2015-01-29

Wkręceni [2014]

Najpierw usłyszałem piosenkę…
„Życie jest małą ściemniarą – francą, wróblicą, cwaniarą…”
…i padłem.
- Żyje, nie padł na wznak – uznał pułkownik Wołodyjowski.
Nie wiedziałem, kto tę piosenkę napisał, nie wiedziałem, kto ją zaśpiewał, ale wiedziałem, że „Wkręconych” mogę zobaczyć, bo przecież najfatalniejsze mam już za sobą i gorzej nie będzie.
Nie było gorzej. Było równie źle.

"Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las..."

Trzech gości wywalono ze śląskiej fabryki. Przepili odprawę, zgubili się wśród świerzopu, na prowincji zostali wzięci za niemieckich inwestorów, qui pro quo, łapówka za inwestycje, w końcu sprawa się rypła i musieli uciekać, ale jeden się zakochał w rudej histeryczce, więc wrócili z wielkim kolorowym kochamciem, muzyczka, napisy, koniec, konsternacja, wypłata.

- Udało nam się osiągnąć dwie najtrudniejsze rzeczy w komedii - wdzięk i komizm - powiedział scenarzysta i reżyser Piotr Wereśniak.
No, niestety… Sukces frekwencyjny – i owszem, udało się osiągnąć, bo 830 tysięcy osób w kinach to wynik imponujący i nie będę się kłócił, że w przypadku filmów to przede wszystkim sukces działu marketingu, który dobrze film rozreklamował ("Ulubieni aktorzy serialowi!", „Nowy film autora scenariusza ‘Kilera’…” itd.) Nie, spoko – 830 tysięcy to naprawdę świetny wynik. Ale wdzięk? Komizm?
- Pokaż mi go… to… palcem, bo chciałbym uwierzyć, że śnię!

Wdzięk…
- Ej, dziołchy! Wy se kupcie takie cycenhaltry do joggingu, bo wam cycki obwisną
- Jadźka jest francowata, powiem ci, ale dobre cycki ma...
- Już od małego Hitlerjugend musiałem ciężko zapierdalać.
- Scheisse w dupie!


- Wzięli nas za szwabów.
- Jakich szwabów?
- Normalnych, hitlerowskich.


- Ma jaja?
- Słucham
- Maja, ja?


Nie wiem, czy ma - zasłonił

I te piosenki egzystencjalne...
 „Czy zimna czy słota, to ciężka robota,
tak stać tu na drodze
i pałę ssać”

Wdzięk, nie?

Komizm…
- Ja będę Guenther Wolf
- A ja będę doktor Friedrich Schweinsteiger
- To ja będę… ja będę.. właśnie, co ja, kurwa, będę?
- Ty, Szyja, będziesz, kurwa, Aleksander Sznycel.
- Nie chcę być Sznycel!
- Dlaczego ty nie będziesz Sznycel?
- Bo nie chcę być Sznycel.
- Dobra, to będziesz Aleksander Gerhard von Sznycel.

- Tego właśnie szukają widzowie – scenarzysta/reżyser rozłożył ręce. W obu trzymał grube pliki tatusiów.
I nie da się ukryć, że może mieć rację. 19 milionów Polaków powyżej 15 roku życia nie przeczytało w zeszłym roku nawet fragmentu książki. Target, że proszę siadać… Aż korci, żeby rzucić cytatem z rycerza Borcha Trzy Kawki i Wuzetkę Kochasiu o ludziach , którzy przedkładają owce nad dziewczęta, ale to by było nie w porządku. To wolny kraj, ludzie mają różne gust, a wymagać trzeba przede wszystkim od twórców, którzy w celu zaspokojenia owych gustów wcale nie muszą sięgać bo metody prymitywne łamane przez debilne i fajnie by było, gdyby nie traktowali swojego targetu jak stada tępych złomów. Nawet jeśli ów target rzeczywiście taki jest. Co jednak wcale nie jest takie pewne.

Lubię śpiewać, lubię tańczyć, lubię zapach rolmopsów z cebulką pomarańczy...

 - Z czystym sumieniem - myślę, że będzie to najlepsza komedia roku – reklamował Piotr Wereśniak.
- Myślę, że „Wkręceni” to najlepsza polska komedia od ostatnich 5 lat! – przelicytował go po premierze Bartosz Opania.
Przede wszystkim, to wcale nie jest komedia. To zlepek scenek, które łączą się tylko bezpośrednio – pierwsza z drugą, druga z trzecią, trzecia z czwartą, ale już druga z czwartą nie łączy się za cholerę, a o tym, żeby czwarta miała jakąkolwiek fabularną czy łączność z dwunastą, mowy nie ma, bo nie ma też scenariusza, a nikomu z ekipy nie chce się pamiętać, co kręcono dwa dni temu.
Reżyser postawił głównie na improwizację – pakował aktorów na plan, rzucał temat, włączał kamerę…
- Czasami używam różnych forteli, np. mówię, że kamera poszła, chociaż wcale nie poszła, albo, że kamera idzie, chociaż wcale tak nie jest.
Smatri, kakoj Makiawel!
…a aktorzy mieli sobie radzić.
Nie radzili sobie. Coś mówili, czasem krzyczeli, czasem zadawali durne, przeciągające scenę pytania a’la Frank Dealey ze „Spadkobierców”, zaś kiedy brakowało pomysłów, a reżyser machał, żeby grać dalej, sięgali po starą, dobrą, „kurwę” albo równie finezyjne „popierdoliło cię?”

Szczyt improwizacyjnej żenuły ekipa osiągnęła w scenie „opracowywania planu” po przyjeździe do hotelu. Stało sobie trzech bezradnych facetów i pierdzieliło rzewne bzdury, pocieszając się w duchu, że przecież reżyser pracuje na kamerze cyfrowej, więc to sobie wytnie i nakręcimy dubelek bez ponoszenia dodatkowych kosztów. A tu zonk – reżyser nie wyciął. Zostawił tę grzybnię i mogła ją zobaczyć cała Polska, dzieci aktorów mogły ją zobaczyć, rodzice, krewni-i-znajomi… Zobaczyć ją mogła także ekipa „Tajemnicy Twierdzy Szyfrów”.
- Chłopaki, klątwa zdjęta! – mógł się cieszyć Jan Wieczorkowski, wydzwaniając do Marcina Dorocińskiego, Pawła Deląga i Piotr Grabowskiego – Ktoś nakręcił gorszą improwizacyjną chujnię niż my.
Rzeczywiście, scena z „TTS”, w której komandoska ekipa improwizuje plan ataku na Dzbanuszek od strony Mydełka i ewakuację przez Kubeczek, Marcin Dorociński charczy flegmicznie, Jan Wieczorkowski się chichra, a cisza zapada co drugą sylabę, w porównaniu ze sceną z „Wkręconych” jawi się jak połączenie „Parszywej dwunastki” z „Żądłem” i zasługuje na odznaczenie państwowe.

To inna scena. Ale równie głupia.

Nie wiem, ile scen „Wkręconych” było rozpisanych precyzyjnie dokładnie w miarę jakoś, a ile improwizowanych – efekt ekranowy pozwala sądzić, że cały film nakręcono metodą „A coś se tam zagrajcie, pogadacie, pośpiewajcie…
- Przydybali, przyłapali babcię w lasku,
nasypali w przedział piasku,
nasypali w przedział soli,
niech się babcia nie… swawoli
.
- skorzystał w pozwolenia Bartosz Opania z finezją cysterny.
…a potem to jakoś posklejamy i wymyślimy jakąś fabułę, dorobimy jakąś ideologię”. Na przykład, że film może być filmowym odreagowaniem „tchórzliwej i zachowawczej reakcji Niemiec wobec działań Moskwy” i "powracających demonów".
- Jaja sobie robisz?
Nie ja – Bartosz Opania.
A odreagowanie owej postawy polegało na powtarzaniu „Jaaaa” i „Danke” oraz tekstach o niemieckim dziadku, który kiedyś był w Polsce i bardzo mu się podobało oraz na machaniu wyprostowanym ramieniem. To tak, jakby upierać się , że „- Waaaas? – Kapusta i kwas” z „Czterech pancernych” było odreagowywaniem rewanżystowskiej polityki adenauerowskich odwetowców z Bonn.

Scenariusz – żaden. Materiału w nim było ledwie na nowelkę, więc każdą scenę rozciągano do granic wytrzymałości widza, w fabularnych dziurach upychając jakieś durne przebieranki, tańce (obowiązkowo z głupimi minami i jak najdurniejszymi figurami), Znaczące Spojrzenia i Miny. Jakakolwiek spójność postaci – zapomnijcie, jakikolwiek kierunek akcji – kamaaan. A na koniec, ponieważ reżyserowi zabrakło materiału – doklejono jeszcze ni w pięć ni w osiem minikomedię romantyczną, równie głupią jak wątek kwiprokwiczny.
- Było tego jednak tak dużo, że z bólem serca musieliśmy też wycinać – spierał się Piotr Wereśniak i tłumaczył - Komedia nie powinna być dłuższa niż 100 minut.
Cóż, ta „komedia” nie powinna być dłuższa niż 30 minut i to wliczając początkowe oraz końcowe napisy.

Pan Krzysztof był na ekranie prawie  ponad  niemal około 20 minut - skutki odczuwa do dziś

Aktorzy… Nie wiem, czy w przypadku tego filmu w ogóle można mówić o aktorstwie. Ani o materiale do grania – postaci miały góra jedną cechę (góra, bo niektóre nie miały nawet jednej). Piotr Adamczyk bardzo się stara nie zejść poniżej przyzwoitego poziomu, ale udaje mu się to zaledwie w połowie scen. Całkiem przyzwoicie wypada Paweł Domagała, ale w końcu ulega sugestii reżysera, że ochjakżekuźwa śmiesznie wygląda z podniesionymi wysoko brwiami i już do końca filmu biega z taką miną. Bartosz Opania gra źle. Nie, przepraszam – nie „źle”. Bartosz Opania gra bardzo źle, gra wręcz beznadziejnie, gra jak piekarnik, gra jak pralka „Frania”…
- Tak naprawdę sądzę, że widzowie nas nienawidzą – zdenerwował się Bartosz Opania - Zazdroszczą nam tego wszystkiego, co sobie na nasz temat wyobrażają. Myślą, że zarabiamy wielkie pieniądze, że mamy wspaniałe życie, mamy talent. I nami pogardzają.
Nieprawda! Daję uroczyste słowo honoru, iż ani razu, ani przez dwie sekundy nie pomyślałem, że Bartosz Opania ma talent.

Krzysztof Stelmaszyk gra przerysowanego głupka całkowicie w konwencji filmu, Marian Opania pojawia się tylko dlatego, żeby można było jego nazwiskiem przyciągnąć paru widzów więcej – jest na ekranie ile? Minutę? Dwie? Raczej minutę… To i tak więcej niż Czesław Mozil, bo on pojawia się na 10 sekund. Piotr Głowacki jest z zupełnie innej bajki aktorskiej i choć jest niższy od kolegów o głowę, to warsztatowo przerasta ich o dwie. Był jeszcze taki facecik z miną kota srającego na puszczy… Nie pamiętam, jak się nazywał i nie mam ochoty sprawdzać. Grał komendanta policji. Znaczy, nie tyle grał, co chodził ubrany jak – gry to ja tam nie widziałem za grosz. Były tylko zaciśnięte usta, wybałuszone oczy i doklejony wąsik. 

Na ekranie pojawiły się także panie – Dominika Kluźniak zagrała kobiecą wersję Krzysztofa Stelmaszczyka z podwójną histerią, Julia Kamińska była Marianem Opanią (30 sekund na ekranie, ale dzięki temu można wpisać jej nazwisko na plakat), Kamilla Baar pokazywała bardzo długie nogi i p-r-a-c-ę a-r-t-y-k-u-l-a-c-y-j-n-ą ze szczególnym uwzględnieniem gry górną wargą, Monika Krzywkowska była momentami zabawna, ale tylko momentami, bo potem reżyser znowu poszedł w improwizacje i się sympatyczna aktorka pogubiła.

Pani Kamillo, zoologia i film. Zwierzę domowe, hodowlane, występujące nad Wisłą. Podać jego odgłos,

Zdjęcia cyfrowo-cukierkowe bez grama polotu, muzyka plastikowo-konfekcyjna, ale większości przypadków nieuwierająca w uszy (dla równowagi tekst piosenki o „francy, wróblicy, cwaniarze” boli i w uszy, i w mózg), OCZYWIŚCIE, helikopter, bo kiedy się robi słomianego misia, to rachunki trzeba mieć na dwieście osiemdziesiąt tysięcy…
- Zapłacimy! Zapłacimy! I nie sprzedamy tego misia żadnemu muzeum, tylko wydamy go na DVD, a potem nakręcimy sequel!
…tradycyjne w każdej polskiej komedii i w połowie dramatów „Za co? – Za jajco!”, scenografia na zasadzie prymitywnego produktplejsmętu i cukierkowe widoczki Zamościa, który pewnie słono zapłacił, by znaleźć się w tym filmie, „bo wie pan, my w zasadzie możemy to nakręcić wszędzie, ale chyba szkoda było takiej reklamy…” I żałosne sceny zbiorowe, w których wystąpiło może 30 osób, podzielonych na dwa plany.

Nie warto. Nędzne, pozbawione jakiegokolwiek wdzięku gie. Aczkolwiek twórcom należą się wyrazy uznania, że potrafili sprzedać je z rozmachem aż 830 tysiącom ludzi.

Na wieść, że nie zagra we "Wkręconych 2" Piotr Adamczyk wpadł w euforyczny stupor.
 

Varia
1. Wybór piosenek – Robert Kozyra. Public relations z gatunku sprytnych.
2. W końcowych podziękowaniach wymieniony jest prezydent Zamościa Marcin Zamoyski. Nie jest już prezydentem Zamościa. Przypadek?
3. Hotel, w którym mieszkają bohaterowie (nie, nie ten, w którym imprezują, tylko ten z drugiej części filmu), nie znajduje się w Zamościu, tylko w Serocku.
4. Konsultacja balonowa – trzy osoby. Tłumaczenie – osiem osób. Efekty specjalne – dwanaście osób plus jedno studio. Zasadność – odwrotnie proporcjonalna, bo balon przynajmniej był.
5. Nie było cycków. Trzech napizganych Ślązaków, sześć kobitek w pokoju hotelowym i nie było cycków. Był za to jeden wolny biustonosz - ponieważ wszystkie dziewczyny swoje biustonosze miały na sobie, a Paweł Domagała i Bartosz Opania nie zdejmowali koszul, uznać należy, że ów wolny biustonosz należał do Piotra Adamczyka.

Rozmach finałowej sceny zbiorowej też był improwizowany


===========
Wkręceni
2014
Czas:
96 minut
Reżyseria: Piotr Wereśniak
Scenariusz: Piotr Wereśniak
Obsada: Piotr Adamczyk, Bartosz Opania, Paweł Domagała, Krzysztof Stelmaszyk, Dominika Kluźniak, Monika Krzywkowska, Kamilla Baar, Kacper Kuszewski, Piotr Głowacki, Marian Opania i inni
Dofinansowanie PISF: nie było, dzięki Bogu.

2015-01-21

Jack Strong [2014]

Ryszard Kukliński jest...
– Bohaterem!
– Zdrajcą!
– Takim amerykańskim serial killerem!
– To on wykończył „Firefly”?
– Chudefakis Kukliński?
...główną postacią w filmie pod tytułem "Jack Strong". I tego się trzymajmy, jeśli nie chcemy rozpocząć kolejnej polsko-polskiej wojenki na poglądy i jeśli fakty się z nimi nie zgadzają, to pies trącał fakty, zwłaszcza, że większości i tak nie znamy, bo wszystko tutaj działa na zasadzie „podobno”, ale co się przy okazji naobrażamy nawzajem – to nasze.

Pułkownik postanowił zejść do podziemia, albowiem...

Film to film, a nie naukowe dzieło historyczne. Ma "się oglądać", ma wzbudzić zainteresowanie (sympatię) losem bohaterów, a jeśli jest filmem sensacyjno-szpiegowskim – a "Jack Strong" takowym jest – ma trzymać w napięciu od pierwszych do ostatnich minut. Fajnie by było, gdyby trzymał się realiów historycznych, ale nie bądźmy fanatykami i jeśli po seansie będziemy siedzieć z zapartym tchem, bijącym sercem, okiem błyszczącym i paznokciami ogryzionymi do łokci, to proszę uprzejmie, niech to sobie nawet będzie "Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków, ruszający z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków".
Niestety, "Jack Strong" oglądał się średnio, zainteresowania losem bohaterów nie budził, sympatię do nich wywoływał względnie, a w napięciu nie trzymał mnie ani przez moment. Za to przez długie minuty budził bezbrzeżne zdziwienie, że film sensacyjno-szpiegowski może być tak nudny, że reżyser który wjechał na polskie ekrany z odważną mieszanką kina gatunkowego i społecznej/kinowej prowokacji, poszedł w tanie klisze i wyprodukował dzieło, które sprawdziłoby się w latach 80., no, może w 90. ale w roku 2014 wieje stęchlizną.

– Nieprawda! jest wiele momentów, w których...
...w których film ratują aktorzy. Momentów, gdy bardzo dobrze ogląda się Marcina Dorocińskiego, w których sprawdza się Ireneusz Czop, w których swoje robią Krzysztof Globisz Zbigniew Zamachowski czy Mirosław Baka... Ba! trafia się nawet taki moment, że i Maję Ostaszewską ogląda się bez nerwowej wysypki i chęci rzucenia czymś twardym w ekran. Zerk w lewo... zerk w prawo... sąsiedzi śpią, mikrofony wyłączone?... To się przyznam, że nawet udział Pawła Małaszyńskiego w oczy nie bolał i po raz kolejny pomyślałem sobie, że gdyby ten facet nie poszedł jakieś "Magdy M", "Ciacha", czy inne "Figo Fago", gdyby miał dobrego agenta, który powiedziałby mu "Paweł, kuźwa, nie rób sobie siary", to moglibyśmy mieć niezłego aktora do może wąskiego, ale bardzo użytecznego filmowo ąpluja.

...albowiem gdyż coś tam.

Dawno, dawno temu w smutnym Peerelu żył sobie pułkownik. Smutno mu było, zimno było i ponuro, nie miał z kim pogadać, bo żona zołza, dzieci klej wąchały, koledzy to zupaki i gdy się trafił jeden sensowny, to sobie od razu w łeb palnął, a gdy się trafił drugi sensowny, to brzydki jak noc i w dodatku z GRU, tak że więc. Inny to by w alkoholizm popadł albo w romanse (ostatecznie – w ballady), ale pułkownik trzymał się prosto, obowiązki wypełniał, jachtem po dojczhafenach pływał.

Daragoj Sasza. Mienia zawut Bartłomiej, ja żywu w gorodie Bydgoszczy – pisali najmłodsi członkowie TPPR do nieznanych przyjaciół w Ufie czy innym Władywostoku, których adresy rozdała na lekcjach pani od rosyjskiego.
– Liebe Szpionen from Sijajej – napisał pułkownik – Ich bin polish sztabowiec and ajłont with ju tutok. Ale nie tutok tylko tamój. Gritings.
Napisał, zakleił kopertę, nakleił znaczek i wrzucił list do skrzynki, gdy przechodziły trzy dziewczynki. Nie był wysoki, więc nie kucał jak wrzucał. Amerykanie przeczytali list trzy razy, bo jego styl uniemożliwiał zrozumienie, o co pułkownikowi kaman i postanowili się spotkać. Na spotkaniu pułkownik wyjaśnił, że głównie chodzi mu o pogadanie, ale jeśli Amerykanie chcą, to może także założyć tajną organizację, sfotografować tajne plany, wynieść akta, wysłać mesydż, zrobić ryjek – sześć… zrobić ryjek – sześć… zrobić ryjek – sześć…

Przy robieniu ryjka, Rysiu, redukujemy rozwarcie do minimimum!

Amerykanie uznali, że pogaduszki nie, organizacja nie, ale plany, zwłaszcza tajne – i owszem, poproszą. To jest aparat, to są szyfry, to jest sympatyczny atrament, a to niesympatyczny facet z GRU, na którego trzeba uważać, bo pali w piecu kolegami. Na facetów z WSW i MSW uważać nie trzeba, bo są tępi jak szpadel i nawet, kiedy złapią szpiega jak szpiegowskim aparatem fotografuje szpiegowskie dokumenty, to wybałuszą tylko gały zapytają „Co wy robicie?”
Co wy robicie? – zapytał peerelowski kontrwywiadowca z wąsem, gdy zobaczył jak pułkownik szpiegowskim aparatem fotografuje szpiegowskie dokumenty.
Ja? – zdziwił się pułkownik, pocąc się na dokumenty i usiłując połknąć aparat – Ziemniaki obieram, bo żona dziś późno wraca, a dzieci głodne w domu płaczą.
Aha, no to luzik – uspokoił się peerelowski kontrwywiadowca z wąsem i poszedł na obiad do bufetu. Coś go jednak męczyło, coś nie dawało spokoju jego kontrwywiadowczemu sumieniu… „Przecież w PRL nie produkuje się ziemniaków w formacie A4 i to zadrukowanych – myślał – Ten pułkownik musi je kupować za dewizy w Peweksie. A skąd u pułkownika dewizy, a?”

W końcu polski kontrwywiad wpada na ślad „kreta” i robi mu wjazd na kwadrat (z dokładnością do 25 metrów, ale to było zanim zaczęto używać satelitów), Amerykanie ratują Kuklińskiego, wysyłając go Pocztexem do Niemiec Zachodnich, Murzyn robi swoje…
– Afro-Amerykanin!
W tym przypadku to był kanoniczny Murzyn. Miał zrobić swoje i spadać, bo pojawił się tylko po to, żeby widz nie miał wątpliwości, iż ogląda Amerykanina, bo widział kto czarnego Rosjanina…
– Przodkowie Aleksandra Siergiejewicza Puszkina podobnież nie byli w bielszym odcieniu bluesa
– zwróciła uwagę Opinia Publiczna.
Samochody piszczą na zakrętach, prawda tryumfuje, niezgoda rujnuje, propaganda i łopatolgia z dialogów się leje, żadne zwierzę nie zostało ranne, a żadne dziecko nie wrzeszczało, że król jest nagi, bo wszystkie dzieci zasnęły w pierwszym kwadransie.

Nawet niektórzy agenci CIA pozwalali sobie na krótką drzemkę

Świat filmowy prosty jest konstrukcja cepa: Ruscy mają roże jak żopy, a żopy jak szafy, Amerykanie są urody subtelnej, wyprasowani są w kancik kategoryczny, uczesani w ząbek i nad wszystkim pochylają się z troską, wojsko polskie pije wódkę i jest tępe jak kilo gwoździ, a jedyni jego inteligentni i przystojni przedstawiciele to ci, którzy szpiegują dla obcych (czytaj: zachodnich) wywiadów. Znaczy, jest jeden inteligentny, który nie szpieguje, ale szybko sobie strzela w głowę, więc jest pomijalny. Ruscy albo cedzą albo wrzeszczą (najlepszy potrafi wrzeszczeć cedząc i cedzić wrzeszcząc), Amerykanie udają, że mówią po polsku i rosyjsku, a rywalizacja w konkurencji, kto bardziej nie rozumie tego, co mówi pozostaje nierozstrzygnięta. Ta prostota filmowego imaginarium… czy może simulacrum?... kurde, te mądre, obce wyrazy, które nigdy nie wiadomo, co znaczą… Otóż prostota ta przekłada się na akcję, a właściwie jej brak.

– Cwaniak jesteś, bo wiesz, jak się skończyło.
Wszyscy wiedzą, ale nie o to chodzi. Choć nie – przecież także o to chodzi. Skoro wszyscy wiedzą, jak sprawa mniej więcej przebiegała i jak się skończyła, obowiązkiem twórców jest tak uszyć film, żeby widz o tym zapomniał i gryzł palce z emocji. Klimat, zdjęcia, skoki akcji – niekoniecznie rozumianej jako idiotyczny fabularnie pościg samochodowy z prędkością 35 km/h – mylenie tropów… A dostajemy deklamacje, deklaracje, pokazywanie placem, machanie stereotypem, obrzydzanie cynaderką, usuwanie śladów ścierką i budowanie napięcia w sposób niegodny filmowca. Scena, w której filmowy Kukliński jest bliski wyznania, że to on jest „kretem” w Sztabie Generalnym wygląda jakby pochodziła z archiwów zeszłowiecznej kinematografii tureckiej (i nie, nie mam tu na myśli „Pewnego razu w Anatolii”, ale raczej tureckie wersje Jamesa Bonda z lat 70.), a numer z pakowaniem rodziny Kuklińskiego do maluśkich skrzynek i wożeniem ich przez 10 godzin na mrozie…
Różne są wersje ucieczki Kuklińskiego, ja wybrałem tę – wyjaśnił reżyser – Bo bardzo mi się podobał motyw zabijana gwoździami skrzynki, w której jest jego żona.
A kiedy od nastu lat mówię, że w filmach Pasikowskiego widać, iż ma jakiś problem z kobietami, to ludzie na mnie dziwnie patrzą…

Myślę, towarzyszu generale, że filmy Pasikowskiego mogą być dowodem na tezy Elisabeth Badinter...

Szefie, ale ludzie się będą śmiać… – mruknął ktoś z ekipy filmowej.
Nie będą, bo uderzymy w nich Grozą – powiedział reżyser i kazał zatrzymać furgonetkę na Checkpoint Charlie.
Ludzie się śmiali. Śmiali się z 10 godzin w skrzynce, śmiali się z tego, że w gorącym okresie zimnej wojny amerykańską pocztę dyplomatyczną wozić się miało nyską, że wieźć ją miał tylko jeden człowiek…
Ale ja przecież podwawelską Murzyna… – wyjaśnił reżyser i podkręcił Napięcie: poszczuł ciężarówkę germańskimkurwaoprawcą z psem i kazał im obwąchiwać pełne Kuklińskich skrzynki.
Ludzie nadal się śmiali.
Reżyser kazał Amerykanom zgubić numery nyski, żeby nie można jej było zgłosić na granicy jako samochodu służbowego niejakiego Embassy. Tajna operacja megahiperświatowego znaczenia, przygotowana z profesjonalizmem godnym dożynek w Bąbelkach Górnych.
Ludzie śmiali się, ale jakby z niesmakiem…
Reżyser kazał Kuklińskiemu sięgnąć po truciznę i modlić się o ratunek.
Ludzie przestali się śmiać, bo zrobiło im się przykro. Do pełni żenułki brakowało tylko, żeby żona Kuklińskiego zaczęła rodzić, a któryś z synów zaczął kaszleć gruźliczo i trzeba by go było udusić.

I jeszcze ten finał na trzy orkiestry dęte z mimowolnym patosem…
Mimowolnym? – zdziwił się Głos Wewnętrzny – Przecież to było zamierzone, deklamacja Kuklińskiego celowa, dopieszczona dialogowo…
Nie chcę w to wierzyć. Odmawiam przyjęcia do wiadomości, że facet, który nakręcił „Psy” mógł polecieć popeliną a’la „Żołnierz wolności”.

Najsmutniejsze, że scena była do uratowania, wystarczy, że Kukliński na pytanie „Panie pułkowniku, czy było warto?” uśmiechnie się smutno (albo paskudnie), że nie odpowie, tylko wzruszy ramionami, uznając pytanie za głupie albo rzuci jakimś cynicznym bon-motem, po którym pytając będzie mógł zrobić tylko bezradne „glurp”. Ale nie, skąd! Nie z polskim reżyserem takie numery. Z takich jak on był Bohdan Poręba Głowacki! Kukliński Pasikowskiego na pytanie „Czy było warto?” odpowiada drętwą politgramotą rodem z noworocznego orędzia prezydenta, a Marcin Dorociński wygląda jakby się dławił swoją kwestią. I dziwnym nie jest, bo spróbujcie mówić, mając usta pełne styropianu. Takie deklamacje, nieco tępawo chropawo nakreślające i naświetlające wygłasza zresztą co druga postać, a sam film ujęty jest jeszcze w klamerki wyjaśniająco-napisowe. I tu plus - napisy nie były robione czcionką a'la maszyna do pisana z niezbędnym stukotem. Mały plus, bo były robione czcionką a'la wczesny komputerek.

Proszę, towarzysz pułkownik się poczęstuje: mam krówki, irysy, kaszankę i najnowszą powieść Kłodzińskiej

Cały film wygląda właśnie tak: ilekroć uda się zbudować napięcie – następuje fabularny mlask i zostaje niesmak, ile razy akcja zmierza w stronę porządnego filmu sensacyjnego (np. „myk” z przeszukaniem domu przez wojskowy kontrwywiad) – tyle razy nieufający swojemu widzowi reżyser przegina pałę i przesadą zabija cały efekt. W końcu sięga po chwyt z gatunku rozpaczliwych i urządza na ulicach Warszawy pościg samochodowy.
Klasyka kina, hołd gigantom, w porządnym filmie sensacyjnym musi być pościg!

Quentin Tarantino pracując w wypożyczalni filmów, obejrzał całą klasykę, całą klasę B i połowę filmowej klasy C, ale nie ograniczył się do odnotowania „sensacja – musi być pościg, western – musi być strzelanina, romans – muszą być cycki”, tylko przemyślał to, co zobaczył, przyswoił różne konwencje i nauczył się, jak nimi grać. I dlatego to Quentin Tarantino jest wielkim reżyserem. Władysław Pasikowski nie jest Quentinem Tarantino – pościg w „Jacku Strongu” nie tylko wygląda jak wygląda (jest tylko trochę lepszy od wyścigu Fiata 125p i Warszawy w serialu „S.O.S.”), ale co gorsza fabularnie jest ni pri czom. Kompletnie po nic. Nie tylko nie ma najmniejszego uzasadnienia w wydarzeniach ekranowych, ale nawet jest wbrew nim. Zwykła zapchajdziura, bo reżyser uznał, że skoro sensacja, to musi być pościg, a ciemny lud to kupi, bo lubi piszczące opony.
– Nie przesadzaj, cały motyw z wjazdem na chatę, przeszukaniem i finałowym zonkiem…
Ależ właśnie o tym mówię. Świetny motyw, jakieś napięcie, jakaś akcja, już się zaczynam wciągać… Bęc! I po zabawie. Bo jak kontrwywiad wojskowy przeszukuje mieszkanie arcyszpiega? Ano najpierw zamaszystym ruchem wypierdasza książki z regałów na podłogę, potem wywraca same regały, a następnie przychodzi dowódca i każe zrywać tę podłogę, a jak skończycie, to zerwijcie jeszcze kafelki w łazience. Jak kontrwywiadowcy mają coś z naleźć w tym syfie (jesteśmy w epoce mikrofilmów i innych mikro) – nie wiadomo, ale za to jaki, kuźwa, rozmach i drapieżna krytyka metod pracy komunistycznych służb specjalnych.

Facepalm szyfrogramem

Filmowy Kukliński… Cóż, ulepił go Pasikowski – jak ulepił. Jedne wątki życiorysu uwypuklił, inne wyszarzył, jeszcze inne pominął całkowicie. Jego film, jego prawo, jego koncepcja. Mnie nie przekonał. Ani przez chwilę nie byłem w stanie przejąć się losem głównego bohatera, w jakikolwiek sposób mu współczuć, rozumieć, doceniać czy potępić. Zero emocji wobec, obojętny mi był jak pracownik biblioteki w Alicante albo kolejarz z Hamburga. Marcin Dorociński starał się bardzo oddać motywacje swojej postaci, rozterki, przeżycia i inne psychologiczne chujwico, ale po prostu nie miał materiału do grania, dostał od reżysera wąskie „odtąd-dotąd” i może sobie wpisać w życiorys, że bardzo dobrze zagrał bardzo źle napisaną rolę, a jako aktor wstydzić się nie musi. O reszcie aktorów pisałem wyżej, więc nie będę się powtarzał. Znaczy, o polskich pisałem, ale o zagranicznych nie bardzo jest co napisać. Materiał do grania mieli właściwie tylko Rosjanie, ale ponieważ Pasikowski poszedł w stereotypy – byli grzeczni i zagrali stereotypy.
– A Patrick Wilson?
Rolę miał płasko-żadną, jedyna trudność polegała na konieczności grania po polsku. Żona mu napisała tekst fonetycznie, wykuł na blachę, przyznając, że nie wiedział, co tak naprawdę mówi, wygłosił i zainkasował, a za rok nie będzie pamiętał, że zagrał. Ja już nie pamiętam – przy pisaniu musiałem sprawdzić jak się nazywa.

Ale palenie "Carmena" zapamięta Wilson do końca życia

Muzyka – jak to u Pasikowskiego, więc jeśli ktoś lubi, to mu się pewnie podoba. Zdjęcia przyzwoite, choć same ujęcia rodem z wczesnego Pasikowskiego (czytaj: przestarzałe ździebko i przewidywalne), montaż niezły, dźwięk jak na polskie warunki więcej niż przyzwoity. A na deser plakat w klimacie „Kapitana Żbika”.

Zmarnowany samograj. Zamiast świetnej sensacji, którą można by także pokazać za granicą – przeciętny filmik, który ledwo ujdzie na krajowym podwórku, przestarzały formalnie, nudny fabularnie, miałki dialogowo.
Ale jak na polskie warunki… – próbowała bronić Opinia Publiczna.
Nawet jak na. Może nie ma się czego wstydzić, ale na pewno nie ma się czym chwalić.

Buuu, nie będzie sequela?

Varia
1.
Rodzina płk. Kuklińskiego mieszkała w domu przy ulicy Rajców na Nowym Mieście. Ujęcia domu Kuklińskich kręcono jednak na równoległej do Rajców ulicy Przyrynek.
2. Jednego z synów Kuklińskiego zagrał Józef Pawłowski – wnuk Jerzego Pawłowskiego, znakomitego polskiego szablisty (mistrz olimpijski z Meksyku, siedmiokrotny mistrz świata). Taki chichocik historii – Jerzy Pawłowski w wolnych od sportu chwilach zajmował się szpiegowaniem dla CIA. Znaczy, najpierw kolaborował z naszą Informacją Wojskową, ale potem mu się odmieniło i nawiązał współpracę z Amerykanami, za co od władzy ludowej dostał do odsiedzenia „ćwiarę”.
3. W ostatniej scenie, rozgrywającej się w USA, Józefa Pawłowskiego zastąpił jego brat – Stefan. Oczywiście, także wnuk.
4. Opanowanie polskich kwestii ułatwiła Patrickowi Wilsonowi jego żona – Dagmara Domińczyk. Ona sama pojawiła się w filmie w roli (och, od razu „roli”… to raczej był epizodzik) Sue.
5. Postać grana przez Pawła Małaszyńskiego nosi w filmie nazwisko „Ostaszewski”. Chodzi o współpracującego z Amerykanami pułkownika Włodzimierza Ostaszewicza, który uciekł na Zachód we wrześniu 1981 i ciekaw jestem, czy żarcik wymyślił Pasikowski, czy to może Małaszyński "popłynął" w scenie przedstawiania się Mai Ostaszewskiej, a reżyser, gdy już przestał się śmiać, uznał, że to fajny dowcip i warto go zostawić.
6. Wyznawcy kościoła Świętej Autentyczności, twierdzący, że w filmie „historycznym” każdy guzik powinien być „z epoki”, wytykali, że sygnalizatory na radiowozach pochodzą z przyszłości, a samochód, którym jeździ Kukliński też wyprodukowano po pokazanym czasie ekranowym, że nie Żandarmeria Wojskowa tylko WSW… Nie wiem, nie znam się, nie wnikam, zajęty byłem rozważaniem, jak w Warszawie na radyjku gazikowym można było odbierać bojowe rozmowy między podobnymi radyjkami w Gdańsku. Choć pewnie się okaże, że technicznie to było możliwe...

W części artystycznej DJ Mariusz zaśpiewał "My way" i "Jabłuszko pełne snu"

============
Jack Strong
2014
Czas:
122 minuty
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Obsada: Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska, Patrick Wilson, Oleg Maslennikow, Dimitri Bilow, Ireneusz Czop, Mirosław Baka, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Pieczyński, Zbigniew Stryj, Paweł Małaszyński, Krzysztof Globisz, Krzysztof Dracz, Mariusz Bonaszewski i inni.
Dofinansowanie PISF: 3 800 000 zł