2014-11-22

Kościuszko pod Racławicami [1937]

Czerwone jabłuszko
wpadło mi pod łóżko,
a pod łóżkiem leżał
Tadeusz Kościuszko.

Ja, z bożej łaski Kościuszko w paski...

Filmowy Tadeusz Kościuszko nie leżał, ale stał i nie pod łóżkiem, ani nawet pod gruszką, a w Dreźnie, gdzie oczekiwał delegatów, którzy oczekiwali rozkazów dla oczekujących w Polsce konspiratorów, których czekała degradacja, demobilizacja, degrengolada i dewolaj.
- Ty jeden jesteś zdolen - mówił gość w peruczce.
- Jak Waszyngton - dodawał drugi.
- OK, znaczy jest was dwóch - zreflektował się ten pierwszy - Ale wolimy ciebie, bo Waszyngton jest zatrudniony na obcym etacie, a poza tym ma drewniane zęby.
- Mości panowie... - westchnął jenerał Kościuszko - Żołnierze Waszyngtona nie umieli chodzić w ordynku, ale w łachmanach swoich nosili oręż nad oręże!
- Hehehe - potwierdzili żołnierze Waszyngtona, demonstrując swój oręż do kamery numer dwa, która odwróciła ze wstydem obiektyw.
- Poczucie równości obywatelskiej i niezmierzone pragnienie wyzwolenia - wyjaśnił Kościuszko.
- Yyyy? - zdziwili się żołnierze Waszyngtona, chowając oręż i dopinając łachmany.
- Yyyy? - zdziwili się delegaci z Polski.
- Ech... - westchnął Kościuszko i odesłał ich do kraju.

W kraju panoszyli się Rosjanie w perukach. Rosjanie w perukach dzielili się na Rosjan chodzących i Rosjan ustawiających się w rządku. Rosjanie chodzący słuchali rozkazów Rosjan ustawiających się w rządku, Rosjanie ustawiający się w rządku słuchali rozkazów generała Igelströma, generał Igelström słuchał rozkazów carycy Katarzyny, a caryca Katarzyna nie słuchała niczyich rozkazów, przez co nie została zaangażowana do filmu, bo porządny reżyser nie może sobie pozwolić, żeby go jakaś rola nie słuchała.

Okupacyjny rząd. No, rządek...

- Rozpuścić polskie wojsko! - rozkazał gubernator Igelström.
- Panie kochany, taż oni i tak już są rozpuszczeni jak dziadowski bicz albo nawet teorban - westchnął hetman w surducie.
- A, o! - przytaknęła brygada generała Madalińskiego, pokazała Rosjanom wała i udała się z Ostrołęki do Krakowa.
I w ten sposób zaczęła się insurekcja.
- Tak, właśnie w ten sposób się zaczęłam - potwierdziła się insurekcja, poprawiając binokle i otulając nogi pledem.

Śliczny porucznik Janek poznał śliczną Hankę, zaręczoną ze ślicznym porucznikiem Kazikiem, śliczna Hanka zakochała się w ślicznym poruczniku Janku, śliczny porucznik Kazik obraził się na ślicznego porucznika Janka, śliczni straszni wąsaci mieszczanie śpiewali, cech szewców wpłacił na insurekcję 20 dukatów, a sierżant Biedroń uczył rekrutów chodzenia w ordynku oraz wierszy Majakowskiego, wrzeszcząc "Lewa! Lewa! Lewa!", podczas gdy reakcyjni rekruci uparcie tupali prawą i nawet hasło "w lewo zwrot!" bojkotowali, obracając się we wszystkie świata strony, w tym jeden w stronę Mekki, a dwóch w stronę Miechowa.

...jako ufność ku osobie... mocium panie... waszmość pana...

Naczelnik Kościuszko wydał cztery kabotyńskie okrzyki i dwa manifesty, śliczna Hanka rozdarła serce między dwoma ślicznymi porucznikami, śliczni porucznicy rozdarli się na siebie, Bartosz Głowacki siał ziarnem i metaforą, przy czym metaforą jednak sprawniej, chłopi stawiali oręż na sztorc, a Moskal następował.
Następował też ciąg dalszy.
- Wpadliśmy na szwadron Polaków - poskarżył się generałowi posiniaczony Rosjanin.
- I co? - zapytał generał, jakby nie widział siniaków.
- Znieśli nas - jęknął jegier.
- Wot, Paliaki. Wierzyć im nie można - zdenerwował się generał - Całe lata mówią, że znieść nas nie mogą, a kiedy przychodzi co do czego, to znoszą!

Dochodzi do wielkiej bitwy. Rosjanie najpierw chodzą, potem ustawiają się w rządku, potem znowu chodzą, bo tam gdzie stali, padały kule oraz zabici, znowu ustawiają się w rządku, a w tym czasie chodzą Polacy. Ciężko odróżnić, którzy są którzy, bo jedni i drudzy wołają "Hurraaa!" i nawet jeśli którzyś wołają przez "h" nieme, to w bitewnym huku tego nie słychać. Chodzą, ustawiają się w rządku, znowu chodzą, znowu się ustawiają, czasem któryś usłyszy wydzierającego się zza krzaka reżysera, sugerującego, iż jeśli komuś coś wybucha pod stopami, to może by się łaskawie ten ktoś przewrócił, a nie udawał Terminatora? Chodzą... ustawiają się w rządku.. chodzą... ustawiają się... chodzą... O, wreszcie! Jeżdżą. Na koniach. To brygada Madalińskiego.
- BUM!
Po skutecznej salwie artyleryi ruskiej, ciągną się szeregi... piechurów, bo konie im zabito. Chodzą... stają w rządku... Hurra!... chodzą...

Tylko w polu biały krzyż bęben nie pamięta już, kto pod nim śpi...

Wreszcie naczelnik Kościuszko wrzeszczy kanonicznie:
- Chłopy, weźcie mi te armaty!
Chłopy biorą. Bartosz Głowacki nakrywa jedną armatę czapką, ktoś nakrywa drugą armatę nałęczką, szeregi ruskiej artyleryi nakrywają się nogami, naczelnik wyzywa kosynierów od situłajenów i próbuje obciąć Głowackiemu ramiona, a potem zamienia się w wyszczerzony pomnik na Wawelu.

A śliczna Hanka i jej dwaj śliczni porucznicy?
Śliczny porucznik Janek zostaje ranny i już nie jest śliczny, a ślicznemu porucznikowi Kazikowi odklejają się sztuczne brwi, ale nie wymięka, tylko zajmuje się rannym Jankiem.
- Hanka cię kocha, ty kochasz Hankę - mamrocze nad rannym przyjacielem - Weź ją sobie i żyjcie razem...
Tu nabiera wody z pobliskiego jeziorka i starannie polewa ranę kolegi.
- ...krótko, bo w jeziorku pływa paręnaście rosyjskich trupów i ze dwa padłe konie, więc od tej wody na pewno w ranę wda się gangrena albo inny syf i skonasz, mój drogi, zanim Hanka zdąży zdjąć ślubną kieckę. W mękach, mwahahaha!
- Kieckę w mękach?
- Skonasz w mękach!

Tylko sierżant Biedroń był smutny, bo Moskale postrzelili jego przybranego syna, brzdąca spod Dubienki i właśnie mu dzieciak skonał na rękach. Na szczęście, nie w mękach.
Kurtyna.
I trzeci rozbiór Polski w sequelu.

Charakterystyczna taktyka wojsk polskich - szarża na klęczkach

Przedwojenne kino patriotyczne, więc nie ma oczekiwać nowatorskich rozwiązań formalnych, głębokiej analizy psychologicznej, scenariusza z twistami itd. Kościuszko ma być pomnikiem, więc jest pomnikiem (a nawet obrazem - przysięga na krakowskim Rynku jest niemal przeklejona z obrazu Smuglewicza, a scena święcenia szabel - z obrazu Radzikowskiego), Bartosz Głowacki ma być pomnikiem, więc jest pomnikiem, Racławice mają być, więc są, a o reszcie nie mówmy, bo serc nie krzepi, więc jest tylko tłem albo niedopowiedzeniem. Cieszy brak robienia z Rosjan głupków i nieudaczników - w końcu nasz przeciwnik świadczy o nas i jaką radochę mielibyśmy z pokonania stada piszczących imbecyli? Wątek miłosny doklejono wyłącznie po to, żeby na ekranie były jakieś kobiety, bo jakże to tak, bez kobiet? Kobieta musi być, romans musi być, takie były wymagania szerokich mas kucharskich oraz właścicieli kin. Polecam tu "Ostatnią cyganerię" Tadeusza Wittlina i opowieść o tym, jak scenariusz "Zamachu na Skałona" zmienił się w scenariusz "Córki generała Pankratowa". A scenariusz "Kościuszki pod Racławicami" to programowe i propagandowe krzepienie serc.

Jedyne, co wyróżnia film Lejtesa to rozmach scen batalistycznych. Jak szarża to wykonana fachowo przez szwadron kawalerii, jeśli przemarsz wojsk, to proszę bardzo, maszeruje autentyczne wojsko, jeśli scena z wybuchami, to wybuchy robią wrażenie i dziękujemy, panie pułkowniku za udostępnienie dwóch batalionów piechoty, dwóch szwadronów jazdy, dwudziestu saperów, dwóch skrzynek ładunków, itd. itp. Bitwa może momentami zbyt rozbiegana, może momentami ciut sztuczna, ale widać też naprawdę efektowne ujęcia, ciekawe pomysły i w tym miejscu film się naprawdę broni. Brakowało jedynie pokazania kosynierów w akcji. Biegli z tymi kosami, biegli, a kiedy dobiegli, to ciepnęli kosy, wzięli się z Moskalami za bary i tyle - a przecież kosa bronią była straszną i skuteczną w półdystansie.

Wybili, wafe błagarodje! Pod Rafławifami wybili!

Kostiumy na celująco, scenografia na bardzo dobrze, zdjęcia także, scenariusz na dobrze, bo choć prosty jak konstrukcja cepa kosy na sztorc i z durnym wątkiem miłosnym, to sprawnie splatający wątki i utrzymujący tempo, muzyka profesora Maklakiewicza na "ewentualnie", bo momentami irytowała, a frazy z "Rozstania", granego przez Hankę, rozpoznawalne są za bardzo.

Aktorstwo także przedwojenne i pomnikowo-patriotyczne. Tadeusz Białoszczyński w roli Kościuszki i Franciszek Dominiak jako Bartosz Głowacki zagrali narodowe relikwie, Józef Węgrzyn też próbował, ale kto dziś (a i wtedy pewnie także) pamięta generała Wodzickiego? Elżbieta Barszczewska nie wiedziała, kogo ma grać i raz była piętnastoletnią trzpiotką, a raz trzydziestoletnią Kareniną, Witold Zacharewicz i Jerzy Pichelski byli przystojni, ale ten pierwszy grał o wiele lepiej, Jan Kurnakowicz to Jan Kurnakowicz i nie ma się czego przyczepić, a Bogusław Samborski tym razem nie sapał jak lokomotywa, a i łypanie mocno ograniczył.

Dla bardzo wytrwałych. Oraz dla patriotów deklaratywnych. Ciekawe, ilu z nich dotrwałoby do końca nie chrapiąc...

Machete AD 1794


Varia
1. "Kościuszkę..." kręcono z przeznaczeniem także (przede wszystkim?) na eksport, stąd wersja z angielskimi napisami. I stąd nagroda Ministra Spraw Zagranicznych na festiwalu filmowym we Lwowie zorganizowanym w ramach Targów Wschodnich.
2. Współscenarzystą był Wacław Gąsiorowski. Ten Wacław Gąsiorowski.
3. W filmie trafia się parę dziwnych momentów - m.in. z karabinem automagicznie pojawiającym się w rękach porucznika Janka (na jednej klatce - porucznik jest bezbronny, a na następnej ma w rękach karabin). Reżyser tłumaczył się pożarem w wytwórni i koniecznością wklejania zdjęć rezerwowych, ale bez przesady, naprawdę - tu akurat przydałoby się coś wyciąć.
4. W scenie, w której naczelnik Kościuszko zakłada kapotę Bartosza Głowackiego, w centrum ekranu widać kosyniera z wybałuszonym wyrazem twarzy. Feliks Żukowski, panie i panowie - po wojnie etatowy odtwórca ról sekretarzy PPR, dyrektorów, aktywistów, majorów... zaś w wolnych od zaangażowania chwilach: odtwórca roli księdza Kaleba w "Krzyżakach". A żeby życiorys był jeszcze bardziej polski (czytaj: pogmatwany): oficer w kampanii wrześniowej i więzień Oranienburga.
5. Dziś 22 listopada - 113 lat temu urodził się reżyser filmu Józef Lejtes.
6. Jest w filmie scena, która dziś zyskała absolutnie nowy wymiar. Porucznik Janek zdejmuje bluzę, prezentując nagą, delikatną nieco klatę i mówi do rozmówcy: "Ale wesoło tu macie". Angielskie napisy - przypominam, że ówczesne - stwierdzają: "Pretty gay here, isn't it?"
- No to co? Kiedyś "gay" znaczyło po prostu "radosny".
Niby nic, ale rozmówcą porucznika Janka jest sierżant Biedroń.
Nie poradzę, mnie to rozbawiło. 

Yes, he it is.


============
Kościuszko pod Racławicami
1937
Czas
: 92 minuty
Reżyseria: Józef Lejtes
Scenariusz: Wacław Gąsiorowski, Stanisław Urbanowicz
Obsada: Tadeusz Białoszczyński, Franciszek Dominiak, Bogusław Samborski, Józef Węgrzyn, Tadeusz Frenkiel, Elżbieta Barszczewska, Witold Zacharewicz, Jerzy Pichelski, Jan Kurnakowicz i inni.

2014-11-16

Zbrodnia [2014]

Chlup, chlup... i trup. Czyli zwłoki.

Jedne zwłoki znajdują się w morzu i są to zwłoki utopione. Jak to zwłoki w morzu. Drugie zwłoki znajdują się na ulicy z guzem na głowie, trzecie zwłoki znajdują się w bunkrze i są w garniturze, a czwarte zwłoki się nie znajdują. Cztery kadawry na trzy odcinki - całkiem przyzwoita średnia.

Kelner! W moim morzu pływają zwłoki!

Pierwsze zwłoki znajduje diabetyczka, drugie zwłoki znajduje przypadkowy przechodzień, trzecie zwłoki znajdują dzieci diabetyczki, a czwarte zwłoki - jak wspominałem - się nie znajdują. Śledztwo prowadzi policjant wyglądający jak przedwczoraj i jego niewyglądająca pomocnica, diabetyczka ma bucowatego męża, żeby widzowie jej współczuli i namawiali na romans z policjantem. Teściów ma nie wiadomo po co, a dzieci ma, żeby miał kto znaleźć trzecie zwłoki. Policjant ma kaca i problemy ze snem, a poza tym ma domek letniskowy wielkości półtorej stodoły, z kafelkami, duperelkami, kranikami, dywanikami, sidingiem z piaskowca, schodkami, tarasem i innym chujwicem. Pomocnica policjanta ma za ciasne spodnie, przez co w skłonach trochę się z nich wylewa, a przełożona policjanta ma fatalną scenografię charakteryzację.
- Makijaż.
Nie, to nie wygląda jak makijaż, to wygląda jak scenografia charakteryzacja. Zrobiona dwa tygodnie temu. W autobusie. Jadącym po wybojach. W zimie i z otwartym oknem.

Jest nudno, jest bezpłciowo, połowa postaci pojawia się na ekranie po nic, druga połowa pojawia się po coś, ale tego czegoś nie umie odnaleźć w scenariuszu, wszyscy chodzą albo jeżdżą, przy czym zdecydowanie dłużej chodzą (najdłuższa scena jeżdżenia - 40 sekund, najdłuższa scena chodzenia - 91 sekund), okazjonalnie biegają, a każdy przynajmniej dwukrotnie filmowany jest z profilu, bo scenarzysta usłyszał gdzieś określenie "profiler", tylko zapomniał wytłumaczyć reżyserowi, o co kaman. Morza szum, ptaków śpiew, złota plaża pośród drzew, a wszystkie zwłoki okazują się w dodatku otrute, bo jeżeli kochać, to nie indywidualnie, a jeśli zabijać, to na amen.
- Jak to "otrute"?
Normalnie. Akonityną.
- Możesz sobie oszczędzić dalszego ciągu - powiedział pisarz Clempner - To zupełna bzdura. Historia musi nosić przynajmniej pozory prawdopodobieństwa. Poza tym, mój drogi, zaczynasz się powtarzać. Akonityna była już raz, w mojej poprzedniej książce. Sam mi ją doradziłeś.
- Co to szkodzi?
- zdziwił się Graumer - To bardzo dobra trucizna, proszę pana.
Bo ja wiem, czy dobra? Jedna z ofiar zostaje otruta o 16:00, umiera koło drugiej w nocy, a w międzyczasie chla wódkę szklankami jak stary szyper, tańczy, śpiewa i szykuje się do cudzołożenia, a kopie w kalendarz, bo wali z dyńki w grzejnik, skutkiem czego jest krwiak podtwardówkowy i takie tam pierdółki.
- Ale mówiłeś, że ją otruto.
Nie ja. Scenarzysta. Który fakt otrucia i substancję trującą rozpoznaje po karcie dentystycznej ofiary. Chyba, że to jakiś proceduralny skrót myślowy, którego nie złapałem.

Objawy: paskowate plamy na twarzy i zanik zdolności aktorskich

O właśnie! Skoro fabuła siedzi, postacie leżą, a o aktorstwie szkoda mówić (spoko-Maroko - i tak powiem), to może chociaż ąturaż zadziała i jakimś sensownym proceduralem polecimy? Nie, nie polecimy. Wzbijemy się... i zaryjemy w glebę. Proceduralnie film jest na poziomie kreskówki o psie Pluto - główny policjant co pięć minut sięga po pistolet (oczywiście, przeładowując go z trzaskiem i rozmachem), raport na temat denata zawiera przede wszystkim informację o wzroście, ale nie zawiera informacji o wieku, policja leci z komunikatem do mediów przed otrzymaniem jakichkolwiek danych autopsyjnych, jednorazowo podaną truciznę wykrywa się w szkielecie przez 40 lat moknącym sobie na deszczu, opis osoby śledzonej...
- Jak była ubrana?
- Dżinsowa kurtka, koturny, generalnie dramat

No, ja myślę. W chłodny majowy dzień na ulicę wychodzi kobieta ubrana w kurtkę i koturny. Dramat wychłodzonych nerek i wyziębionej wiadomej cewki. Z drugiej strony, to jednak ułatwia zadanie inwigilatorom - kobietę świecącą gołym parterem raczej ciężko zgubić.
Filmowi policjanci, oczywiście, gubią.

- Czemu nie zabezpieczyliście terenu? - pyta pani komisarz.
- Bo nie mieliśmy czym - odpowiada policjantka. Która ma telefon komórkowy, numer do komendy, "Halo, znaleźliśmy zwłoki zamieszane w sprawę morderstwa, czy ktoś mógłby tu podjechać z taśmą klejącą, znakiem zakazu wjazdu i może ze dwoma posterunkowymi?"
- Kto znalazł ciało?
- Chyba tamten biegacz
- Chyba? Czemu go nie przesłuchałaś?
- Bo jestem tu sama.

Nie, nie jest pani sama, pani aspirant. Tuż obok stoi posterunkowy, który może przypilnować zwłok, odganiać przechodniów, wołać o pomoc, zamawiać pizzę, dawać łapę albo włazić pod kanapę. 

Policjanci z Gdyni ni z tego ni z owego przyjeżdżają na Hel, wparowują do budynku tamtejszej komendy i... i po prostu rozsiadają się w jakimś pokoju, zajmują biurka, korzystają z komputerów - nikt im złego słowa nie powie, nikt nie zapyta, kim są, co tu robią - wleźli to wleźli, po kiego drążyć. Pamiętajcie, gdyby was sparło w podróży i chcielibyście sprawdzić pocztę czy Twittera, to walcie jak w dym na najbliższą komendę - dostęp łatwiejszy niż w kafejce internetowej.

Wszystkie rybki śpią w jeziorze, a policjant śpi na służbie

Niechlujność. Oto, co wychodzi z tego serialu - wielka, tłusta niechlujność. Nikt nie pilnuje scenariusza, nikt nie pilnuje aktorów, nikt nie pilnuje sensu, nikt nie pamięta, co kręcono w poprzedniej scenie, ba! nikt nie pamięta, co postaci powiedziały dwie sekundy wcześniej. Drugie zwłoki przychodzą do baru i zamawiają "wódkę z colą i od razu podwójny dżin z tonikiem".
Co leje barman? Barman leje setę czystej. Zwłoki wypijają.
- Powtórzyć? - pyta barman?
Zwłoki kiwają głową, barman powtarza setę, zwłoki wypijają setę. Ale ponieważ aktor, grający barmana pamięta, że coś ktoś chyba o coli wspominał, po parunastu sekundach sięga po szklankę, taką herbacianą, leje do niej colę i stawia na pustym już barze. I stoi sobie ta szklanka, bąbelki puszczając, nikt się biedaczką nie interesuje...

Diabetyczka w ciężkim stresie kryminalno-uczuciowym rezygnuje z zastrzyku insuliny, za to wybiera się na długą morską przejażdżkę zdezelowaną krypą, upieprzonego tortem smartfona myje się długo w strumieniu wody z kranu, kobieta szukająca w lesie ustronnego miejsca w celu... no, wiecie, dyskretnym... wybiera sam środek wielkiej polanki, możliwie najdalej od drzewek, krzaczków i innych osłon, policjanci przez dwa odcinki zastanawiają się, dlaczego siostra pojechała na miejsce, w którym zginął jej brat... Lista filmowych idiotyzmów długa jest jak stąd do Bollywood.

A dialogi... Święty Korneliuszu, patronie chorych na grypę!

- Patrz, w bunkrze jest szkielet - mówi policjant i pokazuje diabetyczce fotografię.
- Jezu, straszne - odpowiada kobieta z cukrzycą wymalowaną na twarzy - I moje dzieci tam były!
- I moje życie też się nie ułożyło, jak tego chciałem -
szepce policjant. 
/Facepalm/
I tu następuje pocałunek.
/Facepalm deską/

Ćwiczenie dykcji - przygryzając język powiedz "Juliusz Słowacki"

- To nie są najlepsze zabawy dla ciebie!
- A bo ty najlepiej wiesz, jakie są zabawy dla mnie!
- Wiem lepiej niż ten dupek!
- Dupek?
- Tak, dupek! Smutny dupek!
- Nie mów tak o nim!
- Bo?
- Bo to akurat nie on jest dupkiem!
- Tak? A kto?
- Pomyśl! Może kto inny!

Strzelam: autor takich dialogów?

- Czym się zajmujesz na życie? - pyta policjant diabetyczkę.
Srsly? "Czym się zajmujesz na życie"? Rozumiem, że serial jest na licencji, że to kalka szwedzkiego "Morden i Sandhamn" i że dialogi pewnie wzięto z angielskich napisów znalezionych na Chomiku, ale naprawdę nie można było przyłożyć się do pracy i przejrzeć je przed nagraniem? Hę? Ktokolwiek? Odrobinę?

- Nie byłaś u doktora Żarnowskiego od dwóch miesięcy, on jest twoim lekarzem prowadzącym, musi mieć pełny wgląd.
- Wgląd w co?

No, właśnie, w co powinien mieć wgląd lekarz prowadzący diabetyczkę? Może w wyciąg z konta? Może w rurę wydechową samochodu jej męża? Może w sekretne recepisy kucharza Bartoliniego? Zdradźcie nam tę tajemnicę.
- W przebieg twojej choroby.
O, kurde, na to nie wpadłem...

Profiler prawy i profiler lewy

Aktorstwa w serialu nie ma. Wojciech Zieliński gra dwiema minami, z których jedna wyraża weltschmerz na tle gastrycznym, a druga odwrotnie, Magdalena Boczarska posługuje się jedynym, pełnym niesmaku grymasem lewego policzka, wyrażając nim 95 % emocji (pozostałe 5% wyraża grymasem całej twarzy uśmiechem). Radosław Pazura jest żałosny łamane przez żenujący, gorszy nawet niż napisana dla niego rola, Joanna Kulig gra jak absolwentka bułgarskiego studium bibliotekoznawstwa, Zdzisław Wardejn daje radę, ale tym, że daje, zbyt odbiega od średniej serialowej, więc twórcy każą mu zrobić z siebie idiotę, a ponieważ Zdzisław Wardejn jest ze starej szkoły aktorskiej (reżyser ma prawo do swojej wizji) i ze starego portfela (emeryta nie stać na grymasy) - robi z siebie idiotę, co jest przykre. O roli Magdaleny Zawadzkiej nie mówimy, bo nie było żadnej roli, Małgorzata Rożniatowska była przeciętna nawet jak na ten serial, a Dorotę Kolak zmarnowano w "Zbrodni" ze szczętem, w dodatku paprząc ją jakąś dziwną gipsowo-tłustawą mazią. I to paprząc niedokładnie, przez co wyglądała jak ćwierć-zombie i powinna wytrzaskać po twarzach scenarzystę, reżysera i charakteryzatora, przy czym charakteryzatora powinna wytrzaskać dorszem.

Zdjęcia średnie. Morze było ładne, ale sfilmować ładnie morze potrafiłby nawet piętnastolatek. A niepotrzebnie dziwaczyć perspektywę i zbliżenia - tego nie robiłby nawet piętnastolatek, bo A) niby po co? B) jeśli się snobować na miszcza kamery, to lepiej z sensem i nie w prostej historyjce o zwłokach walących z bańki w kaloryfer.

Skandynawskie kryminały zazwyczaj mają jakiś klimat, "a to dlatego, że nie ma słońca". Bohaterowie mają popękane życie prywatne, solidni mieszczanie skrywają mroczne tajemnice z przeszłości, zbrodnie są smutne, śledztwo jest przykre, czytelnik/widz chce się napić... Ale nie z polskimi filmowcami takie numery! W polskim serialu według szwedzkiego kryminału wszystko jest śliczne, słoneczne, cukierkowe, klimatu nie ma nawet za pięć groszy, przykre są dialogi, smutna jest reżyseria, a solidni mieszczanie wyginają ciało śmiało, fałszując "Małgośkę" Rodowicz.

Nie warto. Nie oglądałem szwedzkiego pierwowzoru, nie czytałem, będącej podstawą scenariusza książki Viveki Sten "Na spokojnych wodach", ale na pewno są lepsze od polskiej wersji. Bo od polskiej wersji AXN lepsze będzie cokolwiek - etykieta na puszce zielonego groszku, żółty jesienny liść albo spoty wyborcze Eryka Brodnickiego.

Rano przeszedł huragan. Wieczorem przeszedł gumiak.



Varia
1.
"Zbrodnię" zrobił duet odpowiedzialny za niedawny serial kryminalny "Paradoks" - Greg Zgliński (reżyseria) i Igor Brejdygant (scenariusz). Zgłaszam formalny wniosek, żeby w najbliższym czasie nie dawać im kryminałów do kręcenia. Romanse, reklamy, dramaty z życia wyższych sfer hipsterskich - proszę bardzo, ale od porządnej zbrodni i przyzwoitych śledztw niech trzymają się z daleka.
2. Kiedy grany przez Radosława Pazurę bucowaty mąż dzwoni do diabetyczki, na jej umytym pod kranem telefonie pokazuje się informacja o przychodzącym połączeniu. Fotka męża i popis "Cezary". Och, chilarjus.
3. Polski kryminał, więc bohaterowie muszą palić papierosy. Taka klisza. W serialach-tasiemcach mówi się: "Muszę z tobą porozmawiać", w filmach wojennych mówi się "Chce mi się żyć, rozumiesz? Cholernie chce mi się żyć", w dramatach psychologicznych pokazuje się cycki, a w kryminałach musi być ciepła wódka z gwinta i papierosy. Ale, przepraszam, nie można by zatrudniać aktorów palących? Już się nie upieram, że powinni umieć grać, ale niech choć potrafią palić.
4. Film wyprodukowała stacja AXN, a aktorzy spędzili na planie 16 dni zdjęciowych. Z czego większość w Gdyni. Naprawdę, nie wiem, po co to piszę...
5. Recykling ekipy: II reżyser zagrał kierowcę. Nie sprawdzałem, którego - film był tak beznadziejny, że nisko mi to wisi. Stawiam, że tego, którego główny bohater legitymuje na początku pierwszego odcinka, bo innych kierowców w tym serialu nie pamiętam.

Po seansie pan Zenek postanowił znaleźć scenarzystę i reżysera.


============
Zbrodnia
2014
Czas:
3 x 43 minuty
Reżyseria: Greg Zgliński
Scenariusz: Igor Brejdygant
Obsada: Wojciech Zieliński, Magdalena Boczarska, Radosław Pazura, Magdalena Zawadzka, Zdzisław Wardejn, Joanna Kulig, Dorota Kolak, Małgorzata Rożniatowska, Andrzej Andrzejewski, Maria Maj, Mariusz Saniternik i inni.

2014-11-03

Szatan z siódmej klasy [1960]

- Na boga, Holmesie, jak na to wpadłeś?
- Drogą dedukcji, drogi Watsonie.


Dziś odpowiadać będą: Kaczanowski, Ostrowicki... i Wnuk.

Adaś Cisowski też wpadał i też drogą dedukcji, dzięki czemu ratował kolegów szkolnych z kłopotów, a profesora Gąsowskiego...
Nie, no - bez żartów. Jest na sali ktoś, kto nie czytał "Szatana z siódmej klasy"? Jest w tym kraju jakakolwiek piśmienna i czytanna osoba w wieku +25, która nie zna tej książki Kornela Makuszyńskiego? Rozumiem, że można nie znać "Listu z tamtego świata" (doradzam poznanie), rozumiem, że można nie znać "Dziewięciu kochanek kawalera Dorna", "Złamanego miecza", czy "Przyjaciela wesołego diabła", ale "Szatana z siódmej klasy" znać trzeba, więc jeśli ktoś nie zna - tam jest antykwariat, wchodzicie, kłaniacie się nóżką i pytacie, czy pan szanowny posiada inkryminowaną książkę, ale koniecznie w wydaniu z roku 1958 lub 1961, z ilustracjami Zbigniewa Piotrowskiego. Jeśli posiada - nabywacie i czytacie, jeśli nie posiada - idziecie do innego antykwariatu albo na Allegro, albo do wujka/babci/sąsiada. Wersje bez ilustracji Zbigniewa Piotrowskiego tolerowane są tylko w przypadku zamieszkiwania w amazońskich ostępach, tundrze, tajdze lub przedmieściach Timbuktu i wynikających z tego obiektywnych trudności w zdobyciu odpowiedniego wydania.

Dobra, zatem wiemy na czym stoimy - gimnazjalny detektyw, roztargniony profesor, Wanda o fiołkowych oczach, tajemnica znikających drzwi, malarz, co ukradł, a mówi, że znalazł, Francuz martwy od lat stu, Francuz żywy od lat trzydziestu i gromadka młodzianków świętych w krótkich spodenkach. Tajemnica, skarb, szyfry i jedyny w swoim rodzaju styl Makuszyńskiego, uśmiechnięty (czasem smutno), rozgadany, naćkany cytatami i odniesieniami.

Mamusia pisze, że Francuz ukradł drzwi, a ktoś ukradł Francuza...

"Szatana..." próbowano nakręcić jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Scenariusz napisał tercet Kornel Makuszyński, Konrad Tom (wiadomo - firma) i Eugeniusz Bunda (scenarzysta "Sygnałów", "Reny" i "Granicy", za kamerą stanąć miał inż. Seweryn Steinwurzel (też firma), muzykę pisał Henryk Wars... Szykował się chyba prawdziwy hicior, niestety, przyszła wojna i produkcję szlag trafił.

Minęło trzysta strzałów znikąd (czyli w przeliczeniu na jednostki ze świata realnego - 21 lat) i za "Szatana..." wzięła się Maria Kaniewska, reżyserka świeżutkiej jeszcze "Awantury o Basię". Do pisania scenariusza zaprosiła Romana Niewiarowicza (autora scenariusza "Skarbu" i odtwórcę roli Walickiego w "Awanturze o Basię"), zaangażowała część ekipy technicznej ze swojego poprzedniego filmu, tu coś z książki wycięła, tu coś dodała...

Oczywiście, w 1960 roku mowy być nie mogło o kręceniu filmu w realiach dwudziestolecia międzywojennego. Akcję przeniesiono w lata współczesne twórcom filmu, dworek rodziny Gąsowskich, podupadający na skutek matematycznych pasji brata profesora przerobiono na dworek Żegotów, przejęty przez państwo, a brat profesora zatrudniony został na etacie konserwatora poszlacheckich zabytków. Dwudziestolecie wyparowało - w filmie ostatni Żegota zginął w czasie I wojny światowej, potem od razu była II wojna i partyzanci, a w 1945 roku "państwo zaopiekowało się tymi starymi murami". Pojawiła się także dzielna Milicja Obywatelska, dzięki której zło zostało ukarane.
- Nie dzięki Adasiowi? 
Dzięki Adasiowi zło zostało zdemaskowane - karaniem zajmą się już odpowiednie organy.
Na szczęście zmiany są kosmetyczne, ideologia z kątów nie wyłazi i w pięty nie kąsa. Ot, lekki, leciutki kompromis z cenzurą, żeby czerwony wilk był syty, a filmowa owca mogła wejść na ekrany.

Uduszenie przez pończoszkę i owszem, ale z malowaniem to ja nie bardzo...

Jak wyszło? Kiedy byłem dzieckiem i nie znałem jeszcze wersji książkowej, film mi się podobał, nawet bardzo, potem dalej byłem dzieckiem, ale książkę już przeczytałem kilka razy i film podobał mi się mniej, a dziś nie jestem dzieckiem i...
- I ci się nie podoba, marudo?
...i myślę sobie, że to nie jest film dla mnie, bo raz - już go znam i to na wyrywki, więc tym razem zero zaskoczeń, a i książkę przeczytałem parę... niech będzie, że "naście", choć chyba więcej razy, dwa - jak wspomniałem, nie jestem już dzieckiem i sami wiecie, jak to jest - patrzy dorosły na Teletubisie i wyje estetycznie, a bobasa ciężko oderwać od ekranu.
- Yyyy, że niby kolega Cisowski to Teletubiś?
Że niby taka ćwierć-paralela i nie łapcie mnie za słówka, dobrze?

Mogę sobie marudzić: że tego nie było, tamto wycięto, że niemal wszystko, co we frazie Makuszyńskiego najlepsze - wyparowało, ledwo co się ostało w dialogach, ale też bez najciekawszych "smaczków", mogę się czepiać, że gra niektórych aktorów drewnem zalatuje, a od innych teatrem wionie, że bohaterowie zdecydowanie za długo chodzą, że co komu szkodziła matematyczność Iwo Gąsowskiego i migreny jego żony, że... że... że... Mogę zatem marudzić, ale przecież ten film nie jest dla mnie. Już nie jest, bo kiedy był - jak pisałem - podobał mi się, a na niuanse miałem ogólnie wyczesane, zwłaszcza że jeszcze chyba nie znałem słowa "niuans". Może więc i współczesna dzieciarnia łyknęłaby ten film bez grymaszenia?
- Mhm, czarno-biały, bez strzelanin...
O, przepraszam, strzelanina jest!
- Bez magii...
Za to jest zagadka i poszukiwanie skarbu. Niezbyt wprawdzie efektownego, ale zawsze to jednak skarb.

No, Wandziu, "Tam skarb twój, gdzie serce twoje" - z której to książki?

Aktorsko film jest bardzo nierówny, przy czym niekoniecznie jest to wina samych aktorów. czasem z ekranu wyłażą czas i ówczesna maniera gry, czasem niedoświadczenie, a czasem po prostu brak pomysłu na rolę. Tak działo się na przykład w przypadku Kazimierza Wichniarza i Krystyny Krakowskiej - jemu z postaci Iwo Gąsowskiego zostawiono brodę, jej zamiast migren i smutku doklejono przestraszone okrzyki, zamiast ciekawych postaci dostaliśmy figurki, które na ekranie są, bo muszą być, a aktorzy dostali zadanie ożywienia figurek. Oboje robili, co mogli i nie zagrali źle, ale.. ale czegoś ich postaciom brakowało. Bo w sumie nie mogło nie brakować. 

W roli Adama Cisowskiego zadebiutował student łódzkiej "filmówki" Józef Skwark i wypadł naprawdę nieźle. Był odpowiednio młodzieńczy, kiedy trzeba entuzjastyczny, kiedy trzeba ironiczny, a że czasem sztywny... Takie aktorskie czasy i style. Na tyle zrósł mi się z postacią, że nie pamiętałem zupełnie, iż książkowy Adaś "był to nieforemny chłopak, nieco pękaty, z rozmierzwioną czupryną; sądząc o jego budowie, musiał być sprężysty i silny" czyli kompletne przeciwieństwo szczuplutkiego, efebkowatego Skwarka. Znacznie słabiej od Skwarka wypadła debiutująca również Pola Raksa, ale primo - miała koszmarną fryzurę, secundo - gdy dziś ogląda się ten film, widać, że jej "słabiej" można było poprawić, gdyby tylko ktoś powiedział: "Stop. Jeszcze raz. Droga Polu, kiedy mówisz, to... a kiedy patrzysz, to..." czyli po prostu popracował z debiutantką jeszcze trochę dłużej.
- Ale wiesz, że jesteś nieobiektywny?
 Kto się nie kochał w Marusi, niech pierwszy rzuci... Albo nie, niech lepiej niczym nie rzuca. Ważne, że tych kochających się w Marusi było parę razy więcej niż tych kochających się w Lidce, nie wspominając o marginesie marginesu, kochającym się w Marynie.

O, proszę: recenzja w "Filipince", "Przekrój" pochwalił i "Świat Młodych"...

Profesora Gąsowskiego zagrał Stanisław Milski i zagrał go świetnie z klasą, wdziękiem i dystansem. Choć też miał fatalną fryzurę... W drugim planie błysnął Mieczysław Czechowicz, który rolę malarza oparł na swoich postaciach z Kabaretu Starszych Panów, dodając trochę koniecznej brutalności, Czesław Lasota w roli drugiego draba też był przekonujący, Ryszard Ronczewski homantycznie ciehpiał, Ryszard Barycz chyba nieźle się bawił teatralną konwencją, Aleksander Fogiel mignął tylko przez moment, ale był klasycznym Aleksandrem Foglem, którego wszyscy lubimy. Za to najwięcej działo się w tle, w trzecim planie, w epizodzikach... Janusza Kłosińskiego w roli dziedzica Żegoty i chechnastu portretów poznali wszyscy, Jana Pawła Kruka pewnie także, bo to dość charakterystyczna facjata, pytanie o Macieja Damięckiego byłoby nietaktem, ale czy ktoś rozpoznał w jednym z uczniów Jerzego Łapińskiego czyli posła Gromosława Jemiołę ze "Złotopolskich"  Ciaracha z "Bidga idzie" i Jana Siejbę ze "Zmowy"? A w innym z uczniów - Leonarda Pietraszaka (w scenie w klasie tańczy z Adasiem przy tablicy, a potem siedzi w rogu, koło mapy)? A poznajecie tego harcerza w pierwszej ławce? We własnej, nieśpiewającej jeszcze osobie - Krzysztof Krawczyk. Jeśli mnie wzrok nie myli - w ławce pod oknem siedzi Roman Załuski, późniejszy reżyser "Kardiogramu", "Wściekłego" i "Och, Karol". Pewnie gdyby uważniej przyjrzeć się klasie, można by rozpoznać parę znanych później postaci filmu polskiego, ale nie podejmę się - starczy mi mozół, z jakim kojarzyłem z twarzami aktorów wymienionych w obsadzie (żeby nie było, że jestem takie Sokole Oko - wiedziałem, kogo i kiedy szukać).

Poza kwestiami literackimi, fabularnymi czy aktorskimi, warto zwrócić uwagę na techniczną stronę filmu. Świetne zdjęcia tercetu Antoni Wójtowicz, Jacek Korcelli, Ludwik Pełka, wzorowa praca światłem Tadeusza Zająca, czyściutki dźwięk, za który odpowiadał Stanisław Urbaniak... Solidne rzemiosło w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Można. A jeśli macie dzieci w odpowiednim wieku, to może nawet warto obejrzeć wspólnie. Choć najlepiej podrzucić potomkowi książkę - koniecznie wydanie z ilustracjami Zbigniewa Piotrowskiego.

A jeśli dzieci nie zechcą...


Varia
1. Zdjęcia kręcono w Płocku (sceny szkolne) i Łącku (sceny pałacowe), a sądząc po zdjęciach z planu (np. takich), ekipa musiała się nieźle bawić.
2. Łakomą siostrzyczkę Adasia Cisowskiego (w książce lody zeżarł brat) zagrała Małgosia Piekarska - Basia Bzowska z "Awantury o Basię". W "Szatanie..." postać grana przez dziewczynkę także nosi imię Basia.
3. Józef Skwark swoją kolejną rolę filmową zagrał... siedzicie? To usiądźcie... w 2007 roku. Pojawił się w tle w "Klanie", potem w epizodziku w serialu "Dwie strony medalu", aż wreszcie zagrał księdza Zygmunta w "Plebanii". Ról teatralnych, także w spektaklach telewizyjnych, ma za to hohoho i jeszcze trochę. "Trochę mnie to przerosło, uciekałem przed nadmiarem popularności, z trudem znosiłem docinki moich pedagogów. Potem okazało się, że jestem tak bardzo identyfikowany z tą postacią, że dalsza kariera w filmie jest dla mnie zamknięta. Pewnie w dzisiejszych czasach byłoby inaczej" - mówił Skwark po latach. Na pewno by było - taki start... Cóż, gratulacje dla pedagogów.
4. Ze zdjęć w Fototece wynika, że do roli malarza kandydowali także także Henryk Bąk i Ryszard Pietruski, do roli profesora - Józef Maliszewski, jako ewentualnego Adasia brano pod uwagę Stefana Friedmana i Jerzego Nasierowskiego, a Wandą chciały zostać także Magdalena Celówna i Elżbieta Czyżewska.  
5. "Już za parę dni, za dni parę wezmę plecak swój i gitaaaaarę..."  - wszyscy znają, wszyscy śpiewali, wszyscy więc powinni wiedzieć, że muzykę napisał Witold Krzemieński, a słowa Ludwik Jerzy Kern.
6. Współautor scenariusza Roman Niewiarowicz życiorys miał arcyciekawy - na trzy filmy, w tym jeden sensacyjny i jeden mroczny dramat, ale o tym może porozmawiamy, jeśli na Poliszmuwi trafi "Awantura o Basię" albo "Skarb".
7. W 2006 Kazimierz Tarnas nakręcił nową wersję "Szatana z siódmej klasy" (plus serial TV). Postaram się jak najdłużej unikać pisania o tym filmie, bo mógłbym przekroczyć granice obrony koniecznej i dopuszczalnego stężenia bluzgów na metr kwadratowy. Wspomnę tylko, że w filmie Tarnasa pojawiała się reżyserka pierwszej wersji, Maria Kaniewska - zagrała gospodynię księdza.
8. Oryginalny "szatan" był z klasy siódmej, ale w międzyczasie było parę reform systemu szkolnictwa i kiedy profesor Gąsowski wchodzi do klasy, na drzwiach widzimy napis "X B".

 - Grdyka jak śnieg biała... - pomyślał pan Żegota.


============
Szatan z siódmej klasy
[1960]
Czas:
105 minut
Reżyseria: Maria Kaniewska
Scenariusz: Maria Kaniewska, Roman Niewiarowicz
Obsada: Józef Skwark, Stanisław Milski, Pola Raksa, Krystyna Karkowska, Kazimierz Wichniarz, Ryszard Ronczewski, Mieczysław Czechowicz, Czesław Lasota, Ryszard Barycz, Aleksander Fogiel i inni.