2014-12-08

Ich dzień powszedni [1963]

"Jeszcze się wszystko da odkręcić,
jeszcze się przecież nic nie stało..."


Choć przecież może się zdarzyć. Bo każdemu może się zdarzyć...

Półeczka spadła.
Znowu.
- A mówiłem: kupić 20 deko gipsu, zastrugać dwa kołki, wbić w ścianę!
- Proszę bardzo, zrób to.

Nitka i Andrzej byli małżeństwem z wieloletnią wprawą - od miziania do fochów potrafili przejść w parę sekund, a pół minuty wystarczyło im, żeby tę trasę pokonać trzykrotnie, w tym raz z poślizgiem kontrolowanym.

Niestety, pewnego razu postanowili spróbować jazdy bez trzymanki - oboje poszli w bluff i zanim się spostrzegli, jedno pojechało do Nowego Targu do stryja Henryka, a drugie nie pojechało do Rohatyni.
- Do Rohatynia!
Nie imputujcie mi tu. Wszyscy wyraźnie mówili, że do Rohatyni, a poza tym Rohatyń leży za granicą i do podróży potrzebny byłby paszport albo chociaż wkładka na demoludy, a nie bilet klasy drugiej i jedna malutka walizeczka.
- A gdzie leży Rohatynia?
A bo ja wiem? W każdym razie musi to być jakieś wielkie miasto, bo skoro z Łodzi jeździł tam bezpośredni pociąg, a do takich Podddębic tylko autobus...

I brzuszek pan wciągnął, i herbatniki kupił, i "Przemysławką" nastrój zrobił...

Tak czy owak drogi małżeństwa się rozeszły. Początkowo wydawało się, że to tylko chwilowe "a właśnie, że nie przeproszę pierwszy/-a", ale na życiowej drodze Andrzeja pojawiła się piękna kobieta, którą potraktował strychniną.
- Sinobrody?
Nie, lekarz pogotowia, a kobieta nażarła się jakichś raphacholinów czy innego valium i trzeba ją było odwieźć na płukanie żołądka.
- Strychniną?
Wątpię. Strychninę stosowano wówczas jako środek pobudzający, a co stosowano do płukania żołądka, tego nie wiem, były to bowiem zamierzchłe czasy, w których pracownicy pogotowia wsiadając do karetki, zakładali kaski motocyklowe.
- Pacjentom? 
Sobie.

Piękna kobieta miała piękną siostrę, piękna siostra miała ochotę na doktora Andrzeja, a doktor Andrzej zaczął mieć ochotę na nią. Na tyle zaczął mieć, że zrezygnował z urlopu i opłaconych wczasów, a skupił się na procedurze zaciągania siostry do mieszkania, częstowania alkoholem i pumperniklem... i jakoś tak, nie wiedzieć, kiedy "w kącie maleńki fortepianik, przemiły wieczór dusz harmonia, dwanaście świec paliło się"...
- Trzasnął policzek, potem drzwi? 
Przeciwnie. Rozbłysły zmysły, zgasło światło...

Klasyka gatunku: on, ona i żona. I nagle ta żona wraca. 
- Strychniną ją!
No, co wy - przecież on kocha żonę. Może się wkurzać, może być znudzony, może fochować agresywnie, choć w gruncie rzeczy obronnie, ale to przecież jego stara, dobra żona - efektowna, inteligentna, przewidywalna i przewidująca, znająca na pamięć wady i zalety swojego mężusia, wiedząca, kiedy powiedzieć "Och, jaki ty jesteś mądry", kiedy podać ciepłą herbatę i kapcie, a kiedy wspólnie posłuchać "Strasznego dworu" i porozmawiać o filozofach, próbujących przy pomocy Lacana wyjaśnić spadek jakości wędzonych szprotek importowanych z Litwy.

Ale ja podwawelską...

- A piękna siostra?
Cóż, piękna siostra to zupełnie inna pieśń. Piękna, ale za młoda. Kocha, w oczy patrzy, ale muzyki słucha za głośno (i to w dodatku nie Moniuszki, a jakiegoś jazzu), wspólnie nudzić się nie chce, na miasto ciągnie, gdy człowiek by sobie pod pierzynką został, mamusi chciałaby przedstawić, jakieś plany snuje i pewnie za dwadzieścia lat byłaby taka sama jak obecna żona... No, może tylko mniej inteligentna, ale przecież nie na inteligencję polecieliśmy tylko na... No, właśnie na co poleciał doktor Andrzej? Czy z Nitką naprawdę było mu tak fatalnie, czy to może tylko urok nowości? Uderzenie pioruna migdałowych oczu Grażyny czy tęsknota czterdziestolatka za kimś, kto jest po prostu inny niż zwykła codzienna żona, która była, jest i będzie jeszcze przez najbliższe -dzieściaparę lat? A może żadne szukanie czy tęsknota, tylko zwykłe korzystanie z okazji, która sama pcha się w ręce i kto by się tam przejmował powodami, dla których się pcha, zwłaszcza, że przecież to na pewno dlatego, iż jesteśmy piękni, mądrzy, bogaci i wcale nie mamy brzuszka, prawdziwy z nas Belmondo albo nawet Cybulski?
I jak się z tego wszystkiego wyplątać?

- A po co się wyplątywać?
Bo wtedy jest dramat. Zostawienie Nitki byłoby płaskie, prozaiczne i tępawe. Ot, gość poznał ładną dziewczynę, zostawił żonę, wydaje mu się, że odmłodniał, dziewczyna się cieszy, żona cierpi w samotności... Scenarzysta postawił na konflikt.
- Wewnętrzny?
Zewnętrzny. Między żoną i dziewczyną. Z doktora Andrzeja zrobił śliskiego kiśla, który chciałby i boi się, który nagrabił, ale na wszystko ma wytłumaczenie i najlepiej, żeby wszystko rozwiązało się samo, bez jego udziału, niech się baby pokłócą, zdecydują i niech mu któraś powie, co on ma teraz robić, a on posłusznie zrobi. Przy czym, w głębi duszy będąc wdzięcznym za zdjęcie z jego barków decyzji i wszelkiej za nie odpowiedzialności, będzie miał obu kobietom za złe, bo to taki typ Andrzeja - zawsze święty w swym skomplikowaniu i poczuciem winy potrafiący obarczyć nawet młotek, którym sam pracowicie napiernicza się po palcach.

Lekkomyślności swej ty będziesz winną!

Prosta, dobra intryga, zgrabne "pętle" scenariusza, znakomite dialogi, nie popadające w egzaltację ani w infantylność, gdzie trzeba z lekkim dystansem, gdzie trzeba - podbijające dramacik niedopowiedzeniem. Ryzykując lekką przesadę powiem, że "Ich dzień powszedni" powinien stanowić "jazdę obowiązkową" dla dzisiejszych twórców, którym się wydaje, że potrafią pisać scenariusze i kręcić filmy. Większość z nich z historii takiego trójkąta  zrobiłaby niestrawnego i przegadanego gniota, połowa sprowadziłaby ją do pokazania cycków obu konkurentek, paru spazmów i ze czterech bluzgów w scenach kłótni, a co gorliwsi dla poddierżania dramatizma dorzuciliby dylematy aborcyjne, emigrację za chlebem, katastrofę kolejową i szczegółowe życiorysy bohaterów (Nitka, oczywiście, byłaby córką szefa Andrzeja - Krzysztof Zanussi zrobiłby z niej również feministyczną bicz with pejcz). Tymczasem w "Ich dniu powszednim" o bohaterach wiemy niewiele - tyle, ile musimy i w nosie mamy, skąd przychodzą, dokąd zmierzają, kim są z pochodzenia, co się stało z trującą się siostrą (starczy, że przeżyła i się wyprowadziła - po co więcej?). Liczy się przede wszystkim historia i dobre jej opowiedzenie, skrojone z czechowowską precyzją i idealne dopasowane do aktorów.

Bo liczy się także aktorstwo. Zbigniew Cybulski w roli Andrzeja był naprawdę niezły - uroczy, ale słaby, pogubiony, ale nie na miarę dylematów pokoleniowych, tylko na miałkie "uda się wymigać czy trzeba będzie pocierpieć?" Może momentami za bardzo skręcał w stronę komedii, ale zgrywało się to z nieco teatralną manierą Aleksandry Śląskiej i budowało potrzebny w intrydze małżeński kontrast między dojrzałą Nitką i rozpieszczonym, chłoptasiowatym Andrzejem, którego dorosłość sprowadza się w sumie tylko do odpowiedzialnej pracy i krawata. Na szczęście rola Nitki była na tyle dobrze napisana, że "teatralność" warsztatu Śląskiej ustępowała jej naturalności i aktorkę w "Ich dniu powszednim" oglądało się o wiele lepiej niż w innych filmach. W drugim planie świetnie wypadła Barbara Kraftówna, w trzecim planie dali się zapamiętać Zofia Kucówna, Barbara Brylska i Franciszek Pieczka, nieco bezbarwne mignął Leon Niemczyk...

Trzy dwie zapałki kolejno zapalone nocą...

Ale cały film ukradła kolegom aktorom Pola Raksa.
- O, znowu będziesz "marusiował"?
Nie, nie będę - sentymenty czy uroda Poli Raksy nie mają tu nic do rzeczy, to nie wystarczyłoby nawet na pół postaci. Rolę Grażyny bardzo łatwo było położyć - wystarczyło gdzieś zagrać "bardziej", a gdzieś zagrać "mniej", tu się żachnąć zbytnio, tu czegoś nie docisnąć, przesadzić z miną... Tymczasem Pola Raksa zagrała idealnie - dokładnie tak, jak trzeba było i dokładnie tyle, ile było trzeba. Za tupetem nastolatki chowała jej samotność, za ironicznymi tekstami pod adresem Andrzeja - gniew wymieszany z rozpaczliwą potrzebą bliskości bez względu na koszty własne i cudze. Jej smutek nie był tandetnym grymasem i glicerynowymi łzami, ale dyskretnym drgnięciem ust, lekkim załamaniem głosu, ucieczką spojrzeniem, zrezygnowaną świadomością, że i tak nic z tego nie wyjdzie, ale niech chociaż ten tydzień będzie inny od wszystkich dotychczasowo-pustych tygodni. Czasem wystarczyło, żeby gdzieś w dole ekranu zaczęła grać dłońmi, żeby scena zaczynała kipieć od emocji. Nazwijcie mnie naiwnym, ale "kupiłem" grę Poli Raksy od pierwszych scen do ostatnich, od ironicznych prztyczków w Andrzeja, po scenę rozmowy z Nitką (świetną w wykonaniu obu aktorek), "kupiłem" autentyzm samotności Grażyny, "kupiłem" jej pozorny luz, nastoletni gniew, złośliwostki, dojrzały smutek oczekiwania i bardzo mnie to uwierało we wrodzony cynizm, więc postanowiłem, że skisnę, a znajdę w jej grze coś, do czego będę mógł się przyczepić.
I znalazłem. W dwóch ujęciach. Ale i tak okazało się, że czepiać powinienem się reżysera i kamerzysty.
Zaryzykuję przesadę ponownie i napiszę, że jeśli nie był to najlepszy film Poli Raksy jaki widziałem, to na pewno jeden z najlepszych.

Muzyka Tadeusza Bairda nieinwazyjna, momenty Andrzeja Trzaskowskiego rozpoznawalne, solidne zdjęcia Jana Janczewskiego (kręcił także m.in. "Dotknięcie nocy" Barei i "Mistrza" Jerzego Antczaka).

Warto.

Oko za oko, szpila za szpilę
 

Varia
1. "Trzeba się spieszyć, bo pociąg nie będzie czekać" - mówi do Nitki Andrzej. Niecałe cztery lata później Zbigniew Cybulski też spieszył się na pociąg...
2. "Ich dzień powszedni" był reżyserskim debiutem Aleksandra Ścibora-Rylskiego. Bardziej niż udanym debiutem.
- A tyle razy mówiłeś, że reżyser nie powinien kręcić filmu według scenariusza, który napisał. 
Mówiłem. Tylko, że tu było odwrotnie - to scenarzysta reżyserował.
3. Przy okazji oglądania "Zbrodniarza i panny" wspominałem o zwyczaju "kręcenia" kawy Marago - w "Ich dniu powszednim" można sobie ową czynność obejrzeć. Kurczę, a może by tak spróbować na Nesce?
4. W roli Poddębic wystąpiły Poddębice, a dokładniej plac Kościuszki. 
5. A półeczka?
Spadła znowu.
- A mówiłem: kupić 20 deko gipsu, zastrugać dwa kołki, wbić w ścianę...
- Proszę, zrób to.
Oj, dobra, nic nie mówiłem...
6. Wszelkie podobieństwa Andrzejów są, oczywiście, najzupełniej przypadkowe.

I tak się biłem z myślami (obiema), że się półeczka urwała...


============
Ich dzień powszedni
1963
Czas:
92 minuty
Reżyseria: Aleksander Ścibor-Rylski
Scenariusz: Aleksander Ścibor-Rylski
Obsada: Zbigniew Cybulski, Aleksandra Śląska, Pola Raksa, Barbara Krafftówna, Barbara Brylska, Zofia Kucówna, Leon Niemczyk, Franciszek Pieczka i inni.