że ma talent. Andrzej Nowakowski... no, nie, przepraszam, ale nie, bo to było bardzo przeciętne, z lekkim obsunięciem w stronę "słabo". Nawet uwzględniając mielizny/płycizny scenariusza czy dialogów. Bohdan Łazuka zaczynał swój najlepszy czas ekranowy - był piękny, młody, utalentowany, stworzony do ról komediowych, jednym ruchem brwią potrafił zrobić scenkę, jedną miną potrafił wywołać chichot na widowni. Jest w filmie scena "jazzowego pojedynku" Łazuki (saksofon) i Nowakowskiego (trąbka) - oczywiście, obaj tylko udają, że grają, ale przecież nie o muzykę tu chodziło tylko o grę aktorską - niebo a ziemia, a może nawet podziemia. Łazuka w filmie także zaśpiewał - nie bardzo wiadomo po co, bo piosenka do treści pasowała jak Hanuszkiewicz do disco-polo, a chwilowy klimacik wodewilu gryzł się z logiką i tak zwaną "głębią psychologiczną postaci", ale zaśpiewał ładnie. Elżbita Czyżewska była śliczna, Adam Pawlikowski w formie i w konwencji, a w pamięć zapada także Bronisław Darski jako gazda, przywożący przesyłkę dla Filipa - zaraźliwie uśmiechniętą grą i aluzyjnym dialogiem.
- A reszta? - pyta Filip, po wręczeniu mu należności za przewóz
- Może być i reszta... - wzdycha gazda, wyciąga z kieszeni drobniaki i mruczy - Przed wojną to reszty nie było...
- Czego nie było?
- Nie, nic... - uśmiecha się gazda - Przed wojną niczego nie było.
- No, towarzyszu Iksiński - obruszył się naczelnik wydziału w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk - Jak mogliście przepuścić tak prowokacyjne żarty?

Można. Głównie dla klimatu i otoczki, czyli scen taneczno-muzycznych w Murowańcu, choć sam film w oczy nie boli, wchodzi gładko, panie mogą sobie popatrzeć na przystojnego Hanuszkiewicza, panowie na Czyżewską i Krzyżewską, a cynicy mogą marudzić, że Zuzanna w wersji ze starcami była ciekawsza, albowiem były cycki.

Aziz, light!


Varia
1. Dla reżysera Stanisława Możdżeńskiego "Zuzanna..." była debiutem fabularnym - do tej pory znany był tylko z dokumentów. Żeby było zabawniej - większość filmów, które nakręcił przed 1961 rokiem w mniejszym czy większym stopniu dotyczyła morza. Morze pojawiło się także w kolejnym filmie fabularnym Możdżeńskiego - "Yokmok", po którym reżyser machnął ręką na fabułę i wrócił do filmów dokumentalnych, a później rozkręcał i kierował Wojskowym Magazynem Filmowym "Radar".
2. "Współpraca reżyserska - Ryszard Pluciński" - niestety, nie wiem, czy zbieżność nazwisk przypadkowa, czy może Rayszard i Tadeusz byli jakoś spokrewnieni
3. Słowa piosenki "Filip, Filip" napisał Marian Załucki.
4. Postać grana rzez Hanuszkiewicza nosi nazwisko Brenert. Nie jestem aż takim radykałem, żeby domagać się by Marek nosił swojskie nazwisko Maślączkiewicz, Skiślak czy Frąchała, ale zawsze bawią mnie takie "kosmopolityzujące" zabiegi, a tu w dodatku okazuje się, że  Pasikowski ze swoimi Krollami, Brennerami, Maurerami, Kellerami, Hertzami wcale nie był pierwszy.
5. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak wyglądał pierwszy jazz camping na Kalatówkach, może sięgnąć po film dokumentalny Bogusława Rybczyńskiego z 1959 roku pod jakże zaskakującym tytułem "Jazz camping".

Patrzcie, jak nisko upadł polski film od naszych czasów...


============
Zuzanna i chłopcy
1961
Czas:
83 minuty
Reżyseria: Stanisław Możdżeński
Scenariusz: Janusz Chudzyński
Obsada: Ewa Krzyżewska, Adam Hanuszkiewicz, Tadeusz Pluciński, Andrzej Nowakowski, Elżbieta Czyżewska, Bohdan Łazuka, Adam Pawlikowski, Bronisław Darski, Zofia Saretok i inni.

2014-08-16

Facet (nie)potrzebny od zaraz [2014]

A żeby to piorun strzelił!
...
Strzelił.
...
Niestety, film trwał dalej.

Zosia nie wie, co się dzieje

Na słońcu były plamy, w związku z czym Zosię trafił piorun, facet Zosi trafił jakąś obcą babę w miętkie slash wilgotne, a Michał Żebrowski nie trafił w konwencję i zagrał postać ze składnicy złomu. Ponieważ Zosię trafił piorun - zaczęła robić spięcia i wyłączała telefony komórkowe i tomografy, ponieważ jej facet trafił obcą babę - Zosia posłała go w siną z oburzenia dal, a ponieważ Michał Żebrowski grał jak profil gięty - po dwóch minutach zdjęto go z ekranu i już go więcej w tym filmie nie ujrzymy. Oklaski.

Co robi człowiek, którego trafił piorun? Mam kumpla, którego trafił piorun - poszedł na studia i został doktorem, bodaj już nawet habilitowanym, i ma fajną żonę.
- Dlatego, że go trafił piorun?
A bo ja wiem?... Tak mi się przypomniało.
Zosia nie poszła na studia, bo była już po. Po studiach i po trzydziestce. I postanowiła zrobić rachunek kobiecego sumienia.
- No wiesz, kiedy kogoś trafi piorun, zaczyna doceniać wartość życie jako takie, dokonuje podsumowań i przewartościowań...
Ale Zosia nie przez piorun - Zosia przez wredną koleżankę, która grała gorzej niż Żebrowski, ale za to wychodziła właśnie za mąż i drwiła sobie z Zosi strasznie oraz złośliwie. Wobec drwin, szpil i oblewania kawą Zosia doszła do wniosku, że skoro z żadnym facetem nie była dłużej niż dwa lata, a w swoich trzydziestoletnim życiu miała ich zaledwie siedmiu, to coś z nią jest nie halo.
- Dziżas, ktoś jeszcze w XXI wieku prezentuje takie poglądy? - zdziwił się Głos Wewnętrzny - Uzależnianie własnej wartości od posiadania chłopa na długi dystans? Małżeństwo jako miernik... kurde, nie wiem... czegokolwiek.
Oj, to podobno komedia - stereotypy i przerysowania dozwolone w celu fabularnym.

Swoją drogą, 30-latka z 7 facetami  na koncie to całkiem przyzwoita średnia, nawet jeśli liczymy (znaczy, Zosia liczy) od liceum. Jeden misiek na dwa lata... powiedziałbym, że w normie albo - zakładając, że przez "facet" rozumiemy gościa, z którym toczy się poważne rozmowy i czasem jada śniadanie, a nie jednorazową bzykawkę - nawet powyżej.

Zosia wie, co się dzieje.

Enyłej, Zosia postanowiła odwiedzić swoich byłych, żeby A) sprawdzić co u nich, B) dowiedzieć się, czemu jej z nimi nie wyszło, C) co z nią jest nie tak, D) jakieś inne kocopały, których nie rozumiałem, bo twórcy filmu nie dopilnowali dźwiękowca, a szkoły teatralne i filmowe na etacie nauczyciela dykcji zatrudniały weterynarza.
- Młynarza! 
Bez różnicy.

No i Zosia odwiedza byłych. Oraz knajpy. Przepraszam, "knajpy" to się mówiło za Franciszka Józefa I - teraz się mówi "miejscówki". Miejscówki zatem Zosia odwiedza. Odwiedzonych miejscówek jest ze dwa razy więcej niż odwiedzonych byłych. Z odwiedzania byłych nic nie wynika, z odwiedzania miejscówek wynika, że Warszawa jest pięknym, kolorowym miastem, w którym mieszkają plastikowe ludziki z modnymi fryzurkami oraz Etgar Keret w swoim magicznym domu, w którym nie wszystko się zdarzyć może, bo jest za wąski.
- Keret jest za wąski? 
Nie, Keret jest płaski - wąski jest jego dom. No, weźcie - nie wiecie? Kereta nie znacie? Wszyscy znają Kereta. Wszyscy znajdą Kereta i jego dom, i modne miejscówki, i najnowsze przeboje sceny niezależnej (znaczy, nie tej całkiem niezależnej, tylko tej niezależnej trochę i modnie) i czytają Kominka Hłaskę, i jedzą fjużon, i noszą takie hajdawery z worem na tyłku. Oraz spodnium.

Facet z kamerą lubi się z facetem od oświetlenia, więc wszystkie odwiedzone lokale sfilmowane są ze smakiem i fantazją, kolorowo i mięciutko, pełna Europa i gdybyśmy chcieli komuś wmówić, że to Londyn, Paryż czy inne Ohio to pewnie by się nam udało. Globalizacja estetyczna po prostu i naprawdę można nabrać ochoty na nocny kurs po. Zwłaszcza, jeśli się zna Kereta, nosi Ray-Bany, czyta Jasia Kapelę i Kaję Malanowską. Od czasu do czasu między miejscówki wrzucona zostaje "cywilna" przestrzeń miejska, jakaś ulica, jakiś park, jakiś Pałac Kultury ("na uki i na sztuki"), jakieś mieszkanie, też wyszlifowane na nowoczesne ę-ą w wersji... przecież nie napiszę, że "hipsterskiej", bo to słowo przyklejane jest dziś do wszystkiego tak często, że nie znaczy już absolutnie nic. Całość - wnętrza, zewnętrza, ludzie, koty, i agiede - wygląda jak ilustracje magazynu redagowanego przez Zuzannę Ziomecką: estetyka, lajfstajl, dizajn, landrynka i brakuje tylko zwisających zewsząd metek z ceną i linków do stron producenta. I żeby nie było wątpliwości - to nie jest złe. Przeciwnie - jest to celowe, przemyślane, solidnie wykonane, pełne zabawnych ujęć. Zdjęcia na pięć z plusem.

Zosia wie, co się dzieje, ale nie wie, jak się tu znalazła

Poza tym nic. Absolutnie nic. Zero. Pustka. Niente. Główna bohaterka pozuje na tle grafik Agaty Dębickiej z miną "Nigdy więcej nie będę popijała jabłek kefirem", odwiedza kolejnego byłego, rozmawia z menelną nieco psiapsiółą i boksuje się z idiotycznymi dialogami.
- Dlaczego menelną?
Psiapsióła ma minę pod tytułem "bocijebnę", łazi w porozciąganych dresach, procenty łoi jak stary, chrypkę ma przepisową, taką między Ząbkowską a stadionem X lecia. Gatunek kobiet, który jeżeli ciemnej uliczce woła "Rysieeeeek!..." to nie dlatego, że potrzebuje pomocy, tylko żeby Rysiek znowu mógł zobaczyć jak dama frajerowi zasuwa z bańki. Ale żeby żaden widz nie pomyślał, że do krainy lajfstajla wkradł się jakiś margines, psiapsióła chrypi buntowniczo:
- 27 lat zajęło mi powiedzenie mojej pieprzonej rodzinie, kancelarii, społeczeństwu, że mam ich po prostu w dupie. Nie będę żyła w tym kieracie, w tej korpoparanoi!
Znaczy, to nie kwestia genetyczna ani mimowolny społeczny koszt transformacji, tylko świadomy rewolucyjny wybór. Szacun, ziom. Ziomka. Whoever.

- A dlaczego idiotycznymi dialogami?
Hmmm...
- Nie mam faceta, ślub za dwa tygodnie. Co ja im wszystkim robię, z żadnym nie byłam dłużej niż dwa lata, to jest rekord. Coś musi być ze mną nie tak - histeryzuje Zosia
- Mam plan - oświadcza psiapsióła i wyłuszcza plan - To powie nam, co z tobą jest nie tak.
- Jak to, coś ze mną jest nie tak?
No, przecież przed chwilą sama mówiłaś, że coś z tobą jest nie tak, a teraz dziwisz się, że ktoś myśli, iż coś z tobą jest nie tak? Czy z tobą jest coś nie tak?

- Musimy pogadać - mówi Zosia, wchodząc do uczelnianego gabinetu jednego z byłych.
- Ze mną? - dziwi się były.
Nie, z komendantem straży pożarnej, a do ciebie weszła, bo jej się uniwersytet z remizą pomylił.

Małaszyński nie wie, dlaczego zgodził się zagrać w tym filmie i dlaczego Zosia założyła spodnium.

Reżyser w teatrze mówi aktorowi, że "musi sobie przede wszystkim przypomnieć i zapomnieć", jakiś rudy z loczkami pierniczy coś o czarnych dziurach i gwiazdach węglowych jodowych, żelazowych i że wszyscy za pięć miliardów lat skończymy w zupie, a na koniec przychodzi Cezary Kosiński i leci tekstami z pogranicza gimnazjum i Danielle Steele "Jak można robić film o miłości, skoro nic takiego nie istnieje?"
– Mam was dość - histeryzuje Zosia - Duszę się!
W imieniu widzów wyrażam głęboką solidarność z Zosią.

Połowa filmu brzmi jak wycięta z nieudolnej podróby Paolo Coehlo, a druga połowa, jakby reżyserka powiedziała aktorom: "No i nie widzieliście się parę lat, spotykacie się i rozmawiacie o uczuciach, coś wymyślicie, nie?", a biedni aktorzy rozpaczliwe szyli coś na chybcika. Wiecie, że w tym filmie nie było ani jednego dobrego dialogu? Ani jednego żartu, ani jednego dowcipu, ani jednej kwestii, którą by się w jakikolwiek sposób zapamiętywało, ani jednego zdania pasującego do sceny. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że nie do końca była to wina reżyserki/scenarzystki. Potencjał był i parę postaci mogło wypaść nieźle, wystarczyło tylko pomyśleć i polecieć konwencją. Niestety, aktorów mamy jakich mamy i potencjał dostawał z liścia dyplomem szkoły teatralnej, sceny konała w męczarniach, a panowie oglądający film w towarzystwie Kobiet Swojego Życia, trącali je delikatnie i szeptali "Kochanie, nie śpij".

Sześciu byłych, sześć typów - wydawałoby się, że samograj. Ot, dobrać, ułożyć, obsadzić. Pękło już na etapie doboru, bo scenarzystka/reżyserka postanowiła użyć sposobu na filmową głębię rodem z gimnazjum i nie odmówiła sobie Tragicznie Zmarłego, którego nasza bohaterka kochała Miuościom, ale który jako Były Tragicznie Zmarły, oczywiście, w grę wchodzić nie mógł, z czego płacz był w królestwie większy niż po wyczerpaniu zapasu dreblinek. Wątek Byłego Tragicznie Zmarłego był stęchły, idiotyczny i robił wielką krzywdę scenariuszowi. Reszta byłych... Cóż, pomysł na to, żeby gościa sfiksowanego na punkcie krav magi zagrał fiflakowaty Maciej Stuhr, a uniwersyteckiego feministę - coraz grubszy bardziej napakowany Paweł Małaszyński z fryzem i w bojówkach, był zabawny przez odwrócenie skojarzeń. Niestety, na tym zabawność się skończyła, because of wykonanie (Małaszyński) lub brak pomysłu na "co dalej" (Stuhr). Nieźle wypadł Były Gej (to znaczy, obecny gej, ale były Były), choć chyba tylko przez kontrast z konkurencją, a Czesław Mozil nie wypadł wcale, bo przecież wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie zatrudniono go dla jego aktorstwa, bo grać nie umie, a jedynie dla znanej twarzy. W efekcie z niezłego, choć nieco ogranego w kinie pomysłu, w "Facecie (nie)potrzebnym..." nie wyciśnięto absolutnie nic.

Zosia zastosowała środek wyrazu. Zosia założyła okulary.

Podobnie absolutnie nic nie wyszło z pomysłu na walnięcie piorunem i rozładowywaniem przez Zosię telefonów komórkowych, telewizorów i innych ertefałów. Przeciętny francuski scenarzysta już tylko z tego pomysłu ulepiłby lekką komedyjkę, przeciętny scenarzysta angielski uszyłby z tego czteroodcinkowy serialik, przeciętny amerykański scenarzysta - dwa sezony po 16 odcinków każdy. Polska scenarzystka wpadła na pomysł, wkleiła go do filmu ni przypiął ni przyłatał, a potem zapomniała o nim zupełnie. Snuł się więc pomysł po filmie, co jakiś czas wychylając się zza brzegu ekranu, jak Jacek Kurski w Kijowie i pytał, czy może iść już do domu, bo mu nudno.
- Masz do towarzystwa plamy na słońcu i faceta smęcącego o gwiazdach - powiedział współscenarzysta - I może weźcie jeszcze tego chudego z włosami, co robi perkusję paszczowo, bo ktoś mi go wcisnął po znajomości i nie wiem, co z nim zrobić.
Gość z loczkami truł o czarnych dziurach, chudy robił paszczowo, telefony się wyłączały, Krzysztof Globisz śpiewał po  chińsku wietnamsku  koreańsku azjatycku i jeśli to ma być sposób na komedię, to ja wymiękam.

Było w tym filmie kilka sympatycznych pomysłów - niemal z żadnego nic nie wyszło. Niemal, bo sprawdziła się muzyka (podobno młoda scena, podobno znane - nie wiem, nie kojarzę, w uszy mnie nie bolało, a to już dużo jak na polski film). Sprawdził się pomysł na wykorzystanie grafik Agaty Dębickiej. No i sprawdził się pomysł na pokazywanie landrynkowej Warszawy. Mało, bardzo mało. Trochę tak, jakby powiedzieć o książce, że ma fajną okładkę, efektowną czcionkę w numeracji stron i dziewczyna za ladą księgarni była bardzo ładna.

Aktorzy nie pomogli. Katarzyna Maciąg była mniej niż drewniana, ale bardziej niż bezbarwna i ani przez moment nie potrafiła mnie zainteresować swoją bohaterką. Dwa wyrazy twarzy, może dwa i pół, ale zazwyczaj zupełnie "obok" sceny, w której grała, problemy z dykcją (w tym filmie dykcję ma tylko Krzysztof Globisz), środki wyrazu jak z przeciętnego serialu. Materiał może na drugi plan - na pewno nie na rolę główną. Psiapsiółę zagrała Joanna Kulig i zagrała równie źle - sporo osób zachwycało się jej "piękny głosem" w "Czas nas uczy pogody", ale primo - aktor w filmie ma grać, bo do śpiewania można sobie wynająć piosenkarza, a secundo - może ja się nie znam, ale "silny" nie zawsze równa się "ładny", a Joanna Kulig głos ma przede wszystkim silny. Co było słychać w scenie kłótni, gdy Zosia i psiapsióła ryczały na siebie i która to scena byłaby całkiem niezła... gdyby ją wkleić w "Sceny z życia dresiar" czy "Galerianki IV". Bodaj najsłabsza rola Joanny Kulig.

Łysy nie kóchał dziwczęcia, bo aktualnie był ex-papugą

Grażyna Błęcka-Kolska rolę miała dziwną, zagrała ją w swojej manierze, ale zapominało się ją, gdy tylko schodziła z ekranu, Annę Czartoryską-Niemczycką można było wykorzystać dużo lepiej: na przykład kazać jej od czasu do czasu przejść przez ekran i dygnąć albo usiąść przodem do kamery i założyć nogę na nogę, albo nie wiem - położyć na kocyku i kazać słuchać słowików. Niestety dano jej rolę i kazano grać. Niby krótko, niby trzeci plan, ale i tak kobietę to przerosło.

Panowie nędznie. Po niektórych było widać, że się starali, że coś usiłowali z roli wycisnąć, ale ponieważ role wyglądały jak marchewka po użyciu przez Niuńka z "Motodramy", "samo suche zostało" i wyciskać już nie było czego. W najlepszym przypadku i przy dużym wysiłku można było wypaść przyzwoicie. Udało się to... jeden... dwa.. trzy... Nie, dwa i pół... Nie, dwa... dwóm panom. Jednym był Globisz, a drugiego nie pamiętam.

Według plakatu "Facet (nie)potrzebny od zaraz" to "błyskotliwa komedia o mężczyznach". Bujda na resorach: ani o mężczyznach, ani komedia, ani tym bardziej błyskotliwa. Gdyby reklamowano ten film jako przyjemne kino o trzydziestolatkach, wspomniano "Reality bites", zasugerowano lekki off, szepnięto "A bo kiedy oglądaliśmy islandzką propozycję na festiwal Sundance..." OK, to by miało więcej sensu. Bo w "Facecie..." był potencjał na filmik w oparach "indie", pokoleniowe westchnienie nad... nad obojętnie czym w zasadzie. Ot, lekka, spokojna historyjka z rozmówkami, luzem i dyskretnym morałkiem. Kto wie, może nawet reżyserka próbowała pójść w tę stronę, ale wyszło jej to słabo i pretensjonalnie, a gwóźdź do trumny wbił dystrybutor sprzedając film jako komedię, plakatem zaś sugerując, że to klasyczny kom-rom.

- Mój scenariusz przeczytało trzech wziętych operatorów, dwóch wziętych reżyserów (Agnieszka Holland i Jan Komasa - przy. AJK) i czytali go jako moi koledzy z pracy - chwaliła się reżyserka - Każdy coś od siebie wnosił.
Albo kłamali, że czytali, albo - co gorsza - nie kłamali i tak wygląda poziom "wziętych twórców"

Nie warto. Muzyki można posłuchać na płycie, a do warszawskich knajp lepiej pójść osobiście.

Radosny uśmiech Zosi - dubel trzysta dwudziesty siódmy, nie ostatni.


Varia:
1. Tak, ten Coelho ze zgryzem na końcu to był prawdziwy Etgar Keret. Wartość pi-arowa - 0,75 Mozila.
2. Tak, dom Kereta naprawdę w Warszawie stoi - przy skrzyżowaniu Chłodnej i Żelaznej. Jest jednak bardziej instalacją artystyczną niż prawdziwym domem.
3. Film początkowo miał nosić tytuł "Zosia szuka siódemki". I chyba dobrze, że nie nosi. Nie, żeby obecny tytuł był lepszy, bo nie jest - jest gorszy. A tytuł "Zosia szuka siódemki" pojawia się na ekranie parę razy w różnych miejscach i kontekstach. Jeśli ktoś się będzie nudził (a będzie), to może się bawić w poszukiwania.
4. Psiapsióła pracuje w żoliborskim "Secret Life" (dość często na ekranie), a potem przenosi się tuż obok, do sklepiku z "antykami". Sklepiku już nie ma - teraz powstaje tam knajpka wegańska, ale "Secret Life" wciąż jest, nawet niedaleko - o-o-o, tam... Pasowało do filmu idealnie – też ładne i nic poza tym. 
5. Film był debiutem reżyserskim i scenariuszowym Weroniki Migoń oraz debiutem scenariuszowym jej męża Michała Czarneckiego, który do tej pory zajmował się tylko montażem. W obu przypadkach - było to widać.
6. Weronika Migoń ukończyła podobno gender studies w ISNS Uniwersytetu Warszawskiego. Tego akurat w filmie widać nie było, a nawet przeciwnie.
7. Projekt "Zosia szuka siódemki" starał się o pieniądze z PISF, ale nie dostał rekomendacji. Wiesław Niderhaus po raz kolejny pokazał talent producencki, znalazł pieniądze i dopiął budżet. "Dokładnie nie wiem, ile ostatecznie wyniósł - około dwóch milionów dwustu tysięcy złotych" - powiedziała reżyserka.W każdym razie wystarczyło na filmową wycieczkę do Izraela, której mogło nie być i ani scenariusz, ani film by nie straciły. Ale była, bo kto bogatemu zabroni?

Członkowie ekipy dość nerwowo reagowali na krytykę



============
Facet (nie)potrzebny od zaraz
2014
Czas:
84 minuty
Reżyseria: Weronika Migoń
Scenariusz: Weronika Migoń, Michał Czarnecki
Obsada: Katarzyna Maciąg, Joanna Kulig, Krzysztof Globisz, Łukasz Garlicki, Paweł Małaszyński, Bartosz Porczyk, Marcel Sabat, Maciej Stuhr, Czesław Mozil, Anna Czartoryska-Niemczycka, Michał Żebrowski, Grażyna Błęcka-Kolska, Cezary Kosiński, Etgar Keret.
Dofinansowanie PISF: nie było.