2015-03-31

Bogowie [2014]

Nasz bohater urodził się w wieku lat pięciu w rodzinie działaczy pionów medycznych. Nad jego kołyską stara Cyganka wróżyła w patriotycznym transie, stary Cygan dostał rozległego zawału prawej komory, a stary niedźwiedź mocno spał. Już od pierwszych dni nasz bohater przejawiał i wyrażał, a pierwszą operację na otwartym sercu przeprowadził z użyciem karczocha i opakowania spinaczy biurowych, o których Wacio opowiadał, że je wywożą i pewnie rzeczywiście je wywozili, bo Ruscy i Szwaby od zawsze okradali naszą nieszczęśliwą Ojczyznę i ciemiężyli ją, i w ogóle Booooguuuuurooooodziiiica!
 
Może i najpiękniejsze słowo świata, ale widok - niekoniecznie

Na szczęście twórcy „Bogów” zamiast owiniętego sztandarem pomnika/lektury, postanowili nakręcić film, który widzowie będą mogli obejrzeć. Nie film z gatunku „Szkoły na to pójdą”, nie jakieś kolejne kuchwale, nie „kręcimy film o wybitnym człowieku, więc inkasujemy, resztę mamy głęboko, a ewentualną krytykę filmu potraktujemy histerycznie jako ‘plugawienie pamięci Wielkiego Polaka i bezczeszczenie Świętey Pracy Yego”, tylko film. Taki, wiecie, który da się obejrzeć od początku do końca, z ciekawością, choć niby historia znana, momentami nawet w napięciu, który czasem uśmiech u widza wywoła, czasem wzruszenie… No, film – rozumiecie? Normalny.

I dlatego nie dowiadujemy się, gdzie się Zbigniew Religa urodził, skąd przychodził, kto go znał, kto mu rękę podał kiedy…
- No, bez przesady – wtrącił Głos Wewnętrzny – Kto mu rękę podał, akurat się dowiadujemy.
Rzeczywiście, na ekranie parę osób rękę mu podało, podczas gdy parę innych sypało mu piach pod nogi i wkładało kłody w tryby.
- Chyba odwrotnie?
Odwrotnie też można, ale ta wersja jest skuteczniejsza. Kłodę pod nogami przeskoczysz, a na rozsypanym piachu się wydup… ekhm… wywrócisz. Piach w trybach także nie zatrzyma tychże od razu, trzeba poczekać aż się łożyska zatrą, a wepchniesz kłodę – efekt masz natychmiastowy.
O czym to ja…
A, że parę osób podało docentowi Relidze rękę, parę osób wprost przeciwnie. Ale to w sumie bez znaczenia – kim był Zbigniew Religa, każdy wie, historię polskich przeszczepów serca w jakichś tam zarysach każdy zna, a jeśli nie zna, to niech sobie poczyta. Przy okazji premiery ukazały się i książki, i artykuły, i filmów dokumentalnych nakręcono pewnie kilka. Między innymi z powodu tej nieco nachalnej…
- Nieco… - westchnął Głos Wewnętrzny.
…kampanii reklamowej, podchodziłem do filmu nieufnie. Trailer niby zachęcał, ale gdybym za każdy trailer, który był lepszy od filmu i zawierał właściwie wszystko, co tak naprawdę warte było obejrzenia, dostawał złotówkę… No, dobra – raz kozie śmierć, audaces fortuna wiuwa, czy jakoś…

Bezapelacyjnie, do samego końca! Mojego lub jej...

Wrażenie pierwsze: film się ogląda. Wchodzi gładko, nudzi rzadko, waty mało…
- Wcale nie ma waty! – wrzasnęła zachwycona Opinia Publiczna.
Bez żartów, to jednak jest polski film i nie da się tak od razu przeskoczyć tysiąca lat bycia przedmurzem chrześcijaństwa, dwustu lat romantyzmu oraz pół wieku twórczości Zanussiego. Waty jest mało, ale wata jest: co ciekawe, głównie w scenach z żoną (np. niemal minuta pluskania się w jeziorku czy sceny w Zabrzu po alkoholowym odlocie bohatera), jakby twórcy nie mieli na tę postać pomysłu. Albo może mieli właśnie taki i zmarginalizowali żonę Zbigniewa Religi celowo, by uniknąć wikłania się w podwątki, rozmydlające fabułę i by nie bawić się w szczegółowe przedstawianie życiorysu bohatera. Widz dostaje docenta Religę w krótkim wycinku jego życia zawodowego, w krótkiej mocnej historii o przeszczepach i tej historii wszystko jest podporządkowane. Żona jest w niej potrzebna w ograniczonym zakresie, więc sorry, Winnetou, w ograniczonym zakresie się pojawia, dzieci nie są potrzebne wcale, więc się nie pojawiają – ba! w ogóle mowy o nich nie ma, dzieciństwo Religi, rodzice czy jego ulubione potrawy z czasów gimnazjalnych też nic do rzeczy nie przydają, więc również do kosza… Wreszcie! Wreszcie ktoś pisze historię i nie bawi się w doklejanie kolejnych ozdóbek typu: „Pokażemy mszę, by podkreślić, że bohater… albo zebranie Towarzystwa Wspierania Kultury Świeckiej, żeby pokazać, iż przeciwnie… Patriotyzm podkreślmy dziadkiem-powstańcem i ryngrafem na ścianie, stosunek do ekologii - liściem na głowie, a w tle dajcie mi Chopina i przebitkę na prasłowiańską gruszę”. Nie, w „Bogach” jest samo filmowe mięso: krótka historia i tyle „boków”, ile jest potrzebne do jej opowiedzenia w sposób czytelny dla każdego.

Wrażenie drugie - filmu się słucha. Scenarzysta postawił na krótkie, szybkie teksty, w niektórych scenach nawet na zaskakująco dobre onelinery. Tekst-odpowiedź-kontra-puenta. I to się sprawdza podwójnie. Primo - nadaje filmowi tempa. Sceny są krótkie, dialogi krwiste, film nabiera bigla, widz reaguje… Widowisko nie grzęźnie w wielominutowych tyradach, w czasie których bohaterowie dokładnie wyjaśniają widzowi konteksty, podteksty, uwarunkowania historyczne i niuanse wiary w Trójcę świętą. Rach-ciach, sygnał, widz rozumie?
- No pewnie, że rozumiem - kiwa głową widz, który jest stworzeniem inteligentnym, tylko polski światek filmowy od jakiegoś czasu uparł się traktować go jak debila.
- I tak to jest, panowie - zgrzyta zębami ekranowy Religa na kongresie kardiologicznym - Starzy się boją, młodzi nie mogą…
Jedno zdanie i wystarczy. Po co więcej? Zwłaszcza, że to zdanie ponadczasowe i ponadustrojowe.

Oj, panie kolego, takie aluzje mogą się źle skończyć albo nawet skutkować...


Secundo - ograniczenie dialogów do niezbędnego minimum, ogranicza także pole dla aktorskich popisów. Aktorzy mają wejść, powiedzieć swoją kwestę, swoje cztery do dziesięciu wyrazów i mają spadać sprzed kamery. Dzięki czemu nie mają czasu na tradycyjne łypanie okiem, podkreślanie uchem, Znaczące Miny i Tajemnicze Pauzy. Dialogi są napisane na tyle dobrze, że bardzo trudno je spieprzyć, krótkie sceny nie pozwalają zaszaleć i… i mała zagadka: ilu widzieliście w tym filmie aktorów, którzy grali źle?… /Tajemnicza Pauza i Rosnące Napięcie/ No właśnie. Gdyby ktoś się chciał mocno (czytaj: na siłę) przyczepić, to wskazałby Ryszarda Kotysa i chyba nie miałby racji, bo i ten aktor zagrał to, co miał zagrać i tak, jak powinien zagrać. Taki miał być po prostu. Wszyscy aktorzy mieścili się w przedziale między „dobrze” a „bardzo dobrze”, co w polskim filmie nie zdarzyło się od czasów Gomułki  Gierka  Władysława Łokietka niepamiętnych. A nie mieliśmy bynajmniej do czynienia z zespołem Comédie Française… IMO to zasługa scenarzysty i reżysera, którzy świadomie ograniczyli Wielkom Sztuke na rzecz porządnego rzemiosła filmowego.

Oczywiście, i w „Bogach” zdarzyły się momenty czysto polsko-filmowe: rozmowa Religi z chorym profesorem Mollem kłuła sztucznością w oczy i uszy…
- …czy scena rozmowy Religi z matką Ewci o jabłkach - wtrąciła Opinia Publiczna.
A tu akurat nie — fabularnie to skrzypiało, bo było pójściem na skróty, ale sama scena napisana i zagrana była naprawdę dobrze. Ot, oko reżysera, który do dłuższych scen dobrał dobrych aktorów — takich, którzy są w stanie nie tylko udźwignąć scenę, ale też zapaść nią widzowi w pamięć. I dlatego matkę Ewci zagrała Kinga Preiss, a Sonia Bohosiewicz dostała epizod, dlatego sekretarza wojewódzkiego zagrał Artur Dziurman, a Krzysztofa Janczara filmowano w dalekich planach, stawiając raczej na klimat i pejzaże niż na robienie brwią w zbliżeniu.

Porządku w klinice pilnował kapitan Leland Stottlemeyer

Wrażenie trzecie - wreszcie ktoś napisał scenariusz, myśląc warsztatowo, bez przekonania, że jest Poetą Ekranu, który ma swoje 5 minut, więc musi wcisnąć w scenariusz swoje credo życiowe, credo artystyczne, dwa ojczenaszki, dedykację dla ukochanej, wspomnienie o rotmistrzu Pileckim i jakieś ponure samobójstwo na koniec, bo od lat 70. wiadomo, że to Głębokie. Krzysztof Rak chciał opowiedzieć widzom konkretną historię i opowiadał ją bardzo precyzyjnie: jedna scena prowadziła do drugiej, druga do trzeciej, tu pokazujemy widzowi rzucik, tu go przyzwyczajamy, tu kontrapunkt i zawieszenie, ale spokojnie, bo tam.. o, tam… jest wyjście, do którego dojdziemy tędy… Pełna kontrola nad opowieścią od początku do końca, a co nie pasowało lub mąciło jasność przekazu — wylatywało w montażu.

Pamiętacie scenę, w której operowany pacjent zaczyna odpływać i docent Religa decyduje się na doraźne podpięcie go do serca świni lub małpy? Oraz następne sceny? Bo to właśnie przykład takiego filmowego rzemiosła, które kinowe tygrysy lubią najbardziej. Najpierw dostajemy dramat (pacjent zaczyna kopać w kalendarz), potem scenarzysta rozbudza w nas nadzieję (podepnie się pacjenta do fauny i zyskamy na czasie), rozluźniamy się, jesteśmy pewni, że się uda, gdy lekarze rozważają jak zaintubować prosiaka, zaczynamy nawet chichotać… i gdy już scenarzysta podprowadził nas w miejsce, w którym chciał nas mieć — wypłaca nam dzwona prosto w twarz: pacjent umiera na stole, a nam śmiech zamiera w gardle i czujemy się bardzo niezbyt.
- I tum cię czekał! - stwierdza scenarzysta, który celowo funduje widzowi te emocjonalną huśtawkę, by rozbudzić w nim zrozumienie dla podobnych huśtawek głównego bohatera, które będą miały miejsce w kolejnych scenach.

...i aortą przejdziemy do lewej komory, z której po minięciu zastawki... Szlag! Zabłądziliśmy!

I o to chodzi w filmie jako sztuce, i dlatego ten film jest tak dobry: sceny z czegoś wynikają, dokądś prowadzą, są po coś i dlatego są takie właśnie, jakie są. Solidne rzemiosło czyli przypadek ograniczony do minimum, warsztat czyli najpierw myślenie, potem kręcenie, a potem sprawdzanie, poprawki itd. Nie jakieś dęte aluzje, nie oniryczność i metafora, tylko dobrze napisana historia, którą potem dobrze nakręcono. W dodatku twórcy widza potraktowali z szacunkiem - do minimum ograniczyli wyjaśnienia, nie stosowali łopatologii, wierząc, że widownia większość rzeczy pamięta/zrozumie, a jeśli nie pamięta/zrozumie to "zapyta ojca, zapyta matki", a film nie jest od tego, żeby tłumaczyć, co to są kartki na benzynę, dlaczego brygada remontowa nie pracuje, tylko chla, czemu doktor Cichoń jest tak skamieniały po przyjeździe do Warszawy i kim był zagraniczny prelegent, który "miał asystę u brata podczas pierwszego przeszczepu serca na świecie".  itd., itp.

Wrażenie czwarte: że główny motyw muzyczny kojarzy mi się z "Czarnymi słońcami" Kultu. Przetestowałem na trzech osobach - wszystkie trzy popukały się w czoło. Wychodzi na to, że albo się mylę albo mam słuch absolutnie absolutny. Nie da się ukryć, że bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza możliwość.

O aktorach już pisałem wyżej - nikt nie zagrał źle, nawet jeśli ktoś grał słabiej niż pozostali, wciąż mieścił się w kategorii "dobrze", a twórcy znacznie ułatwili większości aktorów zadanie dobrze rozpisanymi scenami i świetnymi dialogami. Znakomicie zagrał Tomasz Kot, który - mam wielką nadzieję — przestanie wreszcie odstawiać szmirę w kupach typu "Wyjazd integracyjny", bo teraz już naprawdę mu nie wypada. Bardzo dobry był Piotr Głowacki w roli doktora Zembali, grający doktora Bochenka Szymon Piotr Warszawski wypadał przy nim sympatycznie, ale jednak blado. Artur Dziurman, Jan Englert i Zbigniew Zamachowski - byli krótko, ale soczyście i wszyscy dali się zapamiętać. Podobnie jak Kinga Preiss, ale Kinga Preiss to Kinga Preiss - jeśli tylko ma co grać, zawsze gra świetnie (jeśli nie ma - zazwyczaj gra także). Niewygodne zadanie miała Magdalena Czerwińska: musiała grać tło, ale ważne tło i to w dodatku przy ograniczonych partiach dialogowych. Poza jedną sceną — poradziła sobie świetnie, a i tę jedną scenę należałoby raczej "przypiąć" twórcom, a nie aktorce.
Ba! Nawet Rafała Zawieruchę oglądało się z przyjemnością sympatią.

Zamiast jednego aktora - cztery kominy (w tym dwa dymiące)

Bardzo dobre zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr., parę ujęć światowej klasy, więc nie będę się czepiał, że dla mnie film był ciut za ciemny. Niezły dźwięk - może nie rewelacyjny, ale  jak na polski film naprawdę niezły. Scenografia Wojciecha Żogały, kostiumy Ewy Gronowskiej  i rekwizyty zebrane przez Piotra Kowalewskiego robią wrażenie, ale… Znaczy, doceniam, oczywiście, bo wyobrażam sobie, ile wysiłku i zabiegów wymagało od ekipy zebranie choćby wyposażenia sal operacyjnych, ale przyznam, że w czasie seansu zwracałem na to wszystko uwagę w sposób raczej względny. Nie przejmowałem się, czy garnitury bohaterów pasują do czasów, czy na stołach stoją właściwe kubeczki, a po ulicach jeżdżą właściwe dla tamtych lat samochody (podobno nie wszystkie). Tym bardziej nie zwróciłbym uwagi na wyposażenie sali operacyjnej: łyknąłbym pewnie nawet o 20 lat późniejsze. I to nie tylko dlatego, że w medycynie orientuję się w stopniu mniej niż zerowym, przede wszystkim dlatego, że - powtórzę się po raz tysiąc pięćset enty - to po prostu była dobrze napisana i dobrze nakręcona historia, wciągająca mocno, więc wzrok mi z nudów nie latał po ekranie, a wrodzona złośliwość nie szukała, do czego by się tu przypieprzyć.

Warto. Trzeba. Nie żeby to było wielkie dzieło sztuki i nie wygłupiajmy się z "nominujmy do Oscara". Ale kawałek porządnego, solidnego kina. Wreszcie.

Partia, towarzysze, podziela powyższy pogląd w całej rozciągłości


Varia
1. W scenie przesłuchania Zbigniewa Religi przez Komisję Etyki Lekarskiej członków komisji na ekranie pojawili się współpracownicy profesora: Marian  Zembala siedział  pierwszy z lewej (naszej lewej - obok Ryszarda Kotysa), a Andrzej Bochenek - pierwszy z prawej. Nie byli jedynymi lekarzami na planie: członka komisji orzekającej o śmierci pacjenta-dawcy zagrał (no, zagrał... był na ekranie) dr Jan Herburt-Heybowicz. Kardiochirurg zresztą.
2. Zamiast krwi na planie używano syropu klonowego. Przepraszam, jeśli komuś odtąd będzie się kojarzyć i koniec przyjemności z konsumpcji.
3. Wnętrze zabrzańskiej kliniki zagrało piętro Szpitala Wolskiego, większość sprzętu wypożyczyła klinika kardiochirurgii w Aninie, stół operacyjny przyjechał z Wojskowego Instytutu Medycznego, defibrylator - z Muzeum Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu (tylko tam ostał się taki sprzęt z lat 80.), piły przyjechały z Centrum Onkologi na Ursynowie.
4. Zdaje mi się, czy to pierwszy polski film, w którym decyzje o defibrylacji podejmowano w momencie migotania komór, a nie typicznie-kanonicznie, gdy pikawa pacjenta dawała na monitorze płaską linię?
5. Ostatni plan filmu przechodzi w słynne zdjęcie Jamesa Stanfielda z National Geographic, a potem pojawia się napis, informujący, że pacjent czwartego przeszczepu żył z nowym sercem 7 lat. I tu problem: media podają, że na zdjęciu Stanfielda widzimy pacjenta nr 19. - Tadeusza Żytkiewicza, który z nowym sercem (przeszczepionym w 1987 roku) żyje do dziś, ale profesor Zembala twierdzi, że pacjent ze zdjęcia, 63-letni wówczas Tadeusz G.,  nie przeżył zabiegu. Bądź tu mądry, pisz wiersze… Chyba wolę tę pierwszą wersję.
6. Film się zwrócił. "Jeśli byłby pan naszym koproducentem i zainwestował w 'Bogów' np. 300 tys. zł, to dziś panu wypłacam te 300 tys. plus kolejne 300 tys. zł. Mówimy o zysku wyłącznie z dystrybucji kinowej" - powiedział producent filmu Piotr Woźniak-Starak w grudniu zeszłego roku. Próg rentowności twórcy przyjęli na poziomie 600 tysięcy widzów - do dziś "Bogów" obejrzało 2 miliony 230 tysięcy widzów. Dwumilionową dotację z PISF twórcy zwrócili w całości. Oj, nie polubi ich za to środowisko filmowe, nie polubi - co by to było, gdyby ten zwyczaj się przyjął…

Co, zaspałem? To już koniec?


============
Bogowie
2014
Czas:
112 minut
Reżyseria: Łukasz Palkowski
Scenariusz: Krzysztof Rak
Obsada: Tomasz Kot, Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski, Magdalena Czerwińska, Rafał Zawierucha, Marta Ścisłowicz, Karolina Piechota, Kinga Preiss, Jan Englert, Władysław Kowalski, Wojciech Solarz, Arkadiusz Janiczek, Cezary Kosiński, Magdalena Kaczmarek, Magdalena Wróbel, Milena Suszyńska, Marek Siudym, Sonia Bohosiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 złotych. Zwrócone przez twórców w całości.

2015-03-19

Pingwin [1964]

Oglądam… Jakiś student monologuje wewnętrznie. Problemy sercowe. Wszyscy mieliśmy problem sercowe… O, Politechnika… Nieszczęśliwie zakochany. Dziwnym nie jest, urodę ma raczej nienachalną, a i wzrostem nie grzeszy zbytnio. To nie jest typ, na który rzucają się nowoczesne kobiety. W Baśce się kocha. Baśka jest z Żoliborza, a on jest ze Śródmieścia… O, saturator. I budka z piwem. Ciemnym. Chyba niedobrym, bo nie dopili i poszli sobie… I płyty z bigbitem. „Dam ci najlepszą Anitę Russ”…. Chudefakis Anita Russ i jakim cudem mogła być najlepsza, skoro pierwsze słyszę?… A może Anita Ruth? Też pierwsze słyszę… Ładna ta Baśka. Szkoda tylko, że mówi głosem Kaliny Jędrusik, a student ma trzydzieści lat, chociaż gra dwudziestolatka… „Dwudziestolatki /dwudziestolatki/ to ja i ty /to ja i ty/ zapytaj ojca, zapytaj matki, jak się wtedy ma sny”… He, he, przedpotopowa sobotnie popołudniowe „Zapraszamy do Trójki”… Tak, wiem, że to nie ma nic wspólnego z filmem i że przecież wcześniej Maciej Kossowski, ale jeśli główny bohater może sobie tak luźnymi skokami monologować wewnętrznie, to i mnie wolno.

Nie mogę ci tego powiedzieć prosto w oczy, bo... byś się śmiała z mojej nowej kominiarki

Mam gdzieś zniknięcie Adasia, jeśli nie ma związku z Baśką – monologował główny bohater – Ale morda… Ładna dziewczyna… Jego zniknięcie nie jest zniknięciem, nie wywołuje żadnej społecznej pustki, jakby ktoś zaczerpnął kubek wody z jeziora… Kierowcy zabrania się rozmawiać z pasażerami… Boże, żeby tylko była w domu…

Pingwin był studentem politechniki, urodzonym z ojca kombatanta i matki niewiadomego zawodu, za to nadmiernego narzekania. Pingwin, bo mały i chudy, ale tak naprawdę na imię miał Andrzej, więc z miejsca dostał plus piętnaście do sympatii. Drugie plus piętnaście miał za to, że się kochał w Baśce – pierwszy raz oglądałem ten w film, gdy byłem w czwartej klasie podstawówki i sam kochałem się w pewnej Baśce. Wtedy film zrobił na mnie wrażenie, a monologi wewnętrzne Pingwina miód lały na moje zbolałe serce, głębią porażały i w ogóle weltschmerz łamane przez Wojaczek. A, nie, pardąsik – Wojaczek wtedy jeszcze nie. Wtedy to chyba tylko Alfred Szklarski i Hanna Ożogowska. Ewentualnie Krystyna Siesicka, ale nie dam głowy, czy i po nią nie sięgnąłem później.
Kurde, ale się ten strumień świadomości człowieka czepia…

Kocha się zatem Pingwin w politechnicznej Baśce i cierpi. Rankami cierpi, bo mu uczucia kipią, a popołudniami cierpi, bo widzi, jak do Baśki kleją się i łaszą przedstawiciele młodzież nieco bananowej co to ojciec architekt i w Afryce, matka na raucie…
– Tylko ci w głowie użycie, ciuchy, flirty, własna rozrywka!
… whisky sec (yyy, że niby jak?), samochody, bigbity, co roku sobie do Międzyzdrojów jeżdżą, fiu-fiu…
– Po pierwsze nie do Międzyzdrojów, tylko do Sopot – powiedział Głos Wewnętrzny – A po drugie...
– Do Sopotu – poprawiła Opinia Publiczna.
– Do Sopotu to ci z Funduszu Wczasów Pracowniczych. A po drugie nie do Sopot, tylko nad Adriatyk.


Alkohole może i eksportowe, ale syfon i radio - tutejsze

Enyłej, kleją się do Baśki, kiedy zaś dostają od Baśki kosza, a nawet, powiedziałbym, dzwona, mszczą się okrutnie, naruszając publicznie jej emocjonalną intymność czytaniem prywatnych listów i w ogóle zachowując się bucowato. Baśka cierpi, Pingwin cierpi i staje w niej obronie, skutkiem czego trochę pobolewa go maska, ale wkrótce los zsyła mu szansę: demaskuje intrygę bananowców, odzyskuje listy Baśki i wręcza jej w ąturażu czerwonych goździków, które wtedy jeszcze nie były kwiatami obciachowymi, w ogóle ma swój kwadrans chwały: w tym momencie ma 183 centymetry wzrostu, biceps jak Pietrzykowski, we wzroku błysk jak Wiesław Gołas, a na ustach grymas Bogarta i teksty z filmu o gangsterach, na który udało się wejść dopiero za czwartym razem, bo bileter był czujny i „od lat 15” przestrzegał rygorystycznie. I wiesz, koleś, każdy z nas, pryszczatych nastolatków, oddałby kolekcję swoją znaczków i przez rok wypracowania pisałby za całą klasę, żeby tylko też mieć taki kwadrans chwały i zobaczyć taki podziw w oczach Baśki z IV A.
– Ale przecież źli bananowcy się zemścili, zbirów nasłali, by zgotowali Pingwinowi jego los!
E, tam… Trochę poboli, wielkie mecyje. Są rzeczy ważne i ważniejsze, prawda, koleś? Zresztą, od tego jest scenarzysta, żeby rany się zagoiły, dobro zwyciężyło, a podziw w oczach Baśki rósł wprost proporcjonalnie do liczby siniaków na chuderlawym ciele romantycznego galopanta.

Historia zakochanego outsidera – w dobrych rękach samograj, słabe ręce też coś z takiej historii potrafią wycisnąć, a jeśli nawet nie – na widowni siedzi całe stado outsiderów, marzących o swoich Baśkach i krzyżackich czubach rzucanych im pod nogi, potrafiących w bohaterze zobaczyć albo samych siebie, albo kogoś, kim chcieliby być. A gdzieś za nimi siedzą dziewczyny zakochane w swoich dużych misiach o obiektywnych społecznie atutach, ale uśmiechające się smutno na widok Pingwina, bo fajnie byłoby mieć takiego małego, szczupłego, zakochanego bez pamięci, wpatrzonego bezkrytycznie, niewymagającego podanego obiadu, umytych okien, nienagannego makijażu i bycia miłym dla szefa na firmowej kolacji, za to będącego na podorędziu zawsze wtedy, gdy kobieta chce się przytulić, pogadać, wypłakać, czy po prostu wywrzeszczeć na kogoś.

...albo mokrą ścierą zdzielić.

Jerzy Stefan Stawiński plus maszyna do pisania, to zazwyczaj dawało scenariusz na poziomie albo powyżej poziomu. „Pingwin” był drugim filmem, który Stawiński nie tylko napisał, ale także wyreżyserował w ramach tzw. buntu scenarzystów i po raz kolejny pokazał, że reżyseria nie jest jakimiś artystycznym hiper-misterium, a najważniejsza w filmie jest dobra historia. A raczej – tu bi prisajsli – dobrze napisana dobra historia.

„Pingwin” nie jest wielkim dziełem filmowym, nie czołga, nie trzepie, nie łamie barier ani nie wyznacza kierunków. „Wdałem się w obyczajowe, młodzieżowe historie, obniżając loty” – krzywił się po latach autor – „Takie filmy mógł kręcić każdy”. Kręcić – być może, ale napisać… Tu po prostu mamy do czynienia z dobrze napisanym scenariuszem, z dobrze poprowadzoną historyjką o dziewczynie, zakochanym studencie, jego wrednych kolegach, „pokoleniowych” konfliktach z rodzicami okresu „małej stabilizacji” itd. Niewiele, a wystarczył jeden prosty „myk” z postawieniem na chropawy monolog wewnętrzny, łamany, naturalny, z przeskokami tematycznymi i nastrojowymi – i film zyskał klimat, wyróżniający go spośród innych obrazów „poruszających jakże istotną na odcinku kształtowania nowego społeczeństwa tematykę młodzieżową”.

Główny wątek, ten uczuciowy, broni się chyba do dziś, w drugim planie mamy parę wątków dodatkowych. Z dzisiejszej perspektywy trochę może razić dydaktyzm „Pingwina”. Bananowego Adasia z bogatej willi, zderza Stawiński z Baśką z ciasnego pokoiku, pomagającą matce szyć sukienki i na kolanach szorująca drewnianą podłogę. Rodzice Andrzeja – ojciec, kiedyś kombatant, dziś szary... bodaj pracownik naukowy, niby safanduła, ale ostatecznie swój chłop, gderliwa matka, zmieniająca się, gdy bohater tego najbardziej potrzebuje, w ciepłą, mądrą kobietę – skonfrontowani zostają z rodzicami Adasia Bączka, nowobogackość zostaje odarta z blichtru, pienądze i łiskacze nie przesłaniają pustki, a nowoczesność matki szybko przeradza się w rozczochranie, rozmazanie i idiotyczne ciamcianie do dwudziestoletniego byka: „Chodź, dziecinko, na kolacyjkę, mój synuś najdroższy, będziesz zawsze z mamusią i tatusiem” (serio). Pieniądze są iwil, chciwość jest iwil podwójnie, „na miłość trzeba zasłużyć – miłość niezasłużona cierpieniem rozwieje się jak dym"… Dziś to momentami bawi, momentami razi wtedy mogło być ciekawe, a nawet świeże. OK, „niezużyte” – to też coś warte.

Hej, młody junak w czynie społecznym smutek zwalcza i strach

Dialogi…
Niedobre?
Bardzo dobre, ale nierówne. Zalatujące sztucznością w scenach „rodzicielskich”, czasem przeromantyzowane w monologach wewnętrznych Andrzeja („Ale któż bez wad” – jak mawiał Profesor w „Gangsterach i filantropach”, wszyscy bywaliśmy zakochani i trochę nam odwalało poetycko, nieprawdaż). Za to w scenach rozmów Pingwina z Kubą (czyli Andrzeja Kozaka ze Zbigniewem Cybulskim) – wręcz świetne, z melodią obowiązującego wówczas stylu, doprawione nutką cynizmu… „Dialogowo” bodaj najlepszy moment filmu. No, może jeszcze scena z trzema groźnymi „Budrysami” i finałowe melancholijne „No, chodź, kapuś – zgotujemy ci twój los”.

Ale to scenariusz, opowieść – „Pingwin” jest także wart uwagi także ze względu na filmowe tło, ze względu na grającą w filmie Warszawę. Widz dostaje solidną porcję ujęć „ulicznych”, w jakimś tylko stopniu inscenizowanych. Tłum przesuwający się ulicami, czy stojący na przystanku, berecik, ortalion (z podpinką, oczywiście), targowisko na Koszykach, warszawskie neony, tu skuter, tam radio „Szarotka” i szpulowiec "Melodia" tu nowe bloki, tam gdzieś dyskretnie powojenna ruinka, dzieciaki bawiące się w kowbojów i Indian lub w naszych i Szwabów, sklepy, kawiarnie, kwiaciarnie… Normalne, żywe miasto, żyjące na ekranie równie mocno, co bohaterowie. I interesujący materiał dla ciekawych, jak owo miasto wyglądało 50 lat temu.

"Tak, właśnie tak wygląda moje miasto nocą..."

Aktorstwo przeważnie solidne – Andrzej Kozak wizualnie i głosowo wypada na tyle dobrze, że zapomina się o jego wieku, Krystyna Konarska ma intrygującą urodę, co przykrywa trochę braki warsztatowe (w końcu to amatorka), a głos Kaliny Jędrusik dodaje postaci niepokoju (nie żeby Kalina Jędrusik była aż tak świetna – tekst podaje raczej drętwo jak zwykle, ale samo zestawienie obcej twarzy ze znanym głosem daje nader intrygujące wrażenie. Wojciech Duryasz w roli Adasia jest płaski i gaśnie nie tylko przy świetnym Zbigniewie Cybulskim (który niby nie gra nic więcej ponad to, co zwykle, a i tak jest uroczym Złym), ale nawet przy swobodnie naturalnym Stanisławie Tymie. Rodziców Pingwina grają Mieczysław Milecki i Janina Kałuska-Szydłowska, rodziców Adasia – Elżbieta Święcicka i Andrzej Szczepkowski, wiele do grania nie mają, robią swoje porządnie i każde daje się zapamiętać.

Ciekawie dzieje się w drugim i trzecim planie. Blondynkę z Politechniki zagrała Irena Karel, „koleżankę z czarnego lądu” zagrała Carmen Richard, znana wszystkim z kwestii: „Dwie cudzoziemki, które spędzają noc w tej gospodzie, zapraszają cię na wieczerzę. Racz, kawalerze, udać się za mną”, budkę telefoniczną okupowały radiotelegrafistka Lidka i Jagna Borynowa de domo Pacześ, pana Sułka w autobusie podgrywał pan Sułek, Pingwina bili „Parmezan”, Franek Miksa i Cztan z Rogowa, a sfochowaną ekspedientkę w „Samie” odstawiała sierżant Irena Molenda. Znajomych twarzy w tle (czyli „stoi pod drzewem albo przechodzi za kioskiem” możecie szukać sami. Na pewno kilka poznacie.

Schody też grały. Dużo schodów. Różnych. Nie zrozumiałem, czemu.

Bardzo dobre, wyraźne zdjęcia Stefana Matyjaszkiewicza, scenografia Romana Wołyńca sprawia wrażenie naturalnej, ale za młody jestem by ją weryfikować, dźwięk wyraźny… powtarzam, bo może ktoś nie wierzy: dźwięk wyraźny. Muzykę napisał Krzysztof… wrrrróć!… Muzykę napisał Jan Sebastian Bach, a Krzysztof Komeda przysposobił ją na ekran w sposób bardzo elegancki, wykorzystując do tego fortepian i Wandę Warską. Hmm, to nie zabrzmiało dobrze… wykorzystując wokalizy Wandy Warskiej. Jak dla mnie – niepotrzebnie, bo muzyka broniła się sama, a głos momentami irytował. Ale to przecież kwestia subiektywnego gustu i może komuś. 
I świetny w swej prostocie plakat.

Można, z tendencją do „warto”. Szczególnie, jeśli ktoś nie skończył jeszcze 20 lat i nie zcyniczniał ze szczętem. Ewentualnie skończył, ale jest wzrostu siedzącego kota, chudy, nieśmiały i wciąż marzy o koleżance z roku.

A co wy nam tu, kolego z jakimś symbolizmem nihilistycznym?


Varia
1. Grająca Baśkę Krystyna Konarska nie była zawodową aktorką, ale piosenkarką, dość popularną w latach 60. – dostała kilka nagród i wyróżnień na festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, w 1968 roku wyjechała na stypendium do szkoły Bruno Coquatrixa, nagrywała i koncertowała we Francji oraz Włoszech, potem życie osobiste rzucało nią od Maroka i Japonii, przez Alaskę po Niemcy. Gdyby ktoś chciał posłuchać jak śpiewała, to TU i TU piosenki z okresu „polskiego”, a TU i TU – z okresu „francuskiego”. Według źródeł oficjalnych i strony internetowej piosenkarki, poza „Pingwinem” zagrała tylko w „Świętej wojnie” Juliana Dziedziny, ale głowę bym dał, że widziałem ją jeszcze w jakimś filmie… Bym dał, ale nie dam, bo nie pamiętam, w którym i nie będę ryzykował.
2. Podobnie, dałbym głowę, że widziałem dom, w którym mieszkała filmowa Baśka. Mieszkała na Żoliborzu, więc to całkiem prawdopodobne, ale gdzie – za chińskiego boga nie pamiętam. Jakieś pomysły?
3. Za to adres Pingwina daje się rozczytać bez pudła – Tylmana Gamerskiego 7. W scence powrotu Pingwna do domu, widać nie tylko ruiny Banku Polskiego i charakterystyczny blok przy ulicy Corazziego 2, ale także… tabliczkę z adresem :-)
4. A tak na marginesie, idiotyczny jest ten Tylman Gamerski zamiast Tylmana z Gameren. Dobrze chociaż, że w ramach zeswojszczania z "ulicy Stanisława Dubois" nie zrobiono "ulicy Staśka Dybuły".
5. W scenie, w której Pingwin wraca z Żoliborza, może się przekonać, że styl jazdy warszawskich kierowców autobusów („Gaz! HAMULEC!”) „to stara tradycja, jeszcze od początków lotnictwa”.
6. Na wystawie kwiaciarni wisi plakat zapraszający na stadion WKS Legia na spotkanie Szwecja-Polska. Chyba na transmisję meczu, bo mecz Szwecja-Polska rozgrywany 7 października 1964 roku odbył się w miejscowości Solna w Szwecji (padł remis 3:3, bramki dla Polski strzelili Ernest Pohl i Jan Liberda dwie). Dlaczego WKS, skoro Legia od 1949 roku była CWKS – nie wiem.
7. Widoczny w scenie drugiej rozmowy Cybulskego z Kozakiem plakat ze Starszymi Panami to  reklama filmu Kazimierza Kutza "Upał" (premierę miał 2 października 1964 roku), a widoczna na plakacie blondyna to Anna Górna, grająca Miss Upału Barbarę Grzankę.

Z Jasnej Góry, oczywiście! Pamiątka. Pan wie, kto nim konserwy otwierał...


============
Pingwin
1964
Czas:
93 minuty
Reżyseria: Jerzy Stefan Stawiński
Scenariusz: Jerzy Stefan Stawiński
Obsada: Andrzej Kozak, Krystyna Konarska, Zbigniew Cybulski, Janina Kałuska-Szydłowska, Elżbieta Święcicka, Mieczysław Milecki, Andrzej Szczepkowski, Wojciech Duryasz, Irena Karel, Stanisław Tym i inni

2015-03-12

Jan z drzewa [2008]

Bo ty już mnie w łóżku nie dotykasz – powiedział pan doktor do żony, po czym wszedł na drzewo – I piżamy nie ma mi kto uprać…
Z tobą chcę oglądać świat – zawodził Zbigniew Wodecki.
Film też zawodził.

O-o-o-o-o-ooo..

Doktor „miał willę z ogródkiem, miał garaż i auto, że każdy co nie miał zaraz by mieć chciał to”. Miał też nowoczesną żonę w wieku jeszcze efektownym, dziecko z gatunku "pokażemy, że jest, damy lizaka i niech smarkacz spada z planu", brata sprawiającego wrażenie niespełna klepek i samochód. Dwa samochody. I zarost. I kryzys wieku średniego też miał.
Którego dostał skutkiem tej willi z ogródkiem?
To możliwe, choć bardziej bym stawiał na brudną piżamę.
– Ale przecież brudne piżamy bywają raczej skutkiem niż przyczyną, prawda? Mam kryzys, cierpię, nie piorę…

Doktor i tak nie prał — jako nowoczesny człowiek pozwalał żonie. Co prawda żona gdzieś tam pracowała, podobno nawet była w swoje zawodowe klocki całkiem niezła, ale cywilizowany człowiek, zamieszkujący kraj w środku Europy, przedmurze chrześcijaństwa i Unii Europejskiej, nie może przecież chodzić w brudnej piżamie, prawda? Więc, kochanie ty moje, praca to praca, dom to dom, rób karierę, ale rób też pranie! I dotykaj mnie w łóżku, całuj mnie po uszku, dziecko odwieź do przedszkola i obiad zrób, bo z mojej powiatowej pracy wróciłem głodny, więc kompletnie w nosie mam, że w naszym ogródku siedzą jacyś twoi klienci-kontrahenci i nawet sam Wodecki ze skrzypcami, że delegacje, że negocjacje, że  coś tam. JEŚĆ! FOCH! I PIŻAMĘ CZYSTĄ!

Jan pod drzewem, pod wpływem i pod kołdrą

No i w końcu doktor nie wytrzymał – zbudował na drzewku platformę…
O, proszę! Takie są skutki antyPOlskiej POlityki zaprzańców, fiuuuubziuuu, hańba, gdziejestkrzyż!
…podeścik sobie zmajstrował na drzewie, wlazł nań i odtąd strzelał focha na wysokości.
– A na ziemi?
A na ziemi została żona, niekompatybilny intelektualnie brat, żona brata (skrzyżowanie stadionowego „karka” z posłanką Krystyną „Spierdalaj!” Pawłowicz. Albo nie, przepraszam, bez „karka” - sama posłanka wystarczy), siostra żony z mężem Jasiukurwa oraz inne przedmioty i podmioty stosunków prawnych.

Doktor siedział na drzewie, pierdzielił głodne kawałki na temat zuego konsumpcjonizmu i rousseaucizmami ciskał wokół, żona doktora dowoziła mu jedzenie i papier toaletowy… /tu ciekawska dygresja: i co doktor z tym papierem robił? Niezbyt konsekwentnie schodził z drzewa i szedł w krzaczki, czy też nie schodził i… E, nie: chyba schodził – w końcu pod drzewem odbywały się imprezy rodzinne, w czasie których szwagier Jasiukurwa mamrotał jakieś emigracyjne manifesty. Koniec dygresji/ …bo bunt buntem, ale taki zbuntowany maczo zazwyczaj okazuje się życiową łajzą, którą nadal trzeba się opiekować, karmić, opierać, wycierać i kupować syropki, bo przecież zostawiona sama sobie zginie marnie z nieprzestrzegania higieny osobistej albo z głodu. 

Baron  Doktor drzewołaz  drzewosiad

– Przygotowywałem się do tego parę miesięcy – puszył się doktor. Który budując podeścik, zapomniał o daszku i w deszczowe noce wyglądał pociesznie, a w gumiakach mu chlupało.
Zginąłby marnie na tym swoim drzewie, gdyby nie żona. Która – jak to porządna polska żona – poczuła wyrzuty sumienia, że robiła karierę, że nie zajmowała się swoim misiem-pysiem wystarczająco, że nie prała mu piżamy, że nie mówiła mu co rano „Och, jakże piękny jesteś, przyjacielu mój, a intelekt twój jako trzoda owiec postrzyżonych i poimaj moją liszkę, yeno dozwól, obrócę się na drugi bok i już se pobruszaj”.

Smutna była żona, ślozy z oczu lała i żeby męża ściągnąć do domu…
– Zrobiła pranie!
– Pranie i dwudaniowy obiad?
– Pranie, obiad z trzech dań, deser, pornol z VHS-a i jadalna bielizna na łóżku wodnym?

Ależ wy jesteś bez fantazji, wiecie? Nie zdziwcie się, jeśli kiedyś obudzicie się rano, a obok was będzie tylko puste, wygniecione miejsce i karteczka „Kochanie, nie mogę tak dłużej,  nie szukaj mnie, ale gdyby co, to jestem na trzecim kasztanowcu od prawej, wiesz, tym koło kiosku”.
Żona doktora chwyciła siekierę, piłę…
Hehehe, piątek trzynastego, „Jaki mąż, panie władzo, mąż odszedł, wyjechał za granicę, a ja użyłam wybielacza, więc możecie się gonić, niczego mi nie udowodnicie”?
…i na przydomowym drzewie wybudowała porządny domek: okna, ściany, dach, te rzeczy. Bo po co ma się chłop plątać po obcych drzewach, skoro tu przy domu ma takie wygodne i oko będzie można mieć na niego, i grilla z siostrą oraz szwagrem Jasiukurwa urządzić.

Grało się z trudem, oglądało się z trudem
No i doktor wtedy… Wiecie co? Nieistotne, co doktor wtedy. Nieistotne, co wtedy, co potem, co przedtem i co dlaczego.  Bo to wszystko było płaskie, nudne, wysilone i nieudolne. Słabe było bardzo. Potencjału w tej historii było na 20 minut sympatycznej nowelki, ale reżyser bardzo chciał mieć pełny metraż, więc rozciągnął wszystko, nadmuchał, napakował do środka kupę filmowego śmiecia tudzież nachalnego produkt plejsmętu i męczył widza przez 89 minut czyli półtorej godziny. Długie romantyczne ujęcia butów, prawie minutowa sekwencja z pracownikami MPO, ci sami panowie z MPO opowiadający kompletnie nieśmieszne dowcipy zdania i rechoczący z nich przez kolejne -naście sekund, Brian Scott mający problem z tym, że jest czarny i że wciąż go ktoś oblewa wodą…
Co ma Brian Scott do doktora na drzewie?
Wolę nie wiedzieć. 

Film z gatunku: Ktoś ma pomysł, a ktoś pieniądze, ten drugi ktoś, w zamian za produkt plejsmęt, postanawia umożliwić pierwszemu ktosiowi owych pomysłów realizację. Co należy pochwalić. I czasem zdarza się ktoś, kto ma pomysł i potrafi go zrealizować (patrz: Paweł Wendorff i „Nie ten człowiek”), a czasem trafia się ktoś, kto ma pomysł i nie potrafi. W tym przypadku ktosiem, który nie potrafi był reżyser, scenarzysta, montażysta „Jana z drzewa” Łukasz Kasprzykowski.

"Moooniiika, ach, Monika, dziewczyna ratownika!"

Podobno miała to być krytyka konsumpcjonizmu, materializmu, kapitalistycznej monotonii, pochwała wartości i uczuć, poruszenie problemu relacji międzyludzkich blablablabla, wiosna, słońce, kwiatki, ptaszki, kurwa, jakieś... W sumie racja – kapitalizm dający kasę na takie filmy wart jest ostrej krytyki, a twórcy lepiej by zrobili, gdyby zamiast marnować te pieniądze i niemal miesiąc na kręcenie filmu, wydali kasę na wczasy, spędzając ten czas na łonie. Przyrody również.

Po ekranie przesuwali się jacyś dziwni ludzie: połowa z nich nie potrafiła grać, druga połowa potrafiła, ale bardzo słabo. Najlepiej pod względem aktorskim wypadł Zbigniew Wodecki (dwie minuty na ekranie, trzy kwestie), Ewa Szykulska zrobiła po prostu swoje, Artur Dziurman może by i coś zagrał, ale nie miał co, bo jedynym zadaniem, jakie dostał było wywrzaskiwanie co 30 sekund „Jasiukurwa!” Trzeba przyznać, że się aktor starał, spod wątroby głos dawał, dudnił mocno, ale na jego miejscu nie przyznawałbym się do tej roli. Mieczysław Hryniewicz przyznawać się może, bo od -dziestu lat gra to samo i tak samo, więc jedna taka „rola” mniej, jedna więcej… Podobnie Marcel Szytenchelm – już w „Zmiennikach” wyglądał jakby się urwał z kółka kucharskiego przy Gminnym Domu Kultury w Bąbelkach Górnych…
Miałeś na myśli „kółka aktorskiego”
Wiem, co miałem na myśli i nie było to kółko aktorskie. Enyłej, najłagodniej oceniając, Marcel Szytenchelm grał tak samo jak z „Zmiennikach” i może jednak wreszcie zająłby się czymś innym? Wszystkich przebiła jednak aktorka, grająca szwagierkę doktora (w ramach litościwej promocji nie wymienię jej nazwiska). Sprawdziłem – rzeczywiście aktorka. Z dyplomem krakowskiej PWST. Święty Łazarzu, patronie rzeźników..

"Marcel, rany boskie, masz włosy w uszach!"

Aktorsko wybronił się Bogusław Suszka, grający doktora na drzewie, przy czym bardziej wybronił się scenami na ziemi, te na drzewie były słabe – może miał lęk wysokości? A może lęk wysokości miał kamerzysta? W paru miejscach wypadł nieźle – znaczy, nieźle, biorąc pod uwagę ten film, bo tak w ogóle to na poziomie średniej roli w tasiemcu telewizyjnym. Grająca jego żonę jego żona, Dorota Kiełkowicz, grała bardzo słabo (ktoś coś mówił o kółku aktorskim?), a reżyser nie pomagał, upierając się przy zbliżeniach i pchając jej kamerę w oblicze. Przy słabej grze, słabych dialogach i długich momentach drętwej ciszy (reżyser usłyszał kiedyś o "graniu pauzą"), takie ujęcia powodowały, że widz zamiast przejmować się dylematami uczuciowymi bohaterki, skupiał się na jej charakteryzacji. Też słabej.

Szczytem bezradności twórców było wpakowanie do filmu teledysku, w którym opiewali uroki Krakowa i Kazimierza nad Wisłą. Na pytanie, co ma Kraków i Kazimierz do krytyki materializmu i pochwały prania piżam nawet nie będę próbował odpowiedzieć, bo się boję o swoje szare.

Zdjęcia przaśne, scenografia żadna, kostiumy z szafy, muzyka Dominika Kwaśniewskiego znośna, ale jest jej za dużo. Jedynym plusem filmu jest przypomnienie piosenki „Z tobą chcę oglądać świat”, na którą kiedyś świetnie wyrywało się koleżanki kolonistki. Niestety, dziś wyrwanie kogokolwiek na tę piosenkę jest niemożliwe – zanuci człowiek, okiem romantycznym błyśnie, usto karminowe poda…
– Rany, naprawdę chcesz mnie wyrwać na „Jana z drzewa”?
Badum-tssss…

Nie warto. Bardzo.

W razie niemożności uniknięcia seansu - warto zażyć coś na niestrawność


Varia
1.
Hmm, o czym by tu napisać?
2. To jest tak słaby film, że nawet „varia” jakiekolwiek trudno znaleźć.
3. O, może napiszę, że „Z tobą chce oglądać świat” to piosenka z 1986 roku – słowa napisał Jonasz Kofta (co słychać), muzykę – Zbigniew Wodecki, a w oryginalnej wersji w duecie z kompozytorem śpiewała Zdzisława Sośnicka. W wersji filmowej zastąpiła ją Katarzyna Rodowicz. Nie, nie córka Maryli.
– A kto?
A kogo to?
4. Łukasz Kasprzykowski: reżyseria, scenariusz, scenografia, montaż, obsada aktorska. Jan Kasprzykowski: transport. Elżbieta Kasprzykowska: catering. „Rodzina to jest siła!”
5. Filmowy życiorys Łukasza Kasprzykowskiego nie jest jakoś szczególnie imponujący. Filmpolski.pl podaje, że jedynym po „Janie z drzewa” kontaktem wyż.wym. z filmem było pojawienie się w jakimś ogonie w koszmarze z roku 2012 – „Ostra randka”. Dziwnym nie jest.
6. Współproducentem „Jana z drzewa” była fundacja Solidarni dla Bezrobocia i Ubóstw. Zyski ze sprzedaży biletów miały zostać przeznaczone na pomoc w aktywizacji dotkniętych problemami bezrobocia. Sądząc po efektach ekranowych – przeznaczyć się powinno na pomoc dla twórców filmu.

Metakuźwafora i alekuźwagoria


============
Jan z drzewa
2008
Czas:
89 minut
Reżyseria: Łukasz Kasprzykowski
Scenariusz: Łukasz Kasprzykowski
Obsada: Bogusław Suszka, Dorota Kiełkowicz, Maria Bujas-Łukaszewska, Marcel Szytenchelm, Ewa Szykulska, Artur Dziurman, Mieczysław Hryniewicz, Zbigniew Wodecki i inni.
Dofinansowanie PISF: na szczęście nie było.