2015-03-19

Pingwin [1964]

Oglądam… Jakiś student monologuje wewnętrznie. Problemy sercowe. Wszyscy mieliśmy problem sercowe… O, Politechnika… Nieszczęśliwie zakochany. Dziwnym nie jest, urodę ma raczej nienachalną, a i wzrostem nie grzeszy zbytnio. To nie jest typ, na który rzucają się nowoczesne kobiety. W Baśce się kocha. Baśka jest z Żoliborza, a on jest ze Śródmieścia… O, saturator. I budka z piwem. Ciemnym. Chyba niedobrym, bo nie dopili i poszli sobie… I płyty z bigbitem. „Dam ci najlepszą Anitę Russ”…. Chudefakis Anita Russ i jakim cudem mogła być najlepsza, skoro pierwsze słyszę?… A może Anita Ruth? Też pierwsze słyszę… Ładna ta Baśka. Szkoda tylko, że mówi głosem Kaliny Jędrusik, a student ma trzydzieści lat, chociaż gra dwudziestolatka… „Dwudziestolatki /dwudziestolatki/ to ja i ty /to ja i ty/ zapytaj ojca, zapytaj matki, jak się wtedy ma sny”… He, he, przedpotopowa sobotnie popołudniowe „Zapraszamy do Trójki”… Tak, wiem, że to nie ma nic wspólnego z filmem i że przecież wcześniej Maciej Kossowski, ale jeśli główny bohater może sobie tak luźnymi skokami monologować wewnętrznie, to i mnie wolno.

Nie mogę ci tego powiedzieć prosto w oczy, bo... byś się śmiała z mojej nowej kominiarki

Mam gdzieś zniknięcie Adasia, jeśli nie ma związku z Baśką – monologował główny bohater – Ale morda… Ładna dziewczyna… Jego zniknięcie nie jest zniknięciem, nie wywołuje żadnej społecznej pustki, jakby ktoś zaczerpnął kubek wody z jeziora… Kierowcy zabrania się rozmawiać z pasażerami… Boże, żeby tylko była w domu…

Pingwin był studentem politechniki, urodzonym z ojca kombatanta i matki niewiadomego zawodu, za to nadmiernego narzekania. Pingwin, bo mały i chudy, ale tak naprawdę na imię miał Andrzej, więc z miejsca dostał plus piętnaście do sympatii. Drugie plus piętnaście miał za to, że się kochał w Baśce – pierwszy raz oglądałem ten w film, gdy byłem w czwartej klasie podstawówki i sam kochałem się w pewnej Baśce. Wtedy film zrobił na mnie wrażenie, a monologi wewnętrzne Pingwina miód lały na moje zbolałe serce, głębią porażały i w ogóle weltschmerz łamane przez Wojaczek. A, nie, pardąsik – Wojaczek wtedy jeszcze nie. Wtedy to chyba tylko Alfred Szklarski i Hanna Ożogowska. Ewentualnie Krystyna Siesicka, ale nie dam głowy, czy i po nią nie sięgnąłem później.
Kurde, ale się ten strumień świadomości człowieka czepia…

Kocha się zatem Pingwin w politechnicznej Baśce i cierpi. Rankami cierpi, bo mu uczucia kipią, a popołudniami cierpi, bo widzi, jak do Baśki kleją się i łaszą przedstawiciele młodzież nieco bananowej co to ojciec architekt i w Afryce, matka na raucie…
– Tylko ci w głowie użycie, ciuchy, flirty, własna rozrywka!
… whisky sec (yyy, że niby jak?), samochody, bigbity, co roku sobie do Międzyzdrojów jeżdżą, fiu-fiu…
– Po pierwsze nie do Międzyzdrojów, tylko do Sopot – powiedział Głos Wewnętrzny – A po drugie...
– Do Sopotu – poprawiła Opinia Publiczna.
– Do Sopotu to ci z Funduszu Wczasów Pracowniczych. A po drugie nie do Sopot, tylko nad Adriatyk.


Alkohole może i eksportowe, ale syfon i radio - tutejsze

Enyłej, kleją się do Baśki, kiedy zaś dostają od Baśki kosza, a nawet, powiedziałbym, dzwona, mszczą się okrutnie, naruszając publicznie jej emocjonalną intymność czytaniem prywatnych listów i w ogóle zachowując się bucowato. Baśka cierpi, Pingwin cierpi i staje w niej obronie, skutkiem czego trochę pobolewa go maska, ale wkrótce los zsyła mu szansę: demaskuje intrygę bananowców, odzyskuje listy Baśki i wręcza jej w ąturażu czerwonych goździków, które wtedy jeszcze nie były kwiatami obciachowymi, w ogóle ma swój kwadrans chwały: w tym momencie ma 183 centymetry wzrostu, biceps jak Pietrzykowski, we wzroku błysk jak Wiesław Gołas, a na ustach grymas Bogarta i teksty z filmu o gangsterach, na który udało się wejść dopiero za czwartym razem, bo bileter był czujny i „od lat 15” przestrzegał rygorystycznie. I wiesz, koleś, każdy z nas, pryszczatych nastolatków, oddałby kolekcję swoją znaczków i przez rok wypracowania pisałby za całą klasę, żeby tylko też mieć taki kwadrans chwały i zobaczyć taki podziw w oczach Baśki z IV A.
– Ale przecież źli bananowcy się zemścili, zbirów nasłali, by zgotowali Pingwinowi jego los!
E, tam… Trochę poboli, wielkie mecyje. Są rzeczy ważne i ważniejsze, prawda, koleś? Zresztą, od tego jest scenarzysta, żeby rany się zagoiły, dobro zwyciężyło, a podziw w oczach Baśki rósł wprost proporcjonalnie do liczby siniaków na chuderlawym ciele romantycznego galopanta.

Historia zakochanego outsidera – w dobrych rękach samograj, słabe ręce też coś z takiej historii potrafią wycisnąć, a jeśli nawet nie – na widowni siedzi całe stado outsiderów, marzących o swoich Baśkach i krzyżackich czubach rzucanych im pod nogi, potrafiących w bohaterze zobaczyć albo samych siebie, albo kogoś, kim chcieliby być. A gdzieś za nimi siedzą dziewczyny zakochane w swoich dużych misiach o obiektywnych społecznie atutach, ale uśmiechające się smutno na widok Pingwina, bo fajnie byłoby mieć takiego małego, szczupłego, zakochanego bez pamięci, wpatrzonego bezkrytycznie, niewymagającego podanego obiadu, umytych okien, nienagannego makijażu i bycia miłym dla szefa na firmowej kolacji, za to będącego na podorędziu zawsze wtedy, gdy kobieta chce się przytulić, pogadać, wypłakać, czy po prostu wywrzeszczeć na kogoś.

...albo mokrą ścierą zdzielić.

Jerzy Stefan Stawiński plus maszyna do pisania, to zazwyczaj dawało scenariusz na poziomie albo powyżej poziomu. „Pingwin” był drugim filmem, który Stawiński nie tylko napisał, ale także wyreżyserował w ramach tzw. buntu scenarzystów i po raz kolejny pokazał, że reżyseria nie jest jakimiś artystycznym hiper-misterium, a najważniejsza w filmie jest dobra historia. A raczej – tu bi prisajsli – dobrze napisana dobra historia.

„Pingwin” nie jest wielkim dziełem filmowym, nie czołga, nie trzepie, nie łamie barier ani nie wyznacza kierunków. „Wdałem się w obyczajowe, młodzieżowe historie, obniżając loty” – krzywił się po latach autor – „Takie filmy mógł kręcić każdy”. Kręcić – być może, ale napisać… Tu po prostu mamy do czynienia z dobrze napisanym scenariuszem, z dobrze poprowadzoną historyjką o dziewczynie, zakochanym studencie, jego wrednych kolegach, „pokoleniowych” konfliktach z rodzicami okresu „małej stabilizacji” itd. Niewiele, a wystarczył jeden prosty „myk” z postawieniem na chropawy monolog wewnętrzny, łamany, naturalny, z przeskokami tematycznymi i nastrojowymi – i film zyskał klimat, wyróżniający go spośród innych obrazów „poruszających jakże istotną na odcinku kształtowania nowego społeczeństwa tematykę młodzieżową”.

Główny wątek, ten uczuciowy, broni się chyba do dziś, w drugim planie mamy parę wątków dodatkowych. Z dzisiejszej perspektywy trochę może razić dydaktyzm „Pingwina”. Bananowego Adasia z bogatej willi, zderza Stawiński z Baśką z ciasnego pokoiku, pomagającą matce szyć sukienki i na kolanach szorująca drewnianą podłogę. Rodzice Andrzeja – ojciec, kiedyś kombatant, dziś szary... bodaj pracownik naukowy, niby safanduła, ale ostatecznie swój chłop, gderliwa matka, zmieniająca się, gdy bohater tego najbardziej potrzebuje, w ciepłą, mądrą kobietę – skonfrontowani zostają z rodzicami Adasia Bączka, nowobogackość zostaje odarta z blichtru, pienądze i łiskacze nie przesłaniają pustki, a nowoczesność matki szybko przeradza się w rozczochranie, rozmazanie i idiotyczne ciamcianie do dwudziestoletniego byka: „Chodź, dziecinko, na kolacyjkę, mój synuś najdroższy, będziesz zawsze z mamusią i tatusiem” (serio). Pieniądze są iwil, chciwość jest iwil podwójnie, „na miłość trzeba zasłużyć – miłość niezasłużona cierpieniem rozwieje się jak dym"… Dziś to momentami bawi, momentami razi wtedy mogło być ciekawe, a nawet świeże. OK, „niezużyte” – to też coś warte.

Hej, młody junak w czynie społecznym smutek zwalcza i strach

Dialogi…
Niedobre?
Bardzo dobre, ale nierówne. Zalatujące sztucznością w scenach „rodzicielskich”, czasem przeromantyzowane w monologach wewnętrznych Andrzeja („Ale któż bez wad” – jak mawiał Profesor w „Gangsterach i filantropach”, wszyscy bywaliśmy zakochani i trochę nam odwalało poetycko, nieprawdaż). Za to w scenach rozmów Pingwina z Kubą (czyli Andrzeja Kozaka ze Zbigniewem Cybulskim) – wręcz świetne, z melodią obowiązującego wówczas stylu, doprawione nutką cynizmu… „Dialogowo” bodaj najlepszy moment filmu. No, może jeszcze scena z trzema groźnymi „Budrysami” i finałowe melancholijne „No, chodź, kapuś – zgotujemy ci twój los”.

Ale to scenariusz, opowieść – „Pingwin” jest także wart uwagi także ze względu na filmowe tło, ze względu na grającą w filmie Warszawę. Widz dostaje solidną porcję ujęć „ulicznych”, w jakimś tylko stopniu inscenizowanych. Tłum przesuwający się ulicami, czy stojący na przystanku, berecik, ortalion (z podpinką, oczywiście), targowisko na Koszykach, warszawskie neony, tu skuter, tam radio „Szarotka” i szpulowiec "Melodia" tu nowe bloki, tam gdzieś dyskretnie powojenna ruinka, dzieciaki bawiące się w kowbojów i Indian lub w naszych i Szwabów, sklepy, kawiarnie, kwiaciarnie… Normalne, żywe miasto, żyjące na ekranie równie mocno, co bohaterowie. I interesujący materiał dla ciekawych, jak owo miasto wyglądało 50 lat temu.

"Tak, właśnie tak wygląda moje miasto nocą..."

Aktorstwo przeważnie solidne – Andrzej Kozak wizualnie i głosowo wypada na tyle dobrze, że zapomina się o jego wieku, Krystyna Konarska ma intrygującą urodę, co przykrywa trochę braki warsztatowe (w końcu to amatorka), a głos Kaliny Jędrusik dodaje postaci niepokoju (nie żeby Kalina Jędrusik była aż tak świetna – tekst podaje raczej drętwo jak zwykle, ale samo zestawienie obcej twarzy ze znanym głosem daje nader intrygujące wrażenie. Wojciech Duryasz w roli Adasia jest płaski i gaśnie nie tylko przy świetnym Zbigniewie Cybulskim (który niby nie gra nic więcej ponad to, co zwykle, a i tak jest uroczym Złym), ale nawet przy swobodnie naturalnym Stanisławie Tymie. Rodziców Pingwina grają Mieczysław Milecki i Janina Kałuska-Szydłowska, rodziców Adasia – Elżbieta Święcicka i Andrzej Szczepkowski, wiele do grania nie mają, robią swoje porządnie i każde daje się zapamiętać.

Ciekawie dzieje się w drugim i trzecim planie. Blondynkę z Politechniki zagrała Irena Karel, „koleżankę z czarnego lądu” zagrała Carmen Richard, znana wszystkim z kwestii: „Dwie cudzoziemki, które spędzają noc w tej gospodzie, zapraszają cię na wieczerzę. Racz, kawalerze, udać się za mną”, budkę telefoniczną okupowały radiotelegrafistka Lidka i Jagna Borynowa de domo Pacześ, pana Sułka w autobusie podgrywał pan Sułek, Pingwina bili „Parmezan”, Franek Miksa i Cztan z Rogowa, a sfochowaną ekspedientkę w „Samie” odstawiała sierżant Irena Molenda. Znajomych twarzy w tle (czyli „stoi pod drzewem albo przechodzi za kioskiem” możecie szukać sami. Na pewno kilka poznacie.

Schody też grały. Dużo schodów. Różnych. Nie zrozumiałem, czemu.

Bardzo dobre, wyraźne zdjęcia Stefana Matyjaszkiewicza, scenografia Romana Wołyńca sprawia wrażenie naturalnej, ale za młody jestem by ją weryfikować, dźwięk wyraźny… powtarzam, bo może ktoś nie wierzy: dźwięk wyraźny. Muzykę napisał Krzysztof… wrrrróć!… Muzykę napisał Jan Sebastian Bach, a Krzysztof Komeda przysposobił ją na ekran w sposób bardzo elegancki, wykorzystując do tego fortepian i Wandę Warską. Hmm, to nie zabrzmiało dobrze… wykorzystując wokalizy Wandy Warskiej. Jak dla mnie – niepotrzebnie, bo muzyka broniła się sama, a głos momentami irytował. Ale to przecież kwestia subiektywnego gustu i może komuś. 
I świetny w swej prostocie plakat.

Można, z tendencją do „warto”. Szczególnie, jeśli ktoś nie skończył jeszcze 20 lat i nie zcyniczniał ze szczętem. Ewentualnie skończył, ale jest wzrostu siedzącego kota, chudy, nieśmiały i wciąż marzy o koleżance z roku.

A co wy nam tu, kolego z jakimś symbolizmem nihilistycznym?


Varia
1. Grająca Baśkę Krystyna Konarska nie była zawodową aktorką, ale piosenkarką, dość popularną w latach 60. – dostała kilka nagród i wyróżnień na festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, w 1968 roku wyjechała na stypendium do szkoły Bruno Coquatrixa, nagrywała i koncertowała we Francji oraz Włoszech, potem życie osobiste rzucało nią od Maroka i Japonii, przez Alaskę po Niemcy. Gdyby ktoś chciał posłuchać jak śpiewała, to TU i TU piosenki z okresu „polskiego”, a TU i TU – z okresu „francuskiego”. Według źródeł oficjalnych i strony internetowej piosenkarki, poza „Pingwinem” zagrała tylko w „Świętej wojnie” Juliana Dziedziny, ale głowę bym dał, że widziałem ją jeszcze w jakimś filmie… Bym dał, ale nie dam, bo nie pamiętam, w którym i nie będę ryzykował.
2. Podobnie, dałbym głowę, że widziałem dom, w którym mieszkała filmowa Baśka. Mieszkała na Żoliborzu, więc to całkiem prawdopodobne, ale gdzie – za chińskiego boga nie pamiętam. Jakieś pomysły?
3. Za to adres Pingwina daje się rozczytać bez pudła – Tylmana Gamerskiego 7. W scence powrotu Pingwna do domu, widać nie tylko ruiny Banku Polskiego i charakterystyczny blok przy ulicy Corazziego 2, ale także… tabliczkę z adresem :-)
4. A tak na marginesie, idiotyczny jest ten Tylman Gamerski zamiast Tylmana z Gameren. Dobrze chociaż, że w ramach zeswojszczania z "ulicy Stanisława Dubois" nie zrobiono "ulicy Staśka Dybuły".
5. W scenie, w której Pingwin wraca z Żoliborza, może się przekonać, że styl jazdy warszawskich kierowców autobusów („Gaz! HAMULEC!”) „to stara tradycja, jeszcze od początków lotnictwa”.
6. Na wystawie kwiaciarni wisi plakat zapraszający na stadion WKS Legia na spotkanie Szwecja-Polska. Chyba na transmisję meczu, bo mecz Szwecja-Polska rozgrywany 7 października 1964 roku odbył się w miejscowości Solna w Szwecji (padł remis 3:3, bramki dla Polski strzelili Ernest Pohl i Jan Liberda dwie). Dlaczego WKS, skoro Legia od 1949 roku była CWKS – nie wiem.
7. Widoczny w scenie drugiej rozmowy Cybulskego z Kozakiem plakat ze Starszymi Panami to  reklama filmu Kazimierza Kutza "Upał" (premierę miał 2 października 1964 roku), a widoczna na plakacie blondyna to Anna Górna, grająca Miss Upału Barbarę Grzankę.

Z Jasnej Góry, oczywiście! Pamiątka. Pan wie, kto nim konserwy otwierał...


============
Pingwin
1964
Czas:
93 minuty
Reżyseria: Jerzy Stefan Stawiński
Scenariusz: Jerzy Stefan Stawiński
Obsada: Andrzej Kozak, Krystyna Konarska, Zbigniew Cybulski, Janina Kałuska-Szydłowska, Elżbieta Święcicka, Mieczysław Milecki, Andrzej Szczepkowski, Wojciech Duryasz, Irena Karel, Stanisław Tym i inni

4 komentarze:

  1. ten ktory "zamowil"19 marca 2015 20:10

    Podziekowal!
    Bym sie ustosunkowal chetnie, jeno ze slowa raczej nie sa mi posluszne, a podajac za Tuwimem: blogoslawiony ktory nie majac nic do powiedzenia...

    OdpowiedzUsuń
  2. 2. Podobnie, dałbym głowę, że widziałem dom, w którym mieszkała filmowa Baśka. Mieszkała na Żoliborzu, więc to całkiem prawdopodobne, ale gdzie – za chińskiego boga nie pamiętam. Jakieś pomysły?

    po rozmowie z Cybulskim :
    http://i58.tinypic.com/ftio7l.png - kościół św Anny w tle, i dalej:
    http://i58.tinypic.com/2hpkot5.jpg
    http://i57.tinypic.com/nns40k.png
    dla porównania guglemaps:
    http://i57.tinypic.com/9l9zpz.png

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dom Basi - stawiam na okolice Placu Inwalidów

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszę krótko bo jestem krótkowidzem. Baśkę znałem, ale za chińskiego boga nie pamiętam jak się nazywała. Zresztą wtedy mnie w niej co innego interesowało niż jej familia. To tyle. Czekam na następne.....te no DIALOGI ! Cześć

    OdpowiedzUsuń