2014-08-22

Zuzanna i chłopcy [1961]

- Rozumie pan, trudności kadrowe... - powiedział recepcjonista.

W "Zuzannie i chłopcach" trudności kadrowych nie było - w schronisku na Polanie Chochołowskiej tłum kłębił gęsto i gęsto też kłębiły się nuty, albowiem tłum w dużej części składał się jazzmanów.
- Przecież pikniki jazzowe odbywały się na Kalatówkach!
Ale Murowaniec jest ładniejszy, ma więcej miejsc noclegowych i łatwiej do niego przetransportować ekipę filmową.


Igrce w gród walą...

Dramatis personae:
Zuzanna - gwiazdka filmowa na dorobku i obcasach. Szanuje Marka, kocha się w Karolu, Filipa traktuje z sympatią, ale z lekkim politowaniem.
Karol - geolog-speleolog, wysoki, przystojny, nieco nadęty i bardzo przewrażliwiony na własnym punkcie. Szanuje Marka, pogardza Filipem, Zuzannę traktuje po męsku czyli gdzieś między łysym dresem a  wąsatym maczo w siatkowym podkoszulku, skarpetach i klapkach.
Filip - jazzman-trąbkarz. Szanuje Marka, kocha Zuzannę miłością wielką i niezdarną, nie znosi Karola
Marek - geolog-speleolog, Szanuje Marka... yyy... przepraszam: dyskretnie kocha się w Zuzannie, lubi Filipa, choć ma go za ciapę, wobec Karola jest męsko-lojalny. W wolnych chwilach udaje Bogarta.

Reszta postaci robi za tło i ogólny koloryt.

Filip robi przy Zuzannie za "przynieś, wynieś, pozamiataj", omiata kurz z drogi, którą Zuzanna ma przejść i całuje miejsca, po których już przeszła. Kica i czeka aż kobieta doceni wszystko, co dla niej robi, zarazi się gorącym uczuciem, a może nawet pochwali jego grę na trąbce. Zuzanna docenia, ale się nie zaraża, tylko wykorzystuje na potęgę, przez co nie bardzo ją lubimy, bo są granice zamiatania facetem podłogi. Filipa zresztą też nie bardzo lubimy, bo są granice uczuć i robienia z siebie łajzy, a poza tym gra go aktor o sile wyrazu pasty do zębów. Karola nie lubimy, bo scenarzysta od pierwszych scen robi wszystko, żebyśmy wiedzieli, kto jest dobry, a kto jest zły i na Karola wypadło "zły", więc cokolwiek zrobi - krzywimy się z niesmakiem (niektórzy krzywią się na Karola, niektórzy na scenarzystę) i całą sympatię zwracamy ku Markowi, który udaje Bogarta.
- Ale chyba tak właśnie miało być? - zapytał Głos Wewnętrzny.
Ale mogłoby być subtelniej nieco, bo scena, w której Karol w obecności Marka i Filipa odstawia teatr "Taki jestem zmęczonym Zuzanno, czy mogłabyś mi zdjąć buty?", a Zuzanna posłusznie rozsznurowuje mu trepy... No, dajcie spokój, naprawdę. Wiem, że są na świecie różne patologie, ale nie czytamy podręcznika "Przemoc w rodzinie - występowanie, aspekty i przeciwdziałanie", tylko oglądamy film i odrobina elegancji by się przydała.

I pewnie złośliwie zawiązał przedtem na supełek.

Skoro persony mamy z głowy, to zajmijmy się dramatisem, który polega na poddaniu mężczyzn próbie...
- Ognia!
- Wody!
- Milczenia!
- Owiec?
...próbie jaskini. W której rzeczywiście było trochę wody. Nawet więcej niż trochę, więc wycieczka pt. "Pozwól Zuzanno, że pokażemy ci trud pracy geologa-speleologa, a w jaskini mamy kolekcję znaczków i koniak" zamienia się w ucieczkę przed ową wodą i szukanie wyjścia z jaskiniowej pułapki. Wspinanie po linie, haki asekuracyjne, zjazdy, wjazdy, nurkowanie, czołganie się i gubienie kasków - pełen wachlarz przygód. Człowiek kontra przyroda, facet kontra facet, przyjaźń kontra kompleksy, charakter kontra bufonada i piękna Zuzanna w nagrodę. Szkoda, tylko, że od samego początku wiadomo, kto się załamie, a kto dostanie Zuzannę, bo scenarzysta co chwilę wskazuje palcem na jednego z geologów i mówi: "O-o-o-o!... jaki gupizuyniedobry", a potem wskazuje na drugiego i podkreśla "No, ten, to przeciwnie, ten dobry, ten mądry, ten przystojny i dzielnie mu się łydki prężą". Połowa przyjemności z oglądania idzie w kosodrzewinę, bo skoro wszystko wiadomo...

Szkoda, że scenarzysta poszedł w oczywistości, bo wersja, w której w połowie wyprawy to Karol bierze się w garść, a Marek łka, dyndając na sznurku, byłaby znacznie ciekawsza. A najmocniejsze byłoby zakończenie w którym nasi bohaterowie wychodzą z jaskini, otrzepują kurz i błoto, bohaterscy geologowie prężą mięśnie, wciągają brzuchy, badylengłidżem o nagrodę się upominają i "wybieraj kobieto swego pana władcę, w którego wpatrzona będziesz po kres swoich dni i ostatnią ratę w ORS-ie", a Zuzanna.. A Zuzanna odrzuca gniewnym ruchem włosy opadające jej na czoło i wrzeszczy, że obaj są porąbani, że trzeba nie mieć grama wyobraźni, by ciągnąć kobietę do jaskini i narażać ją na niebezpieczeństwa, że jeśli chcą sprawdzić, kto ma dłuższego, to niech po prostu idą w krzaki i sobie porównają, a nie wciągają w to niewinnych ludzi, po czym chwyta za rękę otępiałego ze szczęścia Filipa, każe się odprowadzić do hotelu i odwieźć do Warszawy, w której wychodzi za niego, bo mąż-muzyk zapatrzony jak w obraz plus stabilizacja plus tantiemy plus artystyczne życie stolicy w porównaniu z odmrażaniem sobie tyłków w jaskiniach i przynoszonym do domu geologicznym błotem to jednak argumenty, które kobieta AD 1961 powinna poważnie brać pod uwagę. O, to by był suspens i dramaturgiczna Zasadzka! Niestety, scenariusz poszedł męską sztampą i została nam tylko przygoda, jaskinia, zastanawianie się, czy bohaterom uda się z niej wyjść (krótkie zastanawianie się, bo wiadomo, że się uda) i westchnienie, że to kolejny film, w którym dwóch facetów rywalizuje o babę, a baba bezwolnie siedzi i czeka, który kogucik wygra, by wtulić się w niego chwycić pod ramię i odejść ku zachodzącemu słońcu.

A ja jestę Dżejmsę Dinę i cierpię egzystencjalne

Czasem scenarzysta plącze się bardzo - jak w wątku zrozpaczonego Filipa, który gdy zorientował się, że jego ukochana ugrzęzła w jaskini i może zginąć, próbuje jakoś zaalarmować rozbawione towarzystwo, ale próbuje jakoś tak dziwnie. Zamiast powiedzieć wprost, bełkocze coś bez ładu i składu, po dwóch próbach daje spokój i idzie zmienić garnitur, po trzech godzinach przypomina sobie, że chyba coś komuś powinien zasugerować, ale znowu nie potrafi się wyjapcyć, więc znowu zmienia garnitur (tym razem na dżinsy) i chla w barze, filozofując w stylu wczesnego Wertera. Dopiero następnego dnia jest w stanie złożyć sześć wyrazów w jakieś sensowne zdanie i dopiero wtedy rusza ekspedycja ratunkowa kierowana przez niemniej słynnego podróżnika - Wawelskiego... yyyy... Znaczy, żeby było weselej, to w skład ekspedycji wchodzą także "kociaki" w falbankowych sukienkach i białych czółenkach na obcasie, bo Polak potrafi, zwłaszcza pod wpływem i żadne kamieniste zbocze nie jest mu/jej straszne.

- Znaczy, zły film? - Głos Wewnętrzny, jako prawdziwy facet, oczekiwał jasnym i prostych komunikatów.
Ależ nie, na tamte czasy naprawdę bardzo przyzwoity. Pamiętajmy, że między 1961 a 2014 rokiem sporo się zmieniło - nie tylko w kinie - i dziś oglądamy "Zuzannę..." z bagażem zmienionej rzeczywistości (i nie, nie chodzi mi o polityczną), przepracowanych problemów, spalonych biustonoszy, genderów i tysiąca nakręconych w międzyczasie filmów, w których podobne kwestie poruszane były nieco (albo bardzo) ciekawiej, głębiej, zabawniej itd. i ciężko wrócić do czasów "sprzed". To trochę tak, jakby po filmie "Unforgiven" i serialu "Deadwood" wracać do cukierkowych westernów, w których miasteczka są czyściutkie, konie uczesane, kowboje w wyprasowanych koszulach szczerzą śnieżnobiałą klawiaturę i pytają piękne, zadbane damy negocjowalnego afektu, czy nie napiłyby się z nimi kieliszeczka likieru. Jeśli ktoś widział Billa Munny'ego w błocie i Ala Swearengena, stękającego nad zasadniczo przechodzoną prostytutką czy Calamity Jane w wykonaniu Robin Weigert, to nie ma zmiłuj - w westernie z 1945 roku czuje się trochę jak w Zalipiu, szuka filcowych kapci i regulaminu zwiedzania muzeum.

Gra czteroosobowy kwintet w składzie nader rozpoznawalnym

Ciekawiej (choć w podobnym klimacie stosunków damsko-męskich) widz może się poczuć w murach Murowańca, w których gdzieniegdzie błyśnie egzystencjalistyczna broda, jakaś marynara z "ciuchów", przegląd mody warszawskiej, na barze kieliszki z wermutem, kobiety pełnią rolę głównie dekoracyjną, spływając łagodnymi krągłościami z leżaków, foteli i męskich ramion, muzycy jazzują, a wszystkie pary tańczą, w tym połowa tańczy z rozmachem i "gdzie się podziały tamte prywatki", czyli podróż w czasie - nawet jeśli lekko podkolorowana. I Guinness przeciw mineralnej, że na ekranie widzimy twarze w ówczesnym czasie znane - od młodych muzyków po najpopularniejsze warszawskie "kociaki". Mnie udało się rozpoznać jedynie Andrzeja Trzaskowskiego, Jerzego Matuszkiewicza, Zbigniewa Namysłowskiego i Romana Dyląga, co do dwóch innych osób mam podejrzenia (niestety, niezupełnie graniczące z pewnością) i może warto byłoby przed ekranem posadzić jakiegoś weterana warszawskich knajpek i piwnic jazzowych przełomu lat 50. i 60., żeby rozpoznał resztę (nie tylko muzyków) i poopowiadał, jak to drzewiej młodzież, panie dzieju...

Niezłe zdjęcia Antoniego Wójtowicza (ciekawe, ile zdjęć "jaskiniowych" kręcono w studio, a ile - o ile w ogóle  - w prawdziwych plenerach), świetna muzyka Andrzeja Trzaskowskiego, rozczulające kostiumy, zwłaszcza grotołaźne: te brezentowe kurtki, te swetry, te pumpy, te trepy przeraźliwe, te spodnie, w których każdy tyłek wyglądał jak szafa gdańska. No i te czarne, męskie gacie, barchany straszliwe, które widać, że po jednym praniu zmienią rozmiar z L na XXL i trzeba je będzie podciągać pod pachy, żeby nie spadły...

Kapitanie Ahab, międzymiastowa do pana!

Aktorsko film trochę się zestarzał, jasne, bo musiał się zestarzeć - to jednak ponad 50 lat - i nie ma w nim ról na Oscara, ale ogląda się go całkiem nieźle. Adam Hanuszkiewicz znalazł ciekawy pomysł na rolę, grał oszczędnie, z lekko bogartowskim sznytem, Tadeusz Pluciński leciał swym klasycznym schematem uroczego padalca i gdyby tylko scenarzysta napisał mu ciut lepszą postać i o wiele lepsze dialogi - zyskałaby i postać i sam film, bo widać było, że Pluciński by sobie poradził. Ewa Krzyżewska rolę miała raczej płaską, w dwóch może momentach wymagającą czegoś ponad "jestem ładna i mam makijaż jak stąd do Krakowa" i w tych właśnie momentach pokazała, że ma talent. Andrzej Nowakowski... no, nie, przepraszam, ale nie, bo to było bardzo przeciętne, z lekkim obsunięciem w stronę "słabo". Nawet uwzględniając mielizny/płycizny scenariusza czy dialogów. Bohdan Łazuka zaczynał swój najlepszy czas ekranowy - był piękny, młody, utalentowany, stworzony do ról komediowych, jednym ruchem brwią potrafił zrobić scenkę, jedną miną potrafił wywołać chichot na widowni. Jest w filmie scena "jazzowego pojedynku" Łazuki (saksofon) i Nowakowskiego (trąbka) - oczywiście, obaj tylko udają, że grają, ale przecież nie o muzykę tu chodziło tylko o grę aktorską - niebo a ziemia, a może nawet podziemia. Łazuka w filmie także zaśpiewał - nie bardzo wiadomo po co, bo piosenka do treści pasowała jak Hanuszkiewicz do disco-polo, a chwilowy klimacik wodewilu gryzł się z logiką i tak zwaną "głębią psychologiczną postaci", ale zaśpiewał ładnie. Elżbita Czyżewska była śliczna, Adam Pawlikowski w formie i w konwencji, a w pamięć zapada także Bronisław Darski jako gazda, przywożący przesyłkę dla Filipa - zaraźliwie uśmiechniętą grą i aluzyjnym dialogiem.
- A reszta? - pyta Filip, po wręczeniu mu należności za przewóz
- Może być i reszta... - wzdycha gazda, wyciąga z kieszeni drobniaki i mruczy - Przed wojną to reszty nie było...
- Czego nie było?
- Nie, nic... - uśmiecha się gazda - Przed wojną niczego nie było.
- No, towarzyszu Iksiński - obruszył się naczelnik wydziału w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk - Jak mogliście przepuścić tak prowokacyjne żarty?

Można. Głównie dla klimatu i otoczki, czyli scen taneczno-muzycznych w Murowańcu, choć sam film w oczy nie boli, wchodzi gładko, panie mogą sobie popatrzeć na przystojnego Hanuszkiewicza, panowie na Czyżewską i Krzyżewską, a cynicy mogą marudzić, że Zuzanna w wersji ze starcami była ciekawsza, albowiem były cycki.

Aziz, light!


Varia
1. Dla reżysera Stanisława Możdżeńskiego "Zuzanna..." była debiutem fabularnym - do tej pory znany był tylko z dokumentów. Żeby było zabawniej - większość filmów, które nakręcił przed 1961 rokiem w mniejszym czy większym stopniu dotyczyła morza. Morze pojawiło się także w kolejnym filmie fabularnym Możdżeńskiego - "Yokmok", po którym reżyser machnął ręką na fabułę i wrócił do filmów dokumentalnych, a później rozkręcał i kierował Wojskowym Magazynem Filmowym "Radar".
2. "Współpraca reżyserska - Ryszard Pluciński" - niestety, nie wiem, czy zbieżność nazwisk przypadkowa, czy może Rayszard i Tadeusz byli jakoś spokrewnieni
3. Słowa piosenki "Filip, Filip" napisał Marian Załucki.
4. Postać grana rzez Hanuszkiewicza nosi nazwisko Brenert. Nie jestem aż takim radykałem, żeby domagać się by Marek nosił swojskie nazwisko Maślączkiewicz, Skiślak czy Frąchała, ale zawsze bawią mnie takie "kosmopolityzujące" zabiegi, a tu w dodatku okazuje się, że  Pasikowski ze swoimi Krollami, Brennerami, Maurerami, Kellerami, Hertzami wcale nie był pierwszy.
5. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak wyglądał pierwszy jazz camping na Kalatówkach, może sięgnąć po film dokumentalny Bogusława Rybczyńskiego z 1959 roku pod jakże zaskakującym tytułem "Jazz camping".

Patrzcie, jak nisko upadł polski film od naszych czasów...


============
Zuzanna i chłopcy
1961
Czas:
83 minuty
Reżyseria: Stanisław Możdżeński
Scenariusz: Janusz Chudzyński
Obsada: Ewa Krzyżewska, Adam Hanuszkiewicz, Tadeusz Pluciński, Andrzej Nowakowski, Elżbieta Czyżewska, Bohdan Łazuka, Adam Pawlikowski, Bronisław Darski, Zofia Saretok i inni.

6 komentarzy:

  1. Wciągniecie takiej ekipy do Murowańca byłoby technicznie niemożliwe :) Rolę schroniska gra bez charakteryzacji schronisko na Polanie Chochołowskiej, co przecież widać już na pierwszym zdjćiu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, rozpoznania po pierwszym zdjęciu mogę tylko gratulować, bo jak dla mnie, można by je było podpisać "zaplecze przystani w Mikołajkach", a i tak bym uwierzył ;-)
      A co do meritum - uwierzyłem oficjalny opisom i nie sprawdzałem, a tu proszę - rzeczywiście Polana Chochołowska, charakterystyczny taras itd. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko wrodzoną ceprowatość i fakt, że ani w jednym, ani w drugim schronisku nie byłem. Na Kalatówkach zresztą też nie.
      Wielkie dzięki za wyłapanie i sprostowanie - zaraz poprawię, a wiszący pod tekstem komentarz niech będzie świadectwem i przypomnieniem, że nawet, gdy napiszą, iż Klossa gra Mikulski, to i tak lepiej sprawdzić :-)

      Usuń
  2. "scena, w której Karol w obecności Marka i Karola odstawia teatr" - tak mialo byc? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie tak :-)
      Dzięki za wyłapanie - już lecę poprawiać.

      Usuń
  3. Ciekawa jestem, czy Redaktor widzial, czytal, czy wrecz wspoltworzyl te pozycje:

    http://www.yohei.com.pl/index.php?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=7&category_id=9&option=com_virtuemart&Itemid=1&vmcchk=1&Itemid=1

    https://fbcdn-sphotos-c-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xfp1/t31.0-8/10463771_938222372859684_7174975458986612632_o.jpg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie widział, nie czytał, nie współtworzył i nie redaktor :-)

      Ale sięgnie w wolnej chwili, bo spis treści wygląda ciekawie.

      Usuń