2014-10-29

Dżej Dżej [2014]

- To jest komedia, która nie jest do rechotania się - powiedział Borys Szyc.
Rzeczywiście, śmieszna nie jest.

Ale za to reżyser widział "Matrixa" i umie robić zaskakujące sztuczki z obrazem

Jurek Jurecki ma samochód o imieniu Wacek, laptopa o imieniu Edek i komórkę o imieniu Pamela. Samochodem jeździ do pracy, komórki używa wyłącznie jako budzika, a przed laptopem marszczy freda.
- Co robi?
Targa pytonga.
- Że co?
Młóci Ozyrysa.
- ???
 Rany, jak dzieci... Dobrze sobie robi. Na ręcznym.
- Aaaaa, masturbuje się?
 I to niby ma być lepsze określenie niż "młócić Ozyrysa"? Kamaaan...

Życie Jurka jest proste: praca, dom, dialogi z samochodem, monologi do budzika i grucha przed ekranem. Do momentu, w którym kupił sobie nawigację samochodową. I nazwał ją Carmen. I zaczął z nią rozmawiać. A ona nagle mu odpowiedziała. Początkowo Jurek się przestraszył, bo co innego być półgłówkiem gadającym do urządzeń AGD, ale kiedy urządzenie AGD odpowiada, to już nie półgłówkizm, ale stan nadający się do leczenia farmakologicznego.

Carmen była straszną suczą - niby to się do Jurka przymilała, niby komplementy mu prawiła, a cały czas namawiała go do...
- Do złego?
No, w sumie... Znaczy, głównie namawiała Jurka, żeby robił dobrze. Sobie. W samochodzie. I było to nieco paradoksalnie, bo gdy Jurek robił sobie dobrze, zazwyczaj kończyło się to źle: w jednym przypadku kosztowało Jurka 25 euro, bo nuplał sobie dzyndzla na poboczu niemieckiej autostrady, a niemiecka policja nie lubi polskich komedii, innym zaś razem ostrzenie Pinokia skończyło się dla Jurka więzieniem.
- Do pudła za masturbację?
Nie, za parę morderstw i napad rabunkowy, ale kiedy ktoś nie ucieka z miejsca zbrodni, tylko zostaje, żeby wyczochrać gibona, to zazwyczaj wpada w ręce policji. Znaczy, zapewne, bo statystyki policyjne milczą wstydliwie w tej kwestii.

Statystyczny widz po kwadransie statystycznej polskiej komedii

Ten napad rabunkowy to też by pomysł Carmen. Żeby było straszniej/idiotyczniej, nie dość, że zorganizowała cały napad, to zaraz po nim zadenuncjowała Jurka policji. Mówiłem, że straszna sucz?
- Zaraz, zaraz, bo się gubię - jęknął Głos Wewnętrzny - Nawigacja samochodowa zorganizowała napad rabunkowy?
Zorganizowała. W celu zdobycia pieniędzy na nowe mapy i wyjazd z Jurkiem do Brazyli. Dwie ofiary śmiertelne doliczono do rachunku.
- A wcześniej zakapowała Jurka policji?
 Mhm.
- I po udanym napadzie, a przed przyjazdem tejże policji namówiła Jurka, żeby wypolerował sobie dzidę, zatrzymując go na miejscu zbrodni?
A ino.
- Przecież to się kupy nie trzyma! 
Ba! W tym filmie większość rzeczy się nie trzyma. Zakochany w swojej GPS-owej Carmen Jurek nazywa ją "wirtualną szmatą, powycieraną jak stara kurwa", zakochana w Jurku Carmen, mówi do niego "ty debilowaty, ty",  muzyczka, pasująca do lekkiej komedii w stylu "Louis de Funes spotyka Elżbietę Czyżewską na campingu i mają śmieszne przygody, raz nawet pod prysznicem", ilustruje przygody permanentnie luzującego bagietę debila, sześć trupów i dialogi w stylu:- Kiedy umierał, powiedział dwa słowa...
- O, to ciekawe.
- Kurwa mać!
- To powiedział?
- Kurwa mać, nie przerywać mi!
- Przepraszam.

...a najczęściej powtarzającymi się (mniej więcej co kwadrans) zwrotami były "w pizdu" i "stul pysk, Jurecki".

Główny bohater przez pół filmu ciosa sosenkę, a przed drugie pół opowiada GPS-owi, że będzie ciosał sosenkę i w jakich to pięknych okolicznościach przyrody, lampa wygląda jak wielkie świecące dildo, jeśli pojawiają się futerały do GPS, to musi paść: "Aha, pochewki takie /wink, wink/ hehehe?", jeśli mapy dla Carmen, to Carmen jęczy "Załaduj je we mnie głęboko", jeśli pojawia się pani psycholog to po to, żeby polecieć z Jurkiem mlaszczący półdystans, samochód musi mieć na imię Wacek, bo publiczne okrzyki "zostaw w spokoju mojego Zbigniewa" nie brzmią tak oblechowato jak "zostaw w spokoju mojego Wacka", a na dodatek Jurek pracuje na śluzie.
- No wiesz, to poniekąd normalne, to kwestia fizjologii - kiedy dochodzi do wzwodu...
Zwykłej śluzie. Takie wodnej. Wiecie, jedne wrota, drugie wrota, w środku wilgoć, wajcha w górę... A tfu! Cholera, to jest zaraźliwe!
Bodaj tylko jeden żart nie jest związany z seksem. Zawartość cache'a przeglądarki internetowej scenarzysty musi być... hm... monotonna.

Mamy nawet nawiązanie do klasyki. Tym razem  "Głębokie gardło".

Część widzów/recenzentów porównywała "Dżej Dżeja" do "Her". Twórcy bronili się, że nie wiedzieli, nie słyszeli, nie czytali i jakie internety w ogóle. Początkowo traktowałem ich deklaracje jako zwykły kit, bo Spike Jonze jeszcze już w 2012 roku opowiadał, o czym będzie jego nowy film i bodaj nawet zdradził, że zagra w nim Joaquin Phoenix, ale przecież Maciej Pisarek ze swoim projektem zaczął kołatać do PISF w 2010 roku... Jak mówili starzy Rzymianie: In dubio pro Reo Speedwagon i niech twórcom będzie, że nie zerżnęli pomysłu z "Her".

Syf, żenada, beznadzieja. Pomysł niezły, ale zmarnowany strasznie, wykonanie technicznie poprawne (w sensie: zdjęcia nie bolą w oczy, dźwięk boli w uszy, ale to polski film, więc to oczywiste, plenerki ładne, muzyka składa się z nutek, a nie zgrzytów), ale bezpłciowe, bo to dzisiaj potrafią nawet bracia Matwiejczykowie oraz twórcy tureckich seriali hihihistorycznych, ale poza tym wszystko, co najgorsze w polskim kinie.
- Czyli cycki?
Cycki pojawiły się dwukrotnie, ale w obu przypadkach były to cycki raczej drugiego gatunku i przepraszam, jeśli w 37 milionowym kraju reżyser nie potrafi do swojego debiutu znaleźć cycków na poziomie eksportowym, cycków kategorii S, cycków wywołujących ślinienie zamiast zażenowania... to taki reżyser nie powinien dostawać ani publicznych pieniędzy, ani możliwości kręcenia filmu at all, bo wiadomo, że sobie nie poradzi.

Maciej Pisarek nie poradził sobie nie tylko z cyckami. Nie poradził sobie z fabułą, nie poradził sobie z akcją, nie poradził sobie z próbą odwrócenia akcji (pierwsza piątka żałosnych "skrętów" polskiego kina w XXI wieku) nie poradził sobie z dialogami...
- A chuj mi tam! - wymamrotał główny bohater w imieniu reżysera.
...nie poradził sobie z aktorami, choć zadanie miał teoretycznie proste: jeden główny aktor, trójka w drugim planie, ze cztery osoby w epizodach - do ogarnięcia dla kulturalno-oświatowego domu kultury w Bąbelkach. Borys Szyc wykorzystał wszystkie swoje zgrane grepsy - od oglądanych tysiąc razy gestów przez oglądane tysiąc razy miny po podawanie tekstu "na luźnej szczęce" z taką specyficzną, mlaszczącą dykcją. Momentami przypominało to występ Cezarego Pazury na prowincjonalnej imprezie kabaretowej, na który kiedyś trafiłem w odmętach intern^H^H^H^telewizji. Pazura mówił tam jakiś drętwy tekst, tak bucowaty, że nawet amfiteatralna publiczność krzywiła się z niesmakiem. I co wtedy zrobił Pazura? Włączył tryb "Cezary Cezary, 13. posterunek, a to są moje sprawdzone po wielekroć miny". Mniej więcej coś takiego zrobił Szyc - w pewnym momencie pojechał własną sztampą, stosowaną pińcet razy, oglądaną pińcet razy i pies trącał, że mina, grymas czy wybałusz właśnie stosowany nie pasował do sceny ni w ząb, ważne że kiedyś to się sprawdziło, czymś trzeba rolę ratować, a reżyser przecież Szycowi nie podskoczy, bo kto /zerk w dorobek/ no, kto tu robi za gwiazdę?
Niestety, nie wyszło. Oberhipergłówna rola, żadnej konkurencji i nie wyszło, a Borys Szyc może sobie dopisać "Dżej Dżeja" do coraz dłuższej listy filmów z gatunku "jak ukryć przed wnukami, że dziadzio zagrał taki syf"
- W takim syfie - sprostował Głos Wewnętrzny.
Też.

Konstruktywna krytyka spotkała się z dekonstruktywnym odporem

Kto tam jeszcze grał? Justyna Sieniawska zagrała Carmen (głosowo) i panią psycholog (całościowo). Głosowo miała momenty, ale tylko momenty.
- A całościowo?
Całościowo momentów nie było.
Bartłomiej Firlet miał w sumie ze cztery minuty i jego rolę mógł zagrać ktokolwiek - różnicy by to nie robiło, Paweł Burczyk zaznaczył się mocno, ale im lepiej mu szło, tym bardziej reżyser/scenarzysta starał się mu zaszkodzić, Justyna Wasilewska poszła w konwencyjną przesadę i chyba obroniła się przed reżyserem (ale nie przed scenarzystą), Krzysztof Pluskota był żałosny, a o poziomie filmu niech świadczy fakt, że źle zagrał nawet Jan Wieczorkowski, który w produkcjach klasy B sprawdza się zazwyczaj nieźle (nie, to nie jest obraźliwe, a nawet wręcz przeciwnie). Jako cherry on the top - Niemiec grany przez Francuza.
Omijać szerokim łukiem, nie sięgać nawet w czasie choroby. Nawet butelka wina nie sprawi, że film stanie się lepszy.

Pan Wacław po czterdziestu minutach zrobił sobie stopklatkę.



Varia
1.
Film dostał dofinansowanie z PISF - 1,5 mln złotych. W 2010 roku, co znaczy, że Maciej Pisarek miał cztery (słownie: 4) lata na dopieszczenie swojego debiutu. Nie ma, że boli, zero taryfy ulgowej i gdybym to wiedział, zanim zacząłem pisać, to chyba by się nie obeszło bez bluzgów.
2. Twórcy twierdzą, że film powstawał pod opieką artystyczną Filipa Bajona. Albo łżą, albo Filip Bajon powinien zostać przeniesiony nie tylko poniżej Chwistka, ale nawet poniżej Wionczka. 
3. Jedne źródła podają, że film trwa 81 minut, inne - że 84 minuty. Istnieje teoria, że film początkowo rzeczywiście miał 84 minuty, ale skrócono go o wszystkie zbędne scenariuszowo sceny iskania Augustyna. 
4. - Wsadzę cię w taką dupę, że pożałujesz, że się urodziłeś - syczy policjant.
Nawiązanie do Julii Kristevej i archetypu matki uwięzionej analnie? Nie, typiczny dowcip z polskiej komedii.
5. Muzyka ogólnie niezła (choć, jak wspominałem - sześć wiorst obok fabuły), nazwisko Natalii Fiedorczuk zapisuję na pudełku od zapałek, ale ichnia wersja "Love shack"... Może "I ty zostaniesz Indianinem", ale na pewno nie "i ty zostaniesz Kate Pierson".
6. Dla porządku - film kręcono w Toruniu i Bydgoszczy, ale wątpię, by któreś z miast chciało, to  się tym chwalić. Tym bardziej, że pewnie odbyło się to wg klasycznego układu filmowego: "nakręcimy u was, jeśli nas dofinansujecie", czyli nie dość, że szajs, to jeszcze każde miasto jest w plecy o dziesiąt tysięcy.
7. - Nie nabijamy się z nowych technologii. W ogóle trudno powiedzieć, że się z kogoś nabijamy, jeśli już to z samych siebie, bo tu każdy siebie odnajdzie - powiedział Borys Szyc. OK, jeśli to miał być film, nabijający się z Szyca i Pisarka, to w porząsiu.
8. Borys Szyc miał w tym filmie dwóch dublerów. Nikt nie wie, po co.
9. Osiem osób pracowało nad "ewolucjami kaskaderskimi". Nad scenariuszem jedna. Może film byłby lepszy, gdyby układ był odwrotny i gdyby scenariusz pisali kaskaderzy, a po gębie zbierał scenarzysta?

Skoro już mamy helikopter... zlokalizujcie mi Lamię Reno.




============
Dżej Dżej
2014
Czas
: 81 minut
Reżyseria: Maciej Pisarek
Scenariusz: Maciej Pisarek
Obsada: Borys Szyc, Justyna Sieniawska, Jan Wieczorkowski, Bartłomiej Firlet, Justyna Wasilewska, Paweł Burczyk, Krzysztof Pluskota
Dofinansowanie PISF: 1 500 000 zł

2014-10-16

Sławna jak Sarajewo [1987]

- Jo, siwobrody, mówię do was z góry - powiedział Gustlik Jeleń głosem świętego Piotra lub na odwrót -  Dejcie pozór, ludzie. Nadchodzi czas diabła.

Dodatek nadzywyczaaaa...

Czas diabła nadszedł pod postacią butów maszerujących SA-manów. Buty maszerowały butnie i okrutnie, ale nie z nami te numery, Brunner - na drodze butów stanęła gromadka zakonników z białym orłem na klatach. I popatrzyli zakonnicy butom w oczy hardo, i splunęli butom pod nogi, i skoczyli, i spuścili butom, że się tak brzydko, ale adekwatnie wyrażę, wpierdol. 
Albowiem nie byli to żadni zakonnicy, jeno oddział Armii Krajowie, bijący przeważnie wroga, pod dowództwem niejakiego Kozuba.
- Wroga pod dowództwem Kozuba?
Aż fanzolicie! Oddział pod dowództwem Kozuba, a wroga pod dowództwem burmistrza, wiceburmistrza, esesmana, któren był ścierwo najgorsze  i Grychtolika, który miał szwarną córkę o imieniu Greta.
...
...
..
- EJ! OBUDŹ SIĘ!
Przepraszam, zawiesiłem się na chwilę, ale córkę grała Maria Probosz i grała ją w balii, więc sami rozumiecie.

Burmistrz miasteczka Konewka miał ideę fiksę - chciał, żeby Konewka zmieniała się w Wielką Konewkę (check) oraz żeby dorosła do swojego nowego miana: żeby była Wielką Konewką, podlewającą szerokim strumieniem, wzrastający na Górnym Śląsku dąb niemieckości, hohohoho, kolosal! Wiceburmistrz miasteczka też miał ideę fiksę - robić karierę, nie podpadać, nie narażać się, w lewej ręce dwa zighajle, w prawej bóghonorewentualnieojczyzna. Esesman  - jak to esesman - strzelał, mordował, knuł, truł i na dodatek był łysy, a Grychtolik... 
...
- EJ!
...a Grychtolik wkręcał się wszystkim bez wazeliny i nienawidził Kozuba. Kozub natomiast - hoho! Weteran śląskich powstań, wąs sumiasty, Mannlicher w szafie, rogatywka na głowie, dwadzieścia szturmów odpartych, szesnaście bitew w polu wygranych, siedemdziesiąt pięć wycieczek, w tym sześć szkolnych, osiem harcerskich, a sześćdziesiąt jeden zbrojnych, w tym dwanaście konno. Legenda pogranicza, przekleństwo Niemców, kismet faszystów, westchnienia świadomych patriotycznie kobiet i ech, żebyście widzieli tę szarżę jego czarnych jeźdźców  na niemieckie posterunki, tych mrocznych Beduinów-fedajkinów, te zawoje i kaptury wokół głów, te terkoczące znad końskich grzyw steny, te białe orły na piersiach...
- ADSUUUMUUUUS!
Prawie. Zazwyczaj jednak "Hurraaa!"

Przyłbice i kaptury. Kaptury zwłaszcza.

Grychtolik z esesmanem polowali na Kozuba, Kozub polował na Grychtolika i esesmana, burmistrz i wiceburmistrz pracowali nad podniesieniem wydajności z hektara i folksdojczowatości na metr kwadratowy, a Cyla, żona wójta Sommerhaldera sodalisa Dziurli postanowiła założyć organizację podziemną, w skład której weszli listonosz (listonosz wchodził także w samą Cylę, ale to już raczej pozaorganizacyjnie), dezerter w paski, Niemczyk i Asasello przebrany za właściciela tartaku, przebranego za tyrolskiego gajowego Maruchę. Poza tym w okolicy grasował spadochroniarz Czogała, będący skromnego wzrostu i wyznania wywrotowego, gromada bywszych jeńców radzieckich, dwie orkiestry dęte, jakiesik frelki, jakiesik omy. Oraz hałdy.

I nagle gruchnęła w Konewce wieść, że ma przez nią przejechać specjalny sznelcug z Führerem na pokładzie... Władze miejskie wciągnęły hakenkrojce na maszty, Grychtolik dyscyplinował wszystkich organizacyjnie, SS wyczyściło buty, wybzykało Cylę i zamordowało siedmiolatka, AK siedziało w krzakach, AL siedziało w krzakach, pociąg jechał...

To jest rodeo na miarę naszych możliwości!

...a ja siedziałem i się nudziłem. Miałem głęboko w nosie, czy w sondersznelcugu jedzie Hitler i czy bohaterskim partyzantom uda się go ująć, irytowały mnie niepotrzebne dłużyzny, półamatorskie aktorstwo, kwestie dialogowe, oklepane jeszcze w czasach króla Ćwieczka, a dziś kompletnie niestrawne, nie bawiła mnie śląska gadka dla samej ślaskiej gadki, bo ileż, kurde, można?
- Oglądasz ten film w roku 2014, mając bagaż filmowych i kulturalnych, albo nawet kulturowych doświadczeń, ale w w roku 1987...

Gdybym oglądał ten film w 1987 roku, pewnie uśmiechałbym się, gapił na biust Marii Probosz i może nawet film by mi się podobał. Ale dziś mi się nie podoba. Albo ja się zmieniłem, albo film się zestarzał, albo jedno i drugie. Ale chyba raczej drugie. A może jeszcze inaczej: na filmowym bezrybiu schyłkowej PRL wszystko co odbiegało od szaroburej normy i zbolałych chniochów ekranowego inteligenta z miejsca dostawało +50  do atrakcyjności i kiedy sobie przypomnę jakie gnioty wydawały się wtedy atrakcyjne... A w przypadku "Sławnej jak Sarajewo" i absurdziku trochę, i groteski, i jakieś nieśmiałe gry konwencją, jakiś zgrabny cytat nawet... Plus niezużyta (wtedy) jeszcze filmowo śląska gadka i świadomość, że to przecież reżyser "Grzesznego żywotu Franciszka Buły".

Służbowe oznaczenia aut niemieckiej żandarmerii były... były dziwne. 

Dziś to za mało. Film nie wytrzymał próby czasu, zestarzał się strasznie i oglądany dziś robi wrażenie kompletnego chaosu, scenek polepionych przypadkowo, wątków zaczętych i nie dokończonych, kłuje w oczy amatorszczyzną aktorów...
- Bo wiesz, naturszczycy...
E, tam. Co jeden to z lepszym dyplomem, co drugi, to z doświadczeniem teatralnym, co trzeci z doświadczeniem filmowym, a wylezą na ekran, to oczy bolą od min i dłużyzn, uszy bolą od płaskich kwestii wypowiadanych płaskim głosem, a tyłek boli od siedzenia, bo film trwa 98 minut, choć powinien najwyżej 45.

Co się marzyło reżyserowi - nie wiadomo. Komedia chyba nie, bo choć parę scen jest zabawnych, to ja chromolę komedię, w której na ekranie umiera siedmiolatek i siedzi z martwym wzrokiem utkwionym w sufit. Tragedia też nie, bo jak na tragedię zbyt wiele było scen, które miały być zabawne, a często i - widać, że z rozmysłem - zahaczały o jarmarczną krotochwilkę i nie, to nie jest "ocenne poziomowo", to tylko próba definicji gatunkowej. Jakieś śląskie sowizdrzalenie czy cholonkowanie baśniowe? No, kurczę, nie wiem... Chaotyczna próba splecenia wielu konwencji - niestety, ja w tym splocie nie potrafię znaleźć myśli przewodniej, nie rozumiem, czemu ta scena w konwencji A, a tamta w konwencji B i po jaką cholerę są dwie następne sceny. A dziurawy fabularnie scenariusz nie ułatwia orientacji. Szkoda, bo finał  - kompletnie odleciany, niektóre sceny jak z Breugla, inne jak z obrazów Grupy Janowskiej i finałowa boska interwencja - pokazywał potencjał drzemiący w tym filmie. Niestety, był to już słabszy okres twórczości Janusza Kidawy - "Sławna jak Sarajewo" powstało między dwoma filmami o Panu Samochodziku, koszmarnymi jak stąd do Konewki Wielkiej.

- To jedwab? - Nie, cellulitis. 

Część recenzentów skupiała się na wątku "społecznym", zwracając uwagę na "piętnowanie przez reżysera postaw konformistycznych". Taki wytrych z bezradności - połowę filmów z okresu późnego PRL można by tak interpretować. "Piętnowanie postaw" my ass... Ani piętnowanie, ani postaw. Konformista jest w "Sławnej jak Sarajewo" jeden, wychodzi na tym całkiem nieźle, a  gra go znany i lubiany aktor. Chyba że do "piętnowania postaw konformistycznych" zaliczymy  wątek siedmiolatka, który wyśpiewuje esesmanowi "cołkom prowde" o partyzantach, bo ma ochotę na ciastko, a potem umiera na skutek przejedzenia/zatrucia napoleonką.

Aktorzy nie pomogli filmowi. Grali źle napisane role, ale i sami byli zbyt słabymi aktorami, by coś z nich wycisnąć. Andrzej Dopierała w roli Kozuba miał brodę i to właściwie wszystko, co da się o jego grze powiedzieć, grający Grychtolika Mieczysław Krawczyk (w "Grzesznym żywocie..." grał Stanika) wypadł lepiej (nie dlatego, że nie miał brody), ale też słabo, Igor Kujawski był łysy i sztampowy, Jerzy Łapiński próbował grać komedię, ale nie wychodziło mu to wcale, podobnie jak Mariuszowi Saniternikowi. Jan Tesarz w roli właściciela tartaku sprawiał wrażenie... Hm, właściwie tylko sprawiał wrażenie. Andrzej Kozak jako listonosz Witalis próbował balansować balansował między gatunkami i niewiele brakowało, żeby mu wyszło - niestety, reżyser nie bardzo wiedział, po co mu ta postać i zostawił biednego aktora samego... Witold Pyrkosz widać było, że się starał, a najlepiej wypadła Joanna Bartel - nie wiem czy świadomie, czy niechcący, ale zagrała pulchnym, różowym kiczem, przesadą w geście, w głosie, w minie i we wzroku i chyba tylko jej Cecylia Dziurla de domo Otrząsek zapada widzom w pamięć.
No, może jeszcze mały Marek Mokrus w w epizodzie gazeciarza. 
I oczywiście Maria Probosz w balii.

Wartości narodowo-socjalistyczne ostro wystąpiły przeciwko deprawowaniu widza balią

Muzyka Henryka Kuźniaka - bardzo dobra, choć momentami potęgująca wrażenie chaosu,  ale to raczej nie wina kompozytora, bo przecież nie on ciął i kleił sceny. O zdjęciach nie umiem powiedzieć nic sensownego, zwłaszcza że taśma z 1987 była raczej czwartej świeżości. Parę ciekawych ujęć, parę nawiązań do malarstwa Pawła Wróbla i jego współbraci z Grupy Janowskiej, uchwycone dymiące hałdy... Ale za mało tego było, żeby się rozpływać. Osoba odpowiedzialna za używanie czcionek w tytułach i napisach powinna zostać skazana na aspirynę, lewatywę i zawijanie w mokre prześcieradło, a osoba odpowiedzialna za postsynchrony powinna zostać skazana na 20 lat przymusowego słuchania własnej produkcji 8 godzin dziennie. W soboty i niedziele także.

Ewentualnie można. Jeśli ktoś lubi Śląsk w kinie, zwłaszcza Śląsk nie reprodukujący opowieści o burym, brudnym miejscu, gdzie bezrobotni piją, a młodzi nie mają perspektyw. Ale uprzedzam, że do oglądania potrzeba wytrwałości. A dla echt Ślązaków to pewnie jazda obowiązkowa, choć do pierwszej dziesiątki filmów śląsko-tożsamościowych "Sławna..." się nie załapie

W związku z czym Gross Konevka zostaje zdegradowana do stopnia...


Varia
1. Film powstał na motywach książki Leona Bielasa. Sprawdzałem - na Allegro jest i to nawet tanio, w okolicznych antykwariatach też się pojawia. Ale po obejrzeniu filmu nie mam jakiejś szczególnej ochoty po nią sięgać. Choć zdaję sobie sprawę, że może być lepsza niż film. 
2. W scenie ze sztandarem obsada aktorska w ciągu 35 sekund wykrzyczała "Sieg heil" 26 razy. Tak, liczyłem. Tak, z nudów. 
3. Zanim ludność Konewki przystąpi do łapania trzody chlewnej, w tle słychać okrzyk "Hej, kto Ślązak - na krupnioki!" Chichocik. 
4. - Weźmiemy Hitlera do niewoli i postawimy Niemcom warunki - mówi AK-owiec - Po pierwsze: przyłączymy do Polski Bytom, Gliwice i góra świyntej Anny, bo jo tam był we powstaniu...
- Co ty chcesz tak mało? Weznymy się jeszcze Szczecin, Wrocław... - wylicza żołnierz z AL
- Ty, gupi - nikt nam tyle nie do!
- Nikt? To sami sie weznymy, nie? - napala się AL-owiec
- Prawilno goworisz - przytakuje partyzant z czerwoną gwiazdą na czapce.
Dziś Kidawę zlustrowanoby na okoliczność szerze4nia niesłusznie pozytywnych stereotypów politycznych.

Stoi Siedzi ułan wachman na widecie na trawie 


============
1987
Czas: 98 minut
Reżyseria: Janusz Kidawa
Scenariusz: Janusz Kidawa
Obsada: Andrzej Dopierała, Mirosław Krawczyk, Igor Kujawski, Jerzy Łapiński, Witold Pyrkosz, Marta Kotowska, Ewa Leśniak, Andrzej Kozak, Mariusz Saniternik, Jan Tesarz, Maria Probosz

2014-10-08

Kochanie, chyba cię zabiłem [2014]

Znacie Klockowo? Klockowo to mała miejscowość na drugim końcu stołu. Jest kolorowe, plastikowe, tworzą je trzy karczmy, bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki, a zamieszkują Kubuś Puchatek, Prosiaczek, dwóch policjantów, chłopczyk, dziewczynka, sześć piesków i lalka Zuzia, która jako jedyna nie jest zrobiona z klocków Lego, ale to nie szkodzi, bo inne zabawki bardzo ją lubią i zapraszają na przyjęcia, odbywające się obok piramidki, zbudowanej z klocków-kostek, których zawsze najwięcej zostaje na koniec budowy.
Ostatnio w Klockowie nakręcono film. 

Ale nie jest to film o drobiarstwie. W sumie szkoda trochę...

Jakiś ciapciak zabija żonę i jej kochanka. Przez przypadek, ale na śmierć.
- O, rany, ale nawarzyłem bigosu - mówi ciapciak.
Scenę zabójstwa filmuje prymityw, podający się za detektywa.
- Ja jebię - mówi prymityw, choć nie jebie, tylko spada z drzewa, ale hasło "ja spadam z drzewa" nie miałoby odpowiedniej filmowo bucowatości mocy i publisia mogłaby nie rechotać.
Choć i tak nie rechotała. 
Film dostaje się rękę młodszego ciapciaka o imieniu Kacper. Młodszy ciapciak pracuje w wypożyczalni wideo, bo producent wspominał o nawiązaniach do kina Tarantino i to był jedyny pomysł, jaki przyszedł ekipie do głowy. 
- Jest przy tym wszystkim totalnie zdziecinniały, nie umie się postawić szefowi mimo że nie dostaje wypłaty od trzech miesięcy.
- Producent jest zdziecinniały?
Nie, Kacper. I nie jest zdziecinniały, tylko niezaradny, ewentualnie niedojrzały, ale aktor ma problem z rozumieniem słów dłuższych niż dwie sylaby.

Starszy ciapciak próbuje odzyskać film. Młodszy ciapciak o imieniu Kacper próbuje na filmie zarobić. 
- A prymityw?
Prymityw nie żyje. Też przez przypadek i też na śmierć. 
Starszy ciapciak i młodszy ciapciak jadą nad morze po pieniądze. 
- Dlaczego nad morze?
Bo reżyser chciał nakręcić "stylowe kino", zamarzył mu się film drogi i wymyślił sobie, że starszy ciapciak, z zawodu faja życiowa, z zamiłowania księgowy, ofiara losu, którą w bambuko robili wszyscy wokół, że ów ciapciak wpadł na pomysł założenia skrytki w banku nad morzem i upychania tam żywej gotówki na wszelki wypadek, gdyby kiedyś ciepowatość mu przeszła i chciał prysnąć z kraju "przez Alpy na Kraków"
- Oj, wiesz... to jest komedia.
Wiem, co to jest komedia. Ale wiem także, co to jest taniocha i mam na nią uczulenie.

To jest taniocha - wbijanie do filmowej komórki nazwiska debiutującego reżysera.

Enyłej, jadą. W drodze spotykają ich różne przygody. Jak to w drodze. Spotykają ich także ludzie zabici przez przypadek i na śmierć oraz żywy Niemiec na harleyu.
- Dlaczego Niemiec? 
- Dlaczego na harleyu?
- Dlaczego żywy? 
Hmmm... bo to jest komedia? Nie, to chyba nie jest odpowiedź... Między innymi dlatego, że to wcale nie jest komedia. Zresztą żywość Niemca jest tymczasowa.

Jadą. Starszy ciapciak trzyma młodszego ciapciaka na muszce, a dziewczynę młodszego ciapciaka w bagażniku, choć powinien odwrotnie, bo aktorkę, grającą dziewczynę młodszego ciapciaka, ogląda się lepiej niż samego młodszego ciapciaka.
- Jest ładniejsza?
To też, ale przede wszystkim jest lepszą aktorką.
- Fred... ale drożdże też są.
A śladem obu ciapciaków i dziewczyny podąża dwóch policjantów. Jeden udaje Clinta Eastwooda, a drugi udaje łysego Adriana Monka. Obaj udają źle, obaj są z klocków, pierwszy posługuje się głównie bokobrodami i bluzgiem (bluzgiem częściej), a drugi używa...
- Aktorstwa, które ja preferuję, czyli aktorstwa psychologicznego jednak, gdzie bazą jest psychologia i motywacja - powiedział drugi aktor w wywiadzie.
W przekładzie na polski: gram ponurego tępaka, a jedynym sposobem na skomplikowanie postaci, jaki wymyśliliśmy z ekipą, jest doklejenie bohaterowi lęku przed kotami, lęku przed drabinami, lęku przed wiadrem, leku przed piątkiem trzynastego (jeżeli jest to lęk przed filmem Piotra Matwiejczyka, to podzielam tę fobię) i ogólnej przesądności, hehehehe, łobosiu, hilarjus.

W ramach oszczędności perukę dla aktora z lewej wykonano z włosów, których pozbawiono aktora z prawej

Poza tym, że jedni jadą, a drudzy jadą za nimi, w filmie właściwie nie dzieje się nic. Jedni mówią, drudzy mówią, jedni robią miny, drudzy robią mi... A, nie - przepraszam - choć to polski film, aktorzy nie robią min. Zbigniew Zamachowski, grający starszego ciapciaka, nie robi min, bo jest za dobrym aktorem i nie musi, Ireneusz Czop nie robi min, bo udaje Clinta Eastwooda, a Clint Eastwood nie robił min, Arkadiusz Jakubik nie robi min, bo próbuje grać Monka i jest łysy, a aktor grający młodszego ciapciaka - przepraszam, nawet mi się nie chce sprawdzać, jak się nazywa - nie robi min, bo nie umie. Raz próbuje zrobić minę i nawet zaczyna mu się udawać, ale wtedy scenę psuje reżyser, który klei obrazki z dwóch rożnych kamer i z dwóch różnych ujęć, więc widz dostaje w oko ucieszną asymetrią: lewy profil ciapciaka jest przerażony, a prawy ma wyczesane na wszystko, bo był kręcony dwa dni wcześniej, gdy ciapciak nie był przerażony, tylko wyluzowany. Całość sprawia wrażenie, jakby aktor dostał wylewu i nie jechał nad morze, tylko na ostry dyżur. 
- Lubię filmy, w których są barwne postaci - marzył reżyser.
Ciekawe, czemu takiego nie nakręcił?

Jadą zatem... A im dłużej jadą, tym widzowi niżej zwisa, że jadą, dlaczego jadą, po co jadą. Jadą, to jadą, a jak dojadą, to film się skończy i wszyscy będą szczęśliwi, więc może by tak depnęli pedał gazu i dojechali szybciej? Bohaterów nie daje się lubić, dialogi są płaskie jak otkjuturowa modelka, akcji nie ma, babol goni babol...
- Przykłady poproszę - powiedziała Opinia Publiczna - Bo potem twórcy będą warczeć, że niekonkretnie.
Proszz... Starszy ciapciak trzyma na muszce młodszego i dziewczynę, ale po chwili wysiada z samochodu i idzie z tą muszką gdziesik, nie pamiętając, że młodszy ciapciak siedzi za kierownicą, silnik pyrka i właściwie wystarczy wcisnąć gaz, żeby starszy ciapciak został na poboczu jak ten... ten taki... jak palec. 
- Ale przecież młody wcale nie chce uciekać. Chce jechać ze starszym i zarobić.
To po kiego przez pół drogi lata po obcych ludziach i prosi o ratunek?
- Bo mu starszy ciapciak dziewczynę wsadził do bagażnika, a jego trzyma na muszce.
A po kiego, skoro młody chce z nim jechać, bo chce zarobić?
- Yyyy...
No właśnie. O drobiazgach typu "ktoś macha do kogoś, kto jest odwrócony tyłem, ale na machanie reaguje" etc. - nawet nie wspominam, bo to polska wannabe komedia i niechlujność jest w zestawie obowiązkowym razem z kawą i wuzetką.

Te dwie miny dzielą dwie sekundy w fabule. I dwa dni na planie. 

O czym to ja?... Aha, że babol goni babol. A goniący ciapciaków policjanci wystrugani są niechlujnie, jakby pijany twórca ludowy zgubił kozik i musiał rzeźbić motyką - każdy ma jedną cechę, jedną minę, jedno spojrzenie i tylko bluzgów obaj mają w tak zwany fhój. Fabuła kupy się nie trzyma sensacja nie jest sensacyjna, komediowość nie jest śmieszna, każda próba żartu frąchnie, zanim się jeszcze zacznie, a widza próbuje się łapać na:
- Jesteś pewien? 
- Postawiłbym na to swoje prawe jądro.
...i widzowi robi się smutno, że w XXI wieku ktoś w pełnym metrażu może lecieć taką grzybnią.

- Mam nadzieję, że to będzie kino stylowe - rozmarzył się reżyser w materiale promocyjnym, a potem zaczął mówić coś o braciach Coen, ale nie usłyszałem co, bo materiał promocyjny obejrzałem po bliskim spotkaniu z filmem i na hasło "bracia Coen" dostałem ataku śmiechu. Nie wiem, czego dostaliby bracia Coen na widok filmu "Kochanie, chyba cię zabiłem", ale przypuszczam, że współczesna medycyna potrafiłaby sobie z tym poradzić. 

Fajnie, że Jakub Nieścierow sięgnął po kino gatunkowe i próbował pobawić się konwencjami - szkoda, że absolutnie nie umiał się nimi bawić. Żeby odwoływać się do braci Coen i Tarantino nie wystarczy pokazać wypożyczalni filmów, a jej pracowników ubrać w czerwone koszulki. Żeby nawiązać do twórczości Clinta Eastwooda nie wystarczy co 10 minut głośno przypominać, że się nawiązuje do twórczości Clinta Eastwooda, a wrzucenie na ekran prywatnego detektywa pijącego whisky to za mało by mówić o czerpaniu z kina noir, zwłaszcza, gdy ów detektyw wygląda jak wice-Boczek na wczasach, zachowuje się jak wice-Paździoch na chorobowym, a whisky nie pije, tylko chla i zamiast "kina noir" mamy "kino żura"

Poszukiwania pozytywów w filmie wciąż trwają
  
Film jest... długo szukałem odpowiedniego określenia i jedyne, jakie naprawdę pasuje do "Kochanie, chyba cię zabiłem" to "zjełczały". Nie "słaby", "nudny", "denny", "nieudolny" (tzn. wszystkie określenia pasują, ale nie oddają istoty rzeczy) i na pewno nie "amatorski", bo widziałem parę filmów amatorskich i biły film Nieścierowa na głowę, choć aktorów miały nieznanych, producentów z doskoku, a budżet smutny i niefundowany z państwowej kieszeni.
- Boję się zapytać, ile... - jęknął Głos Wewnętrzny
A ja boję się powiedzieć, że PISF wyrzucił na tę filmową kupę półtora miliona złotych polskich. Nie boję się natomiast zapytać, co za tytan intelektu poparł wniosek twórców?
- Scenariusz „Zabójczej miłości” rekomendował pan Andrzej Wajda - usłużnie poinformował producent, strzelając reżyserowi w obie stopy i biodro, bo jeśli Andrzej Wajda poparł scenariusz, to znaczy, że był w tym scenariuszu potencjał, a skoro był potencjał, a wyszła kupa, to znaczy, że reżyser powinien wrócić do kręcenia... o, przepraszam, nie "kręcenia", bo "Kochanie..." było debiutem Jakuba Nieścierowa - do pisania telewizyjnych gniotów o przygodach Majki. Gdyby ktoś nie pamiętał  - to serial, zaczynający się od tego, że główna bohaterka zamiast zabiegowi kosmetycznemu przez pomyłkę została poddana inseminacji.

Zdjęcia przeciętne, muzyka przeciętna, choć sympatyczna, aktorstwo występuje tylko w przypadku Zbigniewa Zamachowskiego i w jednej scenie Izabeli Kuny, reszta zatrudnionych przy projekcie Nieścierowa zaledwie udaje, z czego połowa udaje nieudolnie. Ireneusz Czop się stara, ale nie ma co grać, Arkadiusz Jakubik zdecydowanie pomylił filmy i roli w "Kochanie, chyba cię zabiłem" może się wstydzić, facecik grający młodszego ciapciaka, zagrał gorzej niż w "Być jak Kazimierz Deyna", Kazimiera Utrata dorobiła sobie do emerytury, a Roma Gąsiorowska pojawiła się na 40 sekund tylko po to, żeby można było jej nazwisko umieścić na plakacie (swoją drogą - koszmarnym) i łowić naiwnych.

W scenie strzelaniny Arkadiusz Jakubik próbował zagrać nutrię.  

- Jest to komedia kryminalna... - nieszczerze zachęcał Ireneusz Czop - Może nawet z kluczem.
Mhm. Klucz jest na ekranie i to nawet dłużej niż Roma Gąsiorowska. Niestety, nie ma kryminału i nie ma komedii.  

- Zrobiliśmy wszystko, żeby temu projektowi pomóc - powiedział producent Zbigniew Domagalski.
Nie udało się. Pacjent zmarł. Ale półtorej bańki z PISF wystarczyło na tłuste pensje dla ekipy, więc kto by się filmowym truchłem przejmował.

Aha - film ma motto. Poważnie. Białe litery, czarne tło, "Kłopoty rodzą się z gniewu, a nieszczęścia wynikają z błahostek". Mocne, nie? Takie głębokie... Ciekawe, z czego rodzą się tak nędzne filmy? Z liściów mokrych i słomy zgniłej czy tylko ze zwykłej grafomanii nieudolności?

Nie warto. Bardzo nie warto. 

"...a my, zapamiętaj sobie to, wynajmiemy helikopter na 10 godzin za pełną stawkę godzinową od instytucji!"


Varia
1. Początkowo film miał nosić tytuł "Zabójcza miłość" i choć był to tytuł głupi (bo pasował zaledwie do czterech minut filmu), to nie aż tak głupi jak "Kochanie, chyba cię zabiłem", bo ten jest głupi niemożebnie.
2. Recykling ekipy: II kierownik produkcji Katarzyna Stegnerska pokazała się jako kelnerka, a na ekranie można było zobaczyć dzieci II reżysera i konsultanta ds. kaskaderskich. 
3. Jeden z policjantów porusza się Cadillakiem - twierdzili twórcy. Się nie - to Buick (na moje oko - LeSabre, ale niektórzy twierdzą, że to '78 Electra), weteran polskich filmów i Teatrów Sensacji. Hint dla filmowych fachowców  - zazwyczaj samochody mają na przedniej masce taki charakterystyczne znaczki, po których można odróżnić  Fiata od Mercedesa, a Peugeota od Syrenki.
4. Internety twierdzą, że grająca w filmie wypożyczalnia znajduje się na warszawskich Kabatach. Nie wiem, nie upadłem na głowę, żeby sprawdzać.
5. Się chciało nawiązywać do Eastwooda, to trzeba było nazwać postać Ireneusza Czopa "Pulowski", bo "Wierzbowski" kojarzy się przede wszystkim z "Obcy - decydujące starcie".
6. "Sama historia opowiada historię podróży młodego chłopaka, który pracuje w wypożyczalni filmów i człowieka, który przeżywa taki klasyczny midlajf krajzys, tylko że taki nieklasyczny trochę, bo zaburzony w międzyczasie" - to słowa reżysera, które usłyszałem już po obejrzeniu filmu. Gdybym usłyszał je wcześniej - nie tknąłbym filmu nawet długim kijem, bo jeśli ktoś mówi o "historii opowiadającej historię" i "klasycznym nieklasycznym midlajf krajzysie" (którego, nawiasem mówiąc, w filmie nie ma wcale), to nie zasłużył, żeby oglądać jego "produkcje".

Proszę, nie każ mi więcej oglądać filmów tego reżysera!


==========
2014
Czas: 87 minut
Reżyseria: Jakub Nieścierow
Scenariusz: Jakub Nieścierow
Obsada: Zbigniew Zamachowski, Arkadiusz Jakubik, Ireneusz Czop, Marcin Korcz, Anna Karczmarczyk, Izabela Kuna, Leszek Lichota, Jakub Wieczorek i inni.
Dofinansowanie PISF: 1 500 000 złotych. 

2014-10-01

Zbrodniarz i panna [1963]

- Pani jest kasjerką na poczcie?
- Tak, proszę pana.
- W Kamocku?
- Tak, proszę pana.
- I była pani świadkiem napadu?
- Tak, proszę pana.
- W którym zrabowano mucho dinero i zabito dwóch funkcjonariuszy?

- Tak, proszę pana.

- I twierdzi pani, że rozpozna pani sprawcę?
- Tak, proszę pana.
- Choć był w kasku i w goglach?
- Tak, proszę pana.
- Ot, tak - od kopa?
- Tak, proszę pana.
- Pamięć fotograficzna?
- Tak, proszę pana.
- A potrafi pani powiedzieć coś poza "Tak, proszę pana"?
- Tak, proszę pana.
- A co?
- Ja nie umie chodzić na szpilkach.

Kasjerka Małgorzata Makowska nie była demonem flirtu towarzyskiego. Była szara, nijaka, zmęczona, zniechęcona i zniechęcająca. Pewnie też byśmy tacy byli, gdybyśmy musieli mieszkać w Kamocku, w którym wszystko było szare, bure, bardzo małomiasteczkowe i beznadziejnie beznadziejne. Życie kasjerki Makowskiej dzieliło się między dom (beznadziejny, z kranem na korytarzu), pracę (beznadziejną, aczkolwiek etatową, z prawem do urlopu i dostępem do Funduszu Wczasów Pracowniczych - choć pamiętajmy: w środkowym PRL to nie był żaden cymes, ale szara norma) i marzenia (też beznadziejne, bo do realizacji marzeń trzeba energii, a wszelkie Kamocki znane są z tego, że energię wysysają). I nagle w życiu kasjerki Makowskiej pojawia się mężczyzna w stroju starannem: w kasku motocyklowym, goglach, skórzanym płaszczu...
- Rycerz na białej WFM-ce?
Nie, bedgaj ze schmeisserem, którym to pistoletem maszynowym perforuje dwóch funkcjonariuszy straży bankowej, kasjerki Makowskiej nie perforuje, a przynajmniej nie definitywnie, po czym oddala się w kierunku nieznanym, unosząc ze sobą worki pełne biletów Narodowego Banku Polskiego.

Załoga G gotowa do akcji

Prowadzone przez organa ścigania szeroko zakrojone śledztwo, pozwoliło ustalić co następuje: A) to nie pierwszy napad tego typu i tego typa, B) banknoty z poprzednich napadów pojawiały się w modnych miejscowościach nadmorskich, c) co wskazuje na zamiłowanie typa do hulaszczego trybu życia, C) kasjerka Makowska jest jedynym żyjącym świadkiem, D) twierdzi, że typa rozpozna.

Po szeroko zakrojonym śledztwie organy ścigania postanawiają przeprowadzić szeroko zakrojoną akcję specjalną: kasjerkę Makowską ucharakteryzuje się "na niepoznakę", przydzieli się jej kapitana Ziętka i niech jadą nad morze, szukać bedgaja. Co prawda to szukanie igły w stogu nadmorskiego piasku, ale kto wie - może któregoś słonecznego dnia zobaczą na plaży gościa w skórzanym płaszczu, kasku motocyklowym oraz w goglach i kapitan Ziętek będzie mógł dokonać aresztowania.
- To gdzie tu "szerokie zakrojenie"?
W budżecie. Modna miejscowość nadmorska, środek sezonu, hotel kategorii S-kwadrat, dwa pokoje na czas nieokreślony, room service, obstawa w nadgodzinach, wódka, zakąski, "kawior czarny ułożony w niewielką piramidkę, na której królowały skrzyżowane sprytnie plasterki cytryny (...) Ona Manhattan a'la Imperial, on – czysta i kropelka grape-fruitu", częste międzymiastowe w priorytecie zero... Macie pojęcie, ile to musiało kosztować? 

A co, tylko filmowcy mogą się opalać na koszt państwa?

Charakteryzacja kasjerki Makowskiej udała się nad podziw - zamiast szarej, brzydkiej, nudnej jak miesięczny bilans kasjerki, u boku kapitana Ziętka pojawiła się kobieta, na widok której połowa mężczyzn zaczęłaby się ślinić a druga połowa kicałaby wokół z piskiem, czekuladkami i biletami do cyrku. Cud-miód-malina, figura-fryzura-błysk w oku i te ni to leniwe, ni to rozmarzone gesty... Kobieta-magnes po prostu. A nawet elektromagnes.

I tu kryminał zmienia się bajkę. Oczywiście, można by uznać, że sam kryminał jako gatunek z natury rzeczy jest rodzajem bajki: mamy Dobro, mamy Zło, mamy konflikt-zbrodnię, detektywistyczną magię, magii owej całkowite zdemaskowanie i ostatecznie ukaranie Zła (morał), a różnice występują tylko w realiach i didaskaliach. "Zbrodniarz i panna" nie odbiega od tego kryminalno-bajkowego schematu, ale stężenie bajkowości występujące w tym filmie jest wyjątkowo wysokie - jest bowiem bajką na trzech poziomach.

Pierwsza bajka to klasyczna intryga kryminalna: zbrodniarz, ofiara, stróż prawa, dedukcja, te rzeczy... Sprawnie ułożona i wciągająca historia, z myleniem tropów, podsuwaniem podejrzanych i zgrabnymi zwłokami na plaży. Momentami wątek kryminalny zgrzyta, bo się twórcom nie chciało przysiąść nad spójnością i lecą na skróty - jak w scenie, gdy kapitan Ziętek ok. siódmej rano zleca prowincjonalnemu chorążemu dostarczenie "danych o wszystkich mężczyznach w wieku 20-40 lat" (domyślam się, że tylko w modnej miejscowości plażowej, a nie w województwie?), chorąży obiecuje na 15:00 i... wywiązuje się bez pudła, nie tylko dostarczając dane, ale nawet dane zweryfikowane w miejscach zamieszkania. Skomputeryzowane ekipy wszystkich serii CSI zielenieją z zazdrości, bo im by to zajęło dwa dni, a tu chorąży z telefonem w parę godzin się uwija... Takiego szycia na okrętkę  jest trochę, ale nie przeszkadza za bardzo w oglądaniu, a nawet jeśli - wystarczy zagapić się na Ewę Krzyżewską i who cares?

Jeśli ktoś woli bardziej big beatowy typ kobiety - gapi się na Helenę Majdaniec

Druga bajka - bajka o Kopciuszku, zmienionym z kocmołucha w królewnę, ale Kopciuszku świadomym swojej kocpiuszkowatości, zdającym sobie sprawę, że przemiana w królewnę jest tylko chwilowa, a potem trzeba będzie zdjąć szpilki, ciuchy zdać do milicyjnego magazynu i wrócić do pocztowego okienka, do współpracowników z zaczeską i drącej twarz Kiełbasińskiej spod siódemki. Kasjerka-Kopciuszek ma sporego wewnętrznego zgryza: z jednej strony powinna szukać mordercy, z drugiej - wcale nie chce go znaleźć, bo to oznaczać będzie dla niej koniec bajkowych wakacji, z trzeciej - ma świadomość, że nic już nie będzie takie jak przedtem, bo już dano jej cukierka, już pokazano jak smakuje wielki świat i słoneczne życie i dalsza egzystencja z tą wiedzą/doświadczeniami w szaro-burym Kamocku będzie jeszcze trudniejsza. 
- Zmieniłam się... - szepce Kasjerka-Kopciuszek - Chyba się zmieniłam...
I z tą świadomością opiernicza dzielnego księcia w stopniu kapitana, zarzucając mu okrucieństwo, ale jednak lgnie do niego, bo skoro ma swój kwadrans i tylko ten kwadrans, to wykorzystajmy go i miejmy choć jedno sensowne wspomnienie w życiu. Nawet jeśli wspomnienie będzie boleć długo, przypominając o odebranej bajce, to jednak będzie i zawsze będzie można do niego uciec, choćby tyko przez zamknięcie oczu i wieczorne chlipanie w poduszkę. Zawsze coś...

Ta druga bajka skreślona jest i zagrana na tyle umiejętnie, że w pewnym momencie zaczyna górować nad wątkiem kryminalnym - bardziej przejmujemy się smuteczkami Kasjerki-Kopciuszka niż tym, czy mordercą jest pan A, pan B czy Stirlitz. Może dlatego, iż wiemy, że w bajce kryminalnej Zło musi zostać ukarane, więc prędzej czy później i tak się dowiemy, kim jest Facet w Kasku-i-Goglach, ale w bajce kopciuszkowo-romansowej zakończenie nie jest oczywiste, zwłaszcza gdy książę jest w niej służbowo i na etacie - ta historia może się skończyć ślubem i bajkowym "happily ever after", ale równie dobrze książę-kapitan może uścisnąć Kopciuszkowi-kasjerce dłoń, podziękować w imieniu służby i "chorąży odwiezie panią na stanowisko pracy".
- I jak się kończy? - zapytała zniecierpliwiona Opinia Publiczna, ocierając oczy chusteczką.
Sami sobie zobaczcie. Powiem tylko, że kończy się w sposób, którego mogliby się uczyć dzisiejsi twórcy: w sposób nieoczywisty, otwarty i z dobra puentą.

Kapitan Ziętek na tropie

I trzecia bajka - realia. Nie wiem, nie znam się, może w PRL AD 1963 funkcjonowały takie enklawy luksusu, w których hotele niczym nie różniły się od paryskch, boye zasuwali w kubraczkach i czapeczkach, obsługa śmigała w podskokach rzetelnie w tę i w tamtą, żadne tam "kolega podaje", tylko ukłon, dyskrecja, dziękuję uprzejmie, w czym szanownej pani, łaskawy pan będzie łaskaw... i Boże broń przed napiwkami, które ode złego są. Może więc enklawy takie istniały i może nawet dostępne były nie tylko dla bohaterów "Życia towarzyskiego i uczuciowego" ale także dla zwykłego obywatela. Ma to jednak znacznie dość umowne, bo dla większości obywateli PRL takie warunki to bajka o słoniu w karafce i krasnoludkach pod grzybkiem - realia były jakie były i nasz Kopciuszek z Kamocka prędzej by jeża urodził, niż doczekał się obsługi, którą widzimy w filmie, prędzej by osiwiał, niż dodzwonił się do room service ("kable pękli a nowych nie dowieźli"), a kapitan Ziętek musiałby się zdekonspirować przed niedogolonym i usiłującym mu służbowo wmłócić kelnerem.

Te trzy bajki spleciono w "Zbrodniarzu i pannie" w naprawdę zgrabną całość, którą "się ogląda". Gdzieś coś zgrzytnie fabularnie, gdzieś ktoś nie dopilnuje scenariusza i padający z ekranu tekst nie bardzo zgadza się z obrazem, którego dotyczy, czasem dialog zabrzmi ciut tekturowo albo akcja wyhamuje na chwilę, ale to pomijalne drobiazgi, bo film się toczy...
- ...do przystanku "happy end" - zaśpiewała Helena Majdaniec, a marynary fruwały jak klucz kormoranów. 
...pistolety migają (choć, gdy przychodzi co do czego, to zbrodniarz nie strzela, ale dusi), a Zło zostaje ukarane przy pomocy pnia.

Pień wylegitymować i zatrzymać do wyjaśnienia 

Aktorsko - Ewa Krzyżewska, długo nic, a potem gromada aktorów, z których każdy zagrał dobrze, ale nie porywająco. Ewa Krzyżewska przyćmiła wszystkich i nie chodzi mi tu o metamorfozę fizyczną, o fryzjersko-makijażową przemianę z kamockiego Kopciucha w piękną królewnę, bo to przecież najprostsze. To była rola kompletna - oszczędne aktorstwo, znakomita praca głosem, każdy niuans postaci oddany precyzyjnie... Zaryzykuję twierdzenie, że to była najlepsza rola w karierze Ewy Krzyżewskiej. Zbigniew Cybulski wypadł poprawnie, ale jednak przeciętnie - rolę miał drętwą, czasem próbował coś z niej zrobić, jego klasyczne zagrywki z zawieszaniem głosu w losowych momentach tym razem się nie sprawdziły. Adam Pawlikowski był sympatyczny, ale głosowo drewniany jak nadmorskie molo, Ewa Wiśniewska była śliczna, Stanisław Milecki grał kanonicznego "mądrego przełożonego", a tercet podejrzanych: Edward Fetting, Gustaw Lutkiewicz i Piotr Pawłowski sprawdzał się nieźle do samego końca, choć co wybredniejsi widzowie grymasili trochę, że "jakże to, taki sympatyczny facet mordercą, przecież nie pasuje, ten drugi byłby lepszy, a trzeci to już zupełnie wypisz-wymaluj złodziej! I pijak!" 

Bardzo dobre zdjęcia Jerzego Lipmana, który światłem podzielił filmowe światy na szaro-bury Kamock i słoneczne Zdroje, a pomiędzy nie wcisnął jeszcze gatunkowo-kryminalne smaczki. Świetna muzyka Krzysztofa Komedy - niby prosta, ale odpowiednio tworząca nastrój i dozująca napięcie. I kostiumy - niezły przekrój mody wczesnych lat sześćdziesiątych, męskiej i kobiecej, a wyróżnienie specjalne dostaje Ignacy Machowski za kołnierzyk białej koszuli wywinięty na marynarkę, tylko szkoda, że do kompletu założył spodnie w stylu "czarne wory pod przeponę", a nie jakieś zgrabne pumpy. 

Warto. Może nawet między "warto" a "trzeba".

A mordercą jest... pan w masce!


Varia
1. Książka "Zbrodniarz i panna" ukazała się dwa lata po premierze filmu. Choć scenariusz Maciej Słomczyński podpisał pseudonimem Joe Alex, to wersję drukowaną sygnował nazwiskiem Kazimierz Kwaśniewski, którym posługiwał się na odcinku kryminałów krajowych.
2. Oczekiwanie na metamorfozę kasjerki kapitan Ziętek umila sobie wyjadaniem kawowych fusów ze szklanki. Pamięta ktoś jeszcze taki "obyczaj"? A "kręcenie" kawy Marago? 
3. Bardzo ciekawy trzeci i czwarty plan - w rólce kelnera wystąpił Mirosław Majchrowski czyli "Parmezan" z "Gangsterów i filantropów", jako fryzjer mignął Ludwik Pak czyli "Zdzisław Dyrman... zasadniczo", młodym milicjantem był szczuplutki Krzysztof Kowalewski, a recepcjonistkę zagrała - uwaga, uwaga - Helena Grossówna, gwiazda przedwojennej komedii, znana m.in. z "Zapomnianej melodii". Widzowie o sokolim oku i dobrej pamięci do twarzy w scenach restauracyjno-tanecznych mogą wypatrzeć w tle Wojciecha Duryasza, Henryka Kurka ("Henia-Melomana", "gieroja" warszawskich parkietów widzieliśmy także w "Zuzannie i chłopcach"), żonę Janusza Morgensterna Krystynę Cierniak i parę innych znajomych filmowo twarzy.
4. Kamocka na mapie nie znalazłem, a filmowe Zdroje i Ujście, to pewnie Międzyzdroje i Świnoujście, zwłaszcza, że amfiteatr, w którym grają Czerwono-Czarni mocno przypomina świnoujską Muszlę. 
5. Zupełną nowością była dla mnie Katarzyna Bovery - piosenkarka śpiewająca na dansingu. Ciekawy, mocny, lekko "czarny" głos, uroda oryginalna, piosenka w kinowym hiciorze.... a tu żadnych informacji, żadnych skojarzeń, pierwsze słyszę. Poszukałem, pogrzebałem - podobno w pierwszej połowie lat 60. była naprawdę popularna (wyróżnienie w Opolu, nagroda w Sopocie), nagrywała sporo, ale potem wyjechała na tournée do Stanów, zakochała się, wyszła za mąż i zakończyła karierę, a krajowe media miały zbyt wiele miejscowych gwiazd i gwiazdek do lansowania, by o niej pamiętać. 
6. Zabawne, że swoje najlepsze role Ewa Krzyżewska zagrała w filmach o bardzo podobnych tytułach: "Popiół i diament", "Zuzanna i chłopcy", "Zbrodniarz i panna", "Zazdrość i medycyna". Wszędzie to "i"... I role Ewy Krzyżewskiej jako kropka nad.

"Interesantów poznaję po rękach, bo okienka w kasie są niskie... Widzę tylko ręce - same ręce"

============
1963
Czas: 80 minut
Reżyseria: Janusz Nasfeter
Scenariusz: Joe Alex
Obsada: Ewa Krzyżewska, Zbigniew Cybulski, Adam Pawlikowski, Ewa Wiśniewska, Mieczysław Milecki, Edmund Fetting, Piotr Pawłowski, Gustaw Lutkiewicz, Ignacy Machowski, Helena Grossówna, Krzysztof Kowalewski, Ludwik Pak i inni.