2015-03-31

Bogowie [2014]

Nasz bohater urodził się w wieku lat pięciu w rodzinie działaczy pionów medycznych. Nad jego kołyską stara Cyganka wróżyła w patriotycznym transie, stary Cygan dostał rozległego zawału prawej komory, a stary niedźwiedź mocno spał. Już od pierwszych dni nasz bohater przejawiał i wyrażał, a pierwszą operację na otwartym sercu przeprowadził z użyciem karczocha i opakowania spinaczy biurowych, o których Wacio opowiadał, że je wywożą i pewnie rzeczywiście je wywozili, bo Ruscy i Szwaby od zawsze okradali naszą nieszczęśliwą Ojczyznę i ciemiężyli ją, i w ogóle Booooguuuuurooooodziiiica!
 
Może i najpiękniejsze słowo świata, ale widok - niekoniecznie

Na szczęście twórcy „Bogów” zamiast owiniętego sztandarem pomnika/lektury, postanowili nakręcić film, który widzowie będą mogli obejrzeć. Nie film z gatunku „Szkoły na to pójdą”, nie jakieś kolejne kuchwale, nie „kręcimy film o wybitnym człowieku, więc inkasujemy, resztę mamy głęboko, a ewentualną krytykę filmu potraktujemy histerycznie jako ‘plugawienie pamięci Wielkiego Polaka i bezczeszczenie Świętey Pracy Yego”, tylko film. Taki, wiecie, który da się obejrzeć od początku do końca, z ciekawością, choć niby historia znana, momentami nawet w napięciu, który czasem uśmiech u widza wywoła, czasem wzruszenie… No, film – rozumiecie? Normalny.

I dlatego nie dowiadujemy się, gdzie się Zbigniew Religa urodził, skąd przychodził, kto go znał, kto mu rękę podał kiedy…
- No, bez przesady – wtrącił Głos Wewnętrzny – Kto mu rękę podał, akurat się dowiadujemy.
Rzeczywiście, na ekranie parę osób rękę mu podało, podczas gdy parę innych sypało mu piach pod nogi i wkładało kłody w tryby.
- Chyba odwrotnie?
Odwrotnie też można, ale ta wersja jest skuteczniejsza. Kłodę pod nogami przeskoczysz, a na rozsypanym piachu się wydup… ekhm… wywrócisz. Piach w trybach także nie zatrzyma tychże od razu, trzeba poczekać aż się łożyska zatrą, a wepchniesz kłodę – efekt masz natychmiastowy.
O czym to ja…
A, że parę osób podało docentowi Relidze rękę, parę osób wprost przeciwnie. Ale to w sumie bez znaczenia – kim był Zbigniew Religa, każdy wie, historię polskich przeszczepów serca w jakichś tam zarysach każdy zna, a jeśli nie zna, to niech sobie poczyta. Przy okazji premiery ukazały się i książki, i artykuły, i filmów dokumentalnych nakręcono pewnie kilka. Między innymi z powodu tej nieco nachalnej…
- Nieco… - westchnął Głos Wewnętrzny.
…kampanii reklamowej, podchodziłem do filmu nieufnie. Trailer niby zachęcał, ale gdybym za każdy trailer, który był lepszy od filmu i zawierał właściwie wszystko, co tak naprawdę warte było obejrzenia, dostawał złotówkę… No, dobra – raz kozie śmierć, audaces fortuna wiuwa, czy jakoś…

Bezapelacyjnie, do samego końca! Mojego lub jej...

Wrażenie pierwsze: film się ogląda. Wchodzi gładko, nudzi rzadko, waty mało…
- Wcale nie ma waty! – wrzasnęła zachwycona Opinia Publiczna.
Bez żartów, to jednak jest polski film i nie da się tak od razu przeskoczyć tysiąca lat bycia przedmurzem chrześcijaństwa, dwustu lat romantyzmu oraz pół wieku twórczości Zanussiego. Waty jest mało, ale wata jest: co ciekawe, głównie w scenach z żoną (np. niemal minuta pluskania się w jeziorku czy sceny w Zabrzu po alkoholowym odlocie bohatera), jakby twórcy nie mieli na tę postać pomysłu. Albo może mieli właśnie taki i zmarginalizowali żonę Zbigniewa Religi celowo, by uniknąć wikłania się w podwątki, rozmydlające fabułę i by nie bawić się w szczegółowe przedstawianie życiorysu bohatera. Widz dostaje docenta Religę w krótkim wycinku jego życia zawodowego, w krótkiej mocnej historii o przeszczepach i tej historii wszystko jest podporządkowane. Żona jest w niej potrzebna w ograniczonym zakresie, więc sorry, Winnetou, w ograniczonym zakresie się pojawia, dzieci nie są potrzebne wcale, więc się nie pojawiają – ba! w ogóle mowy o nich nie ma, dzieciństwo Religi, rodzice czy jego ulubione potrawy z czasów gimnazjalnych też nic do rzeczy nie przydają, więc również do kosza… Wreszcie! Wreszcie ktoś pisze historię i nie bawi się w doklejanie kolejnych ozdóbek typu: „Pokażemy mszę, by podkreślić, że bohater… albo zebranie Towarzystwa Wspierania Kultury Świeckiej, żeby pokazać, iż przeciwnie… Patriotyzm podkreślmy dziadkiem-powstańcem i ryngrafem na ścianie, stosunek do ekologii - liściem na głowie, a w tle dajcie mi Chopina i przebitkę na prasłowiańską gruszę”. Nie, w „Bogach” jest samo filmowe mięso: krótka historia i tyle „boków”, ile jest potrzebne do jej opowiedzenia w sposób czytelny dla każdego.

Wrażenie drugie - filmu się słucha. Scenarzysta postawił na krótkie, szybkie teksty, w niektórych scenach nawet na zaskakująco dobre onelinery. Tekst-odpowiedź-kontra-puenta. I to się sprawdza podwójnie. Primo - nadaje filmowi tempa. Sceny są krótkie, dialogi krwiste, film nabiera bigla, widz reaguje… Widowisko nie grzęźnie w wielominutowych tyradach, w czasie których bohaterowie dokładnie wyjaśniają widzowi konteksty, podteksty, uwarunkowania historyczne i niuanse wiary w Trójcę świętą. Rach-ciach, sygnał, widz rozumie?
- No pewnie, że rozumiem - kiwa głową widz, który jest stworzeniem inteligentnym, tylko polski światek filmowy od jakiegoś czasu uparł się traktować go jak debila.
- I tak to jest, panowie - zgrzyta zębami ekranowy Religa na kongresie kardiologicznym - Starzy się boją, młodzi nie mogą…
Jedno zdanie i wystarczy. Po co więcej? Zwłaszcza, że to zdanie ponadczasowe i ponadustrojowe.

Oj, panie kolego, takie aluzje mogą się źle skończyć albo nawet skutkować...


Secundo - ograniczenie dialogów do niezbędnego minimum, ogranicza także pole dla aktorskich popisów. Aktorzy mają wejść, powiedzieć swoją kwestę, swoje cztery do dziesięciu wyrazów i mają spadać sprzed kamery. Dzięki czemu nie mają czasu na tradycyjne łypanie okiem, podkreślanie uchem, Znaczące Miny i Tajemnicze Pauzy. Dialogi są napisane na tyle dobrze, że bardzo trudno je spieprzyć, krótkie sceny nie pozwalają zaszaleć i… i mała zagadka: ilu widzieliście w tym filmie aktorów, którzy grali źle?… /Tajemnicza Pauza i Rosnące Napięcie/ No właśnie. Gdyby ktoś się chciał mocno (czytaj: na siłę) przyczepić, to wskazałby Ryszarda Kotysa i chyba nie miałby racji, bo i ten aktor zagrał to, co miał zagrać i tak, jak powinien zagrać. Taki miał być po prostu. Wszyscy aktorzy mieścili się w przedziale między „dobrze” a „bardzo dobrze”, co w polskim filmie nie zdarzyło się od czasów Gomułki  Gierka  Władysława Łokietka niepamiętnych. A nie mieliśmy bynajmniej do czynienia z zespołem Comédie Française… IMO to zasługa scenarzysty i reżysera, którzy świadomie ograniczyli Wielkom Sztuke na rzecz porządnego rzemiosła filmowego.

Oczywiście, i w „Bogach” zdarzyły się momenty czysto polsko-filmowe: rozmowa Religi z chorym profesorem Mollem kłuła sztucznością w oczy i uszy…
- …czy scena rozmowy Religi z matką Ewci o jabłkach - wtrąciła Opinia Publiczna.
A tu akurat nie — fabularnie to skrzypiało, bo było pójściem na skróty, ale sama scena napisana i zagrana była naprawdę dobrze. Ot, oko reżysera, który do dłuższych scen dobrał dobrych aktorów — takich, którzy są w stanie nie tylko udźwignąć scenę, ale też zapaść nią widzowi w pamięć. I dlatego matkę Ewci zagrała Kinga Preiss, a Sonia Bohosiewicz dostała epizod, dlatego sekretarza wojewódzkiego zagrał Artur Dziurman, a Krzysztofa Janczara filmowano w dalekich planach, stawiając raczej na klimat i pejzaże niż na robienie brwią w zbliżeniu.

Porządku w klinice pilnował kapitan Leland Stottlemeyer

Wrażenie trzecie - wreszcie ktoś napisał scenariusz, myśląc warsztatowo, bez przekonania, że jest Poetą Ekranu, który ma swoje 5 minut, więc musi wcisnąć w scenariusz swoje credo życiowe, credo artystyczne, dwa ojczenaszki, dedykację dla ukochanej, wspomnienie o rotmistrzu Pileckim i jakieś ponure samobójstwo na koniec, bo od lat 70. wiadomo, że to Głębokie. Krzysztof Rak chciał opowiedzieć widzom konkretną historię i opowiadał ją bardzo precyzyjnie: jedna scena prowadziła do drugiej, druga do trzeciej, tu pokazujemy widzowi rzucik, tu go przyzwyczajamy, tu kontrapunkt i zawieszenie, ale spokojnie, bo tam.. o, tam… jest wyjście, do którego dojdziemy tędy… Pełna kontrola nad opowieścią od początku do końca, a co nie pasowało lub mąciło jasność przekazu — wylatywało w montażu.

Pamiętacie scenę, w której operowany pacjent zaczyna odpływać i docent Religa decyduje się na doraźne podpięcie go do serca świni lub małpy? Oraz następne sceny? Bo to właśnie przykład takiego filmowego rzemiosła, które kinowe tygrysy lubią najbardziej. Najpierw dostajemy dramat (pacjent zaczyna kopać w kalendarz), potem scenarzysta rozbudza w nas nadzieję (podepnie się pacjenta do fauny i zyskamy na czasie), rozluźniamy się, jesteśmy pewni, że się uda, gdy lekarze rozważają jak zaintubować prosiaka, zaczynamy nawet chichotać… i gdy już scenarzysta podprowadził nas w miejsce, w którym chciał nas mieć — wypłaca nam dzwona prosto w twarz: pacjent umiera na stole, a nam śmiech zamiera w gardle i czujemy się bardzo niezbyt.
- I tum cię czekał! - stwierdza scenarzysta, który celowo funduje widzowi te emocjonalną huśtawkę, by rozbudzić w nim zrozumienie dla podobnych huśtawek głównego bohatera, które będą miały miejsce w kolejnych scenach.

...i aortą przejdziemy do lewej komory, z której po minięciu zastawki... Szlag! Zabłądziliśmy!

I o to chodzi w filmie jako sztuce, i dlatego ten film jest tak dobry: sceny z czegoś wynikają, dokądś prowadzą, są po coś i dlatego są takie właśnie, jakie są. Solidne rzemiosło czyli przypadek ograniczony do minimum, warsztat czyli najpierw myślenie, potem kręcenie, a potem sprawdzanie, poprawki itd. Nie jakieś dęte aluzje, nie oniryczność i metafora, tylko dobrze napisana historia, którą potem dobrze nakręcono. W dodatku twórcy widza potraktowali z szacunkiem - do minimum ograniczyli wyjaśnienia, nie stosowali łopatologii, wierząc, że widownia większość rzeczy pamięta/zrozumie, a jeśli nie pamięta/zrozumie to "zapyta ojca, zapyta matki", a film nie jest od tego, żeby tłumaczyć, co to są kartki na benzynę, dlaczego brygada remontowa nie pracuje, tylko chla, czemu doktor Cichoń jest tak skamieniały po przyjeździe do Warszawy i kim był zagraniczny prelegent, który "miał asystę u brata podczas pierwszego przeszczepu serca na świecie".  itd., itp.

Wrażenie czwarte: że główny motyw muzyczny kojarzy mi się z "Czarnymi słońcami" Kultu. Przetestowałem na trzech osobach - wszystkie trzy popukały się w czoło. Wychodzi na to, że albo się mylę albo mam słuch absolutnie absolutny. Nie da się ukryć, że bardziej prawdopodobna jest ta pierwsza możliwość.

O aktorach już pisałem wyżej - nikt nie zagrał źle, nawet jeśli ktoś grał słabiej niż pozostali, wciąż mieścił się w kategorii "dobrze", a twórcy znacznie ułatwili większości aktorów zadanie dobrze rozpisanymi scenami i świetnymi dialogami. Znakomicie zagrał Tomasz Kot, który - mam wielką nadzieję — przestanie wreszcie odstawiać szmirę w kupach typu "Wyjazd integracyjny", bo teraz już naprawdę mu nie wypada. Bardzo dobry był Piotr Głowacki w roli doktora Zembali, grający doktora Bochenka Szymon Piotr Warszawski wypadał przy nim sympatycznie, ale jednak blado. Artur Dziurman, Jan Englert i Zbigniew Zamachowski - byli krótko, ale soczyście i wszyscy dali się zapamiętać. Podobnie jak Kinga Preiss, ale Kinga Preiss to Kinga Preiss - jeśli tylko ma co grać, zawsze gra świetnie (jeśli nie ma - zazwyczaj gra także). Niewygodne zadanie miała Magdalena Czerwińska: musiała grać tło, ale ważne tło i to w dodatku przy ograniczonych partiach dialogowych. Poza jedną sceną — poradziła sobie świetnie, a i tę jedną scenę należałoby raczej "przypiąć" twórcom, a nie aktorce.
Ba! Nawet Rafała Zawieruchę oglądało się z przyjemnością sympatią.

Zamiast jednego aktora - cztery kominy (w tym dwa dymiące)

Bardzo dobre zdjęcia Piotra Sobocińskiego jr., parę ujęć światowej klasy, więc nie będę się czepiał, że dla mnie film był ciut za ciemny. Niezły dźwięk - może nie rewelacyjny, ale  jak na polski film naprawdę niezły. Scenografia Wojciecha Żogały, kostiumy Ewy Gronowskiej  i rekwizyty zebrane przez Piotra Kowalewskiego robią wrażenie, ale… Znaczy, doceniam, oczywiście, bo wyobrażam sobie, ile wysiłku i zabiegów wymagało od ekipy zebranie choćby wyposażenia sal operacyjnych, ale przyznam, że w czasie seansu zwracałem na to wszystko uwagę w sposób raczej względny. Nie przejmowałem się, czy garnitury bohaterów pasują do czasów, czy na stołach stoją właściwe kubeczki, a po ulicach jeżdżą właściwe dla tamtych lat samochody (podobno nie wszystkie). Tym bardziej nie zwróciłbym uwagi na wyposażenie sali operacyjnej: łyknąłbym pewnie nawet o 20 lat późniejsze. I to nie tylko dlatego, że w medycynie orientuję się w stopniu mniej niż zerowym, przede wszystkim dlatego, że - powtórzę się po raz tysiąc pięćset enty - to po prostu była dobrze napisana i dobrze nakręcona historia, wciągająca mocno, więc wzrok mi z nudów nie latał po ekranie, a wrodzona złośliwość nie szukała, do czego by się tu przypieprzyć.

Warto. Trzeba. Nie żeby to było wielkie dzieło sztuki i nie wygłupiajmy się z "nominujmy do Oscara". Ale kawałek porządnego, solidnego kina. Wreszcie.

Partia, towarzysze, podziela powyższy pogląd w całej rozciągłości


Varia
1. W scenie przesłuchania Zbigniewa Religi przez Komisję Etyki Lekarskiej członków komisji na ekranie pojawili się współpracownicy profesora: Marian  Zembala siedział  pierwszy z lewej (naszej lewej - obok Ryszarda Kotysa), a Andrzej Bochenek - pierwszy z prawej. Nie byli jedynymi lekarzami na planie: członka komisji orzekającej o śmierci pacjenta-dawcy zagrał (no, zagrał... był na ekranie) dr Jan Herburt-Heybowicz. Kardiochirurg zresztą.
2. Zamiast krwi na planie używano syropu klonowego. Przepraszam, jeśli komuś odtąd będzie się kojarzyć i koniec przyjemności z konsumpcji.
3. Wnętrze zabrzańskiej kliniki zagrało piętro Szpitala Wolskiego, większość sprzętu wypożyczyła klinika kardiochirurgii w Aninie, stół operacyjny przyjechał z Wojskowego Instytutu Medycznego, defibrylator - z Muzeum Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu (tylko tam ostał się taki sprzęt z lat 80.), piły przyjechały z Centrum Onkologi na Ursynowie.
4. Zdaje mi się, czy to pierwszy polski film, w którym decyzje o defibrylacji podejmowano w momencie migotania komór, a nie typicznie-kanonicznie, gdy pikawa pacjenta dawała na monitorze płaską linię?
5. Ostatni plan filmu przechodzi w słynne zdjęcie Jamesa Stanfielda z National Geographic, a potem pojawia się napis, informujący, że pacjent czwartego przeszczepu żył z nowym sercem 7 lat. I tu problem: media podają, że na zdjęciu Stanfielda widzimy pacjenta nr 19. - Tadeusza Żytkiewicza, który z nowym sercem (przeszczepionym w 1987 roku) żyje do dziś, ale profesor Zembala twierdzi, że pacjent ze zdjęcia, 63-letni wówczas Tadeusz G.,  nie przeżył zabiegu. Bądź tu mądry, pisz wiersze… Chyba wolę tę pierwszą wersję.
6. Film się zwrócił. "Jeśli byłby pan naszym koproducentem i zainwestował w 'Bogów' np. 300 tys. zł, to dziś panu wypłacam te 300 tys. plus kolejne 300 tys. zł. Mówimy o zysku wyłącznie z dystrybucji kinowej" - powiedział producent filmu Piotr Woźniak-Starak w grudniu zeszłego roku. Próg rentowności twórcy przyjęli na poziomie 600 tysięcy widzów - do dziś "Bogów" obejrzało 2 miliony 230 tysięcy widzów. Dwumilionową dotację z PISF twórcy zwrócili w całości. Oj, nie polubi ich za to środowisko filmowe, nie polubi - co by to było, gdyby ten zwyczaj się przyjął…

Co, zaspałem? To już koniec?


============
Bogowie
2014
Czas:
112 minut
Reżyseria: Łukasz Palkowski
Scenariusz: Krzysztof Rak
Obsada: Tomasz Kot, Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski, Magdalena Czerwińska, Rafał Zawierucha, Marta Ścisłowicz, Karolina Piechota, Kinga Preiss, Jan Englert, Władysław Kowalski, Wojciech Solarz, Arkadiusz Janiczek, Cezary Kosiński, Magdalena Kaczmarek, Magdalena Wróbel, Milena Suszyńska, Marek Siudym, Sonia Bohosiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 000 000 złotych. Zwrócone przez twórców w całości.

9 komentarzy:

  1. W Varia - punkt 4 jest o jeden monitor za dużo.

    Poza tym nie sposób się nie zgodzić. Bardzo dobry film, świetna rola Kota.

    OdpowiedzUsuń
  2. A może by tak o oscarowej Idzie napomknąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się obejrzy - się napomknie :-)

      Usuń
  3. Po miesiącu szwendania się po Kolumbii czas był wrócić także do polskiej kinematografii. Na pierwszy ogień poszły "Służby specjalne". Dostałem obuchem tandety po łbie i od razu poczułem się swojsko. W ramach odtrutki "Bogowie". Strach miałem czy nie upchnęli wszystkiego co dobre w trailerze, ale jednak nie. Porządne dobre rzemiosło. Bez fajerwerków, ale ogląda się dobrze. W niektórych momentach odnosiłem wrażenie, że zawartość Religi w Kocie była większa niż Religi w Relidze. Nawet ku**y są w miarę umiejętnie użyte. Jedyne co mnie przeraża, to to, że na następny dobry polski film czekać trzeba będzie pewnie z kilka lat :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do przeżywalności - pacjentem ze słynnego zdjęcia jest, z tego, co wiadomo, Tadeusz Żytkiewicz, a ostatnia informacja o tym, że żyje, pochodzi z października 2014 roku. Nigdy nikt nie podniósł larum, że to nieprawda, ani nikt nie udowodnił, by to nie on leżał na stole. Tak więc operacja się udała, pacjent przeżył. :)


    jpl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Larum nie było, udowadniania także, ale opinie w sprawie personaliów są rozbieżne nawet w samym zespole operującym (patrz: link), więc "jako ciekwostke zawodowe" sobie to zapisałem.

      Usuń
  5. A widzisz, mi z kolei bardzo odpowiadała dbałość o szczegóły medyczne i brak zgrzytów (vide "płasko? Defibrylujemy!") radował wielce. Dobrze był oddane relacje między personelem, natomiast nie zgadzam się w sprawie braku kiepskich ról/aktorów- Ewcia. W ogóle dzieci w polskich filmach często-gęsto grają bardzo źle i psują przyjemność z oglądania. Tak było w "Ciele", przyjemnej skądinąd komedyjce (pierwszy kontakt z Karolakiem!), w którym wszystkie, ale to wszystkie sceny w Wnuczką powodowały wypadanie plomb.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. IMHO Ewcia nie była zła - na tle innych obecnych (i wielu przeszłych) polskich dzieci filmowych była ojacie i hohoho. Ech, gdzie te czasy, gdy Janusz Nasfeter wychodził na podwórko i z piaskownicy wyciągał od kopa ze dwóch dziecięcych kandydatów do jak najbardziej dorosłych nagród za role pierwszoplanowe i ze troje kandydatów do nagród z drugi plan...

      Usuń