2015-05-27

Przygoda noworoczna [1963]

Krystyna i Adam byli bezdomni uczuciowo.
- Wie pani, jak to jest, gdy się nie ma gdzie podziać. Nie ma i już. Kawiarnie do dziesiątej - potem już tylko dworzec. Wsiadaliśmy do kolejki elektrycznej i jechaliśmy byle gdzie.
- Do Otwocka.
- I z powrotem...

Krystyno, przestań zjadać moją twarz! Otworzę ci sardynki!

Tylko, niestety, kawiarnia i pociąg sprawdzają się w przypadku rozmów o najnowszych trendach w kinematografii rumuńskiej oraz porównywania notatek z wykładów, ale o poważniejszych sprawach zapomnijcie. Z lewej ktoś łypie, z prawej ktoś komentuje, z tyłu ktoś dostał ataku przeraźliwego kaszlu i ziele angielskie hurgocze mu w krtani... Zero intymności, zero romantyczności, a pocałunki w parku w deszczu pięknie się wspomina po latach, ale ileż można walcować, ciamkając przemokniętą podeszwą?
- No wiesz, kiedy się kocha...
...to się potrzebuje miejsca dla tej miłości. Wobec czego Adam pożyczył chatę od Tadeusza. Na jedną noc, ale noc wyjątkową, bo sylwestrową.

Śnieg, światła, przechodnie, a "każdy taki cudny, kiejby Wiesław Gołas", który sprzedaje atomowe baloniki, a Zdzisław Leśniak nawet cudniejszy, bo z permanentnym wyszczerzem i zaraźliwym chichotem, pakuje ciało w tłum, a twarz w śnieg. Wszyscy w radosnym nastroju dokądś biegną, na imprezy się spieszą...
- Autobusy czerwienią migają...
Niestety, autobusy migają wyłącznie odcieniami szarości.
- Wiadomo, PRL!
Nie, po prostu film jest czarno-biały.

Bo w PRL to nawet programy radiowe były czarno -białe

Młodzi docierają do pożyczonego mieszkania i...
- Chłechłechłe - Głos Wewnętrzny zarechotał ze zrozumieniem, bo sam kiedyś był młody i pamiętał, co chuć robi z człowiekiem.
Nic z tych rzeczy. Młodzi byli grzeczni, kulturalni, zdjęli buty, płaszcze...
- Daleeeeej...
...umyli dłonie włączyli muzyczkę i zaczęli się przygotowywać do sylwestrowej kolacji.
- Rodzeństwo? - zdziwił się Głos Wewnętrzny.
- Bardzo dobrze wychowani młodzi ludzie - ucieszyła się Opinia Publiczna.
Pocałowali się dwukrotnie...
- Daleeeej...
- Poczekaj, pognieciesz mi sukienkę - szepnęła Krystyna i wybiegła z pokoju.
Głos Wewnętrzny zaślinił się w oczekiwaniu.
Krystyna wróciła,przebrana w jakiegoś luźnego łacha w paski i w fartuszek.
Głos Wewnętrzny powiedział brzydko i wyszedł do drugiego pokoju, gdzie włączył sobie "Nude nuns with big guns" w reżyserii Josepha Guzmana.

- Najpierw kolacja... - powierzała lekko zachrypniętym głosem Krystyna w fartuchu - Rozmowy o życiu... kąpiel... mycie zębów...
- Tak? A potem? - zapytał Adam, biorąc ją w ramiona.
- Będziemy tańczyć - wydyszała Krystyna, prosto w ucho ukochanego.
- Ale jesteś zakłamana... - uśmiechnął się Adam i wpił się w usta Krystyny, ona wpiła się w jego usta i osunęli się w otchłań narzuty na tapczanie, a wisząca na ścianie słomiana mata dyskretnie odwróciła źdźbła.
I wtedy do drzwi zadzwonił kominiarz.

Pan pozwoli, że się przedstawię. Zdzisław Dyrman... zasadniczo.

Siedzący w sąsiednim pokoju Głos Wewnętrzny dostał ataku śmiechu, Adam dostał żyły na czole, a kominiarz dostał 20 złotych. Po gębie nie dostał, bo Adam był chuderlawy kulturalny, a poza tym coś we wzroku kominiarza kazało mu zastanowić się trzykrotnie przed podjęciem jakichkolwiek czynności, wiążących się z użyciem przemocy.

Mnie "coś" we wzroku kominiarza kazało uznać, że jego pojawienie  "zapowiada" i że nasi milusińscy skonsumują najwyżej herbatę i kanapki.
I rzeczywiście zapowiadało...

Najpierw pojawiła się para rodząca: on chudy i w cynglach, ona - oczywiście - niezbyt chuda, za to w spazmach. Że boli, że gniecie, że to chyba już, że facetów, "pani kochana, to trzeba kijem gonić, a żeby cię cholera zadusiła, gangrena parszywa, żeby cię szlag trafił na równej drodze! Zadusić was - mało!"
- To pierwsze? - zapytał ze zrozumieniem Adam.
- Nie, trzecie - odparł dumnie jurny okularnik.
- Tak to jest - jęknęła rodząca - Gnać ich, kochana pani, trzeba od siebie jak najdalej.
- W domu to najprzyjemniej - westchnął mąż rodzącej.

Ależ nie rzucaj się tak, duszko, bo ci plomby wypadną

I zamyśliła się Krystyna, i usto namiętne Adamowi podawać przestała, bo przecież "mieli po dwadzieścia lat, własną miłość, własny świat, prywatne chmury i szklane góry" i czy warto było ryzykować, że się to wszystko rozsypie because of sparciały środek prewencyjny? Na szczęście Adam niczego nie zauważył, bo z pijanym taksówkarzem pojechał odwieźć rodzących na pogotowie.

Po jego powrocie okazało się, że z mroku nocy sylwestrowej wynijszła (a raczej wejszła) bestia druga, na czole jej widniał znak wszelkiego rozczarowania, a na grzbiecie jej siedział Bohdan Łazuka nadziabany jak wójt Sommerhalder na odpuście. Do tego stopnia, że nie pamiętał za bardzo, po co przyszedł i dlaczego z ponętną kobietą u boku. Wiecie, taki stan nasączenia procentami, w którym hormony zaczynają się rozpuszczać, a człowiek skupia się przede wszystkim na tym, że "tu jeszcze taki koniaczek, pamiętał, stał"... Ponętna kobieta też zresztą była nieźle nasączona, przez co humory i fluidy falowały jej znacznie, a cynizm grał z romantyzmem w Klopstocka i krytyków.

Buziaczki-ślimaczki

I zamyśliła się znowu Krystyna, albowiem znowu zobaczyła siebie za lat naście - efektowną, ale zniechęconą,  rozgoryczoną, złamaną rozczarowaniami. A Adam, widząc, że Krystyna znowu się zamyśla i w smutku pogrąża, domyślił się, że z bzykanka nici i zniechęcił się na tyle, że w końcu poszli sobie oboje w noc sylwestrową, w której Wiesław Gołas wciąż sprzedawał baloniki, Józef Duriasz naprawiał korki, a Zdzisław Leśniak jadł śnieg. I może nawet udałoby się uratować nastrój, dołączyć do korowodu tańczących na ulicach, bałwana ulepić, albo na sępa wbić pod jakieś kandelabry albo na imprezę na AWF, ale Adam przypomniał sobie, że zostawili w pożyczonej chacie koniak - napoczęty, co prawda, dość solidnie, ale zawsze to parę złotych plus butelka zwrotna. Wrócili więc...

I nawiedziła ich trzecia wersja żyzni żenszcziny w postaci żony pijanego taksówkarza, która próbowała się rzucić w głąb klatki schodowej, ale ostatecznie schroniła się u naszych bohaterów. I znowu Krystyna dostała między rozmarzone oczy szarą rzeczywistością: dzieci nie ma z powodów rozlicznych, mąż pija, a czasem i za taboret chwyci, bo mu się byli "szwagrowie" przypominają, żona dłużna nie zostaje, wszystkie dziwki z tylnego taksówkarskiego siedzenia wypomni, prawdziwe i wymyślone, państwo to młodzi są, państwo się kochają, nie to, co my, dzieci miejcie najlepiej i niech pan, na litość boską, nie otwiera, bo mój stary jak się napizga, to wyrywny się robi...

Poproszę Lubartów czysta czydzieści czy.

Oczywiście, wszystko kończy się... tak sobie. Źle nie mogło się skończyć, bo to był rok 1963 i realizm realizmem, ale nie popadajcie, towarzysze, w nihilizm. Pogódźcie taksówkarskie stadło, sąsiadce pozwólcie urodzić syna, Gołasowi zaśpiewać, Leśniakowi zaśmiać się histerycznie, a Adamowi i Krystynie pozwólcie mieć wiarę w lepsze jutro i przyzwoite pojutrze. Wspólne, osobne, whatever...
- Raczej osobne - zawyrokował Głos Wewnętrzny obserwując minę Krystyny.
Zapewne.

Miał być film - wyszła sztuka teatralna, miało być coś głębszego - wyszło płasko i nieszczerze, miało być nawiązanie do "Opowieści wigilijnej", ale i to okazało się raczej "nie bardzo", a ogólny mesydż "Ludzie, którzy się kochają, mają pod górkę" jakoś mnie nie przekonał. O braku miejsca dla młodej miłości zdecydowanie mocnej mówił Hłasko, o dalszych jej losach - jakiekolwiek by one były - stu innych autorów. W "Przygodzie noworocznej" nie było nic nowego, nic świeżego, nic, co mogłoby widza w jakikolwiek sposób zaciekawić. No, może poza płcią najświeższego Rączkowskiego, w oczekiwaniu na poród którego Adam z pijanym taksówkarzem wieźli matkę przez ulice sylwestrowej Warszawy (syn, gdyby ktoś pytał). Twórcy nie potrafili znaleźć sposobu na opowiedzenie swojej historii i jak ta nadziabana taksówka po ulicach, tak oni z piskiem piór ślizgali się od komedii do dramatu, od wesołej bajeczki do ponurego moralizowania i od pomysłu donikąd.

Zawartość obu butelek rychło zniknie w paszczy szaleństwa

Może udałoby się coś ugrać aktorstwem, ale i tu film leżał i kwiczał. Grający parę głównych bohaterów Anna Prucnal i Jerzy Kamas razili sztucznością: on wyróżniał się głównie makijażem, ona nie mogła się powstrzymać przed sięganiem po grepsy ze "Smarkuli". Sprawiali wrażenie, jakby ktoś ich przyprowadził z radzieckiej komedii, pokazał jakiś film Godarda, wręczył scenariusz i powiedział, że tak właściwie to on nie ma pomysłu, ale grajcie, może coś z tego wyjdzie, a jeśli nie, to się doklei śpiewającego Gołasa. Nie wyszło, Gołas nie pomógł i możemy tylko żałować, że głównych ról nie zagrał kto inny.

Tylko, czy to rzeczywiście by w czymkolwiek pomogło? Obejrzeliśmy w sumie cztery pary i żadna z nich nie czuła się dobrze, żadna z nich dobrze nie zagrała, od każdej wiało nieszczerością. Nieźle wypadł Witold Skaruch w roli ojca pchającego się na świat Rączkowskiego, ale miał do zagrania elementarz i to w swoim emploi - Ewa Wawrzoń w roli jego żony tylko wkurzała. Duet Bohdan Łazuka i Zofia Kucówna  robił co mógł, ale dobre miał zaledwie momenty, podobnie jak grający małżeństwo taksówkarskie Bogusław Sochnacki i Anna Ciepielewska. Jeśli więc oglądamy ośmioro aktorów, przy czym troje z trudem, a czworo obojętnie, to coś chyba jest nie tak z tym filmem jako utworem.

W scenie zwisania balonika żyrandol grał oszczędnie, ale zmysłowo

Oprócz wspomnianych Gołasa i Leśniaka, twórcy wcisnęli do filmu także gromadkę innych "znanych-lubianych". Fabularnie byli po nic i  przypominało to współczesne angażowanie modnych artystów aktorów człowjeków jako wabika na publiczność, ewentualnie było po prostu formą finansowej pomocy dla znajomych na zasadzie: "Nie mogę ci pożyczyć stówy, bo żona trzyma kasę, ale wpadnij, starenia, na plan, pokażesz się przed kamerą jako 'obsada aktorska', pokwitujesz i zainkasujesz". Na ekranie migają m.in. Gustaw Lutkiewicz, Tadeusz Pluciński, Zofia Czerwińska, Stefan Friedmann, podobno także  Jan Nowicki, ale albo nie ten Jan Nowicki albo było za ciemno.

Bardzo dobrze zagrało w filmie świeżo oddane do użytku osiedle Sady Żoliborskie. Nie wiem, czy sceny w mieszkaniu rzeczywiście kręcono w tamtejszych blokach - jeśli tak, to moje uszanowanie, bo rozwiązania przestrzenne naprawdę ciekawe, a i Anatol Radzionowicz urządził mieszkanko ze smakiem, stylem i wyczuciem fabularnych potrzeb.

Na plus muzyka Edwarda Pałłasza i zdjęcia Antoniego Wójtowicza, zwłaszcza plenerowe - nocne zdjęcia rozbawionej Warszawy mają klimacik.

Nie warto. Chyba, że mieszkacie na Sadach Żoliborskich - wtedy można jako ciekawostkę.

Ja zmywam, ty wycierasz czy odwrotnie?


Varia
1. Próbowałem znaleźć blok, w którym toczyła się akcja filmu i szczerze mówiąc, wymiękłem. Niby mam to osiedle o 100 m., niby przechodzę tamtędy codziennie, ale nic mi się nie zgadza - wejście do bloku sugeruje, że mieszkanie znajdowało się w jednym z dwupiętrowców (widoczny jest nawet numer bloku, niestety, moja kopia jest tak zła, że nie jestem w stanie go odczytać), ale migający przez chwilę widok z okna sugeruje jednak czteropiętrowiec, tyle że widok ów nie pasuje do układu bloków na Sadach... Nie zamierzam się jednak poddać, więc jeśli przechodząc przez Sady Żoliborskie, zobaczycie gościa z kartkami i fotografiami w ręku, kręcącego się wokół własnej osi, gapiącego się wokół i mamroczącego niecenzuralnie,  to zapewne będę to ja. Jeśli będzie się kręcił, gapił i mamrotał, ale zamiast fotografii będzie miał puszkę piwa - to będzie pan Władzio z bloku obok.
2. A same Sady Żoliborskie I warto zobaczyć, bo to ciekawe architektonicznie osiedle (wg projektu Haliny Skibniewskiej) i przykład przemyślanego zagospodarowania przestrzeni. Mówiąc po polsku: jest funkcjonalne i ładne. A wiosną wręcz śliczne.
3. Scenarzysta filmu Andrzej Mandalian to bardzo kolorowa postać. Sporą część życia miał tylko w jednym kolorze - czerwonym, ale kiedy się człowiek rodzi w Szanghaju w małżeństwie ormiańskiego kominternowca i działaczki KPRP (a wcześniej SDKPiL), to raczej trudno wyznawać konserwatyzm.  Studiował w Moskwie, potem w Polsce "pryszczacił" na potęgę, ale z biegiem lat mu przeszło i to na tyle zasadniczo, że w połowie lat 70. związał się z opozycją i publikował w drugim obiegu. I pomyśleć, towarzysze, że scenariusz "Przygody noworocznej" wyszedł spod pióra autora "Pieśni o walce klas"...
4. W filmie pojawia się także golizna. Nie wiadomo czemu się pojawia, ale jeśli był Gołas z balonikami, Leśniak jedzący śnieg i niewidzialny Nowicki, to i golizna może być, prawda?

Państwo życzą sobie balonik?


============
1963
Czas: 72 minuty
Reżyseria: Stanisław Wohl
Scenariusz: Andrzej Mandalian
Obsada: Jerzy Kamas, Anna Prucnal, Bogusław Sochnacki, Anna Ciepielewska, Zofia Kucówna, Bohdan Łazuka, Witold Skaruch, Ewa Wawrzoń i inni

2015-05-07

Zbliżenia [2014]

– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! 
– Ja też cię kocham.

Martusia bywała opryskliwa

Dawno, dawno temu, gdy wszyscy byliśmy romantycznymi dziewczynkami, Magdalena Piekorz nakręciła film o toksycznym synu, skrzywionym przez toksycznego ojca. Film był nudny, pretensjonalny i według powieści Wojciecha Kuczoka, a kończył się Och-Jakże-Guembokim napisem na lustrze, bo reżyserka nie lubiła niedomówień, za to lubiła tanie efekty. Minęło trzysta strzałów znikąd, romantyczne dziewczynki dorosły i zmieniły się w cynicznych drwali, a Magdalena Piekorz i Wojciech Kuczok nakręcili kolejny film. O toksycznej córce, skrzywionej przez toksyczną matkę. Film kończy się Och-Jakże-Guembokim napisem na lustrze, bo reżyserka nadal nie lubi niedomówień, za to wciąż lubi taniochę.

To jest Martusia. A to jest mamusia Martusi. Mamusia Martusi kocha Martusię. Martusia kocha swoją mamusię. Kochają się tak bardzo, że, normalnie, rzeźnia, ponieważ, jak wspomniałem, reżyserka nie uznaje półśrodków, rzeźnia owa sprawia wrażenie wykonanej przy pomocy cepa.
Martusiu, odbierz. Tu mama. Martusiu odbierz. Tu mama – dudni komórka Martusi głosem mamusi.
Na załączonym obrazku widzimy przykład "chorej miłości", objawiającej się – mamrotał Przewodnik Filmowy dziwnie podobny do Zdzisława Maklakiewicza z filmu "Dancing w kwaterze Hitlera" Dla tych z państwa, którzy nie słyszeli, wyjaśniam, że głos, który mówi "Tu mama", należy do mamy i jest metaforą braku metafory i przykładem na toksyczność w rodzinie. Kto miał toksyczność w rodzinie?
Na widowni uniosło się kilka rąk.
Każdy miał toksyczność w rodzinie – monotonnie mruczał Przewodnik Filmowy – I Martusia też ma toksyczność rodzinie. Niepełnej, bo mamusia ma charakter, skutkiem czego oraz skutkiem dania mu po gębie tatuś Martusi dał w długą. Co również deczko krzywi Martusię, która od tej pory ma sepiowate retrospekcje z dramatyczną muzyczką.

Martusia nigdy nie słyszała o KSU, więc próbowała iść pod prąd i szukać przyczyn

W przerwach miedzy sepiowatymi retrospekcjami z muzyczką, Martusia poznaje przez internet faceta.
Wiesz mamo, mam chłopaka – oznajmia mamusi – Piszemy ze sobą pół roku. Dziś zobaczę go po raz pierwszy. Chciałbym, żebyś go poznała.
– Ojej
- mówi mamusia.
O, dżiiiiz... - mówi widz - Pół roku pisania maili, zero kontaktu wzrokowego i "mam chłopaka"? Ile ty masz lat, dziecko? Dwanaście?
Martusia ma 37 lat.
I pewnie jest zahukaną starą panną, mieszkającą w komórce pod schodami, granatowa sukienka z samodziału, podkrążone oczy, zero kontaktu ze światem zewnętrznym, łańcuch wokół kostki?
Jest rzeźbiarko-malarką, mieszkającą w pracowni z pięterkiem i ogólnym lansem na wschodnią stronę. Długie nogi, blond grzywka, wcięcie w talii, wypukłości, gdzie trzeba...

Martusiu, odbierz. Tu mama – mówi telefon pińcet razy dziennie. Martusia odbiera i wysłuchuje, że to źle, tamto niedobrze, owo fatalnie, ten pomysł Martusi jest głupi jak stonoga, tamten jest jeszcze głupszy. Prawo jazdy? Nieeee, Martusia jest roztrzepana. Dziecko? Dziecko absolutnie nie, bo Martusia jest nieodpowiedzialna, a poza tym ma karierę.
A ty masz brudne paznokcie! – wrzeszczy Martusia.
A ty jesteś niedojrzała! – cedzi mamusia.
A ty nie domywasz talerzy!
A ty jesteś niewdzięczną córką!
A ty czołgaj się, czołgaj! Pokażę ci, żeś nikim! – śpiewał Kazik z radia.
Co ja robię tu uuuu-uuuu? – zastanawiał się mąż Martusi.
Tak prysnął nastrój bardzo łatwo – śpiewali Małgorzata Cholewa i  Jan Kaczmarek – Trzasnął policzek, potem drzwi...
Zawieź mnie do mamy – poprosiła Martusia
Pogięło cię, kobieto? – jęknął mąż – Jest druga w nocy!
Nie zasnę, póki jej nie przeproszę.
– To zadzwoń.
– Nie odbiera.

Jadą. Przepraszają się.

Mamuśka, zostaw tę pralkę! My ją zaniesiemy do naprawy... Ja wiem, co tam jest - tam nic nie ma!

– Martusiu, odbierz. Tu mama.
Martusia odbiera. Zawsze: w kinie, w Lublinie, w maju, w tramwaju, w filharmonii, w trakcie seksu z mężem...
 – No, to już chyba lekka przesada – żachnęła się Opinia Publiczna.
Jedna pani w filharmonii też tak powiedziała.
A mąż powiedział, że wypierdoli Martusi telefon. Brzydko powiedział i wiem, że tak się nie powinno mówić, ale przecież to nie ja powiedziałem, tylko on.
Dobra, to teraz wszyscy wypierdalać – powiedziały Symbole, wchodząc na ekran z drzwiami i futryną – Przejmujemy ten film!

Na nadmorskim piasku leży stado śniętych ryb.
– Ławica!
Ławica to jest takie lotnisko w Poznaniu i tam na pewno śnięte ryby nie leżą. W przeciwieństwie do nadmorskiego piasku.
Coś złego się stało z mamą – histeryzuje Martusia, której się wszystko kojarzy.
To jest irracjonalne – uspokaja mąż.
Ale ja to czuję! – piszczy Martusia.
Dziwnym nie jest. Takie stado śniętych ryb w upale na rozgrzanym piasku... każdy by czuł.

Bierz mnie, mów do mnie brzydko, rób mi Heimlicha!

Ciach! – Martusia ucina cycki lepionym przez siebie rzeźbom płci symbolicznie żeńskiej (w tym jednej ze skoliozą).
Przewodnik Filmowy poprawił zaczeskę i strzelił pogadankę na temat przeniesienia jako sposobu radzenia sobie z opresją, traumą, wyparciem i innymi psychomiazmatami.
JEB! – Martusi, rozliczającej się z archetypem matki, nie wystarczyły ucięte cycki, wzięła więc młotek i upierdoliła rzeźbom głowy.
DUP!
Oraz nogi.
Oooo, piękna sztuka współczesna – zachwycił się profesor Martusi – Warto było czekać.
Really? Warto było czekać na to, żeby pana studentka 12 lat po dyplomie odkryła twórczość Mitoraja i zaczęła ją nieudolnie kopiować?

Symbole przejęły film, dom chciał przejąć komornik, więc mąż się przejął i przejął dług (kolejne użycie cepa scenariuszowego, ale "margines jest zbyt wąski, aby"), mamusia się przejęła i dostała wylewu, lekarz się przejął i zadysponował szpital, ale Martusia się przejęła i powiedziała, żeby lekarz się walił, bo mamusia zostanie w domu, mamusia została i tak się przejęła, że w co drugiej scenie łypała ponuro na tabletki, więc wiadomo było, że wszystko skończy się źle, a scenarzystę i reżyserkę poniosło – wprowadzili na ekran postać ojca Martusi, dzięki czemu Andrzej Seweryn załapał się na darmowe wuzetki, a film zyskał dodatkową reklamę, choć Andrzeja Seweryna jest na ekranie tyle, co kot napłakał.

Żeby nie męczyć kota - zapłacze Ewa Wiśniewska

Oczywiście, wszystko kończy się źle.
Tabletki? – domyślił się Głos Wewnętrzny.
Idzie, babciu, idzie jak po sznurku... – zaśpiewał z radia Wojciech Młynarski.
...a na lustrze został napis "Daj dziecku na imię Marta".
Mamusiu, dlaczego mam na imię Marta? – zapyta dziecko po latach.
Bo babcia tak chciała – powie Martusia.
Jednak wolałbym Wojtek... – skrzywi się synek, dopnie rozporek i pobiegnie haratać w gałę przed blokiem.
Zgłupiałeś? – osłupiała Opinia Publiczna – Gdzie ty w dzisiejszych czasach widziałeś dzieciaki grające w piłkę przed blokiem?

Nuda. Nuda i pretensjonalność. Dwie rzeczy. Nuda, pretensjonalność i łopatologia. Trzy rzeczy. I Symbole.
Wejdziemy jeszcze raz?
Nie, ten jeden wystarczy. I sepiowate retrospekcje. Zero finezji, zero półcieni, za to dwadzieścia kilo zgranych klisz (symbolizujące tunele łaziły całymi stadami), banalnych dialogów i wrażenie, że ktoś wygrzebał zapomniany film Krzysztofa Zanussiego z połowy lat 80.
Producent: Krzysztof Zanussi – powiedziała Lista Płac.
No tak, to sporo wyjaśnia.
Ładne zdjęcia Marcina Koszałki. Momentami nawet ciekawe. W przeciwieństwie do muzyki, która także sprawiała wrażenie wyjętej z filmów Zanussiego.

Panie Wacku, tu mi brakuje artystycznego środka wyrazu KZ/73/341!

Aktorsko bardzo przeciętnie – na tyle przeciętnie, że minuta z Andrzejem Sewerynem daje widzowi więcej aktorstwa niż godzina z pozostałymi aktorami. Ewa Wiśniewska mogła mieć wielką rolę, ale zabiegi twórców skutecznie jej to uniemożliwiły: jakieś idiotyczne wjazdy kamerą w twarz, jakieś długie szlochy, spazmy, jęki i rąk łamanie...
No, bo wiesz, rozpacz, córka się oddala, dramat...
Wiem. Ale tego nie trzeba grać z teatralnym rozmachem lat trzydziestych. Póki Ewa Wiśniewska grała w swoim stylu, była przekonująca do bólu duszy swojej i widza, ile razy natomiast twórcy postanawiali wyjaśniać wszystko widzowi jasno, wyraźnie i na patelni – pardąsik, ale wiało Franciszkiem Brodniewiczem i z zażenowaniem odwracałem wzrok. Joanna Orleańska dostała od losu i Magdaleny Piekorz szansę na pokazanie, że potrafi zagrać coś ponad poprawną przeciętność. Miała w tej roli wszystko... yyy... no, prawie wszystko... znaczy, sporo miała w roli, żeby przykleić widza do ekranu wytrzaskać po emocjonalnym pysku i patrzeć, czy równo puchnie, a zagrała absolutnie nijako, a momentami wręcz źle. Łukasza Simlata kiedyś lubiłem, ale teraz cofam wszystkie sęki na świecie i czy w kolejnych produkcjach filmowych można by go wymieniać na Szymona Bobrowskiego na przykład? Albo na Katarzynę Figurę? Albo choćby na lodówkę? Tradycyjnie zaznaczył się Jacek Braciak, który nie musi mieć długiej roli i gromkich monologów – wchodzi, patrzy, mówi dwa zdania i zapamiętuje się go lepiej niż połowę listy płac.

Pisząc z Wojtkiem Kuczokiem ten scenariusz, bardzo chcieliśmy poruszyć jakąś społeczną dyskusję. Wręcz chcieliśmy, żeby ten film wbił kij w mrowisko.
Żehęproszękurdeco? "Kij w mrowisko"? "Społeczna dyskusja"? O czym, na boga? Społeczeństwo ma się spierać o związek śniętych ryb z toksycznością rodziców albo o wpływ braku umiejętności artykułowania uczuć na tok czynności komorniczych? Społeczna dyskusja o filmie Magdaleny Piekorz, w którym dwie drewniane kobitki histeryzują, a drewniany facecik grozi, że wypierdoli telefon? No, to się nazywa megalomania wieku atomowego...

Chciałabym, że to był także film o miłości mężczyzny do kobiety – reżyserka, czując, że nie wyszło jej to, co chciała pokazać, opowiadała w wywiadach, co tak naprawdę chciała pokazać.



Nie warto. Lepiej poczekać na kolejny film pary Piekorz-Kuczok. Który nie wiem, czy będzie opowiadał o toksycznym siostrzeńcu skrzywionym przez toksycznego wujka, czy o toksycznej wnuczce, skrzywionej przez toksyczną babcię (po Oskarze dla "Idy" może to nawet będzie babcia-ubeczka), czy o toksycznych bliźniakach, krzywiących i krzywdzących się wzajemnie, ale na pewno będzie się kończył Och-Jakże-Guembokim napisem na lustrze, albowiem gdyż.



Varia
1. O rolę Martusi starała się podobno Małgorzata Kożuchowska. W tym momencie moja wyobraźnia jęknęła z bólu i odwołała połowę zarzutów wobec Joanny Orleańskiej.
2. W tle sceny rozmowy Martusi z ojcem pojawia się współscenarzysta filmu Wojciech Kuczok. Pisarz postanowił "przebić" często pojawiającego się we własnych filmach Alfreda Hitchcocka i mignął na ekranie aż dwa razy.
3. W roli (roli... /wzdech/) siostry granej przez Ewę Wiśniewską matki pojawiła się Małgorzata Niemirska. Prywatnie siostra Ewy Wiśniewskiej.
4. Poza "prostym" dofinansowaniem z PISF, twórcy filmu dostali także pieniądze z Urzędu Miasta w Katowicach i Śląskiego Funduszu Filmowego – zrewanżowali się paroma naprawdę ciekawymi obrazkami Katowic, ale kiedy się zerknie na kwoty (ŚFF dał 290 tysięcy złotych), to z tyłu głowy odzywa się nieśmiertelne "Słuchaj, Beniek, ale dwa tysziące za psa? Ja mogę dać... no, czydzieści złotych".
5. W internecie pojawiły się głosy, że fabuła filmu jest bardzo (za bardzo) podobna do fabuły "Niewdzięczności" Zbigniewa Kamińskiego z 1978 roku (z Antoniną Gordon-Górecką w roli matki i Beatą Tyszkiewicz w roli córki). Nie widziałem, więc... teraz mam powód, żeby obejrzeć.

Z której strony nie patrzeć - zawsze blada


============
Zbliżenia
2014
Czas:
73 minuty
Reżyseria: Magdalena Piekorz
Scenariusz: Magdalena Piekorz, Wojciech Kuczok
Obsada:
Ewa Wiśniewska, Joanna Orleańska, Łukasz Simlat, Andrzej Seweryn, Henryk Talar, Małgorzata Niemirska, Jacek Braciak, Władysław Kowalski, Agnieszka Wosińska, Piotr Tołoczko i inni.
Dofinansowanie PISF: 2 700 000 zł.