2014-09-08

Ostatnie piętro [2013]

"I kapitan, podporucznik i chorąży ci to powie...
Zatem koledzy na zdrowie" 

Wypijmy brudzia: nie nazywam się major Bień i nie mam stopnia majora.

Kapitan Derczyński był z zawodu kapitanem Derczyńskim oraz encyklopedycznym przykładem trepa. Mundur, baczność, spocznij! Dzieci, meldować gotowość do porannej gimnastyki, a następnie zabezpieczyć spożycie śniadania w szyku siedzącym. Żono, rozwinąć natarcie na brudne gacie i wyjść do ofensywy na wschodniej rubieży pralki. Córko, czcij ojca swego, matkę swoją i czytaj o pierwszych Piastach, którzy obcym się opierali, byś też umiała się obcym opierać, albowiem czyhają na ziemię naszą, domy nasze i kobiety nasze, które noszą w sobie życie i je podtrzymują i są wierne, choć zasadniczo nie wszystkie. Nie, żeby kapitan był jakimś mundurowym socjopatą - aż tak to nie: dzieci kochał, żonę kochał, uśmiechał się... nieco upiornie, ale jednak. I w ogóle był człowiekiem z gruntu dobrym, nawet jeśli zakompleksionymi, sfrustrowanym otaczającą go rzeczywistością i z poglądami gdzieś między Frondą a "Żyletą".

Armia była dla kapitana Derczyńskiego matką, regulamin służby wartowniczej - ojcem i choć w mundurze wyglądał jak pół dupy zza krzaka... 
- Regulamin wyglądał?
Kapitan wyglądał. Ale choć wyglądał, nigdy się do jednostki nie spóźniał i czynności służbowe na styku z księgowością wykonywał wzorowo, przez co problemów się nabawił, albowiem odkrył w papierach Aferę.

"...nie zez to wcale, ale spojrzenie skoncentrowane na najważniejszych dzisiejszych problemach. I kwestiach"

Odkrycie Afery zaczęło lawinę wydarzeń, które przetoczyły się po kapitanie Derczyńskim walcem i wyrżnęły go boleśnie w jądro ciemności. Najpierw dowiedział się, że jednostka nie przedłuży z nim kontraktu, potem - że został odkomenderowany do garnizonu Chandra Unyńska, gdzieś w mordobijskim powiecie czyli do Żagania, z Żagania zaś - weg z armii na wcześniejszą emeryturę. A ten pojawiający się na horyzoncie bysio w przyciasnym ortalionie to dawny galopant żony, który po 15 latach przypomniał sobie, że z ową żoną ma córkę, a żona znowuż przypomniała sobie, że ów galopant niezły był w te klocki i sami rozumiecie, krew nie woda, zwłaszcza w październiku, ale nawet jeśli nie woda tylko ten jeden raz jedyny (no, technicznie to już drugi), to o ten drugi jedyny raz za dużo

Życie zaczęło się kapitanowi Derczyńskiemu - excusez le mot - walić: z lewej atakowała go mania prześladowcza, z prawej - przesądy światło ćmiące, blachę w czoło waliły mu miazmaty patriotyczne, a od tyłu podgryzała spiskowa teoria dziejów. Cały ten kogiel-mogiel stal się mieszanką wybuchową i w końcu eksplodował: kapitanowi odwaliło z rozmachem. Tapety darł, szukając podsłuchu (ale jakoś tak niekonsekwentnie - tu zdarł, tam zdarł, dwie dziurki na dwóch metrach kwadratowych), krzyże na ścianie wieszał (zapewne w roli zagłuszacza?), dzieciom zabronił chodzić do szkoły i indoktrynował je panem Wołodyjowskim, tudzież ścieżką zdrowia w maskach gazowych, flagę na balkonie wywiesił, żoną ozdobił ścianę, od czego siniaki się jej porobiły i chyba tyfus (albo cholera - wyglądało to w każdym razie bardzo ponuro), a sąsiadów katował "Mypierwsząbrygadą" na przeraźliwy chór i agresywną synkopę.

A potem było jeszcze gorzej.
I skończyło się fatalnie.
A gdy się skończyło, pozostało wielkie ontologiczno-eschatologiczne pytanie: "Ale, że, kuźwa, co?"

Kapitan Derczyński robił wbrew - kapitan Derczyński spał w poprzek

- Przeprowadzimy widza, od lekkiej komedii obyczajowej, poprzez wątek sensacyjny, aż do ciężkiego thrillera - wyjaśniał reżyser
Lekka komedia obyczajowa? Gdzie, na litość boską? W scenie ochlaju w jednostce? To ma być lekka komedia? Komedia w ogóle? Czy może w komentarzu kapitana do telewizyjnej informacji o NATO: "Zgłosiliśmy się na ochotnika, to teraz musimy tę czarną dupę podcierać"? Jedyny komediowy moment, to scena, w której kapitan Derczyński na odpustowej strzelnicy każdym strzałem kosi nagrodę rzeczową i czy mogę poprosić o adres tak hojnej strzelnicy, wyposażonej w tak precyzyjną broń?

Wątek sensacyjny? Nie wyszło, bo odkryta przez kapitana Derczyńskiego Afera dęta była jak orkiestra straży pożarnej w Bąbelkach Dolnych. "Wynajmowaliśmy poligon do filmu"... No to ile warta była taka transakcja? 100 tysięcy? 200? 500? Milion?
- Milion! Nareszcie suma! Oklaski dla tej sumy! - zakrzyknął duch Wiesława Dymnego.
Szalejmy - niech będzie milion. Jaki przewał można zrobić na transakcji wartej milion, zwłaszcza gdy ORMO czuwa, a Urząd Skarbowy nie śpi.
- 100 tysięcy? - zapytał niepewnie Głos Wewnętrzny.
Co to jest 100 tysięcy, gdy się kupuje las i tartak, i psa? Co to jest 100 tysięcy, gdy trzeba je podzielić na parę osób, bo przecież wszyscy mają udział w zyskach. Otóż 100 tysięcy to jest pikuś i to nawet nie pan pikuś. Zdaję sobie sprawę, że żyjemy w kraju cudownych metafor, gdzie sporą aferą było to, że pewien poseł z KPN-u usiłował orżnąć Kancelarię Sejmu na 800 złotych za delegacje, w które się nie wybrał...
- Chyba 800 tysięcy?
Osiemset. Złotych. Polskich. Kropka.
... ale robienie filmu o aferze na 100 tysięcy złotych, całą jednostkę, pół ministerstwa, dwa pistolety i jednego trupa to przesada zahaczająca hakiem wielorybniczym o groteskę. Ale OK - ktoś wpadł na pomysł, niech mu będzie. Tylko wypadałoby w takim razie pociągnąć tę aferę i tę sensację konsekwentnie i z pomysłem, a nie najpierw wielkie halo i łobosiu, a potem tylko co 25 minut lekkie wtrącenie, że wicie-rozumicie, Afera i to taka tajemnicza, że nikt nie wie, o co w niej chodzi ani nawet, ze w ogóle jest jakaś plus gigantyczny Znienacek w finale. 

Poczekalnia "Pod białym orłem"

- Ale najważniejsza była psychologia - powiedział Głos Wewnętrzny, powołując się na słowa reżysera o thrillerze.
Że niby rozpad osobowości, choroba psychiczna, świat walący się na głowę, podejrzliwość, SPIZEG i te rzeczy? Ale psychologia to raczej domena niuansów, synapsów, dendrytów i inne subtelności, a tu twórcy pojechali traktorem, przybranym w narodowe utensylia i ojczenasze wielkości stodoły. Psychologia i dramat rozpadu były w filmowym "Pięknym umyśle", były w książkowych "Kwiatach dla Algernona" (przykładowo, bo przecież każde z nas jest w stanie z rękawa sypnąć dziesiątkami tytułów), w "Ostatnim piętrze" nie ma dramatu, nie ma psychologii - jest wielka betoniara, w której grubaśne sztampy mieszają się z przegięciami rodem ze starych (baaaardzo starych) roczników "NIE".

Kapitan Derczyński ma hopla wojskowego? No to, oczywiście, musi mu odwalić hiperpatriotycznie. Odwaliło mu hiperpatriotycznie? Musi mu zatem odwalić narodowo, a skoro odwala mu narodowo, to musi mu odwalić także religijnie, skoro zaś odwala mu religijnie, to musi mu także odwalić antysemicko, a w międzyczasie dodajmy jeszcze teksty o coca coli, która rozpuszcza zęby, kreskówce "Wilk i zając", którą Ruscy nakręcili, żeby polskie dzieci skakały z dachów, dodajmy parę tępych jak przeciętny parlamentarzysta dialogów w stylu: "Tylu Polaków zginęło w czasie wojny, a wszyscy się tylko nad tymi Żydami rozczulają", "Kup schabowego, ziemniaki i kapustę, a na kolację kaszankę z ogórkiem". To już nie było przerysowanie i uproszczenie, w pewnym momencie zaczęło zalatywać zwykłym prostactwem. Oczywiście, trzeba było także dołożyć obowiązkowego księdza, do którego nasz rozpadnięty psychicznie kapitan będzie się kleił, mamrocząc o nowym świecie i wciskając mu wszystkie oszczędności... Aż dziw bierze, że reżyser kazał kapitanowi Derczyńskiemu chodzić w mundurze z prawomyślnie zielonych materiałów z pięcioramiennymi gwiazdkami na naramiennikach, zamiast od razu owinąć go w biało-czerwony moher a gwiazdki zamienić na krzyżyki. 

Drużyna "słoników" (stan dwóch, obecnych dwóch) melduje odnalezienie paproszka!

- Historia szaleństwa, eskalacja obsesji, przemiana głównego bohatera - trąbił reżyser w wywiadach.
Historię szaleństwa lepiej poznać przez "Jądro ciemności" Conrada, bardziej wiarygodną eskalację obsesji obejrzeć sobie możemy w przygodach detektywa Monka, a przemianę głównego bohatera o wiele subtelniej pokazał film "Mucha", w którym Jeffowi Goldblumowi wyrosły skrzydełka i mógł sobie polecieć z Łodzi do Zgierza. W "Ostatnim piętrze" mamy psychologię rzeźbioną szpadlem i nawet przez pięć minut nie jesteśmy (dobra - ja "nie jesteśmy") uwierzyć głównemu bohaterowi. A reżyser chyba czuje, że widownia wzrusza ramionami, bo eskaluje - jedzie po bandzie ze świstem, dokłada synka, który w szkole opowiada, że "Żydzi i lesbijki są w naszym kraju, przecież myśmy walczyli o o wolną Polskę, a teraz oni rządzą", Apokalipsę...
Widownia jęczy.
- Z Hiszpanii to lepsze? - oburza się ekranowy ksiądz - Pan wie, że w kiszonej kapuście jest więcej witaminy C niż w tych wszystkich cytrusach? Ktoś w ogóle kupuje te zachodnie świństwa?
Mhm, wszyscy, którzy próbowali jeść kiszoną kapustę w drodze do szkoły oraz gospodynie domowe, które próbowały dodawać ją do deserów, ale szybko wróciły do mandarynek i bananów.
- Razem z księdzem zbudujemy nowy świat, za nami pójdą tysiące... - scenarzysta wzbija się ku niebiosom i ku chwale
- ...miliony - przewiduje widownia.
- ...miliony, a za kilka lat nasz kraj będzie wielki od Uralu po ocean - bełkocze główny bohater, bo scenarzysta nie zna granic ni kordonów.
- On nie jest szalony - powiedziałby podporucznik Morawiec Waldemar z "Psów" - On jest popierdolony!
- Masz na myśli bohatera czy scenarzystę?- uściślał Głos Wewnętrzny.
 Kapitan Derczyński nie słyszał, kapitan Derczyński zabijał drzwi dechami z boazerii, okna dechami z szafy, a żonę zabijał z zazdrości.
Przejmujesz obowiązki mamusi - rzucił do córki, a widownia zdrętwiała ze strachu, bo jeszcze tylko pedofilii i kazirodztwa w filmie brakowało, ale na szczęście okazało się, że kapitan miał na myśli jedynie obsługę pralki i kuchenki.

Mógłby się film obronić aktorstwem - mimo wszystkich odlotów Cheyenne'a scenarzysty i debilnych dialogów, było sporo miejsca na rolę, na stworzenie postaci, na zamaskowanie scenariuszowej popeliny grą... Niestety, Janusz Chabior nie jest wielkim aktorem, nie jest nawet dobrym aktorem i swoją pierwszą główną rolę położył zasadniczo. To, co sprawdzało się w jego dotychczasowych drugich i trzecich planach - charakterystyczna "gęba", błysk szaleństwa w wybałuszonym oku, specyficzna melodia wypowiadanych zdań - to wszystko okazało się za krótkie do zbudowania dobrej postaci głównej. Miał grać miłość - grał swojego klasycznego menela-psychola-zwyrola, miał grać desperację – nie zmienił wyrazu twarzy ani na jotę, miał grać zamyślenie, dylemat tragedię, kota na puszczy, Witkacego na Giewoncie - grał dokładnie to samo i dokładnie tak samo. Był tym samym Januszem Chabiorem, którego lubiło się w typowym dla jego emploi tle i który za chińskiego boga nie sprawdzał się w roli głównej. Całość nędznej roli wieńczył idiotyczny tupecik i niech mi ktoś wytłumaczy, po kiego grzyba oklejano Chabiora sztuczną fryzurą? Bo jeśli to miał być zabieg "maskujący" charakterystyczność - nie wyszło, a nawet przeciwnie, podkreślało i czyniło aktora more creepy

Aktor błysnął rzadką umiejętnością marszczenia tylko połowy czoła

Co mnie irytowało najbardziej, to całkowita bezradność Chabiora w scenach mówionych. O ile twarzą potrafił zagrać przynajmniej psychola, o tyle głosem nie potrafił zagrać absolutnie nic. Jakby czytał scenariusz, który dopiero co znalazł na wycieraczce i to w dodatku bez początku, bez końca i z pozamienianymi stronami. Dwa tony na krzyż, zawsze sześć metrów obok sceny, z akcentem w zdaniu stawianym losowo, bezbarwność, beznadzieja i bardzo proszę - szanowni twórcy filmowi, nie krzywdźcie pana Janusza, nie dawajcie mu więcej głównych ról. 

Januszowi Chabiorowi nie pomogło nawet bardzo słabe tło. Przemysław Bluszcz i Marek Kalita byli żałośni (może by tak twórczo rozwinąć metodę Strasberga i aktorów mających grać pijanych autentycznie uchlewać?), Wojciech Zieliński w roli "eksia" był bardzo słaby (aż/tylko), Joanna Orleańska nie miała co grać, ale za to była bardzo ładna. Znaczy, dopóki kapitan nie zaczął nią tapetować ściany, bo wtedy charakteryzator pomalował ją na trzecie stadium tyfusu, a reżyser kazał grać Polskę w czasie trzeciego rozbioru i to już ładne nie było. Bartłomiej Firlet w rólce księdza był bezbarwny. Robił co mógł, żeby być człowiekiem uduchowionym, ale i tak wszyscy czekali aż sypnie ścieżkę proszku na blat, wciągnie ją lewą dziurką, a prawą zatrąbi pamiętną kwestię z "Wojny polsko-ruskiej". Nie sypnął, nie zatrąbił, za to bardzo dzielnie dowodził oddziałem antyterrorystów.
- Proboszcz?
Taką wizję miał reżyser. A propos wizji - wiecie, co robi gotowy do akcji oddział antyterrorystów, gdy słyszy wystrzał z pistoletu?
Oddział nie robi nic.

Na lekki plus Jakub Wróblewski i Kajetan Borowski, pokazujący, że Polskie Dziecko Filmowe nie musi być popsutym androidkiem, Barbara Garstka w roli córki, na większy plus Ewa Bakalarska w trzecim planie. W tragicznym epizodzie pokazał się także Rafał Zawierucha, znany z filmu "Księstwo".
- Tragicznym? Tak źle zagrał ten epizod?
To też, ale bardziej chodziło mi o grecko-tragiczny wymiar sceny, w której Janusz Chabior staje naprzeciw Rafała Zawieruchy, a ten przemawia badylengłidżem: "Ja też kiedyś zagrałem główną rolę i patrz jak skończyłem". I patrzymy... I widzimy, czemu. 

- Panie Rafale, no, przecież pana widać zza tych prętów! Pan stanie bokiem!

Scenariusz - dziury wielkości arbuza, dialogi - płacz i rozpacz ("Miałem rację: jesteś zdrajcą i oszustem. Zdradziłeś ojczyznę. Zdradziłeś. Powiedz, że zdradziłeś"), muzyka - obywatelu, w trosce o twoje bezpieczeństwo emocjonalne zasygnalizujemy ci wszystko otwarcie i z przytupem, żebyś potem nie mówił, że nie ostrzegaliśmy, bo ostrzegaliśmy i przecież każdy wie, że jest takie ciągłe "ę-mol", to znaczy, że niepokojąco. Zdjęcia zaledwie poprawne i niech mi nikt nie opowiada o trudnościach kręcenia w bloku, bo primo - trzeba sobie było wybrać inne wnętrza, secundo - połowa polskich reżyserów kręciła filmy w blokach i połowie tej połowy wyszło to o wiele lepiej, tertio - metraż mieszkania nie zgadzał się z wymiarami bloku, co sugeruje, że kręcono w atelier, więc tym bardziej można było poszaleć.

Nie, nie i jeszcze raz nie. Szkoda czasu. Nie warto. 


Za tę klawiaturę podniesioną na film - pif-paf!


Varia
1. Film kręcono w Skierniewicach, Legionowie i Rawie Mazowieckiej - plenery miały oddawać beznadzieję sud'by cziełowieka i oddawały na tyle skutecznie, że wszystkie trzy miasta na liście "A może by tak wpaść i zobaczyć?" zostały przeniesione poniżej Mławy.
2. Nie, nie mam nic do Mławy. Po prostu się nie wybieram.
3. "Ten film powinni obejrzeć zarówno ci, którzy spalili tęczę, jak i jej obrońcy" - powiedział w jednym z wywiadów reżyser. Dlaczego obrońcy? Przecież nie złamali prawa i nie powinni być tak okrutnie karani.
4. Kapitan Derczyński jest narodowy do bólu nerek, kaszanka, ogórek schabowy, zdrowaśMario i te rzeczy, ale na ramieniu zamiast Bolesława Chrobrego z Bolesławem Piaseckim, ma jakieś zagraniczne dziary, że "coś tam unknown" (prywatny tatuaż aktora?), a kiedy zakłada polar, to nie taki z "Niech żyją polegli w bitwie warszawskiej!", tylko bardziej w stylu gangsta, pistolety, noże, "DPM para siempre" i sami sobie sprawdźcie, co skrót DPM oznacza. Nie ma to jak konsekwentne budowanie postaci... od samego początku zresztą, bo już w pierwszej scenie ułożony, regulaminowy, odtąd-dotąd i dwunasta-zero-zero kapitan spóźnia się solidnie na mszę. 
5. Podobno eksperci PISF ocenili scenariusz "Ostatniego piętra" jako "wybitny". Ojacie. PISF dofinansował film kwotą 1,8 mln złotych. Ochżeż. Jakąś (pewnie niemałą) kwotę dołożyła też telewizja Polska, która "Ostatnie piętro" współprodukowała.
6. "Ostatnie piętro" obejrzało dotąd 7405 widzów. Łączę się w bólu.

Cześć i chwała Widzom Wyklętym!


============
Ostatnie piętro
2013
Czas: 84 minuty
Reżyseria: Tadeusz Król
Scenariusz: Tadeusz Król
Obsada: Janusz Chabior, Joanna Orleańska, Barbara Garstka, Wojciech Zieliński, Przemysław Bluszcz, Ewa Bakalarska, Bartłomiej Firlet, Marek Kalita, Rafał Zawierucha, Ewa Bakalarska, Jakub Wróblewski, Kajetan Borowski.
Dofinansowanie PISF: 1 800 000 zł

9 komentarzy:

  1. Akurat tekst o kapuście mi się podoba - taka typowa uwaga wąsatego wujka, co to się odgraża że od Łiskaczów woli zimną czystą, i na co komu ta rukola.

    'może by tak twórczo rozwinąć metodę Strassberga' - a nie chodzi przypadkiem o Stanisławskiego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że mogła to być gastronomiczna demonstracja czy kulinarna próba obrony tożsamości, ale było to tak toporne, że ojeny. Jeszcze tylko salcesonu i berbeluchy zabrakło w zestawie.

      I nie, nie chodzi - zdaję sobie sprawę, kto był pierwszy i kto z kogo zżynał, ale tu zdecydowanie potrzebny był mi Strasberg.

      Usuń
    2. jak na ironię dopiero 5 minut po umieszczeniu komentarza pomyślałem, że tekst mogło położyć wykonanie a także kontekst sceny - bo filmu jeszcze nie obejrzałem i już raczej nie obejrzę (za co szczere dzięki dla Redakcji Bloga i wszelkich Opinii :))

      A co do Strasberga - mea culpa, braki w wiedzy.

      Usuń
  2. Czy można liczyć, że po MŚ w gremialnym liczeniu do trzech "sytuacja na blogu zdynamizuje się" czy ostatnio zauważalny trynd, jest już nieodwracalny? No żal by było po prostu i straszliwie. A teraz pytanie prywatno-warsztatowe: jak Autor dobiera filmy do recenzji, bo mam wrażenie, że głównie na tzw. moralniaku - ewentualnie zestaw zasadniczy powstał w Wielkim Poście... "Ostatnie piętro" przed poniedziałkiem serwującym Koronę z Podbeskidziem? Poświęcenia, odwaga, a wręcz szaleństwo ;) Serdecznie pozdrawiam Remigiusz Augustyniak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Można liczyć:-)
      2. Dobiera przypadkowo - bo akurat coś obejrzy, bo akurat coś przeczyta, bo coś się skojarzy, bo akurat coś się pojawi na Chomi... yyy... bo akurat coś obejrzy, bo przeczyta...

      Usuń
  3. Właściwie przy polskich produkcjach, przy wyjściu z kina powinni od razu rozdawać takie recepty:
    "1 x befsztyk, plus 1 x kwarta piwa co sześć godzin.
    1 x dziesięciomilowy spacer co rano.
    1 x łóżko punkt jedenasta co wieczór.
    I nie zaśmiecaj sobie głowy sprawami, których nie rozumiesz."
    Bo ja nie jestem w stanie wykoncypować po cholerę powstają takie filmy (nie licząc dofinansowania PISF-u)?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego "nie licząc"? Podejrzewam, że większość współczesnych filmów polskich powstaje wyłącznie po to, żeby wyhaczyć z PISF kasę na pensje (z góry, oczywiście), dla reżysera, scenarzysty (płacone osobno, choć personalnie łączone) i ekipy, a co dalej - na luźne szelki. Ostatnio obejrzałem "Kochanie, chyba cię zabiłem" - klasyka takiego właśnie gatunku.

      Usuń
  4. My, robotnicza partia zjednoczonych czytelników, w mojej osobie, żądamy, co następuje: WIĘCEJ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plenum podjęło uchwałę o wyjściu naprzeciw oczekiwaniu szerokich mas robotniczych :-)

      Usuń