2015-01-21

Jack Strong [2014]

Ryszard Kukliński jest...
– Bohaterem!
– Zdrajcą!
– Takim amerykańskim serial killerem!
– To on wykończył „Firefly”?
– Chudefakis Kukliński?
...główną postacią w filmie pod tytułem "Jack Strong". I tego się trzymajmy, jeśli nie chcemy rozpocząć kolejnej polsko-polskiej wojenki na poglądy i jeśli fakty się z nimi nie zgadzają, to pies trącał fakty, zwłaszcza, że większości i tak nie znamy, bo wszystko tutaj działa na zasadzie „podobno”, ale co się przy okazji naobrażamy nawzajem – to nasze.

Pułkownik postanowił zejść do podziemia, albowiem...

Film to film, a nie naukowe dzieło historyczne. Ma "się oglądać", ma wzbudzić zainteresowanie (sympatię) losem bohaterów, a jeśli jest filmem sensacyjno-szpiegowskim – a "Jack Strong" takowym jest – ma trzymać w napięciu od pierwszych do ostatnich minut. Fajnie by było, gdyby trzymał się realiów historycznych, ale nie bądźmy fanatykami i jeśli po seansie będziemy siedzieć z zapartym tchem, bijącym sercem, okiem błyszczącym i paznokciami ogryzionymi do łokci, to proszę uprzejmie, niech to sobie nawet będzie "Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków, ruszający z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków".
Niestety, "Jack Strong" oglądał się średnio, zainteresowania losem bohaterów nie budził, sympatię do nich wywoływał względnie, a w napięciu nie trzymał mnie ani przez moment. Za to przez długie minuty budził bezbrzeżne zdziwienie, że film sensacyjno-szpiegowski może być tak nudny, że reżyser który wjechał na polskie ekrany z odważną mieszanką kina gatunkowego i społecznej/kinowej prowokacji, poszedł w tanie klisze i wyprodukował dzieło, które sprawdziłoby się w latach 80., no, może w 90. ale w roku 2014 wieje stęchlizną.

– Nieprawda! jest wiele momentów, w których...
...w których film ratują aktorzy. Momentów, gdy bardzo dobrze ogląda się Marcina Dorocińskiego, w których sprawdza się Ireneusz Czop, w których swoje robią Krzysztof Globisz Zbigniew Zamachowski czy Mirosław Baka... Ba! trafia się nawet taki moment, że i Maję Ostaszewską ogląda się bez nerwowej wysypki i chęci rzucenia czymś twardym w ekran. Zerk w lewo... zerk w prawo... sąsiedzi śpią, mikrofony wyłączone?... To się przyznam, że nawet udział Pawła Małaszyńskiego w oczy nie bolał i po raz kolejny pomyślałem sobie, że gdyby ten facet nie poszedł jakieś "Magdy M", "Ciacha", czy inne "Figo Fago", gdyby miał dobrego agenta, który powiedziałby mu "Paweł, kuźwa, nie rób sobie siary", to moglibyśmy mieć niezłego aktora do może wąskiego, ale bardzo użytecznego filmowo ąpluja.

...albowiem gdyż coś tam.

Dawno, dawno temu w smutnym Peerelu żył sobie pułkownik. Smutno mu było, zimno było i ponuro, nie miał z kim pogadać, bo żona zołza, dzieci klej wąchały, koledzy to zupaki i gdy się trafił jeden sensowny, to sobie od razu w łeb palnął, a gdy się trafił drugi sensowny, to brzydki jak noc i w dodatku z GRU, tak że więc. Inny to by w alkoholizm popadł albo w romanse (ostatecznie – w ballady), ale pułkownik trzymał się prosto, obowiązki wypełniał, jachtem po dojczhafenach pływał.

Daragoj Sasza. Mienia zawut Bartłomiej, ja żywu w gorodie Bydgoszczy – pisali najmłodsi członkowie TPPR do nieznanych przyjaciół w Ufie czy innym Władywostoku, których adresy rozdała na lekcjach pani od rosyjskiego.
– Liebe Szpionen from Sijajej – napisał pułkownik – Ich bin polish sztabowiec and ajłont with ju tutok. Ale nie tutok tylko tamój. Gritings.
Napisał, zakleił kopertę, nakleił znaczek i wrzucił list do skrzynki, gdy przechodziły trzy dziewczynki. Nie był wysoki, więc nie kucał jak wrzucał. Amerykanie przeczytali list trzy razy, bo jego styl uniemożliwiał zrozumienie, o co pułkownikowi kaman i postanowili się spotkać. Na spotkaniu pułkownik wyjaśnił, że głównie chodzi mu o pogadanie, ale jeśli Amerykanie chcą, to może także założyć tajną organizację, sfotografować tajne plany, wynieść akta, wysłać mesydż, zrobić ryjek – sześć… zrobić ryjek – sześć… zrobić ryjek – sześć…

Przy robieniu ryjka, Rysiu, redukujemy rozwarcie do minimimum!

Amerykanie uznali, że pogaduszki nie, organizacja nie, ale plany, zwłaszcza tajne – i owszem, poproszą. To jest aparat, to są szyfry, to jest sympatyczny atrament, a to niesympatyczny facet z GRU, na którego trzeba uważać, bo pali w piecu kolegami. Na facetów z WSW i MSW uważać nie trzeba, bo są tępi jak szpadel i nawet, kiedy złapią szpiega jak szpiegowskim aparatem fotografuje szpiegowskie dokumenty, to wybałuszą tylko gały zapytają „Co wy robicie?”
Co wy robicie? – zapytał peerelowski kontrwywiadowca z wąsem, gdy zobaczył jak pułkownik szpiegowskim aparatem fotografuje szpiegowskie dokumenty.
Ja? – zdziwił się pułkownik, pocąc się na dokumenty i usiłując połknąć aparat – Ziemniaki obieram, bo żona dziś późno wraca, a dzieci głodne w domu płaczą.
Aha, no to luzik – uspokoił się peerelowski kontrwywiadowca z wąsem i poszedł na obiad do bufetu. Coś go jednak męczyło, coś nie dawało spokoju jego kontrwywiadowczemu sumieniu… „Przecież w PRL nie produkuje się ziemniaków w formacie A4 i to zadrukowanych – myślał – Ten pułkownik musi je kupować za dewizy w Peweksie. A skąd u pułkownika dewizy, a?”

W końcu polski kontrwywiad wpada na ślad „kreta” i robi mu wjazd na kwadrat (z dokładnością do 25 metrów, ale to było zanim zaczęto używać satelitów), Amerykanie ratują Kuklińskiego, wysyłając go Pocztexem do Niemiec Zachodnich, Murzyn robi swoje…
– Afro-Amerykanin!
W tym przypadku to był kanoniczny Murzyn. Miał zrobić swoje i spadać, bo pojawił się tylko po to, żeby widz nie miał wątpliwości, iż ogląda Amerykanina, bo widział kto czarnego Rosjanina…
– Przodkowie Aleksandra Siergiejewicza Puszkina podobnież nie byli w bielszym odcieniu bluesa
– zwróciła uwagę Opinia Publiczna.
Samochody piszczą na zakrętach, prawda tryumfuje, niezgoda rujnuje, propaganda i łopatolgia z dialogów się leje, żadne zwierzę nie zostało ranne, a żadne dziecko nie wrzeszczało, że król jest nagi, bo wszystkie dzieci zasnęły w pierwszym kwadransie.

Nawet niektórzy agenci CIA pozwalali sobie na krótką drzemkę

Świat filmowy prosty jest konstrukcja cepa: Ruscy mają roże jak żopy, a żopy jak szafy, Amerykanie są urody subtelnej, wyprasowani są w kancik kategoryczny, uczesani w ząbek i nad wszystkim pochylają się z troską, wojsko polskie pije wódkę i jest tępe jak kilo gwoździ, a jedyni jego inteligentni i przystojni przedstawiciele to ci, którzy szpiegują dla obcych (czytaj: zachodnich) wywiadów. Znaczy, jest jeden inteligentny, który nie szpieguje, ale szybko sobie strzela w głowę, więc jest pomijalny. Ruscy albo cedzą albo wrzeszczą (najlepszy potrafi wrzeszczeć cedząc i cedzić wrzeszcząc), Amerykanie udają, że mówią po polsku i rosyjsku, a rywalizacja w konkurencji, kto bardziej nie rozumie tego, co mówi pozostaje nierozstrzygnięta. Ta prostota filmowego imaginarium… czy może simulacrum?... kurde, te mądre, obce wyrazy, które nigdy nie wiadomo, co znaczą… Otóż prostota ta przekłada się na akcję, a właściwie jej brak.

– Cwaniak jesteś, bo wiesz, jak się skończyło.
Wszyscy wiedzą, ale nie o to chodzi. Choć nie – przecież także o to chodzi. Skoro wszyscy wiedzą, jak sprawa mniej więcej przebiegała i jak się skończyła, obowiązkiem twórców jest tak uszyć film, żeby widz o tym zapomniał i gryzł palce z emocji. Klimat, zdjęcia, skoki akcji – niekoniecznie rozumianej jako idiotyczny fabularnie pościg samochodowy z prędkością 35 km/h – mylenie tropów… A dostajemy deklamacje, deklaracje, pokazywanie placem, machanie stereotypem, obrzydzanie cynaderką, usuwanie śladów ścierką i budowanie napięcia w sposób niegodny filmowca. Scena, w której filmowy Kukliński jest bliski wyznania, że to on jest „kretem” w Sztabie Generalnym wygląda jakby pochodziła z archiwów zeszłowiecznej kinematografii tureckiej (i nie, nie mam tu na myśli „Pewnego razu w Anatolii”, ale raczej tureckie wersje Jamesa Bonda z lat 70.), a numer z pakowaniem rodziny Kuklińskiego do maluśkich skrzynek i wożeniem ich przez 10 godzin na mrozie…
Różne są wersje ucieczki Kuklińskiego, ja wybrałem tę – wyjaśnił reżyser – Bo bardzo mi się podobał motyw zabijana gwoździami skrzynki, w której jest jego żona.
A kiedy od nastu lat mówię, że w filmach Pasikowskiego widać, iż ma jakiś problem z kobietami, to ludzie na mnie dziwnie patrzą…

Myślę, towarzyszu generale, że filmy Pasikowskiego mogą być dowodem na tezy Elisabeth Badinter...

Szefie, ale ludzie się będą śmiać… – mruknął ktoś z ekipy filmowej.
Nie będą, bo uderzymy w nich Grozą – powiedział reżyser i kazał zatrzymać furgonetkę na Checkpoint Charlie.
Ludzie się śmiali. Śmiali się z 10 godzin w skrzynce, śmiali się z tego, że w gorącym okresie zimnej wojny amerykańską pocztę dyplomatyczną wozić się miało nyską, że wieźć ją miał tylko jeden człowiek…
Ale ja przecież podwawelską Murzyna… – wyjaśnił reżyser i podkręcił Napięcie: poszczuł ciężarówkę germańskimkurwaoprawcą z psem i kazał im obwąchiwać pełne Kuklińskich skrzynki.
Ludzie nadal się śmiali.
Reżyser kazał Amerykanom zgubić numery nyski, żeby nie można jej było zgłosić na granicy jako samochodu służbowego niejakiego Embassy. Tajna operacja megahiperświatowego znaczenia, przygotowana z profesjonalizmem godnym dożynek w Bąbelkach Górnych.
Ludzie śmiali się, ale jakby z niesmakiem…
Reżyser kazał Kuklińskiemu sięgnąć po truciznę i modlić się o ratunek.
Ludzie przestali się śmiać, bo zrobiło im się przykro. Do pełni żenułki brakowało tylko, żeby żona Kuklińskiego zaczęła rodzić, a któryś z synów zaczął kaszleć gruźliczo i trzeba by go było udusić.

I jeszcze ten finał na trzy orkiestry dęte z mimowolnym patosem…
Mimowolnym? – zdziwił się Głos Wewnętrzny – Przecież to było zamierzone, deklamacja Kuklińskiego celowa, dopieszczona dialogowo…
Nie chcę w to wierzyć. Odmawiam przyjęcia do wiadomości, że facet, który nakręcił „Psy” mógł polecieć popeliną a’la „Żołnierz wolności”.

Najsmutniejsze, że scena była do uratowania, wystarczy, że Kukliński na pytanie „Panie pułkowniku, czy było warto?” uśmiechnie się smutno (albo paskudnie), że nie odpowie, tylko wzruszy ramionami, uznając pytanie za głupie albo rzuci jakimś cynicznym bon-motem, po którym pytając będzie mógł zrobić tylko bezradne „glurp”. Ale nie, skąd! Nie z polskim reżyserem takie numery. Z takich jak on był Bohdan Poręba Głowacki! Kukliński Pasikowskiego na pytanie „Czy było warto?” odpowiada drętwą politgramotą rodem z noworocznego orędzia prezydenta, a Marcin Dorociński wygląda jakby się dławił swoją kwestią. I dziwnym nie jest, bo spróbujcie mówić, mając usta pełne styropianu. Takie deklamacje, nieco tępawo chropawo nakreślające i naświetlające wygłasza zresztą co druga postać, a sam film ujęty jest jeszcze w klamerki wyjaśniająco-napisowe. I tu plus - napisy nie były robione czcionką a'la maszyna do pisana z niezbędnym stukotem. Mały plus, bo były robione czcionką a'la wczesny komputerek.

Proszę, towarzysz pułkownik się poczęstuje: mam krówki, irysy, kaszankę i najnowszą powieść Kłodzińskiej

Cały film wygląda właśnie tak: ilekroć uda się zbudować napięcie – następuje fabularny mlask i zostaje niesmak, ile razy akcja zmierza w stronę porządnego filmu sensacyjnego (np. „myk” z przeszukaniem domu przez wojskowy kontrwywiad) – tyle razy nieufający swojemu widzowi reżyser przegina pałę i przesadą zabija cały efekt. W końcu sięga po chwyt z gatunku rozpaczliwych i urządza na ulicach Warszawy pościg samochodowy.
Klasyka kina, hołd gigantom, w porządnym filmie sensacyjnym musi być pościg!

Quentin Tarantino pracując w wypożyczalni filmów, obejrzał całą klasykę, całą klasę B i połowę filmowej klasy C, ale nie ograniczył się do odnotowania „sensacja – musi być pościg, western – musi być strzelanina, romans – muszą być cycki”, tylko przemyślał to, co zobaczył, przyswoił różne konwencje i nauczył się, jak nimi grać. I dlatego to Quentin Tarantino jest wielkim reżyserem. Władysław Pasikowski nie jest Quentinem Tarantino – pościg w „Jacku Strongu” nie tylko wygląda jak wygląda (jest tylko trochę lepszy od wyścigu Fiata 125p i Warszawy w serialu „S.O.S.”), ale co gorsza fabularnie jest ni pri czom. Kompletnie po nic. Nie tylko nie ma najmniejszego uzasadnienia w wydarzeniach ekranowych, ale nawet jest wbrew nim. Zwykła zapchajdziura, bo reżyser uznał, że skoro sensacja, to musi być pościg, a ciemny lud to kupi, bo lubi piszczące opony.
– Nie przesadzaj, cały motyw z wjazdem na chatę, przeszukaniem i finałowym zonkiem…
Ależ właśnie o tym mówię. Świetny motyw, jakieś napięcie, jakaś akcja, już się zaczynam wciągać… Bęc! I po zabawie. Bo jak kontrwywiad wojskowy przeszukuje mieszkanie arcyszpiega? Ano najpierw zamaszystym ruchem wypierdasza książki z regałów na podłogę, potem wywraca same regały, a następnie przychodzi dowódca i każe zrywać tę podłogę, a jak skończycie, to zerwijcie jeszcze kafelki w łazience. Jak kontrwywiadowcy mają coś z naleźć w tym syfie (jesteśmy w epoce mikrofilmów i innych mikro) – nie wiadomo, ale za to jaki, kuźwa, rozmach i drapieżna krytyka metod pracy komunistycznych służb specjalnych.

Facepalm szyfrogramem

Filmowy Kukliński… Cóż, ulepił go Pasikowski – jak ulepił. Jedne wątki życiorysu uwypuklił, inne wyszarzył, jeszcze inne pominął całkowicie. Jego film, jego prawo, jego koncepcja. Mnie nie przekonał. Ani przez chwilę nie byłem w stanie przejąć się losem głównego bohatera, w jakikolwiek sposób mu współczuć, rozumieć, doceniać czy potępić. Zero emocji wobec, obojętny mi był jak pracownik biblioteki w Alicante albo kolejarz z Hamburga. Marcin Dorociński starał się bardzo oddać motywacje swojej postaci, rozterki, przeżycia i inne psychologiczne chujwico, ale po prostu nie miał materiału do grania, dostał od reżysera wąskie „odtąd-dotąd” i może sobie wpisać w życiorys, że bardzo dobrze zagrał bardzo źle napisaną rolę, a jako aktor wstydzić się nie musi. O reszcie aktorów pisałem wyżej, więc nie będę się powtarzał. Znaczy, o polskich pisałem, ale o zagranicznych nie bardzo jest co napisać. Materiał do grania mieli właściwie tylko Rosjanie, ale ponieważ Pasikowski poszedł w stereotypy – byli grzeczni i zagrali stereotypy.
– A Patrick Wilson?
Rolę miał płasko-żadną, jedyna trudność polegała na konieczności grania po polsku. Żona mu napisała tekst fonetycznie, wykuł na blachę, przyznając, że nie wiedział, co tak naprawdę mówi, wygłosił i zainkasował, a za rok nie będzie pamiętał, że zagrał. Ja już nie pamiętam – przy pisaniu musiałem sprawdzić jak się nazywa.

Ale palenie "Carmena" zapamięta Wilson do końca życia

Muzyka – jak to u Pasikowskiego, więc jeśli ktoś lubi, to mu się pewnie podoba. Zdjęcia przyzwoite, choć same ujęcia rodem z wczesnego Pasikowskiego (czytaj: przestarzałe ździebko i przewidywalne), montaż niezły, dźwięk jak na polskie warunki więcej niż przyzwoity. A na deser plakat w klimacie „Kapitana Żbika”.

Zmarnowany samograj. Zamiast świetnej sensacji, którą można by także pokazać za granicą – przeciętny filmik, który ledwo ujdzie na krajowym podwórku, przestarzały formalnie, nudny fabularnie, miałki dialogowo.
Ale jak na polskie warunki… – próbowała bronić Opinia Publiczna.
Nawet jak na. Może nie ma się czego wstydzić, ale na pewno nie ma się czym chwalić.

Buuu, nie będzie sequela?

Varia
1.
Rodzina płk. Kuklińskiego mieszkała w domu przy ulicy Rajców na Nowym Mieście. Ujęcia domu Kuklińskich kręcono jednak na równoległej do Rajców ulicy Przyrynek.
2. Jednego z synów Kuklińskiego zagrał Józef Pawłowski – wnuk Jerzego Pawłowskiego, znakomitego polskiego szablisty (mistrz olimpijski z Meksyku, siedmiokrotny mistrz świata). Taki chichocik historii – Jerzy Pawłowski w wolnych od sportu chwilach zajmował się szpiegowaniem dla CIA. Znaczy, najpierw kolaborował z naszą Informacją Wojskową, ale potem mu się odmieniło i nawiązał współpracę z Amerykanami, za co od władzy ludowej dostał do odsiedzenia „ćwiarę”.
3. W ostatniej scenie, rozgrywającej się w USA, Józefa Pawłowskiego zastąpił jego brat – Stefan. Oczywiście, także wnuk.
4. Opanowanie polskich kwestii ułatwiła Patrickowi Wilsonowi jego żona – Dagmara Domińczyk. Ona sama pojawiła się w filmie w roli (och, od razu „roli”… to raczej był epizodzik) Sue.
5. Postać grana przez Pawła Małaszyńskiego nosi w filmie nazwisko „Ostaszewski”. Chodzi o współpracującego z Amerykanami pułkownika Włodzimierza Ostaszewicza, który uciekł na Zachód we wrześniu 1981 i ciekaw jestem, czy żarcik wymyślił Pasikowski, czy to może Małaszyński "popłynął" w scenie przedstawiania się Mai Ostaszewskiej, a reżyser, gdy już przestał się śmiać, uznał, że to fajny dowcip i warto go zostawić.
6. Wyznawcy kościoła Świętej Autentyczności, twierdzący, że w filmie „historycznym” każdy guzik powinien być „z epoki”, wytykali, że sygnalizatory na radiowozach pochodzą z przyszłości, a samochód, którym jeździ Kukliński też wyprodukowano po pokazanym czasie ekranowym, że nie Żandarmeria Wojskowa tylko WSW… Nie wiem, nie znam się, nie wnikam, zajęty byłem rozważaniem, jak w Warszawie na radyjku gazikowym można było odbierać bojowe rozmowy między podobnymi radyjkami w Gdańsku. Choć pewnie się okaże, że technicznie to było możliwe...

W części artystycznej DJ Mariusz zaśpiewał "My way" i "Jabłuszko pełne snu"

============
Jack Strong
2014
Czas:
122 minuty
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Obsada: Marcin Dorociński, Maja Ostaszewska, Patrick Wilson, Oleg Maslennikow, Dimitri Bilow, Ireneusz Czop, Mirosław Baka, Zbigniew Zamachowski, Krzysztof Pieczyński, Zbigniew Stryj, Paweł Małaszyński, Krzysztof Globisz, Krzysztof Dracz, Mariusz Bonaszewski i inni.
Dofinansowanie PISF: 3 800 000 zł

13 komentarzy:

  1. A ja się w kinie bawiłem dobrze (co prawda mogła mieć na to wpływ duża blondyna towarzysząca mi w kinie). Ba nawet ten tani chwyt w postaci trio murzyn&aryjczyk&owczarek plus dowcip o Auschwitz na mnie zadziałał. Jednak obiektywnie patrząc "Tinker Tailor Soldier Spy" to to nie jest. Denerwujące też było łopatologiczne pokazywanie dlaczego Kukliński się zdecydował na to. Można było zrobić jakieś niedomówienie, tak więcej inteligentnie, a wyszło klasyczne „ileż mąk przeżywam”. Summa summarum, jak na polską kinematografię to nie było źle, ale tego filmu już pewnie ponownie nie obejrzę.

    Ad. varia 6 - Co prawda nie jestem wyznawcą kościoła świętej autentyczności jednak czasami lubię się czepiać :) Twórcy zapomnieli usunąć zegar z pałacu kultury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I chyba zabrakło wieżowców w panoramie miasta. Z tego, co pamiętam, w 1981 były już inne niż Pekin budynki wystające ponad linię kamienic.
      Tekst o auschwitzowskich owczarkach mnie wkurzył - za prosty był, za oczywisty, zgrany do imentu nawet przez pewnego polityka PO. A przecież Pasikowski pisał dialogi do "Psów" - stać go na świetne onelinery... Czy może już tylko "stać go... było"?
      Tak, łopatologia wpieprzała. To idiotyczne wygłaszanie, pokazywanie palcem... Dla Polaka, znającego realia, irytujące, dla człowieka spoza - i tak przecież niewystarczające. Najbardziej byłem wściekły o sceny z Kuklińskim, który się boi: scena z Jaruzelskim i ta z wycieraniem twarzy dokumentami, poceniem się w trybie "fontanna" i zostawianiem tuszu na twarzy. Kurde, mieć takiego aktora jak Dorociński i iść w tak prymitywne zagrywki? Przecież by to Pasikowskiemu zagrał i to zagrał świetnie nawet samymi oczami.

      Usuń
  2. (Nieśmiało) Skoro już są Zaagnażonwane filmy historyczne to Czy będzie kiedyś robotniczo-chłopska odpowiedź na Trylogię czyli Podhale w Ogniu z 1955 r?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś na pewno, bo celem jest opisanie wszystkich polskich filmów (w tym tempie... skończę ok. 2237 roku)

      Usuń
    2. Właśnie wszyscy młodzi zdolni zostali zainspirowani do stworzenia/znalezienia Fountain of Youth. ^^

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Czynione są starania. i podejmowane są działania.

      Usuń
  4. A mnie się podobało. Łopatologię puszczałem mimo, dziury w scenariuszu - były, ale nie aż takie bolesne. Scena z przyznawaniem się mnie rozbawiła i w ogóle uważam, że najlepszy z całego filmu był drugi plan, czyli wyżsi oficerowie ludowej armii naszej. Kiedy patrzyłem na Globisza w topornych okularach, przypominały mi się te wszystkie gęby zasłużonych towarzyszy, których szkołą były Lasy Kabackie, a których musiałem w milczeniu znosić w telewizji lat osiemdziesiątych... I mimo że całą historię znałem dość dobrze, to trzymała mnie w napięciu. Ale ja to pewnie dziwny jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego dziwny? Sądząc po recenzjach, opiniach i frekwencji to raczej ja ze swoim tekścikiem mógłbym aspirować do tego określenia. A wspomnienia telewizyjne mamy wspólne - może po prostu inaczej się na nas odcisnęły.

      Usuń
  5. Wie Pan, kim Pan jest, Panie Blogier? No kim jest Pan? Kurna, dobrym obserwatorem, jego mać. Trafiłem tu jakoś przypadkowo i chyba zostanę. Świetnie, Panie Blogier, mnie się czyta te Pana recenzje. Romalnie brawo! Kimże Pan jest naprawdę, tom ciekaw. Przydałby się Szanowny Blogier, w jakiejś gazecie czy portalu filmowym, żeby takie recenzje pisać. I powinni za to Panu płacić. Guzik by się tylko przydał do obserwowania z boku paska, bo wtedy wygodniej, a tak to muszę zerkać do zakładek i tepe. Proszę o guzik: obserwujący? Da się?

    I jeszcze raz brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Guzik - pomyślę, a kiedy się domyślę, to spróbuję wykonać. Tylko to może trochę potrwać. A zakładki są wygodne, zwłaszcza, gdy się je ma pofolderowane, poukładane...
      - Dziwak - wzruszyła ramionami Opinia Publiczna.
      2. Kimże jestem? Och, jakże filozoficzne pytanie...
      3. Zgadzam się, powinni mi płacić :-) Niektórzy płacą, ale nie za pisanie o filmie, tylko za pisanie o polskiej piłce nożnej. W sumie to nawet bardzo podobne...

      Usuń
    2. Nie wiem, czy Pan Bloger Kierownik Wycieczki ceni Flirt z Melpomeną, ale ja bym się ośmieliła nieśmiało przyrównać - nie pod względem ujęcia, ale pod względem (tu chrząknęła niepewnie) literackiego wdzięku, wnikliwości, obeznania z materią i nieustępliwości wobec kwestii zasadniczych, czyli - przepraszam za słowo - artystycznych. Panu powinni za to naprawdę płacić i to nieźle, bo jest Pan najlepszym recenzentem w Polsce. Co mówię seriously i z pełną odpowiedzialnością za słowo.

      Usuń
  6. Ohai! Na moment człowiek przestaje śledzić bloga a tu tyle nowych materiałów do czytania! I spełnienie życzenia, dziękuję!

    Ale do rzeczy. Odnośnie wpisu, wydaje mi się, że niewiedza jest błogosławieństwem. Jestem straszliwa noga z historii, zwłaszcza z historii powojennej, więc nie znałam zakończenia (ani nawet treści), a co za tym idzie, oglądałam z wypiekami i spacją co pięć minut, żeby sobie doguglać brakujące elementy układanki, czyli tło historyczne zdarzeń. Przez to nawet, jeśli film jest obiektywnie kiepski, w moim przypadku spełnił misję edukacyjną, więc nie był taki znowu bezwartościowy. A pościg oglądałam nie tyle z żenadą, co z nostalgią (wziętą z powietrza, bo w tych latach to mnie jeszcze na świecie nie było :P ). Najbardziej w całej historii żal mi synów generała, bo co oni winni decyzjom ojca. I trochę przerażające, że nawet w latach dziewięćdziesiątych im nie odpuszczono.

    OdpowiedzUsuń