2015-02-28

Służby specjalne [2014

Patryk nakręcił film. Patryk był dumny.
Ludzie dostaną uderzenie młotkiem w głowę.
Rzeczywiście, oglądanie bolało.

Sąd na posiedzeniu niejawnym postanawia, iż nie ma, że boli

 – Ludzie, którzy zobaczyli „Służby specjalne" uznali, że to mój najlepszy film w życiu – oburzył się Patryk.
Ludzie, którzy oglądali „Ciacho” i „Last minute” mają prawo nie kojarzyć, że dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie chodzili do gimnazjum, Patryk nakręcił też „Pitbulla”. Mnie samemu z trudem mieści się to w głowie. To że reżyser „Ciacha” i „Last minute” nakręcił „Służby specjalnie” mieści mi się bez problemu.

Brodaty prawdziwek zlikwidował WSI.
WSI były orgnizcją przesępszą – zabełkotał i wyrzucił z pracy połowę funkcjonariuszy.
Zgadza się pan, że WSI były orgnizasją przetępszą? – zapytał drugą połowę funkcjonariuszy
Hę? – zapytała druga połowa funkcjonariuszy. Tylko jeden kapitan postanowił być dowcipny i rzucał bon-motami a’la Patryk Vega, które tym się różniły od jesiotra, że jesiotr był drugiej, a nie dwudziestej drugiej świeżości.
Szyli potwiers pan, że WSI były ornicją pszszszą? – brąchała brodata katarynka, odgrywając twarzą nieznośną lekkość butów.
Nie daj się naprawiać hałastrze cienkoszyich, łysiejących wodzów – powiedział kapitanowi generał – Nie proś, nie melduj, nie awanturuj się, nie ukorz, nie płaszcz, nie pełzaj.
Kapitan nic takiego nie zrobił – zatrzymał się przy „hałastrze cienkoszyich wodzów” i usiłował nie rechotać. Inny powiedziałby generałowi, iż w takim zdaniu poprawną formą powinno być „nie korz się”, ale kapitan o tym nie wiedział, albowiem gdyż był kapitanem.

Film zrealizowano w ramach akcji "Cała Polska czyta dzieciom"

  Generał zaczął werbować. Zwerbował Łysego z nowotworem, Chudą z traumą i drewnianego kapitana z życiowymi drzazgami. Metody werbunku były zabawne: kapitana zwerbował na „jesteśmy uczciwi, musimy tylko zabić paru gości, bo... bo tak”.
Luzik – odparł honorowo bogoojczyźniany kapitan i wstąpił.
– Błebłebłeblebłe – powiedziała Chuda po tym, gdy generał wlał jej do drinka jakąś dziwną chemię.
Nie mam czasu na pierdoły, zatrudniam cię – powiedział, gdy Chuda zjeżdżała mu z kanapy z wyrazem twarzy „O, motylek... albo lokomotywa...”
Co mam zrobić? – bełkotnęła Chuda.
Na początek sparaliżować ABW.
Spoko, wujek. Tylko dokończę budyń i już się biorę, a potem zrobię pranie. 
– A potem to już tylko Antarktyda - zaśpiewał Andrzej Rosiewicz.
Na co generał zwerbował Łysego, już nie pamiętam. Możliwe, że na kanapkę z pomidorem.

Generał kazał kraść – kradli, kazał zabijać – zabijali, kazał oszukiwać – oszukiwali, kazał sięgną lewą nogą do prawego ucha – sięgali. Zero wątpliwości, zero pytań, zero refleksji. Kazałby patroszyć hipopotama na placu Defilad – wypatroszyliby, kazałby zatańczyć kazaczoka na peronie we Włoszczowej... Włoszczowie... Włoszzzz... yyy... w Brzesku – zatańczyliby. Wszystko umieli – udusić, otruć, złamać fajerłola, postawić rusztowanie, wymienić uszczelkę, używać kalgon…
Kalgonu!
No tak, bo pani ma Polar…

Nieprawda - Gwardia to był pion milicyjny

Czego te ex-służby nie zrobiły, mój ty smutku… Zabiły posłankę, powiesiły polityka, zabeczkowały jakiegoś grubasa podobnego do Giertycha, zaszantażowały magnata mediowego…
Waltera – mruknął Ftajemniczony
– Solorza! – upierał się Ftajemniczony Bardziej
Teda Turnera – co się będziemy obcyndalać. Poza tym potrafiły wywołać wylew, zlikwidować ozia, pobić oźżepa, knuć, pruć, niechcący zabić paru niewinnych świadków, włączyć tablet i nie upuścić go, włączyć piłę łańcuchową i nie obciąć sobie nóg oraz znajdować pieniądze pod psią kupą. Nie odpowiadały tylko za gradobicie i koklusz. Znaczy, chyba nie odpowiadały – wiadomo jak to ze służbami bywa…

W końcu ex-służby podpadły jakimś geszefciarzom handlującym zbożem i w pięć minut ich nie było. Fachowcy, nie?

Pomysł na wklejenie w fabułę głośnych spraw z coraz bardziej nas otaczającej rzeczywistości – niezły. Po pierwsze – rynkowy i ułatwiający reklamę, po drugie – automatycznie zapewniający obejrzenie filmu przez osobników widzących spisek nawet w kształcie „szczurka” herbaty ekspresowej oraz ich gorące dyskusje internetowe, a tego rodzaju „naturalny marketing” ma swoją siłę. Mogliśmy to niedawno zobaczyć na przykładzie „Układu zamkniętego”, przy czym tematyka i „podstawy źródłowe” filmu Bugajskiego były niszowe, co ograniczało inwencję widzów, a tu mogli pójść na całość, bo śmierć Barbary Blidy i Andrzeja Leppera czy harce Macierewicza w służbach wojskowych kojarzy każdy, połowa czuje się w obowiązku wyrazić swoje zdanie, a połowa z tej połowy wierzy, że posiadła Prawdę O. Jak wykorzystanie rzeczywistości w filmie wyszło w praniu, to już inna pieśń.

Dla celów operacyjnych krasnal Hałabała pozbawił się zarostu

Innym sposobem Vegi na robienie szumu wokół filmu były opowieści o tym, jak długo i starannie gromadził dokumentację, z jakimi kłopotami docierał do Tajemniczych Ludzi, którzy opowiedzieli mu o Tajemniczych Sprawach i łojezusie, jakie sensacje mu naopowiadali, siedem miesięcy ich tropił, często zmieniając konie.
Nie jest przypadkiem to, że dziennikarzom przez ponad 30 lat nie udało się zdobyć takich informacji – chwalił się Patryk Vega.
Jakich informacji? Że „proca” to broń, „mordochlap” to ktoś, kto zdradza tajemnice, „legenda” to wcześniej ustalona wersja zdarzeń, „dane legalizacyjne” to fałszywe dane osobowe funkcjonariusza, „strzelić z ucha” to „donosić”.
Jaja sobie robisz? – jęknęła Opinia Publiczna – Przecież to zrozumiałe dla dziesięciolatka, nawet o Gun Shot Residue wie każdy, kto ogląda CSI. Leci właśnie piętnasty sezon, był czas przyswoić.
Nieprawda! To tajny slang tajnych służb! Tak tajny, że nikt go nie rozumie!

Często nie jesteś w stanie nawet domyślić się, o czym mówią bohaterowie. Dlatego w rogu ekranu co jakiś czas pojawia się słownik – powiedział Patryk Vega – Ktoś, kto zna się na rzeczy, zorientuje się, że autor filmu musiał z kimś z branży na ten temat rozmawiać.
 – … i że ten ktoś z branży musiał mieć z autora filmu polewkę wielkości Giewontu – powiedział Głos Wewnętrzny, wskazując na wklejone w ekran wyjaśnienie zwrotu „wrzucać na bęben”, który to zwrot zna każdy obywatel Rzeczpospolitej Polskiej od dziesięciu lat bo i w „Prawdziwych psach” był, i „Pitbullu”, i w „Drogówce”, i już chyba nawet porucznik Malanowski z partnerami go używa. Jakie jeszcze tajemnice zdradzili Patrykowi Vedze siedmiokrotnie zakonspirowani Ludzie Słószb? Że „klamka” to pistolet, a „papuga” to adwokat?

„Żargonem” epatował również Vega pisząc rolę dla Kamilli Baar, grającej sucz korporacyjną: „Możesz nas skołczować?”, „Daj mi kola”, „Zbrifuję go na jaką dietę ma przejść” i moje ulubione: „Kochanie, miałam rikłest, że nie zostawiamy worków ze śmieciami w przedpokoju tak?” Niestety, w tym przypadku Patryk Vega nie zdradził, ile tajnych spotkań z kołczami i hedhanterami odbył w ostępach Stumilowego Lasu oraz co groziło jego rozmówcom za zdradę tajemnic ichniego wolapiku. Pewnie dlatego nie zdradził, że potem musiałby nas zabić…

Po godzinie filmu rzeczywiście miałem ochotę...

Ale OK – to jest bardzo tani marketing, ale jednak jakoś tam skuteczny. Sporo osób dało sobie wmówić nie tylko to, że Vega miesiącami tropił po Puszczy Kampinoskiej dawnych Agentów T.A.R.C.Z.Y. i w podziemnych bunkrach przekonywał ich do zdradzania jak się w Tajnych Kręgach mówi na ołówek z gumką lub korniszony, ale także, że istnieje ubecko-dziennikarski spisek mający na celu udupienie filmu Vegi jako niebezpiecznego dla funkcjonowania, spiskowania, knucia i przejmowania kontroli nad światem. Rozsądne, wydawałoby się, osoby, po obejrzeniu „Sił specjalnych” bawiły się w Jana Pawła II i z powagą w głosie mówiły „Tak było… znaczy jest” albo chociaż rozglądały się podejrzliwie na boki i szeptały: „Wiesz… coś w tym musi być”. Odmęty sieci pełne za to są „człowjeków” udowadniających, że to co Vega nakręcił jest najprawdziwszą prawdą, a jeśli ktoś twierdzi inaczej lub puka się w czoło – ode złego jest, ma przestać oglądać TVN, a włączyć mózg i nauczyć się patrzeć. Przecież dowodem na prawdę tego, co Vega nakręcił, jest to, co nakręcił – to chyba oczywista oczywistość?
I gdybyż Patryk Vega ograniczył się to zwykłej sensacji, gdyby wystarczyły mu jakie-takie realia, epatowanie żargonem i chlustanie krwią – mógł z tego powstać nawet fajny film sensacyjny. Ale nie, Patryk Vega postanowił dodać Guembi, polać psychologią, posolić teologią i popieprzyć dylematami. Zdecydowanie przesadził i zadusił drzemiący w filmie potencjał. 

Troje bohaterów. No, czworo. I same życiowe tragedie. Kapitan jest z domu dziecka, a sam dzieci mieć nie może, może natomiast mieć korporacyjną żonę i miewa ją nader agresywnie, choć, oczywiście, bezskutecznie. W ramach Guembi otrzymujemy więc scenki z ośrodka adopcyjnego i pitolenie o przekazywaniu systemu wartości. Co brzmi zabawnie w ustach faceta na zawołanie krojącego bliźnich piłą i pakującego ich do beczki…

Metoda artystyczna "na Barbarę Białowąs": "O filmie w filmie w ramach filmu"

Łysy z kolei ma nowotwór, co samo w sobie jest przykre, ale ten nowotwór to jakiś pikuś, bo w trzy tygodnie idzie w odstawkę i to nie w trzy tygodnie od rozpoczęcia kuracji, tylko w trzy tygodnie od pierwszej wizyty w onkologicznym Mordorze na Urysnowie. Kamaaan, rozumiem, że gość był "prywatnie", a nie z NFZ-tu, ale są chyba jakieś granice idiotyzmów i już nawet nie chodzi mi o dezaktywację guza, ale choćby tylko samo czekanie na wyniki podstawowych badań. Heloł?
– A Guembia?
Za Guembię w przypadku Łysego robił Ferdek Kiepski w habicie, rzucający teologią dla uczniów szkół podstawowych i to raczej takich z klas wyrównawczych A tu proszę – wystarczyło, żeby we wspomniane trzy tygodnie przerobić scyniczałego, bluzgającego ubeka w nawróconą owieczkę, która klęka nieproszona i rozmawia o Bozi z rybkami w akwarium.

Najzabawniej było z Chudą, przy Chudej scenarzysta pojechał po bandzie jak Nikki Lauda. Chuda ma traumę: w dzieciństwie ojciec zakuwał w łańcuchy i zamykał w budzie, bo nie trafiała do dyndających kurczaków z broni palnej. W dodatku ojciec był ubekiem. Ojciec-ubek kapował na mamusię Chudej, potem się mamusi Chudej oświadczył, wyprodukował Chudą, którą, jak wspomnieliśmy, zamykał w budzie, następnie mamusię wpędził w obłęd, a sam oślepł i wpadł w alkoholizm. Oraz puchły mu nogi. Mamusia nie wpadła w alkoholizm, ale za to zeszła była tragicznie i przez czas jakiś czekała aż ktoś ją znajdzie. Znalazła ją Chuda, więc sami rozumiecie, że Guembia tu była naprawdę Guemboka i usprawiedliwionym było, iż Chuda tatusia nie lubiła, zapodawała sobie testosteron w udo, biła się z menelami, a kaloryfer na brzuchu miała, że jak cię mogę. Miała też stryjka, do którego mówiła wujek, a stryjek ów był z zawodu generałem i to on właśnie wlewał Chudej do drinków Magiczny Domestos Prawdy. No, patologia na patologii i patologia pogania, ubectwo genetyczne. Chuda nie mogła być normalna. I nie była nie umiała tańczyć

A, bo bym zapomniał – stryjek generał miał w domu dwie Kubanki:
Kupiłem ją i jej siostrę na Kubie. Castro bardzo chętnie sprzedaje ludzi. Każe im płacić 50 euro co miesiąc. Nauczyłem je mówić. To zwierzaki, ale pracowite. Wiesz, że nie mam pod iglakami igieł? Wszystko wyzbierały. Wcześniej miałem Kenijki, ale były leniwe.
Kuźwa, naprawdę? Nie było innego sposobu, żeby pokazać iż gość jest ZUY? Jakieś odgryzanie łebków chomikom alboco… No, cokolwiek, naprawdę...

I teraz nakłuwamy jądro ciemności w celu wypreparowania plemniczków horroru

Aktorsko… /wzdech/ Wyróżniał się Janusz Chabior, który w rolach psycholi sprawdza się świetnie, a tu podział fabuły między cztery postaci nie zmuszał go do dźwigania filmu na swoich barkach, bo co z tego wynika, mogliśmy zobaczyć w „Ostatnim piętrze”. Bardzo dobrze wypadła Olga Bołądź – postać miała napisaną od czapy, ale zagrała brawurowo i wiarygodnie. Najzabawniejsze, że reżyser w wywiadach więcej miejsca niż grze Bołądź, poświęcił temu, że ścięła włosy i wyrzeźbiła sobie muskulaturę. Aktor ścina włosy do roli – ojacie... Bezpłodnego kapitana zagrał Wojciech Zieliński i zaiste, był to przykład bezpłodności, tyle że aktorskiej – puste spojrzenie, dwie miny na krzyż, dykcja niepozwalająca zrozumieć połowy kwestii… Raz tylko wyglądał inaczej, ale nie dlatego coś wreszcie zagrał, tylko dlatego, że mu charakteryzatorzy zmyli brylantynę i spuścili loczki na czoło.

Grający generała Wojciech Machnicki starał się być demoniczny, ale w kategorii „groza i ogólny danger” sytuował się poniżej naleśnika z serem, Andrzej Grabowski grał solidnie (za dobry jest, żeby zepsuć to, co miał do grania), Jan Frycz mignął zaledwie, Kamilla Baar pokazała nogi i pośladek, ale nie pokazała aktorstwa, Beata Kawka była żałosna, a Agata Kulesza i Eryk Lubos byli na ekranie ze trzy razy, w sumie może po trzy-cztery minuty, a i tak pamięta się ich bardziej niż 90% obsady aktorskiej razem wziętej (plus piłę łańcuchową, wieszanie, trucie i beczkę). Zresztą „obsada aktorska” to za dużo powiedziane – jakieś stada naturszczyków, bełkoczących swoje idiotyczne kwestie w tempie „może jak szybciej powiem, to szybciej zapłacą”, zjadających głoski i całe słowa, próbujących uniknąć zerkania w kamerę i machania do cioci, bo po trzecim razie reżyser dostał furii. Póki to były jednorazowe epizodziki, to jeszcze, ale kiedy taki ktoś bywał na ekranie częściej – bolały uszy, oczy i nerki. A potem się okazało, że połowa tych bełkoczących naturszczyków to zawodowi aktorzy…

Porucznik Teść, pseudonim "Lach", zażywała białko. Wrrrróć... porucznik Lach, pseudonim "Białko", zażywała teścia

Praca dźwiękowców nie pomagała, bo dźwiękowców przy tym filmie nie było – tu chyba też zrobiono łapankę wśród ludności, złapanych potraktowano jak „słupy”, zażądano dowodów i podpisu, żeby na umowach ładnie wyglądało. Oglądanie filmu bez napisów jest niemal niemożliwe.
– Przecież napisy były!
W sumie racja… napisów było fhój, w opisach, wyjaśnieniach, „oddzielaczach” kolejnych części filmu… Gdyby podliczyć łączny czas ich wyświetlania – a wyświetlane były długo, żeby statystyczny Polak mógł je przeczytać i zrozumieć Guembię – mogłoby się okazać, że „Służby specjalne” nie powinny trafić do kina, tylko do biblioteki.

Zdjęcia w miarę, choć bez szału, muzyka irytująca, ale momentami ratująca klimat (no i propsy za „Byłaś serca biciem”), scenografia żadna, plakaty smutne.

Można. Ale nie warto. Lepiej odpalić „Pitbulla” w wersji serialowej. I chyba lepiej odpuścić już sobie oglądanie filmów Patryka Vegi.

Pani Agata miała w nosie - film pani Agaty dostał Oscara. Nie, nie ten.


Varia

1. W scenie aresztowania i śmierci posłanki szefa ekipy ABW zagrał Sławomir Opala,  ex-policjant,pierwowzór Despera z „Pitbulla”. Opala popełnił samobójstwo kilka tygodni przed premierą „Służb…” i bardzo proszę – bez dowcipasów na temat związku między, bo się pogniewamy. Wystarczył mi jeden „umysł wyklęty”, który i z tej śmierci zrobił dowód na wszechobecny spisek („na pewno coś wiedział i go uciszyli”).
2.  Przy kręceniu filmu twórcy kopnęli się na wycieczki na Łotwę, do Włoch i do Iraku. Bo co se będą żałować? Dla fabuły niepotrzebne, ale to przecież kwestia dopisania paru scen i już się ma fajny weekend.
3. W sieci pojawiły się zarzuty, że niektóre ujęcia w scenach helikopterowych pochodzą z „Helikopter w ogniu”, a niektóre dialogi z którejś książki o Mossadzie, ale nie chce mi się wierzyć ani nie chce mi się sprawdzać.
4. Podobnie jak nie chce mi się sprawdzać plenerów, cytatów, nawiązań itp. Odmawiam sprawdzania czegokolwiek w filmie, w którym najpierw bardzo długo rozmawia się o konieczności zamaskowania celu akcji przez postawienie rusztowania przy fasadzie kamienicy, a potem stawia się zaledwie jeden segmencik owego rusztowania, obejmujący wyłącznie pion z oknem-celem i jeszcze pokazuje się to w szerokim planie.
5. Reżyser twierdził, że scenę z wieszaniem kręcono przez 20 godzin, z 30 ustawieniami kamery przy użyciu 6 kaskaderów trzymających liny i specjalną konstrukcją do wieszania. Nie bardzo wiadomo po jaki kihój, bo wyszło nieszczególnie, ale to typowy dla „Służb specjalnych” przykład przerostu formy nad treścią, pary w gwizdek, pięści do nosa i wołu do karety.
6. Generał nosi nazwisko „Światło”. Och, jakaż brutalna aluzja i czy scenarzyście nie będzie groziło za nią Śmiertelne Niebezpieczeństwo Do Końca Jego Dni?
7. Wyróżnienie za najgłupszy tekst o filmie zdobywa Kamil Sikora z portalu NaTemat.pl za zdanie: „Patryk Vega niebezpiecznie miesza fikcję z rzeczywistością, a to może destrukcyjnie wpłynąć na zaufanie Polaków do państwa”. Strach pomyśleć, jakie istotne dla stabilności państwa wnioski autor wyciągnąłby z "Gucia i Cezara" albo "Reksia"

Czy to w zimie, czy to w lecie, poznasz służby po sygnecie



============
Służby specjalne
2014
Czas: 110 minut
Reżyseria: Patryk Vega
Scenariusz: Patryk Vega
Obsada: Olga Bołądź, Janusz Chabior, Wojciech Zieliński, Kamilla Baar, Jan Frycz, Andrzej Grabowski, Agata Kulesza, Eryk Lubos, Wojciech Machnicki, Jan Jurewicz, Beata Kawka, Sławomir Opala i inni.
Dofinansowanie PISF: podobno nie było. Na szczęście.

2015-02-12

Umarli rzucają cień [1978]

- Kto pozwolił ci zabijać?
- Umarli.

Juhuuu! Będzie film o zombie.
Nie było zombie. Ale były cycki. Raz i krótko.

Żeby nie przegapić cycków, towarzysz Gawlas ruszył na skróty

Byli też dzielni gwardziści z gatunku ludowych, gestapowcy z gatunku „Helmuth! Bierz go!”, były podejrzenia, były oskarżenia, były strzały, była zdrada i był jakiś zielony gad.
- Ufok?
- Wehrmacht?

Nie, zwykły gad. Taki łypiący gekon czy inne okapi.

Podział obowiązków służbowych w filmie był prosty. Gwardziści walczyli o wolność i demokrację, a w chwilach wolnych podejrzewali się wzajemnie o odchylenia i zdradę, gestapowcy bili i strzelali, przy czym strzelali skuteczniej niż bili, zdrajcy zdradzali, szpiedzy szpiegowali, a Ewa Wiśniewska nosiła woalkę.

Sytuacja była zła. Gestapo po rozbiciu śląskiej AK bardzo się nudziło i szukało sobie nowego zajęcia. A cóż może być lepszego dla znudzonego hajhitla niż polowanie na „Czerwony Październik” czyli synów ludu polskiego, antyfaszystów?
Oberhajhitel ze sztuczną szczęką wymyślił skomplikowaną operację, w ramach której miał przejąć kontrolę nad śląskim podziemiem komunistycznym, następnie nad śląskim podziemiem w ogóle, potem nad całą polską konspiracją, by z kolei przejąć kontrolę nad... Oj, licho wie, nad czym jeszcze przejąłby kontrolę, gdyby mu się udało.

Miał bowiem oberhajhitel apetyt niewąski.

W podstępnie zbrodniczym dziele pomagali oberhajhitlowi: mięśniak Helmuth od Bicia, SS-PanKleks, niezliczone zastępy umundurowanych statystów i złowrogi szpieg o pseudonimie „Bubi”. Znaczy, złowrogi to on miał być, ale kamaan, jak można się bać kogoś, kto nosi pseudonim „Bubi”? „Bubi” kojarzy się raczej z Jej Wysokością Zosią i knowaniami Cedryka-Fedryka albo z misiem Yogi. Zero grozy czyli groza waliza obciachu. Zresztą nawet oberhajhitel nie bardzo wierzył w swojego hiperagenta i Bubi został obstawiony innymi szpionami: jednym z najważniejszych było niejakie Bubicwo, zbieżność pseudonimów nieprzypadkowa.

Bubicwo pojawiało się głównie w telefonach - Bubicwo dzwoniło, Bubicwo ostrzegało, ale nikt tego Bubicwa nie widział na oczy. Niektórzy myśleli, że Bubicwem jest Bubi, sam Bubi myślał, że Bubicwem jest pewien blondyn, pewien blondyn podejrzewał, że Bubicwem jest brunet, a towarzysze z komitetu myśleli, że Bubicwem może być towarzysz Gawlas, ale towarzysz Edward za towarzysza Gawlasa ręczył, więc towarzysze z komitetu uznali, że skoro towarzysz Gawlas nie jest Bubicwem, to Bubicwem będzie… ene due like fake, torba borba usme smake… o, może towarzysz Wojciech?
- Mła? - przestraszył się towarzysz Wojciech - A dlaczego nie towarzysz Mały?
- Bo towarzysz Mały dorastał razem z nami w sanacyjnej nędzy.

- A towarzysz Bolek?
- Towarzysz Bolek nie może być Bubicwem, bo jest zajęty bzykaniem okolicznych gwardzistek oraz ludności cywilnej płci żeńskiej.
- To może chociaż Wasyl?
- Nie przesadzajcie, towarzyszu Wojciechu. Wasyl to zwykłe ścierwo, gdzie mu tam do Bubicwa?


Chciałem tylko przypalić papierosa, ale mi się broda od ognia źdżiebko zajęła...

Pogrążali się towarzysze gwardziści w nieufności, podejrzewali się nawzajem, a krew pobratymczą zatruwała im świadomość nieświadomości. Oraz towarzyszka Mamuśka, wołająca:
- Bogumił! Bogumił!
- Co, Basiu, co?
- pytał pan Niechcic, a towarzyszka Mamuśka nie wiedziała, co, albowiem nie wcale nie miała na imię Basia i nie wołała do pana Niechcica, a do swego syna, którego poczęła w kooperacji z towarzyszem małżonkiem, który uciekł w 1937 do ZSRR i tam został rozwalony przez towarzyszy bolszewików.
- Za to, że spłodził Bogumiła?
Trudno powiedzieć - czasy były niespokojne i niewiele trzeba było, aby.

Praca w konspiracji pełna była niebezpieczeństw i obiektywnych trudności. Wrogów było mrowie a mrowie, natomiast ciemność była na góra kadłuba i na arsenale. Towarzysz Edward miał VIS-a z trzema nabojami (były cztery, ale towarzysz Mały pożyczył  pistolet i zużył jeden pocisk, zabijając żandarma), towarzysz Gawlas miał VIS-a z dziewięcioma, ale oddał go towarzyszce Sylwii, sobie zostawiając dwa granaty w świątecznym ubraniu. Sporo broni miał towarzysz Adam, dowodzący leśnym oddziałem, ale towarzysz Adam był aspołeczny.
- Broni nie oddam, kwater leśnych nie pokażę, bab mi nie przysyłajcie - marudził - Nie ufam wam, nie lubię miasta, szef sztabu jest podejrzany, kocham drzewa.
- Mamuśka, mamuśka!
- Bogumił szukał protekcji, bo chciał do partyzantki.
- Bogumił, Bogumił! - towarzyszka „Mamuśka”, jako doświadczona konspiratorka,  udawała, że nie wie, o co synkowi chodzi, ale jeśli synek chce, to może mu zrobić kanapki z wątrobianką.
- Bogumiłowi też nie ufam - marudził towarzysz Adam.
- Pokazać ci cycki? - zaproponowała towarzyszka Sylwia towarzyszowi Małemu. Towarzysz Mały wyszczerzył się ochoczo, ale ponieważ obowiązki patriotyczne wzywały, ograniczył się do czynności optycznych, palpacyjne zostawiając na lepsze czasy.
- Pokazać ci cycki? - zaproponowała towarzyszka Maria towarzyszowi Konradowi.
- Noooo… no, dobra - powiedział towarzysz Konrad, wykonał szybkie czynności palpacyjne i zastrzelił towarzyszkę Marię.
- Głupi? - zdziwiła się Opinia Publiczna.
- Boobies… To liczba mnoga od "Bubi"? - kombinował Głos Wewnętrzny, który popadł w taką konspiracyjną paranoję, że o zdradę podejrzewał nawet cycki.
- Mwahahahaha! - oberhajhitel dopracowywał złowieszczy plan panowania nad światem.

Towarzyszce Sylwii z nerwów zaczęło oko latać. Lewe, oczywiście.

Między seansami wzajemnej podejrzliwości mogliśmy obejrzeć spalony dom, rozpalone ognisko, wysadzony bieda-szyb, terkoczący samolot, warczącego psa, grę w bilard, grę na gitarze, inwalidę na sznurku i bieganie pod dachach. Mogliśmy także wysłuchać bardzo życiowych rozmów w stylu:

- Z kim dzisiaj śpisz?
- Z marzeniami...

- Ładnie dzisiaj wyglądasz.
- Nienawidzę wojny.
- Daj spokój, jest potrzebna. Rozwija technikę i warunkuje postęp cywilizacji.
- I upadek kultury.

- Coś tu paskudnie zajeżdża…
- Wciąż kogoś podejrzewamy. To niedobrze.
- Mam nosa do tych spraw


...oraz mądrości ludowych z gatunku: „Żeby być człowiekiem, trzeba odczuwać także strach. Wszystko na tym świecie jest potrzebne”, Nie wierzę w sprawiedliwość świata” lub „To, co dziś uważamy za złe, jutro uznamy za słuszne i na odwrót”.

"Gdyby wszyscy ludzie byli braćmi... to nie byłoby sióstr" - powiedział mułła Franek

Bubi działał, Bubicwo donosiło, hajhitle likwidowali kolejnych towarzyszy przy pomocy broni maszynowej oraz knuta Helmutha, aż tu nagle…
- Aaaaa!
Spokojnie, to tylko wojna się skończyła.
- A Bubicwo?
Bubicwo uciekło. Bubi też uciekł, ale towarzysz Mały dopadł go w krzakach udającego Brazylię Uzbe-Tadży-kistanu i podziurawił definitywnie nożem. Przy okazji trochę posypał się scenariusz, bo okazało się, że Bubicwo, które pilnowało Bubiego, tak naprawdę poznało go dopiero w końcówce działalności, choć w międzyczasie odwaliło za niego połowę szpiegowskiej roboty (ale ponieważ robota Bubicwa odbywała się głównie poza ekranem i w opowieściach hajhitlów - mogło Bubicwa w scenariuszu nie być w ogóle i film by na tym nie stracił). Drugie pół odwalił Tajemniczy Blondyn w Czarnym Bucie, który w dodatku nie musiał uciekać jak Bubi, bo znakomicie urządził się także w nowej rzeczywistości i niewiele brakowało, by dokończył wykańczanie towarzyszy, tym razem zza ubeckiego biurka (a było to dawne biurko oberhahitla w jego dawnym gabinecie i aż dziw, że cenzura puściła takie "następstwo czasów"), a gdybym wam powiedział, jak Blondyn miał na imię, to byście się mogli zdziwić, ale nie powiem, bo może ktoś będzie chciał obejrzeć film. Najgorszy w tym galimatiasie był fakt, że Mały podziurawił Bubiego w pierwszych minutach filmu,  co trochę zepsuło mi oglądanie, bo od początku wiedziałem, że Bubi to brunet, a to ograniczało mi liczbę późniejszych podejrzanych dość zasadniczo. Czyli do jednego człowieka.

Dziś sfrąchła i zakurzona, ale jak na swoje czasy - rok 1978, przypominam  - całkiem zjadliwa sensacja. Przegadana momentami strasznie (zwłaszcza sceny z oberhajhitlem i scenki romansowe), doprawiona wtrętami ideologicznymi, zagrana bardzo nierówno, ale dało się to obejrzeć, nawet jeśli się wiedziało, kim jest Bubi, a kim Bubicwo (Tajemniczego Blondyna autorzy także dość szybko zdemaskowali). Prawomyślna ideologia była zresztą od początku wzięta w duży nawias - na odcinek wygłaszania dętych frazesów oddelegowani zostali aktorzy beznadziejni nędzni słabi, jakby twórcy chcieli mrugnąć do widza, że „wiecie-rozumiecie, przecież nie o to tutaj kaman”, a wygłaszane teksty z założenia miały brzmieć papierowo. Wyjątkiem była Danuta Szaflarska, ale jej postać z kolei przemycała treści nieprawomyślne - opowieść o polskich komunistach, którzy w 1937 wyjechali do ZSRR i zostali tam potraktowani „odmownie” - i to także wyglądało na celowy zabieg twórców.

Przerwa - zdobycz socjalna

Interesująco wypadł wątek skisłej atmosfery w gwardyjskim komitecie, podejrzewanie wszystkich przez wszystkich, posunięte momentami do granic ideologicznej paranoi i rozciągnięte aż do czasów powojennych. Ten ostatni fragment oparty był - jak spora część fabuły - „na faktach autentycznych” czyli sprawie niemieckich konfidentów: Pawła Ulczoka i Wiktora Grolika, ale w filmie bardziej rzucało się w oczy tło, czyli postawa pozostałych gwardzistów, uznających, że skoro padło oskarżenie, to coś musi być na rzeczy, skoro musi to jest, a skoro jest, to my tu po linii partyjnej, wierni wytycznym, na wszelki wypadek spuścimy oskarżonemu śledczy wpierdol i może sam się przyzna, a jeśli jest niewinny, to trudno - się go przeprosi i wypuści.

Spory problem mieli aktorzy - role napisane były krótko i drętwo, żeby coś zagrać, jakoś widzom w pamięć zapaść, trzeba się było wysilić. Najłatwiej miała Tatiana Sosna-Sarno - gry od niej nikt nie wymagał, miała być ładna i pokazać biust. Była, pokazała, end of story. Jerzy Sagan jako Edward poleciał archetypkiem spod czerwonej gwiazdy, Henrykowi Talarowi lepiej było z brodą niż bez, Piotr Fronczewski bez wysiłku przebił się przez papier dialogów, czego nie można powiedzieć o Mirosławie Szonercie, który z rozgadanymi monologami przegrał, Danuta Szaflarska momentami sprawiała wrażenie, że dobrze się bawi, Wojciech Wysocki był pretensjonalny, ale w granicach przyzwoitości, nieźle wypadł Jerzy Kryszak, Ewa Wiśniewska łatała urokiem osobistym brak pomysłu scenarzysty na jej postać, a z gromady podejrzliwych gwardzistów na plus wyróżnili się jedynie Jerzy Nowak jako Dziadek, Tadeusz Madeja jako Gawlas i Jarosław Kopaczewski jako Bolek. 

Zdjęcia przeciętne, montaż słaby (te przeciągane sceny, niepotrzebne pauzy), dźwięk za to poprawny, co może zdziwić współczesnych widzów, przyzwyczajonych do konieczności korzystania przy oglądaniu polskich filmów z funkcji napisów. Bardzo dobra muzyka Andrzeja Korzyńskiego — pod względem aranżacji/instrumentacji zestarzała się bardzo (te przaśne syntezatorki…), ale w wielu scenach to właśnie muzyka ratowała klimat i podtrzymywała napięcie.

Ewentualnie można. Z naciskiem na "ewentualnie".

Krytyka przyjęła film chłodno...


Varia
1. Film powstał na podstawie książki Andrzeja Wydrzyńskiego - dużo lepszej niż film, o bardziej skomplikowanej, wieloosobowej narracji, z ciekawszą intrygą i sensowniejszym zakończeniem wątku Sylwii (filmowe było idiotyczne).
2. Andrzej Wydrzyński nie był filmowym debiutantem - w 1969 Sylwester Chęciński nakręcił film "Tylko umarły odpowie", na podstawie scenariusza Wydrzyńskiego, opartego na książce "Czas zatrzymuje się dla umarłych".
2. Oś fabuły oparta jest o wydarzenia II wojny światowej na Górnym Śląsku i wielką wsypę w Armii Krajowej. O odniesieniach do postaci Ulczoka i Grolika już wspominałem, a zaznajomieni z tematem czy historią regionu pewnie bez trudu skojarzą postać graną przez Ewę Wiśniewską z oskarżeniami formułowanymi wobec Heleny Matheanki, ps. „Julka” (tym bardziej, że twórcy wplatają w rozmowy filmowych postaci jej i imię i pseudonim).
3. Grająca Marię Grażyna Dyląg to prywatnie matka Izabelli Miko, a zawodowo m.in. profesor zwyczajny na Universität für Musik und Darstellende Kunst w Wiedniu.
- We Wiedniu - zwrócił uwagę pochodzący z Galicji Głos Wewnętrzny.
4. Kawałek „Umarli rzucają cień” w wykonaniu Erade nie ma nic wspólnego z filmem ani z książką. Zbieżność umarłych przypadkowa.
5. Akcja filmu dzieje się na Śląsku. Scenę uwolnienia Galwasa ze szpitala kręcono w Pabianicach (przy skrzyżowaniu Skargi i Sobieskiego). Logiczne.

...ale pan Józef po seansie reagował odrobinkę nerwowo.

============
Umarli rzucają cień
1978
Czas:
119 minut
Reżyseria: Julian Dziedzina
Scenariusz: Andrzej Wydrzyński, Julian Dziedzina
Obsada: Henryk Talar, Tatiana Sosna-Sarno, Jerzy Sagan, Mirosław Szonert, Danuta Szaflarska, Ewa Wiśniewska, Piotr Fronczewski, Jerzy Kryszak, Wojciech Wysocki i inni