2015-05-27

Przygoda noworoczna [1963]

Krystyna i Adam byli bezdomni uczuciowo.
- Wie pani, jak to jest, gdy się nie ma gdzie podziać. Nie ma i już. Kawiarnie do dziesiątej - potem już tylko dworzec. Wsiadaliśmy do kolejki elektrycznej i jechaliśmy byle gdzie.
- Do Otwocka.
- I z powrotem...

Krystyno, przestań zjadać moją twarz! Otworzę ci sardynki!

Tylko, niestety, kawiarnia i pociąg sprawdzają się w przypadku rozmów o najnowszych trendach w kinematografii rumuńskiej oraz porównywania notatek z wykładów, ale o poważniejszych sprawach zapomnijcie. Z lewej ktoś łypie, z prawej ktoś komentuje, z tyłu ktoś dostał ataku przeraźliwego kaszlu i ziele angielskie hurgocze mu w krtani... Zero intymności, zero romantyczności, a pocałunki w parku w deszczu pięknie się wspomina po latach, ale ileż można walcować, ciamkając przemokniętą podeszwą?
- No wiesz, kiedy się kocha...
...to się potrzebuje miejsca dla tej miłości. Wobec czego Adam pożyczył chatę od Tadeusza. Na jedną noc, ale noc wyjątkową, bo sylwestrową.

Śnieg, światła, przechodnie, a "każdy taki cudny, kiejby Wiesław Gołas", który sprzedaje atomowe baloniki, a Zdzisław Leśniak nawet cudniejszy, bo z permanentnym wyszczerzem i zaraźliwym chichotem, pakuje ciało w tłum, a twarz w śnieg. Wszyscy w radosnym nastroju dokądś biegną, na imprezy się spieszą...
- Autobusy czerwienią migają...
Niestety, autobusy migają wyłącznie odcieniami szarości.
- Wiadomo, PRL!
Nie, po prostu film jest czarno-biały.

Bo w PRL to nawet programy radiowe były czarno -białe

Młodzi docierają do pożyczonego mieszkania i...
- Chłechłechłe - Głos Wewnętrzny zarechotał ze zrozumieniem, bo sam kiedyś był młody i pamiętał, co chuć robi z człowiekiem.
Nic z tych rzeczy. Młodzi byli grzeczni, kulturalni, zdjęli buty, płaszcze...
- Daleeeeej...
...umyli dłonie włączyli muzyczkę i zaczęli się przygotowywać do sylwestrowej kolacji.
- Rodzeństwo? - zdziwił się Głos Wewnętrzny.
- Bardzo dobrze wychowani młodzi ludzie - ucieszyła się Opinia Publiczna.
Pocałowali się dwukrotnie...
- Daleeeej...
- Poczekaj, pognieciesz mi sukienkę - szepnęła Krystyna i wybiegła z pokoju.
Głos Wewnętrzny zaślinił się w oczekiwaniu.
Krystyna wróciła,przebrana w jakiegoś luźnego łacha w paski i w fartuszek.
Głos Wewnętrzny powiedział brzydko i wyszedł do drugiego pokoju, gdzie włączył sobie "Nude nuns with big guns" w reżyserii Josepha Guzmana.

- Najpierw kolacja... - powierzała lekko zachrypniętym głosem Krystyna w fartuchu - Rozmowy o życiu... kąpiel... mycie zębów...
- Tak? A potem? - zapytał Adam, biorąc ją w ramiona.
- Będziemy tańczyć - wydyszała Krystyna, prosto w ucho ukochanego.
- Ale jesteś zakłamana... - uśmiechnął się Adam i wpił się w usta Krystyny, ona wpiła się w jego usta i osunęli się w otchłań narzuty na tapczanie, a wisząca na ścianie słomiana mata dyskretnie odwróciła źdźbła.
I wtedy do drzwi zadzwonił kominiarz.

Pan pozwoli, że się przedstawię. Zdzisław Dyrman... zasadniczo.

Siedzący w sąsiednim pokoju Głos Wewnętrzny dostał ataku śmiechu, Adam dostał żyły na czole, a kominiarz dostał 20 złotych. Po gębie nie dostał, bo Adam był chuderlawy kulturalny, a poza tym coś we wzroku kominiarza kazało mu zastanowić się trzykrotnie przed podjęciem jakichkolwiek czynności, wiążących się z użyciem przemocy.

Mnie "coś" we wzroku kominiarza kazało uznać, że jego pojawienie  "zapowiada" i że nasi milusińscy skonsumują najwyżej herbatę i kanapki.
I rzeczywiście zapowiadało...

Najpierw pojawiła się para rodząca: on chudy i w cynglach, ona - oczywiście - niezbyt chuda, za to w spazmach. Że boli, że gniecie, że to chyba już, że facetów, "pani kochana, to trzeba kijem gonić, a żeby cię cholera zadusiła, gangrena parszywa, żeby cię szlag trafił na równej drodze! Zadusić was - mało!"
- To pierwsze? - zapytał ze zrozumieniem Adam.
- Nie, trzecie - odparł dumnie jurny okularnik.
- Tak to jest - jęknęła rodząca - Gnać ich, kochana pani, trzeba od siebie jak najdalej.
- W domu to najprzyjemniej - westchnął mąż rodzącej.

Ależ nie rzucaj się tak, duszko, bo ci plomby wypadną

I zamyśliła się Krystyna, i usto namiętne Adamowi podawać przestała, bo przecież "mieli po dwadzieścia lat, własną miłość, własny świat, prywatne chmury i szklane góry" i czy warto było ryzykować, że się to wszystko rozsypie because of sparciały środek prewencyjny? Na szczęście Adam niczego nie zauważył, bo z pijanym taksówkarzem pojechał odwieźć rodzących na pogotowie.

Po jego powrocie okazało się, że z mroku nocy sylwestrowej wynijszła (a raczej wejszła) bestia druga, na czole jej widniał znak wszelkiego rozczarowania, a na grzbiecie jej siedział Bohdan Łazuka nadziabany jak wójt Sommerhalder na odpuście. Do tego stopnia, że nie pamiętał za bardzo, po co przyszedł i dlaczego z ponętną kobietą u boku. Wiecie, taki stan nasączenia procentami, w którym hormony zaczynają się rozpuszczać, a człowiek skupia się przede wszystkim na tym, że "tu jeszcze taki koniaczek, pamiętał, stał"... Ponętna kobieta też zresztą była nieźle nasączona, przez co humory i fluidy falowały jej znacznie, a cynizm grał z romantyzmem w Klopstocka i krytyków.

Buziaczki-ślimaczki

I zamyśliła się znowu Krystyna, albowiem znowu zobaczyła siebie za lat naście - efektowną, ale zniechęconą,  rozgoryczoną, złamaną rozczarowaniami. A Adam, widząc, że Krystyna znowu się zamyśla i w smutku pogrąża, domyślił się, że z bzykanka nici i zniechęcił się na tyle, że w końcu poszli sobie oboje w noc sylwestrową, w której Wiesław Gołas wciąż sprzedawał baloniki, Józef Duriasz naprawiał korki, a Zdzisław Leśniak jadł śnieg. I może nawet udałoby się uratować nastrój, dołączyć do korowodu tańczących na ulicach, bałwana ulepić, albo na sępa wbić pod jakieś kandelabry albo na imprezę na AWF, ale Adam przypomniał sobie, że zostawili w pożyczonej chacie koniak - napoczęty, co prawda, dość solidnie, ale zawsze to parę złotych plus butelka zwrotna. Wrócili więc...

I nawiedziła ich trzecia wersja żyzni żenszcziny w postaci żony pijanego taksówkarza, która próbowała się rzucić w głąb klatki schodowej, ale ostatecznie schroniła się u naszych bohaterów. I znowu Krystyna dostała między rozmarzone oczy szarą rzeczywistością: dzieci nie ma z powodów rozlicznych, mąż pija, a czasem i za taboret chwyci, bo mu się byli "szwagrowie" przypominają, żona dłużna nie zostaje, wszystkie dziwki z tylnego taksówkarskiego siedzenia wypomni, prawdziwe i wymyślone, państwo to młodzi są, państwo się kochają, nie to, co my, dzieci miejcie najlepiej i niech pan, na litość boską, nie otwiera, bo mój stary jak się napizga, to wyrywny się robi...

Poproszę Lubartów czysta czydzieści czy.

Oczywiście, wszystko kończy się... tak sobie. Źle nie mogło się skończyć, bo to był rok 1963 i realizm realizmem, ale nie popadajcie, towarzysze, w nihilizm. Pogódźcie taksówkarskie stadło, sąsiadce pozwólcie urodzić syna, Gołasowi zaśpiewać, Leśniakowi zaśmiać się histerycznie, a Adamowi i Krystynie pozwólcie mieć wiarę w lepsze jutro i przyzwoite pojutrze. Wspólne, osobne, whatever...
- Raczej osobne - zawyrokował Głos Wewnętrzny obserwując minę Krystyny.
Zapewne.

Miał być film - wyszła sztuka teatralna, miało być coś głębszego - wyszło płasko i nieszczerze, miało być nawiązanie do "Opowieści wigilijnej", ale i to okazało się raczej "nie bardzo", a ogólny mesydż "Ludzie, którzy się kochają, mają pod górkę" jakoś mnie nie przekonał. O braku miejsca dla młodej miłości zdecydowanie mocnej mówił Hłasko, o dalszych jej losach - jakiekolwiek by one były - stu innych autorów. W "Przygodzie noworocznej" nie było nic nowego, nic świeżego, nic, co mogłoby widza w jakikolwiek sposób zaciekawić. No, może poza płcią najświeższego Rączkowskiego, w oczekiwaniu na poród którego Adam z pijanym taksówkarzem wieźli matkę przez ulice sylwestrowej Warszawy (syn, gdyby ktoś pytał). Twórcy nie potrafili znaleźć sposobu na opowiedzenie swojej historii i jak ta nadziabana taksówka po ulicach, tak oni z piskiem piór ślizgali się od komedii do dramatu, od wesołej bajeczki do ponurego moralizowania i od pomysłu donikąd.

Zawartość obu butelek rychło zniknie w paszczy szaleństwa

Może udałoby się coś ugrać aktorstwem, ale i tu film leżał i kwiczał. Grający parę głównych bohaterów Anna Prucnal i Jerzy Kamas razili sztucznością: on wyróżniał się głównie makijażem, ona nie mogła się powstrzymać przed sięganiem po grepsy ze "Smarkuli". Sprawiali wrażenie, jakby ktoś ich przyprowadził z radzieckiej komedii, pokazał jakiś film Godarda, wręczył scenariusz i powiedział, że tak właściwie to on nie ma pomysłu, ale grajcie, może coś z tego wyjdzie, a jeśli nie, to się doklei śpiewającego Gołasa. Nie wyszło, Gołas nie pomógł i możemy tylko żałować, że głównych ról nie zagrał kto inny.

Tylko, czy to rzeczywiście by w czymkolwiek pomogło? Obejrzeliśmy w sumie cztery pary i żadna z nich nie czuła się dobrze, żadna z nich dobrze nie zagrała, od każdej wiało nieszczerością. Nieźle wypadł Witold Skaruch w roli ojca pchającego się na świat Rączkowskiego, ale miał do zagrania elementarz i to w swoim emploi - Ewa Wawrzoń w roli jego żony tylko wkurzała. Duet Bohdan Łazuka i Zofia Kucówna  robił co mógł, ale dobre miał zaledwie momenty, podobnie jak grający małżeństwo taksówkarskie Bogusław Sochnacki i Anna Ciepielewska. Jeśli więc oglądamy ośmioro aktorów, przy czym troje z trudem, a czworo obojętnie, to coś chyba jest nie tak z tym filmem jako utworem.

W scenie zwisania balonika żyrandol grał oszczędnie, ale zmysłowo

Oprócz wspomnianych Gołasa i Leśniaka, twórcy wcisnęli do filmu także gromadkę innych "znanych-lubianych". Fabularnie byli po nic i  przypominało to współczesne angażowanie modnych artystów aktorów człowjeków jako wabika na publiczność, ewentualnie było po prostu formą finansowej pomocy dla znajomych na zasadzie: "Nie mogę ci pożyczyć stówy, bo żona trzyma kasę, ale wpadnij, starenia, na plan, pokażesz się przed kamerą jako 'obsada aktorska', pokwitujesz i zainkasujesz". Na ekranie migają m.in. Gustaw Lutkiewicz, Tadeusz Pluciński, Zofia Czerwińska, Stefan Friedmann, podobno także  Jan Nowicki, ale albo nie ten Jan Nowicki albo było za ciemno.

Bardzo dobrze zagrało w filmie świeżo oddane do użytku osiedle Sady Żoliborskie. Nie wiem, czy sceny w mieszkaniu rzeczywiście kręcono w tamtejszych blokach - jeśli tak, to moje uszanowanie, bo rozwiązania przestrzenne naprawdę ciekawe, a i Anatol Radzionowicz urządził mieszkanko ze smakiem, stylem i wyczuciem fabularnych potrzeb.

Na plus muzyka Edwarda Pałłasza i zdjęcia Antoniego Wójtowicza, zwłaszcza plenerowe - nocne zdjęcia rozbawionej Warszawy mają klimacik.

Nie warto. Chyba, że mieszkacie na Sadach Żoliborskich - wtedy można jako ciekawostkę.

Ja zmywam, ty wycierasz czy odwrotnie?


Varia
1. Próbowałem znaleźć blok, w którym toczyła się akcja filmu i szczerze mówiąc, wymiękłem. Niby mam to osiedle o 100 m., niby przechodzę tamtędy codziennie, ale nic mi się nie zgadza - wejście do bloku sugeruje, że mieszkanie znajdowało się w jednym z dwupiętrowców (widoczny jest nawet numer bloku, niestety, moja kopia jest tak zła, że nie jestem w stanie go odczytać), ale migający przez chwilę widok z okna sugeruje jednak czteropiętrowiec, tyle że widok ów nie pasuje do układu bloków na Sadach... Nie zamierzam się jednak poddać, więc jeśli przechodząc przez Sady Żoliborskie, zobaczycie gościa z kartkami i fotografiami w ręku, kręcącego się wokół własnej osi, gapiącego się wokół i mamroczącego niecenzuralnie,  to zapewne będę to ja. Jeśli będzie się kręcił, gapił i mamrotał, ale zamiast fotografii będzie miał puszkę piwa - to będzie pan Władzio z bloku obok.
2. A same Sady Żoliborskie I warto zobaczyć, bo to ciekawe architektonicznie osiedle (wg projektu Haliny Skibniewskiej) i przykład przemyślanego zagospodarowania przestrzeni. Mówiąc po polsku: jest funkcjonalne i ładne. A wiosną wręcz śliczne.
3. Scenarzysta filmu Andrzej Mandalian to bardzo kolorowa postać. Sporą część życia miał tylko w jednym kolorze - czerwonym, ale kiedy się człowiek rodzi w Szanghaju w małżeństwie ormiańskiego kominternowca i działaczki KPRP (a wcześniej SDKPiL), to raczej trudno wyznawać konserwatyzm.  Studiował w Moskwie, potem w Polsce "pryszczacił" na potęgę, ale z biegiem lat mu przeszło i to na tyle zasadniczo, że w połowie lat 70. związał się z opozycją i publikował w drugim obiegu. I pomyśleć, towarzysze, że scenariusz "Przygody noworocznej" wyszedł spod pióra autora "Pieśni o walce klas"...
4. W filmie pojawia się także golizna. Nie wiadomo czemu się pojawia, ale jeśli był Gołas z balonikami, Leśniak jedzący śnieg i niewidzialny Nowicki, to i golizna może być, prawda?

Państwo życzą sobie balonik?


============
1963
Czas: 72 minuty
Reżyseria: Stanisław Wohl
Scenariusz: Andrzej Mandalian
Obsada: Jerzy Kamas, Anna Prucnal, Bogusław Sochnacki, Anna Ciepielewska, Zofia Kucówna, Bohdan Łazuka, Witold Skaruch, Ewa Wawrzoń i inni

2 komentarze:

  1. AD VARIA nr 2: Nie zapominajmy również o barze mlecznym Sad Żoliborskie, który piękny jest przez rok cały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękno jest kategorią względną, ale panująca wokół wiosna na pewno pomaga w estetycznym odbiorze wyż.wym. baru. Oraz, głód oczywiście :-)

      Usuń