2015-10-13

Niedaleko Warszawy [1954]

...czyli o dobrej hucie, złym rotmistrzu, wytapianiu planu i lekceważeniu przez Klemensiaka.

Nawet symboliczne fallizmy włączyły się do walki o Plan Sześcioletni!

Niedaleko Warszawy była sobie huta. Wyrosła z krwi i potu polskiego robotnika wyzyskiwanego przez sanacyjnego kolaboranta folksdojczowskiej proweniencji, utuczyła swojego właściciela na biedzie, nędzy i zamówieniach rządzącej ówczesną Polską militarystycznej kliki. Przyszedł jednak dzień sprawiedliwości, w którym jutrzenka swobody i bratnia armia... yyy... No, tak w skrócie to wiadomo: upaństwowienie, rady delegatów robotniczych, spowodowane krecią robotą Amerykanów obiektywne trudności, pomoc towarzyszy radzieckich, współzawodnictwo pracy, nowe kadry, nowe plany, nowe rozwiązania, nowy sekretarz POP...
Komitetu Zakładowego Partii – poinstruował Głos Wewnętrzny, który uważał w czasie seansu.

Entuzjazmem odznaczała się zwłaszcza załoga pieca numer 3, która pod energicznym przewodnictwem młodego wytapiacza Wieniarza opracowała metodę, skracającą czas pojedynczego wytopu o 20, a może nawet 25 minut, co w ciągu roku pozwalało zaoszczędzić fhój piecoroboczogodzin. Tym, że skrócenie czasu wytopu wiązało się ze zwiększonym zużyciem materiałów potrzebnych do palenia w piecu nr 3, co oznaczało konieczność zwiększenia wydobycia węgla na Śląsku i większy nakład środków na transport itede oraz itepe, nikt się nie martwił, bo nie po to wprowadzaliśmy socjalizm, żeby sobie głowę pierdołami zajmować. Grunt, że plan wytopu mógł zostać wykonany i premia leciała.

Naści wam, przodowniku, zupe regeneracyjno, a wkładke zara przyniese

Bardzo dobra stal – zgrzytał zębami pułkownik Hopkins i wraz z łysawym rotmistrzem knuć zaczął, jakby tu zaszkodzić naszej socjalistycznej ojczyźnie, jakby tu sypnąć piach w tryby Planu Sześcioletniego, kłodę pod nogi postępującego uprzemysłowienia rzucić i wsadzić kij w szprychy walki z analfabetyzmem. Nie po raz pierwszy pułkownik Hopkins knuł – na szczęście, dzięki wzorowej postawie naszych pograniczników i wsparciu towarzyszy z NRD...
Znowu wsiąkli na granicy – wzdychał pułkownik Hopkins, wspominając agentów, których wyszkolenie przecież kosztowało, a i wyposażenie też piechotą nie chodzi.
Od słowa do słowa, stanęło na tym, że rotmistrz przeniknie, wniknie i zbrodniczo dokona. Pomóc mu miał w tym dawny przyjaciel, inżynier Przewłocki w bonżurce.

Inżynier Przewłocki w bonżurce miał problem – nowa władza nie aresztowała go pod zarzutem, zostawiła mu willę z ogródkiem i garaż, i auto, i garnitur, i chyba nawet nie podsłuchiwała jego rozmów telefonicznych, ale za to permanentnie szturchała go w autorytet. Pędzący do wykonania planu młodzi robotnicy mieli jego zastrzeżenia w głębokim miazmacie, towarzysz sekretarz doradzał, jak dialektycznie omijać technologiczne „ale”...
Nikt mnie nie szanuje! – marudził inżynier – Ani Wielicki, ani Klemensiak.
W sumie trudno się inżynierowi dziwić. Pomyślcie, jak sami byście się czuli, gdyby nie szanował was nawet Klemensiak.
Opinie o inżynierze nieźle streścił towarzysz porucznik z Urzędu:
Nie okazywał zrozumienia dla gospodarki ludowej. Do świeżo kwalifikowanych kadr robotniczych odnosił się niechętnie.

Rany boskie, Bugajówna, wy jak coś powiecie, to, normalnie, mózg w poprzek...

Najbardziej niechętnie inżynier Przewłocki odnosił się do technicznej inteligencji z awansu i ze szkolenia: do Wandy Bugajówny. Trudno mu się dziwić: Bugajówna była roztrzepana, wtrącała się do wszystkiego, wytykała brak zaangażowania, błędy w obliczeniach robiła, dono^H^H^raporty do dyrekcji sporządzała a najgorsze, że nie wiadomo było, w którą stronę jej dziś odwali: raz popierała w całej rozciągłości wytopiczne innowacje Wieniarza, następnego dnia czepiała się go na potęgę, by dwa dni później „naskoczyć” na inżyniera Przewłockiego, a następnie podkulić korale i przepraszać, że szóstkę pomyliła z czwórką, a sanację z technologią.

Pamiętaj, że cały oddział na ciebie patrzy – instruował towarzysz Wielicki – My tu pchamy kobiety w górę. Musimy znosić szemrania, łamać opory – nawet wśród towarzyszy partyjnych.
Tu następowało chlipanie Bugajówny, kręcenie loczków ma palcu, grzechotanie koralami, ciupy, małdrzyki i inne odruchy bezwarunkowe.
Ja wiem, że kobietom jest znacznie trudniej – uspokajał wicedyrektor przy pomocy patronajzingu.

Ale wróćmy do zbrodniczego rotmistrza, któren przeniknął i... i rozczarował się wielce, bo inżynier Przewłocki stanął okoniem. Nie – powiada – Ja swojego technologicznego ramienia nie przyłożę do sabotażu. Towarzysze sowieccy pomagają, towarzysze antysowieccy szkodzą, stal mam taką, że niech się pogrobowcy Sławoja schowają ze wstydem, won mi z domu, ex-przyjacielu, na usługach odwetowców i ciesz się, że cię ze względu na przedwojenne brydże nie oddam w ręce odpowiednich organów
I odszedł rotmistrz, bon-motem wyklętym na pożegnanie rzucając:
Prześpię w polu jak w pies. Taka jest dola ostatnich Polaków na tej ziemi.  

Rotmistrz w trybie nasłuchu oczekuje rozkazów z Langley i Monachium

A inżynier pod wpływem strasznej prawdy o emigracyjnych knowaniach nawrócił się – dokonania Wieniarza docenił, kurs pieca numer 3 poparł, nawet z Bugajówną się pogodził:
Jutro zwołamy naradę. Sam zabiorę głos. Cóż, panno Wando, stary rutyniarz da się pociągnąć. Kiedy nieprzyjaciel naciera – trzeba równać szeregi. Zainteresujemy innych wytapiaczy. Może uda nam się przekroczyć plan... Zapalimy zielone światełko!
Zanim jednak inżynier Przewłocki zapalił zielone światełko, okrutny rotmistrz przy pomocy kapitalistycznego Smitha&Wessona zgasił światełko jego żywota
Dajcie mi trochę czasu, towarzyszu pułkowniku – powiedział towarzysz porucznik – Zbadam gruntownie przeszłość Przewłockiego. Może tam będzie tkwiła odpowiedź.   
– A może trzeba gruntownie zbadać przyszłość? Może tam tkwi odpowiedź? – odpowiedział filozoficznie towarzysz pułkownik.
Towarzysz widz nic nie powiedział – rozmyślał nad przyszłością nieżyjącego Przewłockiego.

Śledztwo trwało, Bugajówna prowadzała się z Wieniarzem...
Gdybyś nie był taki zarozumiały, gdybyś nie był narwańcem, gdybyś mnie szanował... Będziesz się starał?
Symptomatyczne, że nie domagała się deklaracji, iż Wieniarz będzie szanował – wystarczyła jej obietnica, że będzie się starał.
...a zbrodniczy rotmistrz knuł. Wkradł się w łaski starego Bugaja, dostał prace w hucie, łypał, zerkał, notował w pamięci i knuł. Tylko stara Banasiowa i młoda Bugajówna patrzyły na niego podejrzliwie.
Honoru ludzkiego nie szanuje! – marudziła Banasiowa – Za wszystko by płacił. Pieniędzmi!
Przyznam, że w tym momencie lekko się zacukałem. Rozumiem nieufność do socjalistycznej waluty, ale, kurde, czym niby zakonspirowany rotmistrz miałby płacić za wynajmowany u starej Banasiowej pokój? Jajkami, grzybami czy może – horribile dictu – w innej naturze?

Towarzyszka Bugajówna wyczuwała niebezpieczeństwo

Niechęć starej Banasiowej rotmistrz olewał, ale podejrzenia ze strony Bugajówny mogły się skończyć dla niego smutno (pamiętamy o dono^H^H^raportach do dyrekcji?). Postanowił więc rotmistrz ukatrupić Bugajównę. I tu wyszła cała nędza moralna kolaboracyjnego jurgieltnika oraz jego ogólna niezgułowatość. Niezgułowatość – bo mimo prób skutek był żaden, a nędza moralna, bo gdybyż stanął do pojedynku twarzą w twarz i przegrał, no to OK – można wybaczyć, w końcu dziewczyna pracowała w hucie, więc parę w bicepsie pewnie miała, gdybyż ją zastrzelił zza węgła – niesportowo, lecz dzięki prozie towarzyszy Machejka i Wałacha przywykliśmy, że reakcja stosuje takie metody. Ale podpalenie? Na strychu? Kamaaaan!

Towarzyszko Bugajówna, uważajcie na siebie. Wróg może was prześladować – ostrzegał towarzysz pułkownik.
Wróg zaiste prześladował – a to przy studni zdybał, a to w osobowym próbował dopaść, ale ponieważ czuły wytapiacz Wieniarz czuwał, plany wroga spełz... spełzały? spełzywały?...
Oj, Józek... Jaki ja będę miała z tobą los? – marudziła Bugajówna, nieświadoma, że młody hutnik ratuje ją przed zbrodniczymi knowaniami postsanacyjnej soldateski – Będziesz mną poniewierał jak byle czym.
Czuły wytapiacz oburzał się i zaprzeczał, że wcale, że będzie się starał szanować, jeno daj, czego-ć nie ubędzie, byś najwięcej dała, a rotmistrz czyhał... Aż wreszcie nadarzyła się zbrodnicza okazja... W celu pozbycia się Bugajówny rotmistrz wykorzystał a) ciemności, b) towarowy do Skierniewic, c) kłodę, d) Archimedesa. Huknęło, trzasnęło, chwyciła się Bugajówna za głowę, widownia jęknęła przejmująco, zachodni dyplomata błysnął z uznaniem światłami szewrolety i wydawało się wszystkim, że oto ostatnia godzina przyszła na Bugajównę i na plan kwartalny, że rotmistrz Bugajównę ukatrupił, a teraz bombę podłoży, hutę wysadzi, a potem zbiegnie na Zachód, by judaszowe srebrniki przepijać na Tajmskłer w towarzystwie niejakiego Andersa i jego białego konia.

"Nad wszystkim czuwają gospodarze domu - nie dadzą oni krzywdy zrobić nikomu"

Ale nie z naszo młodzieżo takie numery, Brunner! Bugajówna dostała co prawda kłodą, którą rotmistrz wystawił z pędzącego pociągu, zemdlała na chwilę… ale tylko na chwilę. Nawet pogotowia nie trzeba było wzywać – wystarczyły nosze i pielesze, by doszła do siebie, a w międzyczasie zidentyfikowała rotmistrza jako rotmistrza i udaremniła mu zdradziecką dywersję.
W tym nasza siła – w naszej ludowej aktywności – tłumaczył towarzysz sekretarz hutnikom – Wyście skracali godziny wytopu, a Bugajówna skracała godziny śledztwa.
Przechodzimy do sprawy planu – zadysponował.
W sprawie planu: mamy wszelkie możliwości... – mamrotał dyrektor z okiem gorejącym entuzjazmem – ...aby z końcem kwartału... to zależy tylko od naszego wysiłku... aby z końcem kwartału.
Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Stalinogrodzie cięła od ucha poemat zaangażowany, wytapiacze przekraczali kolejne normy, kominy dymiły, huta produkowała, Polska czekała na stal, a ekipa filmowa na wypłatę.

Ni pies, ni wydra, szczerze mówiąc. Niby produkcyjniak, ale z tyloma dygresjami, że pod względem ideologiczno-programowym „Dwie brygady” biją go na głowę, że o „Gromadzie” nie wspomnę. Niby sensacja, a więcej tu romantycznych stękań Wieniarza do Bugajówny i trzepotania rzęsami w odwrotną stronę niż dywersji, sabotażu. Niby zaangażowanie w nową rzeczywistość i postępowe idee, a sensowniejsi od robotniczej młodzieży (reprodukujących małomiasteczkowe wzorce społeczne – zwłaszcza Bugajówna leciała stereotypem panny na wydaniu), okazują się starzy wypróbowani towarzysze sprzed wojny i stara Banasiowa, uosabiająca przedwieczną mądrość ludu. Ba! Nawet inżynier w bonżurce jej momentami sensowniejszy niż rozmemłana Bugajówna w koralikach. Oczywiście, zasady gatunku są jakoś tam zachowane, ale w czasie oglądania nie mogłem się pozbyć wrażenia, że poza nielicznymi wyjątkami ekipa tak naprawdę nie miała do swojego dział serca, a kręciła, bo... nie wiem? Kazali? Plan trzeba było wykonać? Pieniądze były potrzebne? A może to zła cenzura wcięła się w pracę kolektywu, pocięła jej efekty i wypaczyła obraz? Nie wiem, nie dociekam, tak sobie tylko narzekam, bo 108 minut to godzina czterdzieści i czasu na różne rewizjonistyczne konstatacje miałem aż nadto.

Cindy Crawford to on nie jest...

Scenariusz nierówny pod względem poziomu i pod względem konstrukcji, z dziurami, z niekonsekwencjami, z rozwiązaniami momentami wręcz głupawymi. Oczywiście, wszystko ujęte było w ram socrealistycznego kanonu: klub robotniczy był czyściutki i pełen atrakcji, stołówka serwowała obiady smaczne, zdrowe i posilne (ech, panie roznoszące i nalewające zupę nie chochlą z wielkiego gara, tylko z aluminiowych kubków – sam jeszcze pamiętam taką stołówkową instytucję), czytelnia wyposażona w najnowsze prace z dziedziny i nic to, że miejsc tak mało, że trzeba się dzielić stolikiem – przecież to tylko świadectwo wysokiej frekwencji, która z kolei jest dowodem pędu klasy robotniczej do fachowej wiedzy. Ciekawe było natomiast końcowe rozwiązanie samokrytyki Bugaja, bo mam wrażenie, że szło lekko pod prąd ówczesnym trendom fabularnym. Do tej pory bowiem ktoś, kto przechodził na Czerwoną Stronę Mocy i składał samokrytykę, spotykał się z rozgrzeszeniem, poklepaniem po ramieniu, pełnym empatii: „Możeś i był bucem strasznym, ale skoroś przejrzał na oczy, to witaj w naszym socjalistycznym pochodzie, naści szturmówkę i zaśpiewajmy coś rewolucyjnego”. Tymczasem w „Niedaleko Warszawy” Bugaj się kaja, błędy wyznaje, poprawę obiecuje, a starzy towarzysze zamiast przebaczyć, jeszcze mu dokładają, wypominają, zawstydzają i w ogóle zachowują się wrednie. Czyżby w 1954 roku władza czuła się już na tyle mocna, że nie zależało jej na propagandowym przyciąganiu zwolenników czy może uznała, że kogo miała przyciągnąć, to już przyciągnęła, a teraz nie podskakiwać, robaczki i nie odchylać się prawicowo ani wędkarsko?

Na plus muzyka Witolda Krzemieńskiego, choć niekoniecznie dlatego, że to wielkie dzieło, rozwiązaniami formalnymi bijące widza po twarzy i wyrywające go z estetycznego kręgu Edwarda Ciukszy czy Jana Cajmera. Ot, solidna robota kompozytorska, forma i treść typowa dla czasów, żadnych szałów, ale w międzyczasie obejrzałem kilka polskich filmów z lat 2013-2015 i tam muzyka była tak obrzydliwa, że symfoniczne ilustracje do „Niedaleko Warszawy” jawią się jak skrzyżowanie Beethovena z Szostakowiczem.

Wartości z wartościami zawsze się jakoś dogadają...

Aktorsko nędznie, nawet z poprawką na ówczesną konwencję gry. Urszula Modrzyńska nie bardzo wiedziała, czy ma grać Bugajównę w wersji scenarzysty (dziarska hutniczka, biceps napięty, oko wbite w jasną przyszłość polskiego przemysłu), czy reżyserki (oj, takam, wiecie, Wieniarz, roztargniona, bo wy tak tą szuflą do pieca, męsko i w pocie klaty wątłej, a mnie, wiecie, już chyba pora do zamęścia), Jan Żardecki w roli Wieniarza był kompletnie nijaki i szkoda, że w jego roli nie obsadzono Adama Kwiatkowskiego (dostał epizodzik i nakrył głównego amanta czapką). Feliks Żukowski tym razem nie zagrał zaangażowanego sekretarza, tylko trochę safandułowatego Bugaja, którego omotał zły rotmistrz i wypadł całkiem sympatycznie, choć wyszła z niego „przedwojenna szkoła teatralna”, bo zamiast weterana strajków i konspiry wyszła mu postać jak z Fredry. Ignacy Machowski w roli sekretarza partyjnego poleciał drętwą sztampą i przegrywał z duetem Stefan Śródka + Witold Grotowicz. Stanisław Woliński (Protazy z przedwojennego „Piętro wyżej”) i Stanisław Jaworski zagrali epizody, ale zapadające w pamięć, Adolf Chronicki w roli młodszego ubeka był nędzny, a Igor Śmiałowski w roli starszego ubek – pocieszny. Inżyniera Przewłockiego odegrał Zdzisław Mrożewski, ale głównie prezencją – wysoki, przystojny, noszący bonżurkę jak Stanisław Mikulski mundur, no, po prostu wzór sanacyjnego inżyniera. Niestety, od czasu do czasu musiał coś powiedzieć lub zagrać i wtedy już tak wesoło nie było – było smutno, sztucznie i podręcznikowo.

Złego rotmistrza zagrał Ludwik Benoit i to chyba nie był dobry pomysł. Znaczy, aktor się starał, momentami grał nawet nieźle, miny strzelał, antypatię w widzu należną budził, ale... Ludwik Benoit w roli spiskującego rotmistrza? Nie domagam się żeby to od razu musiał być zimny, aryjski zaprzaniec na podobieństwo Andrzeja Łapickiego, Jana Świderskiego czy Witolda Pyrkosza z „Cienia”, ale Ludwik Benoit? Naprawdę? I nie, nie dlatego zgłaszam „ale”, że mi się Ludwik Benoit kojarzy z karczmarzem z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” (bo przede wszystkim kojarzy mi się z „Proszę słonia”). Po prostu nie konweniuje mi to nader – wachmistrzsrogiLuśnia, podporucznik ewentualnie, ale rotmistrz? Przecież to tak, jakby Jerzemu Zelnikowi kazać grać Zdzisława Kręcinę. Nie i już.

Nie warto. Nawet plusy ówczesnej propagandowej wymowy i nowomowy oraz Ludwik Benoit z wędką nie przeważają nad minusami przeciętności wykonania.

W atmosferze wzajemnego zaufania postawiono tezę i położono nacisk na bazę...


Varia
1. Scenariusz napisał Adam Ważyk. Ten Adam Ważyk. Kilka lat wcześniej biegał w mundurze i z rewolwerem, wprowadzając nowy ustrój, teraz pisał propagandowe gnioty, a niecały rok później opublikował „Poemat dla dorosłych”. Nie można było tak od razu?
2. W roli pułkownika Hopkinsa wystąpił Zygmunt Chmielewski – znany i lubiany aktor przedwojenny, m.in. ojciec Lucyny Bortnowskiej z „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934). Zagrał złośliwie – jego postać miała być wredna i budzić niechęć, a była jowialna, a nawet sympatyczna.
3. W scenie w klubie, gdy Wieniarz zwisa nad barem, epizodzikiem barmanki zadebiutowała Wiesława Mazurkiewicz. Już wtedy prezentując swoją specialité: powłóczyste spojrzenie, lekko podniesioną brew, intrygującą barwę głosu...
4. W czołówce pojawia się mapa okolic Warszawy z wbita chorągiewką. Że niby tam ma być huta? Na lekki zachód od Płońska? Niestety, nie znalazłem.
5. Nie, nie doszukiwałbym się żadnych podobieństw/odniesień do postaci Witolda Pileckiego. Oczywiście, jeśli ktoś chce,  to może sobie poparalelizować w ten sposób, ale IMHO z wielu względów byłaby to gruba przesada.
6. Biblioteczka w gabinecie pułkownika to dokładnie ten sam model, który przez lata stał w naszym krakowskim małym pokoju. Nie, nasza nie z UB – nasza z sądu grodzkiego. Kto wie, może ta ubecka też.

Widzicie, Banasiowa? Znowu psiajuchy stonkę zrzucają.


============
Niedaleko Warszawy
1954
Czas:
108 minut
Reżyseria: Maria Kaniewska
Scenariusz: Adam Ważyk
Obsada: Urszula Modrzyńska, Ludwik Benoit, Feliks Żukowski, Zdzisław Mrożewski, Jan Żardecki, Stanisława Perzanowska, Wiktor Grotowicz, Halina Billing, Ignacy Machowski, Stefan Śródka, Igor Śmiałowski, Adolf Chronicki, Zygmunt Chmielewski i inni.

2015-08-29

Balladyna [2009]

„Rankiem głos sumienia nudzi,
nad wieczorem dręczy i przeraża,
a nocą ze snu okropnego budzi...”
Fajnie by było, gdyby reżysera dzisiejszego filmu coś dręczyło, ale nie miejmy złudzeń – zainkasował zań, więc ma wyczesane i teraz go już tylko nudzi. A film przeraża widzów.

"Niby listkami brzoza przyodziana; ta z alabastrów – a ta zaś różana..."

„Balladyna” – wszyscy wiedzą, wszyscy znają. Malinowy kryminał, dwie siostry, dupa Kirkor, drań Kostryn, Skierka, Chochlik, Grabiec...
Żadnych Grabców nie znam i znać nie chcę... – zaczął duch w stopniu majora, ale przypomniał sobie, że wtedy chodziło o pułkownika „Grabicę”, więc zamilkł.
...i Goplana na Hondzie. Konflikty, wyrzuty, pioruny i nawet sam Jeremi Przybora, czyniący honory upraszczająco-ułatwiające, a kto nie słyszał Aliny w roli Balladyny i Barbary w roli Aliny, ten niech żałuje.
Parę lat tamu za „Balladynę” wziął się Dariusz Zawiślak. Podobno absolwent Wydziału Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale podobno także Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Warszawie. Wiele wskazuje na to, że o decyzji wzięcia się za „Balladynę” zdecydowało wykształcenie ekonomiczne. A już na pewno decydowało o ostatecznym kształcie filmu.

Pomysł był prosty: sejm RP ogłosił rok 2009 Rokiem Juliusza Słowackiego, więc pyknijmy jakiś film na podstawie wieszcza, szkoły na to pójdą, instytucjom państwowym się opchnie, tu się zarobi, tam się będzie miało darmową reklamę, wszyscy happy...
I wszyscy mają udział w zyskach – odruchowo dokończył Milo Minderbinder.

Założenia scenariuszowe były natomiast całkiem ciekawe: uwspółcześnić „Balladynę”, zrobić z niej mieszankę kryminału i dramatu politycznego. Brzmi, prawda? Ba! Nawet bardzo. Pomysł zatrudnienia Faye Dunaway też wyglądał interesująco. Bonnie Parker z filmu Arthura Penna to już nie ten format aktorski, co przed laty (trudno jest grać szwami i silikonem), ale nazwisko wciąż duże. Zwłaszcza w Polsce, gdzie nawet z... yyy... jak się nazywał ten drewniak z „Jacka Stronga”?... A, Patrick Wilson... gdzie nawet z Patricka Wilsona i Crispina Glovera robi się gwiazdy na miarę sześciu Oscarów w tym jednego za całokształt. Ale przeniesienie akcji do Nowego Jorku... Tu coś zaczęło śmierdzieć. Bo niby po kiego do Nowego Jorku? Znaczy, nie mam nic przeciwko, mierzmy siły na zamiary i może reżyser myślał, że dramatem władzy w Skierniewicach nikogo nie zainteresuje, ale primo: wieś Głucha Dolna była dużo mniejsza niż Skierniewice, a tamtejsze dramaty zainteresowały pół Europy, secundo – jeśli już w Nowym Jorku, to zróbmy–ż to z nowojorskim rozmachem, a nie w stylu: sześć dyżurnych „pocztówek z widoczkami”, dwa ujęcia z ulic, wynajęte limo, wynajęty Murzyn i przebitka na wóz policyjny.
Ale za to ekipa w ramach budżetu przeleciała się do Stanów, najadła, napiła i o co zakład, że nie mieszkała w schronisku YMCA po sześć osób w pokoju? – domyślił się Głos Wewnętrzny.

Można płacić za pozwolenie na kręcenie na ulicach, a można stosować filtr "szyba taksówki"

No, dobra. „Balladynę” lubię, pomysł ciekawy – siadam, oglądam. Znaczy, najpierw musiałem znaleźć film – 2009 rok, więc możemy zapomnieć o sklepach, albowiem „Paaanie, takie starocie to na Kole!” Zostało Allegro – znalazłem, zakupiłem za jakieś grosze, siadam, oglądam.
...

Po pięciu minutach zacząłem się trochę dziwić. Po dziesięciu minutach zacząłem się dziwić bardzo. Po kwadransie zacząłem mówić brzydko, a po 30 minutach wyłączyłem i wsadziłem głowę pod kran.
Yyyy, pardąsik, co to jest? Co to za badziew przeraźliwy? Dlaczego Sonia Bohosiewicz wygląda i zachowuje się jak tirówka po semestrze na siłowni? Co to za prawdziwki, dukające do kamery o „zwrastaniu problemu”? Dlaczego jedna ledwie przyzwoita scena musi być obudowana sześcioma fatalnymi? Dlaczego muzyka w tym filmie przypomina występ zespołu Ziutex w restauracji „U Władka”?

Było źle. Bronił się Sławomir Orzechowski, Władysław Kowalski w roli ojca i momentami Mirosław Baka, reszta była płaczem, zgrzytaniem zębów i kompletnym drewnem.
Nie po to tyle lat studiowałam prawo, żeby siedzieć w tej zatęchłej galerii. Najchętniej puściłabym to wszystko z dymem – pyskowała Balladyna, piłując ze zgrzytem paznokcie – Chcę robić karierę, chcę spełniać swoje marzenia, chcę się stąd wyrwać raz na zawsze. Rozumie, tatuś? Mam czekać aż się zestarzeję? Kobieta powinna zadbać o swoje interesy, póki jest ładna i zgrabna. Zresztą, idę się zabawić – może znajdę jakiegoś jelenia.
Dżizas, co to za blachara?
Ale OK, to dopiero pół godziny, może dalej będzie lepiej.

- Hehehe - zazgrzytało coś złowieszczo

Nie było. Było gorzej. O wiele. Było tak amatorsko, od pewnego momentu już nie mówiłem brzydko, tylko skulony w fotelu popiskiwałem żałośnie.

Bogaty Kirk vel Kerk vel Kark (w zależności który wyrób aktorskopodobny go przedstawiał) zakochuje się w dobrej siostrze. Zła blachara Bally zabija siostrę Ally...
Bally i Ally?– jęknął Głos Wewnętrzny – Really?
Inwencja, nie? W dodatku w jednej ze scen dobra siostra mówi, że ma na imię „Minion” (sprawdzić czy nie filet). To chyba też nawiązanie do „Balladyny” Słowackiego i słów „Okropnym wołasz mnie imieniem”... Enyłej, blachara zabija dobrą siostrę, wychodzi za Kirka vel Kerka vel Kurka, puszcza się z jego ochroniarzem, a Kirk vel Kork vel Kyrk chodzi na psychoterapię do byłej Sekretarz Stanu Juesej, która stawia mu tarota w tematach sercowych.
– Jaja sobie robisz?
Ochroniarz zabija Kurka vel Karka, galeria płonie, Stefan Friedman dostaje ataku kaszlu, sierżant of the year rzuca bon-motami o ciężarze cegły, ochroniarz wymiotuje, blachara zostaje nowym Sekretarzem Stanu, piorun, wyciemnienie, a na deser okazuje się, że wszystko to było snem srebrnym Salomei i lekarz pyta, czy pacjentkę odłączyć.

Ludzie, to było tak beznadziejne, że momentami fascynujące. Wielka, włochata nieudolność, syfmalaria, kiła-mogiła i przerażająca amatorszczyzna. Nawet nie wiadomo od czego zacząć i na czym skończyć – najlepiej byłoby napisać: „a co ja Wam będą tłumaczył, sami se zobaczcie”, ale nie wezmę tego na swoje sumienie, bo to jak namawianie niewinnych dziatek do zjedzenia proszku do prania i popicia kocim moczem.

Reżyser oglądał "Miasteczko Twin Peaks". Albo filmy Jesusa Franco.

Scenariusz – koszmar. Żadnego rozwinięcia wyjściowego pomysłu, powiedziałbym, że nawet został solidnie spłaszczony. Jedynym przebłyskiem inwencji była zamiana Skierki i Chochlika w reporterów telewizyjnych, ale zatrudnienie do ich ról smutnych amatorów z zerową dykcją zgasiło ten błysk niemal natychmiast. Oglądało się ich źle, słuchało jeszcze gorzej, a przy ich trzecim pojawieniu się na ekranie miałem skojarzenia z rumuńskimi akordeonistami, mordującymi na ulicach polskich miast „Hej, sokoły” – ręka sama wędrowała do kieszeni w poszukiwaniu dwuzłotówki, a w ustach rosła uprzejma prośba o wypieprzanie w podskokach do innej dzielnicy. Gorszy od nich był tylko gość grający Efbi Aja – on brzmiał jak rumuński akordeonista, który zgubił akordeon i nuty „Hej, sokoły” wyśpiewuje zachrypniętym falsecikiem, przy czym nut czytać nie umie ani ciut. Gość kropki stawiał losowo, przecinków nie uznawał, polskie zasady akcentowania wyrazów gwałcił, a na dodatek miał tak głupawe teksty do wygłoszenia, że całość sprawiała wrażenie... Kurde, a może on naprawdę był rumuńskim akordeonistą?

No, właśnie – dialogi...
- Powinieneś uważać z taką kobietą jak ja.
- Dlaczego?
- Dlatego, bo jestem mężatką.
Dlaczego dialogi są złe? „Dlatego, bo” pisał je ktoś, kto nie zna języka polskiego Że są głupie – trudno. Że się ze sobą nie wiążą - ech, czytało się harlequiny, nie takie bzdety się widziało. Ale że są niechlujne i dziergane językiem borostworów – tego już wybaczyć nie można, bo znajomość języka ojczystego powinno się opanować w szkole i podobno sprawdzana jest na maturze. A tu błąd językowy na błędzie językowym, idiotyzm na idiotyzmie, „dokumenty, co dał ci ojciec” poganiają mylenie „doktor Ash" i "doktora Ash”. Grzybnia, proszę koleżeństwa, niemożebna. Z której od czasu do czasu sterczą cytaty z „Balladyny” Słowackiego, ale to chyba z tak jak z pieczarkami, które też na czymś rosną i z czegoś sterczą.

- Ostatnie, co pamiętam, panie doktorze, to że w moich myślach dzwonkowe szastały się króle.

Gra aktorska na poziomie teatrzyku osiedlowego. Mirosław Baka robi, co może i dojeżdża do dziurawego finału słabo, ale chyba bez większego wstydu (pominąwszy wstyd z powodu udziału w takiej filmowej kupie), Sławomir Orzechowski daje radę bez wysiłku (momentami wyglądał jak kapitan Jim Brass z LVPD), może jeszcze dałoby się obronić Stefana Friedmana w roli Grabca (z którego w filmie zrobiono niejakiego Marka Lottera i łodefak?), ale reszta... reszta nie. Nawet Władysław Kowalski w roli ojca Balladynki...
– Matki!
Ojca – reżyser miał wyobraźnię i szedł na całość. Nawet więc Władysław Kowalski nie, bo to, co wygrał na przyzwoitym poziomie, zepsuł reżyser, poddając postać graną przez Kowalskiego elektrowstrząsom, a potem wieszając ją na sznurku, co zmusiło aktora do zastosowania środków wyrazów z półki „wytrzeszcz i wybałusz”. Rafał Cieszyński... cóż, jest Rafałem Cieszyńskim, więc dostaliśmy tyle, ile należało oczekiwać plus prześmieszną scenę śmierci. Faye Dunaway zagrała słabo, ale też nie miała co grać, a w dodatku została zdubbingowana przez głos kompletnie do niej niepasujący, przez co cały miało się wrażenie, że aktorka zaraz zacznie przepraszać za opóźnienie i ostrzegać, iż może ono ulec zmianie. Nie wiem, ile Zawiślak zapłacił Faye Dunaway, ale sądząc po permanentnym uchachaniu aktorki musiała być to kwota wyższa od tych, które Dunaway zarabiała w owym czasie za role główne. Których zresztą w owym czasie już nie grywała. Ewentualnie był to efekt złej pracy chirurga plastycznego.

W rolach Balladyny i Miniony wystąpiła Sonia Bohosiewicz. Próbowała – to jej trzeba oddać. Walczyła dzielnie, starała się jakoś oddzielić swoje bohaterki, skontrastować środki wyrazu, znaleźć sposób... Nie udało się. Sporo winy leży tu po stronie reżysera, który wymyślił sobie, że skoro zaczął od blacharskich tekstów głównej bohaterki, to pójdzie tą drogą dalej, odział Sonię Bohosiewicz w jakiejś obcisłe satyny i kazał jej wić się kusząco, prężyć, wyginać, a nawet wypinać, chichotać i dyszeć... Aktorka chyba źle się czuła w tym ąpluju albo też sugestie Dariusza Zawiślaka były zbyt szczegółowe i, niestety, to nie było kuszące. To było przykre, smutne i żenułowate. Taki gie-esowski erotyzm, kuszenie pana Zenka na turnusie w Ciechocinku i tu może skończę skojarzenia, bo po co ma się nam zrobić przykro. Nie. Nie i fuj. Sporo zrobiło światło i zdjęcia – ostre zbliżenie, uwydatniające każdą zmarszczkę, każdą fałdkę, każdą warstwę makijażu i każdy jego ubytek... Sonia Bohosiewicz powinna pozwać twórców filmu o naruszenie dóbr osobistych, bo przez ich nieudolność wyglądała w „Balladynie” fatalnie – od przerażającej fryzury przez zajzajerowaty makijaż po stroje. Ale wygląd to jedno, a gra to drugie – Sonia Bohosiewcz z rolą/-ami sobie nie poradziła i wypadła bardzo, ale to bardzo słabo. Pomyśleć, że to było zaledwie rok po „Rezerwacie”...

Dobra mina do złej gry

Zdjęcia – amatorszczyzna. Prowadzenie kamery – amatorszczyzna. Scenografia – amatorszczyzna. Światło – amatorszczyzna. Dźwięk – jeden z najgorszych w polskim filmie ostatniego piętnastolecia. Montaż – momentami z cieniem pomysłu, ale ponieważ takie momenty były dwa, można przyjąć, że był to czysty przypadek. Muzyka autorstwa Rafała Wnuka i Henryka Iwana – kicz, ale tak potężny kicz, że się włosy w uszach prostowały ze zgrozy. I bez znaczenia, czy były to fragmenty piosenkowe z wokalistą śpiewającym z gorącymi pierogami w ustach, czy momenty ilustracyjne z och-jakże-kuźwa-śmiesznym wykorzystywaniem klasyki. Marsz pogrzebowy Chopina plumkający radośnie w scenie... Nie, kurde Feluś, nie, szkoda czasu na wyliczanie, szkoda czasu na opisywanie tego czegoś. „Balladyna” Zawiślaka była ZŁA! Przez duże Z i duże pozostałe litery. Była tak zła, nieudolna i amatorska, że chyba nawet Mariusz Pujszo nakręciłby ją lepiej.

Dariusz Zawiślak umiejętnie podpiął się pod Rok Słowackiego, zgromadził fundusze (przydały się te wyższe szkoły handlowe), dostał nawet pieniądze w ramach programu Unii Europejskiej Media Plus (nie wiem, czy w obliczu efektów odpowiedniejsze nie byłoby słowo „wyłudził”). Miało być promowanie Słowackiego w świecie – wyszła kupa artystyczna oraz fajne wakacje w Nowym Jorku dla reżysera i paru jego znajomych ekipy.

Omijać szerokim łukiem. Chyba, że jesteście perwersyjnymi miłośnikami filmów typu „Sharknado” i tureckiej twórczości rodem z tureckiego Yesilcam.

Opinia publiczna opiniowała żywiołowo


VARIA
1. Nie wiem, ile osób obejrzało „Balladynę” Zawiślaka. Strona PISF-u nie podaje takiej informacji, co może oznaczać, że widownia nie przekroczyła 10 000 osób (od roku PISF jest litościwy i podaje frekwencję tylko od dziesięciu tysięcy wzwyż.
2. Podobno były plany, żeby film Zawiślaka puszczać na pokładzie samolotów LOT, latających z Warszawy do Nowego Jorku. Ponieważ prasa nie donosiła w tamtym czasie o przypadkach terroryzmu w polskich samolotach ani o pasażerach usiłujących wyrwać drzwi i wyskoczyć do Atlantyku – można przyjąć, że ktoś w Polskich Liniach Lotniczych obejrzał ten film i zrezygnował z pomysłu.
3. Reżyseria – Dariusz Zawiślak, zdjęcia (współ) – Dariusz Zawiślak, scenografia (współ) – Dariusz Zawiślak, obsada aktorska – Dariusz Zawiślak (policjant w Central Parku) oraz Maja Zawiślak w roli dziecka. Może nie „wszyscy mają udział w zyskach”, ale niektórzy mają go na pewno.
4. Dźwięk – Krzysztof Zalewski. Wg Filmpolski.pl był to jego przedostatni film, od 2009 roku cisza. Kostiumy dobierała Małgorzata Bursztynowicz – od roku 2009 cisza. Za scenografię odpowiedzialna była Marta Dąbrowska – po 2009 roku cisza, przerwana w 2011 roku ledwie etiudą szkolną. Autorem zdjęć był Konrad Spyra – po „Balladynie” cisza aż do roku 2012, gdy zatrudniony został przez... tadaaam!... Mariusza Pujszo przy „Komisarzu Blondzie”. Mistrz-oświetleniowiec Paweł Cichocki był jeszcze lepszy – pracował i przy „Komisarzu Blondzie” i przy Ixjanie” braci Skolimowskich. CV, że proszę siadać...
5. Wiosną 2015 Dariusz Zawiślak zgłosił się do konkursu na stanowisko prezesa TVP. „wyborcza.pl” napisała przy jego nazwisku „członek założyciel Polskiej Akademii Filmowej”, a Wikipedia podaje, że Zawiślak rzeczywiście jest członkiem PAF. Och-żeż ty w życiu... Fakt, że ktoś go do PAF przyjął można zrozumieć, zwłaszcza, jeśli ją współzakładał, ale że go po „Balladynie” nie wypieprzono z tego szacownego ciała na kopach – tego pojąć nie umiem. 
6. Film reklamowano hasłem „Historia ciemniejsza niż otchłań”. Mhm, i równie bezdenna.
7. Były cycki.
8. Za to w scenie na strzelnicy nie było ślepaków - "aktor" machał atrapą, a dźwięk robił pan Wacek przy pomocy torebki po frytkach.

Gdyby film obejrzał Juliusz Słowacki...


=============
Balladyna
2009
Czas:
89 minut
Reżyseria: Dariusz Zawiślak
Scenariusz: Dariusz Zawiślak
Obsada: Sonia Bohosiewicz, Faye Dunaway, Mirosław Baka, Rafał Cieszyński, Stefan Friedmann, Władysław Kowalski, Sławomir Orzechowski, Tadeusz Borowski, Dorota Naruszewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: chyba nie było.

2015-08-15

Warsaw by night [2015]

„...a każdy szalet jest pełen zalet”.

W przeciwieństwie do filmu Natalii Korynckiej-Gruz, w którym zalet jest niewiele. Znaczy, dokładnie to są dwie... Nie, przepraszam jedna. Biustu Izabeli Kuny nie liczę jako zalety, bo byłoby to seksistowskie i ktoś mógłby zarzucić mi szczucie cycem. Reżyserce nikt tego nie zarzucił, bo wiadomo, że w polskim filmie biusty pokazuje się z głębokim umotywowaniem fabularno-dramatycznym i bez cycków nie dałoby się po prostu oddać ponadczasowego mesydżu, dlatego, pani Jadziu/Kasiu/Basiu, niech mi pani nie grymasi, niech się pani rozbiera i dajcie mi jeszcze jeden reflektor, żeby uwypuklić. Przesłanie, oczywiście.

Ale szalet w filmie i owszem jest.

Zajęte!

W szalecie pewnej warszawskiej knajpy, której reżyserka, broń boże, nie reklamuje i z którą na pewno nie ma żadnych związków towarzyskich, mijają się cztery bohaterki filmu. Stary numer gdy się nie ma pomysłu na jedną dobrą historię, to się film zszywa z kilku słabych i dorabia ideologię, która ma je niby połączyć w spójną ętelektualnie całość. W przypadku „Warsaw by night” zszywających ideologii też było kilka. Po pierwsze wspomniany szalet, po drugie sfiksowany filozoficznie taksówkarz, bredzący coś o bilokacji, bo żona mojego brata taki program oglądała i wie pani... Zresztą taksówkarzy było dwóch żeby było bardziej głęboko i bilokacyjnie, choć co to, panie za bilokacja, jak obaj jeżdżą na taryfie, a jeden w dodatku ma zarost? I żonę.
Trzecią ideologią zszywającą fabułę była metafora maski i ona też autorom nie wyszła.
Ale dlaczego szalet? zapytał zafrasowany Głos Wewnętrzny.
O, rany, nie wiem. Może dlatego, że to miejsce, do którego trafia każdy człowiek, zwłaszcza, gdy go przypili.
Heeeep zaprotestował pan Ignacy, oparty zgrabnie barkiem o znak drogowy i omiatający drżącym strumieniem kosz na śmieci.

Iga. Lat około, mąż, córka, siostra, ponętny szwagier i chata, że jak cię mogę. Albowiem to polski film i M-3 jest słabe metaforycznie musi być zajebiaszczy loft, najlepiej dwupoziomowy. Iga wyprawia 11-letnią córkę na kolonie.
I pamiętaj, jak będziecie wysiadać na parkingu to w lewo, w prawo, w lewo w prawo i dopiero.
Niecałe pięć minut i już wiemy, że dialogi raczej nie będą „pełne zalet”.
I teraz się skupcie: szwagier Igi jest na tyle ponętny, że czasem w wannie Iga zapomina, iż ma własnego chłopa i hehehe, wink-wink. Aliści według zeznań siostry, szwagier ma też kobitę na boku i teraz ta kobita wydzwania do siostry z pretensjami oraz „spotkajmy się o północy na rozstajnych drogach”. A że siostra Igi szlochliwa jest bardzo i ma opory, na spotkanie z tajemniczą mistressą wysyła Igę i teraz kombinuj, widzu, czy Iga wypytując mistressę o detaliczne „strzegóły” pożycia ze szwagrem, wypytuje w imieniu siostry, czy może w imieniu własnych fantazji, czy zachwala  szwagra mistressie czy swojego chłopa samej sobie i czy jej seksualny powrót w objęcia małżonka jest przejawem postawy „ależ ja mam porządnego chłopa”, czy tylko „Skoro u szwagra jestem trzecia w kolejce (if any) i HSV2 ante portas, to trudno, niech już będzie ten mój Zenek”?

A teraz polecimy Malewiczem...

Enyłej, pierwsza nowelka był strawna, Izabela Kuna dawała radę, i nawet Joanna Kulig w roli mistressy nie odstraszała (znaczy, akurat odstraszała, ale nowelka się obroniła), więc drugi epizod zacząłem przyswajać z otwartym kredytem i nadziejami.

Starsza pani odwiedzając grób siostry, widzi na cmentarzu swego eksia sprzed lat hohoho, udaje się więc jego śladem do przybytku rozpusty, w którym eksio ślini się do panienek tańczących na rurze. Konfunduje tam eksia bardzo, naciąga go na szampana w towarzystwie tancerki, funduje mu kolację z ową tancerką („Drogie dziecko, zapłacę pani dwa razy więcej niż mogłaby tu pani dzisiaj zarobić”), a w czasie kolacji znęca się nad eksiem nadal, szpile mu wbija, wypomina, że 35 lat temu rozwiódł się z nią, żeby poślubić jej siostrę bliźniaczkę i ogólnie wredna jest bardzo. Eksiowi gula lata, ale jako dżentelmen ani nie opieprzy, ani nie trzaśnie talerzem o podłogę, drzwiami o futrynę, ani nawet widelcem wrednej byłej w oko nie potraktuje... Tancerka czuje się głupio, ale skoro emerytka stawia, to niech się starsi państwo kłócą i łorewa. Widz natomiast chrząka z zażenowania, bo fabuła trzeszczy bardzo, dialogi trzeszczą bardziej, Stanisława Celińska robi co może, ale w zderzeniu z paździerzem roli może niewiele, Marian Dziędziel nawet nie udaje, że mu się chce, a grająca tancerkę Agnieszka Żulewska nie marnuje okazji pokazania się w towarzystwie dwojga „znanych i lubianych”. W finale starsza pani śpiewa o pięknie umierania z gołębiami...
Jakim pięknie? Gołębie srają i mają pchły! Głos Wewnętrzny jako rodowity krakus miał niejakie pojęcie na temat gołębi.
...i wciska tancerce pierścionek, który „jest sporo wart, mam go po siostrze”. Mina tancerki mówi wszystko: „Babciu, miało być ‚dwa razy więcej niż mogłabym zarobić’, a nie jakieś sentymentalne tombaki”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce dzielnicy...

Epizod trzeci: Maja w knajpie z partnerem. Obok czterech buców, z czego trzech głośnych, a jeden ciamkający. Maja strzela focha (nie pytajcie, bez sensu to było strasznie), zrywa się partnerowi i rusza w miasto samotnie. Jakiś przystojny samotnik bierze ją za kurwiszcze, co Mai uwłacza. Chwilę potem za kurwiszcze bierze ją buc ciamkający...
Aścholera, a ten skąd? zdziwiła się Opinia Publiczna.
Ze scenariusza. Wzięcie za kurwiszcze przez buca ciamkającego Mai nie uwłacza i godzi się pojechać z nim „Za Niemen tam precz” i to po nocy.
Jakaś orgia? uśmiecha się w samochodzie? Morderstwo przy Cyprysowej?
Ponieważ buca ciamkającego gra Łukasz Simlat, widz wie, że a) z orgii nici, b) z morderstwa też raczej, c) będą smęty i bohater cierpiący egzystencjalnie.
Są smęty i bohater cierpiący egzystencjalnie. Potem zamiast orgii mamy płacz, zgrzytanie zębów i ruchanko, po którym buc wyrzuca Maję z domu.
Filip, nie zachowuj się tak, proszę... mamrocze Roma Gąsiorowska, zawstydzona kretynizmem dialogów, a ponieważ buc nadal „się tak zachowuje”, rzuca „Pierdol się” i wchodzi, zostawiając widza z dylematem, czy to było do niego, do buca, czy do scenarzysty.

Czwarta nowelka jest tak głupia, że nie chce mi się o niej nawet pisać. Ograniczę się do informacji, że główną rolę gra tam Marta Mazurek (będę uprzejmy: gra bardzo przeciętnie), że scenarzysta obejrzał „Życie Adeli”, że nie przeczytał natomiast podręcznika pisania scenariuszy, że w nowelce grasują rozwiązania fabularno-emocjonalne rodem z „Harlequinów” i to tych słabszych. Najfajniejsza była tragedia uczuciowa gościa w kąpielówkach: dramat miłosny i zdradę okrutną odreagował kilometrowym sprintem po lesie i zwichnięciem nogi, a kiedy zerknąłem na zegarek i ucieszyłem się, że do końca jeszcze kwadrans ciekawe jak sobie facet poradzi w Warszawie w samych gaciach... Trzask, prask, cięcie i w następnej scenie facet paradował już w pełnym umundurowaniu. Czyli w domyśle pokuśtykał z powrotem przez las, „Pardąsik, zdziro podła, że ci koituska przerywam, ale nie widziałaś moich skarpetek może? A spodni? Nie, Zenuś nie przeszkadzaj sobie, ja tylko na chwilkę...” Itede itepe. Facepalmy mieszały się z rechotem, aż do momentu, w którym wstał fabularny świt i bohaterowie zapatrzyli się weń z zadumą. Bo wtedy rechot zamienił się w jęk, a na facepalma nie miałem siły, bo ręce mi opadły.

Co on paczy?

Nijakość. Absolutna nijakość. Mielenie zgranych schematów fabularnych, nieudana żonglerka sztampami, w tym także społecznymi (jak Warszawa, to musi być upper-upper class, jak prowincja to musi być w dresie i z kompleksami, jeśli kobieta to nieszczęśliwa), koszmarne bzdety dialogowe, które nawet w latach osiemdziesiątych budziłyby zażenowanie, wykorzystywanie batalionu znanych twarzy do nabijania oglądalności, choć połowa z nich na ekranie nie ma nawet 30 sekund. Kiedyś takie chwyty stosowano w tzw. komediach romantycznych (znaczy, dalej się stosuje, ale wymyślono to już lata temu) teraz Natalia Koryncka-Gruz spróbowała nakręcić „romantyczny dramat”, ale jej także nie wyszło.

Cztery kobiety ze swoimi historiami (no, tak naprawdę to osiem kobiet), ponad półtorej godziny przed ekranem... i nic. Lekkie zainteresowanie jednym fabularnym „mykiem” z pierwszego epizodu i nic poza tym. Obojętność. Jakieś sztuczne kobiety mają jakieś sztuczne problemy, opowiadają o nich sztucznymi frazami ludziom równie sztucznym jak one same... Albo nie opowiadają, tylko obnoszą się z grymasem na twarzy i mają za złe, że fabuła ich życia jest nie taka, jak myślały, że będzie.
Ale wiesz, kino kobiece...
To nie jest kino kobiece. Kino kobiece kręci na przykład Urszula Antoniak, a w „Warsaw by night” mamy co najwyżej kino pańciowate nudną pretensjonalność z próbami dorobienia do niej dętej ideologii o deziluzji, moralitecie i „chłodnym ciosie, przynoszącym uwolnienie, uwięzionym w emocjach kobietom”. Oraz znajomych^H^H^uprzejmych krytyków, którzy zachwycą się „żartobliwym konceptem, komentarzem reżyserskim” jakim według nich miało być umieszczanie kolejnych bohaterek w taksówce. No, ludzie, litości...

On paczy, że nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, noooooooowy dzień. Ona też.

Przeciętne zdjęcia w stylu „cukierek w półmroku”, muzyka tak nijaka, że jedyne, co z niej zapamiętałem to fakt, że napisał ją Aleksander Gruz (zbieżność nazwisk zapewne nieprzypadkowa), dźwięk... takie niedomówienie, bo to polski film, więc tło nie jest tłem, a brzęk kieliszka w rogu sali jet lepiej słyszalny niż ponure smęcenie bohaterów. Wisienka na torcie jest plakat kalka kopii kalki plagiatu.

Natalia Koryncka-Gruz od ośmiu lat reżyseruje serial „Barwy szczęścia”, Marek Modzelewski od ośmiu lat pisze do niego scenariusze. „Warsaw by night” to takie właśnie „Barwy szczęścia” tylko na ponuro, bo się twórcom wydawało, że jak ponuro to mądrze i z Guembiom.
Szkoda czasu.

Kelner, moja cytryna ma nogi!


VARIA
1. „Scenariusz Marek napisał w miesiąc. Cztery lata zeszły na zbieraniu pieniędzy” powiedziała reżyserka zaprzyjaźnionemu krytykowi. Może gdyby scenariusz był dopracowywany przez cztery lata, pieniądze znalazłyby się w miesiąc? Niestety, scenariusz nie był dopracowywany przez cztery lata. Podejrzewam, że wcale nie był.
2. Jedna recenzja, druga, piąta, dwunasta... Szanowni piszący: Iga nie spotyka się z kochanką swojego męża, tylko z kochanką męża siostry. Oglądaliście ten film w ogóle? I nie tłumaczcie, się, że był nudny. Był, rzeczywiście, ale omawiana kwestia to sam początek filmu i wtedy jeszcze było znośnie.
3. Podobno rolę knajpy „Warsaw” w Domu Partii  zagrały „Cuda na Kiju”. Cóż film cudem nie był, a do odwiedzin w oryginale raczej zniechęcił.
4. Duchowny prowadzący kondukt w czwartej nowelce to znany stąd i stamtąd ks. Andrzej Luter. Kolejny numer z cyklu celebryckiego, hehehe i ojacie, bo kondukt wsadzono w film kompletnie po nic. Równie dobrze mógł tamtędy jechać Tour de Pologne albo leżeć pies pogrzebany.
5. Kasę na film, poza PISF-em, wyłożyły także Mazowiecki Instytut Kultury i Mazowiecki Fundusz Filmowy. Ponieważ nie znalazłem szczegółowego jadłospisu finansowego filmu, przyjmuję (czytaj: mam nadzieję), że wkład polegał na tym, iż pierwszy podmiot wyłożył 280 000 złotych w ramach drugiego.
6. A ta jedna zaleta filmu, o której wspominałem na początku? Hmm, nie pamiętam.

Serdeczne pozdrowienia z wakacji przesyła Ziutek z dziećmy


============
Warsaw by night
2015

Czas: 97 minut
Reżyseria:  Natalia Koryncka-Gruz
Scenariusz: Marek Modzelewski
Obsada: Stanisława Celińska, Izabela Kuna, Roma Gąsiorowska-Żurawska, Marta Mazurek, Leszek Lichota, Agata Kulesza, Marian Dziędziel, Agnieszka Żulewska, Łukasz Simlat, Piotr Głowacki, Gabriela Muskała, Katarzyna Kwiatkowska, Józef Pawłowski
Dofinansowanie PISF:  2 000 000 złotych. Tyle co „Bogowie”. Których od premiery obejrzało ponad 2,2 miliona widzów. „Warsaw by night” niecałe 61 tysięcy. Pytanie o zwrot dotacji byłoby okrutne/naiwne, więc go nie zadam. Pytania o to, czy autorka dostanie kolejne dotacje również.