2015-04-18

Obietnica [2014]

 - Zrobiłem TO! I kompletnie nie wiem, co dalej!
Twórcy momentami też nie bardzo.

"To się nazywa, rozumisz pan, amerykański plan". Południowoamerykański.

- Zrobiłeś TO?
- Naprawdę muszę TO zrobić?
- Musisz, obiecałeś, że TO zrobisz.
- Dobrze, zrobię TO! Zrobię!
- Zrób TO.
- A nie możesz po prostu o TYM zapomnieć?
- Musisz TO zrobić.
- Nie wiem, jak TO zrobić!
- A zegar tyka... Masz tylko 24 godziny, żeby TO zrobić.
- Zrobię TO!
- Zrób TO!
 

- Ojacie, sensacja jakaś? - zainteresował się Głos Wewnętrzny - Zamach? Sierżant Brody musi wysadzić Biały Dom z zawartością albo chociaż samą zawartość?
Nieeee...
- Kryminał? Zazdrosna żona, wielki spadek, trucie, kłucie, strzelanie, uduszenie przez pończoszkę?Nieeee...
- Wielki włam, inside job, worki pieniędzy, skrzynki drogich kamieni, sowita wypłata dla człowieka, który wpuści złodziei do skarbca?
Nie. SMS-y, licealistka, licealista i kołek.
- Taki drewniany?
Licealista? Bardzo.
- Kołek!
Licealista kołek? Bardzo. 

I ciągle go coś swędziało w przedziałek

Licealista ma na imię Janek, licealistka ma imię Marusia. Wrrrróć!... ma na imię Lilka, za co ją lubimy, bo dziecięciem będąc czytaliśmy „Słoneczniki” i odtąd każda Lilka na wejściu ma u nas plus piętnaście do sympatii.

Jeśli ktoś myślał, że TO, oznacza „to”, to się myli. Znaczy mamy cycki i mamy stękającego do nich przez Skype’a licealistę, ale nie chodzi o „to”, tylko o TO. „To” jest normalne, zwykłe i w dzisiejszych czasach nie jest ciekawe ani w kolorze żółtym, ani w kolorze niebieskim. Jeśli ktoś jest ciekawy „tego”, niech sobie obejrzy „Nieulotnych” Jacka Borcucha, który pokazał „to” bardzo ładnie, a TO... A TEGO nie zobaczymy. TO jest punktem wyjścia i punktem dojścia, ale TEGO nie zobaczymy, bo wg reżyserki tak jest ciekawiej. I wiecie, co? Jest ciekawiej. Jest ciekawiej tak w ogóle, z zasady i z zaskoczenia i jest ciekawiej, bo gdyby TO pokazano, mogłoby być śmiesznie, a nawet żałośnie, albowiem licealista Janek za chińskiego boga nie wydaje się do TEGO zdolny i dosłowne wykonanie TEGO mogłoby nas tylko w tym sądzie utwierdzić, a nawet rozbawić do łez.

Panicz Janek był pochopny i postanowił ponapierniczać się z entami

- Ale co to to TO?
Tak w skrócie, TO polega na uderzaniu kołkiem.
Osikowym, trumny, wampiry, te rzeczy?...
Liceum, przypominam.
Kołkiem uderza się rywalkę głównej bohaterki w celu przeniesienia jej do Krainy Wiecznych Łowów

- Na boga, dlaczego?
Bo z rywalką całował się Janek. Czego zresztą też nie zobaczymy i bardzo dobrze, bo aktor, który gra Janka, całujący się z rywalką graną przez Luxurię Astaroth, mógłby wywołać w nas traumę albo niekontrolowane tarzanie się po panelach. Czasem niedosłowność i niepokazywanie mają swój urok, że przypomnę „To”...
- TO?
Nie, nie TO, tylko „To” wg Stephena Kinga. Wiecie, miasteczko Derry, klown Pennywise... Książka i film (miniserial z 1990 roku) wywoływały wielonocne ciary, spanie przy zapalonym świetle oraz histeryczną niechęć do umywalek, pryszniców tudzież pisuarów... do momentu, w którym autor książki i twórcy filmu dochodzili do zakończenia i pokazywali nam Fszystko. Zero strachu, zero klimatu - zdziwienie, niesmak, macki, śluz, facepalm i rechot. Zaprawdę, powiadam wam - niedosłowność jest MIŁA. Jak koty.

W hołdzie niedosłowności i Leonardo da Vinci, ekipa filmowa odwróciła taśmę horyzontalnie

Janek kocha Lilkę, ale całuje się z Luxurią. Lilka nie kocha Janka, ale nie może znieść, że jakaś zdzira z pomponami odbija jej faceta. Nawet jeśli ten facet to jakaś smętna pipa grochowa z gilem u nosa i falką nad czółkiem. Zaczyna więc Lilka Jankiem manipulować, cisnąć, dusić go mentalnie i kopać w psychikę. I nie chodzi tu o jakieś licealne „wsadź jej żabę do buta” czy „nagraj komórką filmik z lodzika w klopie i wystaw do sieci”, o nie... Lilka wymusza na Janku rozwiązanie definitywne: rywalka ma kopnąć w kalendarz.

Poddany psychologicznej obróbce SMS-ami Janek pęka i chwyta za kołek, Luxuria kopie w kalendarz. Policja aresztuje Janka. Janek udaje Greka. Policja sprawdza jego korespondencję i trafia na ślad Lilki. Lilka udaje Greka, dwóch Egipcjan i Fenicjanina. Policjanci zatrzymują Lilkę, grożąc, że jeśli trafią na dowody jej podżegania, to normalnie rzeźnia i paragraf.
Lilka udaje Lilian Gish
Policjanci trafiają na niezbite dowody jej podżegania, wobec czego...
- Rzeźnia i paragraf?
...wobec czego wypuszczają ją na wolność.

Ojciec Lilki bije Ogrodnika. Ogrodnik bije ojca Lilki. Nie tylko bije silniej, ale także bzyka matkę Lilki, więc jest 2:1 dla niego. Stłamszony i załamany ojciec Lilki wyjeżdża do Kopenhagi, gdzie ma drugą rodzinę. Matka Janka krzyczy. Ojciec Janka nie krzyczy. Janek krzyczy i się wije. Młodzież licealna gibie się i klaszcze do muzyki zespołu Tilt, przy czym jak to w polskich filmach, gibie się w jednym rytmie, klaszcze w drugim, ale żaden z tych dwóch rytmów nie jest zgodny z rytmem piosenki. Młodzież często także coś mówi, ale nie wiadomo co, bo wszystko, co mówi, brzmi jak „Pachęgeł Chtanifław Paluch pliffff...”, a wyraźne są jedynie „dziwko!”, „szmato!” oraz „bikini”. Całość kończy ogólne rozczarowanie Lilki. Oraz widzów.

CSI Szczecin

Intryga czasem trzeszczy - musimy uwierzyć, że blond socjopatce przypadkowy pocałunek jej chłopaka z jakąś przypadkową pomponiarą wystarczy do żądania krwi i stosowania psychicznego terroru z kołkiem w tle. No, dobra, niech twórcom będzie - nastolatki bywają różne, niektóre mają dziwne zachcianki. Ale mamy także uwierzyć, że chłopak będący kimś w rodzaju licealnej gwiazdy rocka, zamiast powiedzieć socjopatce, że „a daaaaaalij mi, Medejo jedna!” - zgadza się i narusza kołkiem artykuł 148 § 1 kodeksu karnego. Mamy uwierzyć, że blond socjopatka, kręcąca wszystkimi jak bączkiem, uważa, iż zresetowanie telefonu wymazuje bilingi u operatora, mamy uwierzyć, że policja nie umie czytać, jeśli umie czytać - nie rozumie, co czyta, a jeśli rozumie - nic z tego nie wynika...
- Hyhyhy - zakrztusił się Głos Wewnętrzny.
No, dobra - to rzeczywiście nie był dobry przykład.

Musimy wierzyć w bardzo różne rzeczy, bo się twórcom nie chciało przysiąść przez kwadrans i pomyśleć. Jest w filmie scena konfrontacji rodzin Lilki i Janka - bodaj najlepsza scena w filmie (chyba, że jesteśmy gimnazjalistą z burzą hormonów - wtedy, oczywiście, wygrywają cycki). Rodzice Janka chcą porozmawiać z Lilką, rodzice Lilki uciekają od odpowiedzialności/świadomości/konsekwencji, Ogrodnik bije ojca Janka, sąsiedzi wiszą w oknach, śledząc z zapartym tchem i z dziką satysfakcją wydarzenia na osiedlowej uliczce. No, osiedlowy dramat psychologiczny. Scenariuszowy dramat trochę również, bo matka Janka cały czas marudzi, że musi porozmawiać z Lilką, woła w stronę okna dziewczyny, podczas gdy Lilki w oknie nie ma, bo noc spędza w areszcie. Podanie informacji o tym kończyłoby całą aferę, rodzice Janka zrobiliby glurp, sorki, nieszczególnie wyszło, to my sobie pójdziemy. Ewentualnie, mamusia Janka wycedziłaby „Dobrze jej tak, zdzirze!” i oglądalibyśmy ogólną naparzankę parentingową. Ale tej kluczowej informacji nikt nie podaje, bo scena jest głęboka psychologicznie i proszę nam tu nie spłycać detalami, dobrze? Zamiast tego na scenę wchodzi Andrzej Chyra i komunikuje, że na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron - jest prawda czasów, o których mówimy i prawda ekranu. Niestety żadnej z tych prawd nie widzimy w filmie.

Nad młodzieżowymi realiami - kiczowatego entuzjazmu na widok szkolnego zespoliku, zabawnej bardzo imprezy w bloku, klisz straszliwych i tekturowych itd. itp. - rozwodzić się nie będę. Trudno, tak sobie polski film wyobraża nastolatki, nic na to nie poradzimy. Ale to, że znowu ktoś usiłował grać Zuym Internetem, gdzie tylko ruja, próbstwo, wyobcowanie, zbrodnie, cycki, Skype’y, Facebooki...


...to już jest głupie jak kilo gwoździ i nie tak zabawne, jak kazania księdza Natanka. Równie dobrze można by nakręcić film o konieczności wycinki wszystkich drzew, bo przecież Janek użył kołka albo o konieczności zamknięcia plaż, bo młodzież na nich pije, pali i robi inne Zue rzeczy na „p”.
- Gimnazjaliści w tym siedzą, później się wieszają, piszą sobie kondolencje na internecie - przytaknął ksiądz Natanek.

Tak naprawdę „Obietnica” trzyma się nie na intrydze, tylko na aktorach - jeśli na ekranie mamy ludzi, którzy coś potrafią, oglądamy, a czasem nawet jesteśmy w stanie okazać zainteresowanie. Jeśli przed kamerą staje ktoś, kto grać nie potrafi - ziewamy, sięgamy po czipsy albo gazetę. A jeśli twórcy serwują nam sceny z Jankiem, granym przez Mateusza Więcławka - czipsami i gazetę ciskamy w ekran, wydając odgłosy obraźliwe, albowiem gość jest okropny. Naprawdę. Straszny jest. 

Rany boskie, Lilka - Donatan ci tego nie daruje!

Magdalena Popławska walczy ze scenariuszem i często z nim wygrywa. Stara się zrobić z matki Lilki kogoś ciekawego i póki scenarzyści nie idą w banał, to radzi sobie bez trudu. Niestety, scenarzyści idą w banał często, a ponieważ jest to banał tłusty - biedna aktorka grać to, co ma napisane i cierpi razem z widownią. Andrzej Chyra, grający ojca Lilki, wygłasza w pewnym momencie kwestię „Nie jestem na bieżąco” i mniej więcej tak właśnie wygląda jego gra. Bartłomiej Topa robi za plakatowy wabik na widzów i tło dla Jowity Budnik, która omija wszelkie mielizny scenariusza i mając zaledwie... ile? trzy sceny? cztery?... tworzy zwartą, wiarygodną postać. Taką prawdziwą. Sporo osób chwaliło Dawida Ogrodnika... Nie wiem, IMHO zagrał dobrze, ale rolę miał taką, że naprawdę musiałby się mocno napracować, by ją zepsuć, nie przesadzajmy więc z zachwytami - dobrze zagrał, co miał zagrać i tyle. Do stworzenia postaci policjantów reżyserka użyła schematu „dobry glina - zły glina”: głównego śledczego grał dobry aktor, jego pomagiera grał aktor zły, średnia wyszła bardzo przeciętna.

Lilkę zagrała Eliza Rycembel - nie słyszałem dotychczas, nie widziałem, nie znałem... I tu spore zaskoczenie, bo 18-latka udźwignęła tę rolę. Nie zagrała porywająco, pewnie nie da się tego określić mianem kreacji, ale postać miała trudną, emocje i motywacje do oddania różnorodne, wyłożyć się mogła w każdej scenie po parę razy (patrz: partnerujący jej Więcławek, który wyłożył się w pierwszej scenie i resztę filmu grał w tej właśnie pozycji)... A jednak Eliza Rycembel sobie poradziła i „pociągnęła” film - miała w sobie to „coś”, co pozwalało jej grze uwierzyć, co pozwalało przymknąć oko na niedostatki warsztatu (18-latka, przypominam) i wszystkie „tu mi zabrakło dogrania, niuansu, nacisku” gasić świadomością, iż lepiej, by czegoś było za mało, bo widz sam może sobie te braki dośpiewać i doniterpretować, niż żeby „środków wyrazu aktorskiego” było za dużo i żeby widz musiał się uchylać przed aktorskim rozmachem od bandy do bandy. Nie wiem, czy Eliza Rycembel jest dobrą aktorką, nie wiem nawet, czy w ogóle jest aktorką, ale w „Obietnicy” wypadła bardzo interesująco i chętnie zobaczę ją w kolejnych filmach. W sumie to może nawet lepiej, że zaczęła w przeciętnej bardzo „Obietnicy”, a nie w czymś wybitnym czy choć bardzo popularnym - jest szansa, że media jej nie zagłaszczą i nie zamęczą. Nie zamęczą jej, ale również nie zamęczą nią, kreując kolejną medialną gwiazdkę jednego kwartału, którą trzeba wycisnąć jak cytrynę, wepchnąć do co trzeciej produkcji, do co drugiej reklamy, na co trzecią „ściankę iwentową”.

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?

- Ty, a może coś o postaci Lilki? O jej motywacjach, obiektywnych przyczynach itede? - Opinia Publiczna miała ochotę na pogłębioną analizę.
A może nie? To nie jest monografia „Obietnicy”, ani nawet solidna recenzja, tylko miejsce do prostego odreagowania. Zostawmy coś zawodowym krytykom, zostawmy coś samym widzom. Scenarzyści mieli swój pomysł na postać i jej psychologiczne zaplecze, do jednych to trafi, do drugich nie bardzo, ale tu już wchodzimy na subiektywizm doprawiony własnym doświadczeniem życiowym, a to niebezpieczna mieszanka i możemy się pokłócić. Mnie w każdym razie konstrukcja postaci Lilki nie raziła, a jedyne, o co mam do twórców filmu pretensje to o niechlujność niekonsekwencję. Jeśli bowiem buduje się tak skomplikowaną postać, jeśli tak wiele pozostawia się widzowi do interpretacji, to nie można, do ciężkiego licha, w połowie filmu rzucać podpowiedziami, które mordują wszystkie interpretacje dosłownością i powodują, że już do końca filmu główna bohaterka jest rozczytana jak elementarz i doskonale wiemy, kiedy przeżywa, kiedy udaje, kiedy mówi prawdę, a kiedy manipuluje. I nie chodzi tu o budowanie zagadki kryminalnej, zmuszanie publiczności do rozstrzygania „kłamie czy nie”, „manipuluje czy szuka wsparcia”, tylko o odebranie widzowi prawa do własnej oceny postaci, o wymuszanie na nim wniosków i interpretacji, które powinny nastąpić po końcowych napisach, a nie w połowie filmu i w rozumie/uczuciach widza, a nie na łopacie, na której scenarzyści podsuwają mu odpowiedzi. Swoją drogą wyrazy współczucia dla Elizy Rycembel, która od połowy filmu musiała grać „pod prąd”: grać to, że gra i to ze świadomością, że widzowie wiedzą, iż gra to, że gra i mruczą: „Ty, ale ten płacz jest sztuczny, co nie?”, nie bardzo potrafią odróżnić czy jest sztuczny, bo tak chce scenarzysta, bo aktorka nie potrafi zagrać, czy może z obu powodów naraz.

Zdjęcia bardzo nierówne, momentami interesujące, momentami irytujące. Muzyka przeciętna, scenografia właściwie żadna, dźwięk przyzwoity i jeśli czegoś nie można było zrozumieć, to raczej dlatego, że a) twórcy celowo przesuwali część rozmów w głębokie tło, b) aktorzy (w tym odtwórczyni roli głównej) mieli czasem problem z wydawaniem zrozumiałych dźwięków, a ekipie nie chciało się kręcić dubli czy poprawiać w postsynchronach.

Jak na nasze warunki - przeciętne kino, któremu niewiele zabrakło, żeby być kinem niezłym. Można. Nie żeby koniecznie, ale można. Ewentualnie. Choć chyba nie w towarzystwie nastoletnich pociech, bo mogą zepsuć wam oglądanie chichotem i parskaniem

"Młodzież slucha, ona się łuuuczy"


Varia
1. Film kręcono w Szczecinie. Nie wiem, czemu.
- Może, żeby było taniej?
Na pewno nie dlatego, bo nie było taniej.
2. Wg stron internetowych PISF budżet filmu wyniósł ponad 5 milionów złotych i czy ktoś mi może wyjaśnić, na co poszły te pieniądze? Szkoła, domek, komisariat, mieszkanie w bloku plus plenerek w lasu i plenerek na plaży. Kostiumy niewymagające żadnego zachodu, większość obsady mogła wystąpić we własnych ciuchach i nikt nie zobaczyłby różnicy, scenografia też codzienna, obsada niewielka... O wiele lepszy technicznie „Jeziorak” kosztował tylko 3,25 mln, „Obywatel” Jerzego Stuhra kosztował 5,9 mln, ba! wymagający ciężkiej pracy scenograficznej, kostiumowej i charakteryzatorskiej „Bogowie” także kosztowali niecałe 6 milionów, a „Obietnica” 5,34 mln? Na co, na litość boską? Ekipa wynajęła widoczne na ekranie osiedle domków jednorodzinnych w całości na dwa miesiące, zamówiła katering u Wojciecha Amaro, a do obiadów i kolacji przygrywał im Bajm albo Beyonce? 5,34 mln? Kamaaan!
3. Andrzej Chyra gra ojca mieszkającego w Kopenhadze. W normalnym filmie wystarczyłaby kwestia „Mieszkam w Kopenhadze”, ale w polskim filmie nic nie jest proste. Ojciec co prawda mówi, że mieszka w Kopenhadze, ale ponieważ widzowie mogliby nie uwierzyć, trzeba ojca posadzić przed laptopem, przed drugim posadzić dwie Dunki i kazać Chyrze rozmawiać z nimi po duńsku. Po nic. Bo tak. Bo to takie fajne, że Chyra mówi po duńsku. Nie wiem, czy dobrze mówi - moja znajomość duńskiego ogranicza się do "Ja", "Tak", "Trrrreotrrrralwe" i "Klawo jak cholera, Egon".

Ciężkie jest życie blogera, który przejmuje się opiniami czytelników


============
Obietnica
2014
Czas:
93 minuty
Reżyseria: Anna Kazejak
Scenariusz: Anna Kazejak, Magnus von Horn
Obsada: Eliza Rycembel, Mateusz Więcławek, Magdalena Popławska, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra, Jowita Budnik, Bartłomiej Topa, Nikodem Rozbicki, Sara Sobania i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 zł.

2015-04-09

Piętro wyżej [1937]

– Pan jest powodem?
– Nie, Wysoki Sądzie! To on! On jest powodem, że we własnym domu wytrzymać nie mogę!


Muzyka łagodzi obyczaje i stosunki międzysąsiedzkie


Henryk Pączek – spiker radiowy, Hipolit Pączek – kamienicznik. Henryk Pączek mieszka nad Hipolitem Pączkiem, a Hipolit Pączek mieszka pod Henrykiem Pączkiem. Panowie nie przepadają za sobą żarliwie i gwałtownie.
– A kultura tu podobno jest…
Jest, i owszem. W domu Hipolita Pączka grywa się muzykę.
– Nawet z jego okien płynie nieraz jazz.
  To dlaczego jest jak jest – nie rozumiem.


Przecież to proste… Po pierwsze: „syndrom Pawła i Gawła”, czyli temu na dole przeszkadzało stukanie tego na górze, pukanie, brzęczenie, łomotanie oraz związane z tym huśtanie się żyrandola, a temu na dole przeszkadzało, że piec wciąż kopci, a gospodarz z dołu nie naprawia, tylko się czepia. Po drugie: różnica gustów. Jazz płynął z okien Henryka Pączka, z okien Hipolita Pączka płynął natomiast Antonin Dvorzak na kwartet półdęty i emerycką zadyszkę, w związku z czym obaj Pączkowie dość często zagłuszali się wzajemnie. Po trzecie: konflikt interesów. Górny Pączek wymagał, by lokal, za który płaci regularnie każdego pierwszego był w stanie używalności, a dolny Pączek wymagał, by górny Pączek się wyprowadził.

Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal...


– Święte prawo własności! – wrzasnął klasyczny polski korwinista (lat 15-22, zapadnięta wątła klata, okulary, na utrzymaniu rodziców, szkoła średnia lub uczelnia wyższa, ale zawsze publiczna, zniżki na MPK i PKP wykorzystywane do maksimum, państwowa służba zdrowia, bo „mu się należy”)
Umowa jest? – zapytał sąd. Przedwojenny i kapitalistyczny.
Umowa była.
Górny Pączek się wywiązuje?
Górny Pączek się wywiązywał.
To tam są zapisy umowy wskazał sąd A tam są drzwi.
Wrzało między Pączkami nieustannie.

Między famulusami Pączków nie wrzało – Damazy i Protazy nie popadali w jałowe spory ambicjonalne, tylko prowadzili zdrową rywalizację sportową. No, zdrową… Przegrywający fundował kolejkę siwuchy, a że rywalizacja była zacięta i codzienna, wątroby obu famulusów piszczały cienko, a oblicza przybierały barwę narodowo-amarantową.
– Boks?
– Szachy? Warcaby?
– Cymbergaj?
– Zechcyk?

Biber.
– Justin?
Nie, taki zwykły, z brodą. Czarny biber – jeden punkt, siwy biber – dwa punkty. A jak na rowerze, to dochodzą jeszcze trzy punkty. Nie pamiętam, za ile był rudy?… Za trzy punkty chyba.

W tle tramwaj nr 5 czyli gdzieś na trasie Młynarska-Chłodna-pl.Bankowy-most Kierbedzia-Dworska

Całości dopełniali: łowca posagów Kulka-Kulkiewicz, gęś numer 9 i koza.
Koza? – zdziwił się profesor Gąssowski z zupełnie innego filmu
Bratanica – wyjaśnił Adaś Cisowski.
Moja? – zdziwił się profesor – Przecież ja tylko tędy przechodziłem.
Moja – wyjaśnił dolny Pączek – Przyjechała z wizytą i stąd cała awantura.

Bratanica dolnego Pączka przez pomyłkę trafiła do Pączka górnego, Pączek górny wziął ją za gęś i grał jej na fortepianie różne uczuciowe kawałki, a potem zasnął w wannie. Kiedy się obudził – już nie brał bratanicy za gęś, tylko za blondynkę z Kanonii 8.
Ahaaa, za aktorkę? – zapytał adekwatnie Głos Wewnętrzny.
Nie, za Alicję.
– A ona nie była Alicją?
Ona była Lodzią.
– Milicjantką?
– Nie, Pączkówną.
Głos Wewnętrzny załamał się i opadły mu ręce.
Dolnemu Pączkowi opadła przyłbica, ale podniosło mu się libido, bo przebrany za Bożenę Dykiel górny Pączek śpiewał o seksapilu.
A famulusom podniosły się promile, bo wpadli na peleton starozakonnych. 
Biber! Biber! Mały biber! Duży! Wielki! Średni! Blondyn! Grubas! Siwy! Ryży!
W przeliczeniu bibrów na kolory i rowery wyszło ponad sto osiemdziesiąt punktów, czyli w przeliczeniu na gorzałę –  ze dwa litry plus porządna zagrycha.
Stawiał Damazy. Pili obaj.
A gęś? – zapytała zaniepokojona Opinia Publiczna.
Właśnie, gęś… Co z gęsią?
Kości zostały rzucone – bąknął happy end, rzucając kości w kąt i oblizując się dyskretnie.

Bier te kartkie, robim falubar... fabural... farubal... zwrot akcji robim!


Typowa polska komedia z międzywojennego dwudziestolecia – lekka, niezobowią... Hmmm... To jednak nie jest typowa polska komedia z dwudziestolecia. Lekka jest, niezobowiązująca jest, humoru w niej pod dostatkiem, pomyłki, kwiprokwa, gubione listy, przebojowe piosenki (m.in. "Umówiłem się z nią na dziewiątą") i inne cechy gatunku występują w odpowiednich proporcjach, ale są i różnice. Postaci kobiecie zredukowane do minimum – tak naprawdę mamy do czynienia tylko z Lodzią Pączkówną, bo Alicja Bonecka pojawia się wyłącznie „na doklejkę”, nie jako znacząca cokolwiek postać, a raczej jako niezbędny dla rozwoju fabuły rekwizyt. Sporo kobiet pojawia się na balu, ale one nie są nawet rekwizytami, a wyłącznie tłem. Żadnych przyjaciółek głównej bohaterki, żadnych sióstr, żadnych niań, żadnych ciotek, babć, nawet kanonicznej Mieczysławy Ćwiklińskiej w towarzystwie adorującego ją hrabiego/barona/dyrektora nie uświadczymy. Służący – wyłącznie męscy, polujący na posag Kulka-Kulkowski też bez konkretnego kobiecego przydziału, do Lodzi przyklejony wyłącznie w celach dramaturgicznych. I nawet romans bohatera nie jest główną osią filmu, blednie bowiem przy rywalizacji obu Pączków.

Ogląda się „Piętro wyżej” z  przyjemnością: dialogi są lekkie, nierozwleczone, piosenki przebojowe...
W ciemnom noc majowom, wśród konwalii, róż... – nucił Damazy – Aletytegoniepamnięęęęętasz.... bo to dawno już!
...vis comica Józefa Orwida powinna zostać uwzględniona na liście płac jako samodzielny podmiot wykonawczy, Eugeniusz Bodo partneruje starszemu koledze z klasą i rozmachem, a foxtrotem „Sex appeal to nasza broń kobieca” przeszedł do historii polskiego kina.
Kampowość owego cross-dressingu... – zaczął uczenie filmoznawca.
Słowiki śpiewali, serca nasze bili tuż-tuż – przerwał Damazy – Aletytegoniepamnięęęęętasz... bo to dawno już!

"I na twarzy dwa dołeczki, ładne oczy, ładne brwi..."

Helena Grossówna w roli Lodzi jest urocza, ale, niestety, nic poza tym i aktorsko przegrywa nie tylko z głównym duetem Pączków, ale też z bardzo naturalnym Ludwikiem Sempolińskim. Stanisław Woliński i Czesław Skonieczny w rolach famulusów są zabawni, choć z dzisiejszej perspektywy momentami zbyt teatralni, a w scenach jazzbandowych zobaczyć możemy współscenarzystę filmu Ludwika Starskiego (klarnet) i kompozytora muzyki – Henryka Warsa (fortepian).

Pozaaktorsko także pierwsza liga: autorem zdjęć był Seweryn Steinwurzel, scenografię wykonali Stefan Norris i Jacek Rotmil, a kręcono w atelier...
Falanga! – krzyknął Głos Wewnętrzny, któremu się zdawało, że tam kręcono wszystkie filmy dwudziestolecia.
...Sfinks. Równie dobre.

Warto, bo to jedna z najlepszych (IMHO najlepsza) polskich komedii międzywojennych.


Na Bugu we Włodawie ubyło sześć...


Varia
1. Reżyserem „Piętro wyżej” był Leon Trystan – człowiek-orkiestra: prawie prawnik, aktor, reżyser, scenarzysta, krytyk filmowy i teoretyk filmu/fotografii. Był reżyserem m.in. „Kochanki Szamoty” (1926) wg opowiadania Stefana Grabińskiego, „Buntu krwi i żelaza” (1927) i „Dusz w niewoli” (1930) wg Bolesława Prusa. W czasie wojny znalazł się na terenie ZSRR i zginął w czasie ewakuacji Odessy, gdy okręt, którym płynął, został storpedowany przez Niemców. „W cywilu” Leon Trystan nazywał się Chaim Lejb Wagman i był bratem Adama Ważyka. Tak, tego Adama Ważyka od "Poematu dla dorosłych".
2. Postać dyrektora radia zagrał Julian Krzewiński, brat aktora Mariusza Maszyńskiego (Alojzego Kędziorka z „Każdemu wolno kochać” i Hrabiego z „Pana Tadeusza” w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego) – także postać z życiorysem „za dwóch, albo nawet za trzech” – po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim pracował jako cyrkowiec w... Brazylii, następnie śpiewał w operetce lwowskiej, w warszawskim Teatrze Wielkim, zagrał w ponad 30 filmach, pisał własne sztuki teatralne i operetki, był współautorem scenariusza „Każdemu wolno kochać”, z Antonim Fertnerem i Wincentym Rapackim był współwłaścicielem firmy produkującej filmy i to niby nic, bo przecież Eugeniusz Bodo był współwłaścicielem „Urania-Film”, która wyprodukowała „Piętro wyżej”, ale Julian Krzewiński swoja firmę założył trochę wcześniej – w roku 1911.
3. O losach Eugeniusza Bodo mówiło się wiele przy okazji ukazania się jego biografii autorstwa Ryszarda Wolańskiego, o Helenie Grossównej pisałem przy okazji Zapomnianej melodii, a o pozostałych postaciach związanych z „Piętro wyżej” – m.in. inż. Stefanie Norrisie, Sewerynie Steinwurzelu, Jacku Rotmilu czy Czesławie Skoniecznym – porozmawiamy przy okazji omawiania innych filmów, w realizacji których wzięli udział.
4. Scena z Eugeniuszem Bodo w roli „polskiej Mae West” nie do końca wynikała z zamysłów twórców filmu. Ludwik Starski wspominał: „Był jeden taki producent z Radomia, który po przeczytaniu scenariusza zażądał aby Bodo przebierał się za kobietę. Stawiając ten warunek oświadczył, że w przeciwnym razie nie da pieniędzy na film. Nieszczęsny Bodo, no i my scenarzyści, musieliśmy się zastosować do tego żądania” Coś mi się zdaje, że gdyby twórcy wiedzieli jak „kultowa stanie się ta scena, o suknię „polskiej Mae West” stoczono by prawdziwą bitwę, bo chciałaby w niej wystąpić połowa przedwojennych polskich aktorów.
4. Fokstrota „Sex appeal” nagrał także Menasze Oppenheim, jeden z popularniejszych aktorów żydowskich w przedwojennej Polsce. Wersję Oppenheima wykorzystano przy dubbingowaniu „Piętro wyżej” w wersji jidysz, pokazywanej w kinach nowojorskich tuż po II wojnie światowej. Gdyby ktoś chciał posłuchać, może to zrobić TUTAJ.
5. Twórcom filmu groził proces o naruszenie praw autorskich – z pretensjami zgłosił się Władysław Krzemiński, krakowski aktor i autor sztuk teatralnych, w tym także operetki pod tytułem „O piętro wyżej”. Podobno sprawę załatwiło 2000 złotych wypłaconych Krzemińskiemu przez twórców filmu.

Och, panie Hipciu, jak pan cudownie rdzewieje...


=========
Piętro wyżej
1937
Czas:
84 minuty
Reżyseria:  Leon Trystan
Scenariusz: Emanuel Schlechter, Ludwik Starski, Eugeniusz Bodo
Obsada: Eugeniusz Bodo, Józef Orwid, Helena Grossówna, Ludwik Sempoliński, Stanisław Woliński, Czesław Skonieczny, Feliks Chmurkowski, Alina Żeliska, Julian Krzewiński, Henryk Wars, Ludwik Starski i inni.