2014-10-16

Sławna jak Sarajewo [1987]

- Jo, siwobrody, mówię do was z góry - powiedział Gustlik Jeleń głosem świętego Piotra lub na odwrót -  Dejcie pozór, ludzie. Nadchodzi czas diabła.

Dodatek nadzywyczaaaa...

Czas diabła nadszedł pod postacią butów maszerujących SA-manów. Buty maszerowały butnie i okrutnie, ale nie z nami te numery, Brunner - na drodze butów stanęła gromadka zakonników z białym orłem na klatach. I popatrzyli zakonnicy butom w oczy hardo, i splunęli butom pod nogi, i skoczyli, i spuścili butom, że się tak brzydko, ale adekwatnie wyrażę, wpierdol. 
Albowiem nie byli to żadni zakonnicy, jeno oddział Armii Krajowie, bijący przeważnie wroga, pod dowództwem niejakiego Kozuba.
- Wroga pod dowództwem Kozuba?
Aż fanzolicie! Oddział pod dowództwem Kozuba, a wroga pod dowództwem burmistrza, wiceburmistrza, esesmana, któren był ścierwo najgorsze  i Grychtolika, który miał szwarną córkę o imieniu Greta.
...
...
..
- EJ! OBUDŹ SIĘ!
Przepraszam, zawiesiłem się na chwilę, ale córkę grała Maria Probosz i grała ją w balii, więc sami rozumiecie.

Burmistrz miasteczka Konewka miał ideę fiksę - chciał, żeby Konewka zmieniała się w Wielką Konewkę (check) oraz żeby dorosła do swojego nowego miana: żeby była Wielką Konewką, podlewającą szerokim strumieniem, wzrastający na Górnym Śląsku dąb niemieckości, hohohoho, kolosal! Wiceburmistrz miasteczka też miał ideę fiksę - robić karierę, nie podpadać, nie narażać się, w lewej ręce dwa zighajle, w prawej bóghonorewentualnieojczyzna. Esesman  - jak to esesman - strzelał, mordował, knuł, truł i na dodatek był łysy, a Grychtolik... 
...
- EJ!
...a Grychtolik wkręcał się wszystkim bez wazeliny i nienawidził Kozuba. Kozub natomiast - hoho! Weteran śląskich powstań, wąs sumiasty, Mannlicher w szafie, rogatywka na głowie, dwadzieścia szturmów odpartych, szesnaście bitew w polu wygranych, siedemdziesiąt pięć wycieczek, w tym sześć szkolnych, osiem harcerskich, a sześćdziesiąt jeden zbrojnych, w tym dwanaście konno. Legenda pogranicza, przekleństwo Niemców, kismet faszystów, westchnienia świadomych patriotycznie kobiet i ech, żebyście widzieli tę szarżę jego czarnych jeźdźców  na niemieckie posterunki, tych mrocznych Beduinów-fedajkinów, te zawoje i kaptury wokół głów, te terkoczące znad końskich grzyw steny, te białe orły na piersiach...
- ADSUUUMUUUUS!
Prawie. Zazwyczaj jednak "Hurraaa!"

Przyłbice i kaptury. Kaptury zwłaszcza.

Grychtolik z esesmanem polowali na Kozuba, Kozub polował na Grychtolika i esesmana, burmistrz i wiceburmistrz pracowali nad podniesieniem wydajności z hektara i folksdojczowatości na metr kwadratowy, a Cyla, żona wójta Sommerhaldera sodalisa Dziurli postanowiła założyć organizację podziemną, w skład której weszli listonosz (listonosz wchodził także w samą Cylę, ale to już raczej pozaorganizacyjnie), dezerter w paski, Niemczyk i Asasello przebrany za właściciela tartaku, przebranego za tyrolskiego gajowego Maruchę. Poza tym w okolicy grasował spadochroniarz Czogała, będący skromnego wzrostu i wyznania wywrotowego, gromada bywszych jeńców radzieckich, dwie orkiestry dęte, jakiesik frelki, jakiesik omy. Oraz hałdy.

I nagle gruchnęła w Konewce wieść, że ma przez nią przejechać specjalny sznelcug z Führerem na pokładzie... Władze miejskie wciągnęły hakenkrojce na maszty, Grychtolik dyscyplinował wszystkich organizacyjnie, SS wyczyściło buty, wybzykało Cylę i zamordowało siedmiolatka, AK siedziało w krzakach, AL siedziało w krzakach, pociąg jechał...

To jest rodeo na miarę naszych możliwości!

...a ja siedziałem i się nudziłem. Miałem głęboko w nosie, czy w sondersznelcugu jedzie Hitler i czy bohaterskim partyzantom uda się go ująć, irytowały mnie niepotrzebne dłużyzny, półamatorskie aktorstwo, kwestie dialogowe, oklepane jeszcze w czasach króla Ćwieczka, a dziś kompletnie niestrawne, nie bawiła mnie śląska gadka dla samej ślaskiej gadki, bo ileż, kurde, można?
- Oglądasz ten film w roku 2014, mając bagaż filmowych i kulturalnych, albo nawet kulturowych doświadczeń, ale w w roku 1987...

Gdybym oglądał ten film w 1987 roku, pewnie uśmiechałbym się, gapił na biust Marii Probosz i może nawet film by mi się podobał. Ale dziś mi się nie podoba. Albo ja się zmieniłem, albo film się zestarzał, albo jedno i drugie. Ale chyba raczej drugie. A może jeszcze inaczej: na filmowym bezrybiu schyłkowej PRL wszystko co odbiegało od szaroburej normy i zbolałych chniochów ekranowego inteligenta z miejsca dostawało +50  do atrakcyjności i kiedy sobie przypomnę jakie gnioty wydawały się wtedy atrakcyjne... A w przypadku "Sławnej jak Sarajewo" i absurdziku trochę, i groteski, i jakieś nieśmiałe gry konwencją, jakiś zgrabny cytat nawet... Plus niezużyta (wtedy) jeszcze filmowo śląska gadka i świadomość, że to przecież reżyser "Grzesznego żywotu Franciszka Buły".

Służbowe oznaczenia aut niemieckiej żandarmerii były... były dziwne. 

Dziś to za mało. Film nie wytrzymał próby czasu, zestarzał się strasznie i oglądany dziś robi wrażenie kompletnego chaosu, scenek polepionych przypadkowo, wątków zaczętych i nie dokończonych, kłuje w oczy amatorszczyzną aktorów...
- Bo wiesz, naturszczycy...
E, tam. Co jeden to z lepszym dyplomem, co drugi, to z doświadczeniem teatralnym, co trzeci z doświadczeniem filmowym, a wylezą na ekran, to oczy bolą od min i dłużyzn, uszy bolą od płaskich kwestii wypowiadanych płaskim głosem, a tyłek boli od siedzenia, bo film trwa 98 minut, choć powinien najwyżej 45.

Co się marzyło reżyserowi - nie wiadomo. Komedia chyba nie, bo choć parę scen jest zabawnych, to ja chromolę komedię, w której na ekranie umiera siedmiolatek i siedzi z martwym wzrokiem utkwionym w sufit. Tragedia też nie, bo jak na tragedię zbyt wiele było scen, które miały być zabawne, a często i - widać, że z rozmysłem - zahaczały o jarmarczną krotochwilkę i nie, to nie jest "ocenne poziomowo", to tylko próba definicji gatunkowej. Jakieś śląskie sowizdrzalenie czy cholonkowanie baśniowe? No, kurczę, nie wiem... Chaotyczna próba splecenia wielu konwencji - niestety, ja w tym splocie nie potrafię znaleźć myśli przewodniej, nie rozumiem, czemu ta scena w konwencji A, a tamta w konwencji B i po jaką cholerę są dwie następne sceny. A dziurawy fabularnie scenariusz nie ułatwia orientacji. Szkoda, bo finał  - kompletnie odleciany, niektóre sceny jak z Breugla, inne jak z obrazów Grupy Janowskiej i finałowa boska interwencja - pokazywał potencjał drzemiący w tym filmie. Niestety, był to już słabszy okres twórczości Janusza Kidawy - "Sławna jak Sarajewo" powstało między dwoma filmami o Panu Samochodziku, koszmarnymi jak stąd do Konewki Wielkiej.

- To jedwab? - Nie, cellulitis. 

Część recenzentów skupiała się na wątku "społecznym", zwracając uwagę na "piętnowanie przez reżysera postaw konformistycznych". Taki wytrych z bezradności - połowę filmów z okresu późnego PRL można by tak interpretować. "Piętnowanie postaw" my ass... Ani piętnowanie, ani postaw. Konformista jest w "Sławnej jak Sarajewo" jeden, wychodzi na tym całkiem nieźle, a  gra go znany i lubiany aktor. Chyba że do "piętnowania postaw konformistycznych" zaliczymy  wątek siedmiolatka, który wyśpiewuje esesmanowi "cołkom prowde" o partyzantach, bo ma ochotę na ciastko, a potem umiera na skutek przejedzenia/zatrucia napoleonką.

Aktorzy nie pomogli filmowi. Grali źle napisane role, ale i sami byli zbyt słabymi aktorami, by coś z nich wycisnąć. Andrzej Dopierała w roli Kozuba miał brodę i to właściwie wszystko, co da się o jego grze powiedzieć, grający Grychtolika Mieczysław Krawczyk (w "Grzesznym żywocie..." grał Stanika) wypadł lepiej (nie dlatego, że nie miał brody), ale też słabo, Igor Kujawski był łysy i sztampowy, Jerzy Łapiński próbował grać komedię, ale nie wychodziło mu to wcale, podobnie jak Mariuszowi Saniternikowi. Jan Tesarz w roli właściciela tartaku sprawiał wrażenie... Hm, właściwie tylko sprawiał wrażenie. Andrzej Kozak jako listonosz Witalis próbował balansować balansował między gatunkami i niewiele brakowało, żeby mu wyszło - niestety, reżyser nie bardzo wiedział, po co mu ta postać i zostawił biednego aktora samego... Witold Pyrkosz widać było, że się starał, a najlepiej wypadła Joanna Bartel - nie wiem czy świadomie, czy niechcący, ale zagrała pulchnym, różowym kiczem, przesadą w geście, w głosie, w minie i we wzroku i chyba tylko jej Cecylia Dziurla de domo Otrząsek zapada widzom w pamięć.
No, może jeszcze mały Marek Mokrus w w epizodzie gazeciarza. 
I oczywiście Maria Probosz w balii.

Wartości narodowo-socjalistyczne ostro wystąpiły przeciwko deprawowaniu widza balią

Muzyka Henryka Kuźniaka - bardzo dobra, choć momentami potęgująca wrażenie chaosu,  ale to raczej nie wina kompozytora, bo przecież nie on ciął i kleił sceny. O zdjęciach nie umiem powiedzieć nic sensownego, zwłaszcza że taśma z 1987 była raczej czwartej świeżości. Parę ciekawych ujęć, parę nawiązań do malarstwa Pawła Wróbla i jego współbraci z Grupy Janowskiej, uchwycone dymiące hałdy... Ale za mało tego było, żeby się rozpływać. Osoba odpowiedzialna za używanie czcionek w tytułach i napisach powinna zostać skazana na aspirynę, lewatywę i zawijanie w mokre prześcieradło, a osoba odpowiedzialna za postsynchrony powinna zostać skazana na 20 lat przymusowego słuchania własnej produkcji 8 godzin dziennie. W soboty i niedziele także.

Ewentualnie można. Jeśli ktoś lubi Śląsk w kinie, zwłaszcza Śląsk nie reprodukujący opowieści o burym, brudnym miejscu, gdzie bezrobotni piją, a młodzi nie mają perspektyw. Ale uprzedzam, że do oglądania potrzeba wytrwałości. A dla echt Ślązaków to pewnie jazda obowiązkowa, choć do pierwszej dziesiątki filmów śląsko-tożsamościowych "Sławna..." się nie załapie

W związku z czym Gross Konevka zostaje zdegradowana do stopnia...


Varia
1. Film powstał na motywach książki Leona Bielasa. Sprawdzałem - na Allegro jest i to nawet tanio, w okolicznych antykwariatach też się pojawia. Ale po obejrzeniu filmu nie mam jakiejś szczególnej ochoty po nią sięgać. Choć zdaję sobie sprawę, że może być lepsza niż film. 
2. W scenie ze sztandarem obsada aktorska w ciągu 35 sekund wykrzyczała "Sieg heil" 26 razy. Tak, liczyłem. Tak, z nudów. 
3. Zanim ludność Konewki przystąpi do łapania trzody chlewnej, w tle słychać okrzyk "Hej, kto Ślązak - na krupnioki!" Chichocik. 
4. - Weźmiemy Hitlera do niewoli i postawimy Niemcom warunki - mówi AK-owiec - Po pierwsze: przyłączymy do Polski Bytom, Gliwice i góra świyntej Anny, bo jo tam był we powstaniu...
- Co ty chcesz tak mało? Weznymy się jeszcze Szczecin, Wrocław... - wylicza żołnierz z AL
- Ty, gupi - nikt nam tyle nie do!
- Nikt? To sami sie weznymy, nie? - napala się AL-owiec
- Prawilno goworisz - przytakuje partyzant z czerwoną gwiazdą na czapce.
Dziś Kidawę zlustrowanoby na okoliczność szerze4nia niesłusznie pozytywnych stereotypów politycznych.

Stoi Siedzi ułan wachman na widecie na trawie 


============
1987
Czas: 98 minut
Reżyseria: Janusz Kidawa
Scenariusz: Janusz Kidawa
Obsada: Andrzej Dopierała, Mirosław Krawczyk, Igor Kujawski, Jerzy Łapiński, Witold Pyrkosz, Marta Kotowska, Ewa Leśniak, Andrzej Kozak, Mariusz Saniternik, Jan Tesarz, Maria Probosz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz