2015-08-29

Balladyna [2009]

„Rankiem głos sumienia nudzi,
nad wieczorem dręczy i przeraża,
a nocą ze snu okropnego budzi...”
Fajnie by było, gdyby reżysera dzisiejszego filmu coś dręczyło, ale nie miejmy złudzeń – zainkasował zań, więc ma wyczesane i teraz go już tylko nudzi. A film przeraża widzów.

"Niby listkami brzoza przyodziana; ta z alabastrów – a ta zaś różana..."

„Balladyna” – wszyscy wiedzą, wszyscy znają. Malinowy kryminał, dwie siostry, dupa Kirkor, drań Kostryn, Skierka, Chochlik, Grabiec...
Żadnych Grabców nie znam i znać nie chcę... – zaczął duch w stopniu majora, ale przypomniał sobie, że wtedy chodziło o pułkownika „Grabicę”, więc zamilkł.
...i Goplana na Hondzie. Konflikty, wyrzuty, pioruny i nawet sam Jeremi Przybora, czyniący honory upraszczająco-ułatwiające, a kto nie słyszał Aliny w roli Balladyny i Barbary w roli Aliny, ten niech żałuje.
Parę lat tamu za „Balladynę” wziął się Dariusz Zawiślak. Podobno absolwent Wydziału Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale podobno także Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie oraz Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Warszawie. Wiele wskazuje na to, że o decyzji wzięcia się za „Balladynę” zdecydowało wykształcenie ekonomiczne. A już na pewno decydowało o ostatecznym kształcie filmu.

Pomysł był prosty: sejm RP ogłosił rok 2009 Rokiem Juliusza Słowackiego, więc pyknijmy jakiś film na podstawie wieszcza, szkoły na to pójdą, instytucjom państwowym się opchnie, tu się zarobi, tam się będzie miało darmową reklamę, wszyscy happy...
I wszyscy mają udział w zyskach – odruchowo dokończył Milo Minderbinder.

Założenia scenariuszowe były natomiast całkiem ciekawe: uwspółcześnić „Balladynę”, zrobić z niej mieszankę kryminału i dramatu politycznego. Brzmi, prawda? Ba! Nawet bardzo. Pomysł zatrudnienia Faye Dunaway też wyglądał interesująco. Bonnie Parker z filmu Arthura Penna to już nie ten format aktorski, co przed laty (trudno jest grać szwami i silikonem), ale nazwisko wciąż duże. Zwłaszcza w Polsce, gdzie nawet z... yyy... jak się nazywał ten drewniak z „Jacka Stronga”?... A, Patrick Wilson... gdzie nawet z Patricka Wilsona i Crispina Glovera robi się gwiazdy na miarę sześciu Oscarów w tym jednego za całokształt. Ale przeniesienie akcji do Nowego Jorku... Tu coś zaczęło śmierdzieć. Bo niby po kiego do Nowego Jorku? Znaczy, nie mam nic przeciwko, mierzmy siły na zamiary i może reżyser myślał, że dramatem władzy w Skierniewicach nikogo nie zainteresuje, ale primo: wieś Głucha Dolna była dużo mniejsza niż Skierniewice, a tamtejsze dramaty zainteresowały pół Europy, secundo – jeśli już w Nowym Jorku, to zróbmy–ż to z nowojorskim rozmachem, a nie w stylu: sześć dyżurnych „pocztówek z widoczkami”, dwa ujęcia z ulic, wynajęte limo, wynajęty Murzyn i przebitka na wóz policyjny.
Ale za to ekipa w ramach budżetu przeleciała się do Stanów, najadła, napiła i o co zakład, że nie mieszkała w schronisku YMCA po sześć osób w pokoju? – domyślił się Głos Wewnętrzny.

Można płacić za pozwolenie na kręcenie na ulicach, a można stosować filtr "szyba taksówki"

No, dobra. „Balladynę” lubię, pomysł ciekawy – siadam, oglądam. Znaczy, najpierw musiałem znaleźć film – 2009 rok, więc możemy zapomnieć o sklepach, albowiem „Paaanie, takie starocie to na Kole!” Zostało Allegro – znalazłem, zakupiłem za jakieś grosze, siadam, oglądam.
...

Po pięciu minutach zacząłem się trochę dziwić. Po dziesięciu minutach zacząłem się dziwić bardzo. Po kwadransie zacząłem mówić brzydko, a po 30 minutach wyłączyłem i wsadziłem głowę pod kran.
Yyyy, pardąsik, co to jest? Co to za badziew przeraźliwy? Dlaczego Sonia Bohosiewicz wygląda i zachowuje się jak tirówka po semestrze na siłowni? Co to za prawdziwki, dukające do kamery o „zwrastaniu problemu”? Dlaczego jedna ledwie przyzwoita scena musi być obudowana sześcioma fatalnymi? Dlaczego muzyka w tym filmie przypomina występ zespołu Ziutex w restauracji „U Władka”?

Było źle. Bronił się Sławomir Orzechowski, Władysław Kowalski w roli ojca i momentami Mirosław Baka, reszta była płaczem, zgrzytaniem zębów i kompletnym drewnem.
Nie po to tyle lat studiowałam prawo, żeby siedzieć w tej zatęchłej galerii. Najchętniej puściłabym to wszystko z dymem – pyskowała Balladyna, piłując ze zgrzytem paznokcie – Chcę robić karierę, chcę spełniać swoje marzenia, chcę się stąd wyrwać raz na zawsze. Rozumie, tatuś? Mam czekać aż się zestarzeję? Kobieta powinna zadbać o swoje interesy, póki jest ładna i zgrabna. Zresztą, idę się zabawić – może znajdę jakiegoś jelenia.
Dżizas, co to za blachara?
Ale OK, to dopiero pół godziny, może dalej będzie lepiej.

- Hehehe - zazgrzytało coś złowieszczo

Nie było. Było gorzej. O wiele. Było tak amatorsko, od pewnego momentu już nie mówiłem brzydko, tylko skulony w fotelu popiskiwałem żałośnie.

Bogaty Kirk vel Kerk vel Kark (w zależności który wyrób aktorskopodobny go przedstawiał) zakochuje się w dobrej siostrze. Zła blachara Bally zabija siostrę Ally...
Bally i Ally?– jęknął Głos Wewnętrzny – Really?
Inwencja, nie? W dodatku w jednej ze scen dobra siostra mówi, że ma na imię „Minion” (sprawdzić czy nie filet). To chyba też nawiązanie do „Balladyny” Słowackiego i słów „Okropnym wołasz mnie imieniem”... Enyłej, blachara zabija dobrą siostrę, wychodzi za Kirka vel Kerka vel Kurka, puszcza się z jego ochroniarzem, a Kirk vel Kork vel Kyrk chodzi na psychoterapię do byłej Sekretarz Stanu Juesej, która stawia mu tarota w tematach sercowych.
– Jaja sobie robisz?
Ochroniarz zabija Kurka vel Karka, galeria płonie, Stefan Friedman dostaje ataku kaszlu, sierżant of the year rzuca bon-motami o ciężarze cegły, ochroniarz wymiotuje, blachara zostaje nowym Sekretarzem Stanu, piorun, wyciemnienie, a na deser okazuje się, że wszystko to było snem srebrnym Salomei i lekarz pyta, czy pacjentkę odłączyć.

Ludzie, to było tak beznadziejne, że momentami fascynujące. Wielka, włochata nieudolność, syfmalaria, kiła-mogiła i przerażająca amatorszczyzna. Nawet nie wiadomo od czego zacząć i na czym skończyć – najlepiej byłoby napisać: „a co ja Wam będą tłumaczył, sami se zobaczcie”, ale nie wezmę tego na swoje sumienie, bo to jak namawianie niewinnych dziatek do zjedzenia proszku do prania i popicia kocim moczem.

Reżyser oglądał "Miasteczko Twin Peaks". Albo filmy Jesusa Franco.

Scenariusz – koszmar. Żadnego rozwinięcia wyjściowego pomysłu, powiedziałbym, że nawet został solidnie spłaszczony. Jedynym przebłyskiem inwencji była zamiana Skierki i Chochlika w reporterów telewizyjnych, ale zatrudnienie do ich ról smutnych amatorów z zerową dykcją zgasiło ten błysk niemal natychmiast. Oglądało się ich źle, słuchało jeszcze gorzej, a przy ich trzecim pojawieniu się na ekranie miałem skojarzenia z rumuńskimi akordeonistami, mordującymi na ulicach polskich miast „Hej, sokoły” – ręka sama wędrowała do kieszeni w poszukiwaniu dwuzłotówki, a w ustach rosła uprzejma prośba o wypieprzanie w podskokach do innej dzielnicy. Gorszy od nich był tylko gość grający Efbi Aja – on brzmiał jak rumuński akordeonista, który zgubił akordeon i nuty „Hej, sokoły” wyśpiewuje zachrypniętym falsecikiem, przy czym nut czytać nie umie ani ciut. Gość kropki stawiał losowo, przecinków nie uznawał, polskie zasady akcentowania wyrazów gwałcił, a na dodatek miał tak głupawe teksty do wygłoszenia, że całość sprawiała wrażenie... Kurde, a może on naprawdę był rumuńskim akordeonistą?

No, właśnie – dialogi...
- Powinieneś uważać z taką kobietą jak ja.
- Dlaczego?
- Dlatego, bo jestem mężatką.
Dlaczego dialogi są złe? „Dlatego, bo” pisał je ktoś, kto nie zna języka polskiego Że są głupie – trudno. Że się ze sobą nie wiążą - ech, czytało się harlequiny, nie takie bzdety się widziało. Ale że są niechlujne i dziergane językiem borostworów – tego już wybaczyć nie można, bo znajomość języka ojczystego powinno się opanować w szkole i podobno sprawdzana jest na maturze. A tu błąd językowy na błędzie językowym, idiotyzm na idiotyzmie, „dokumenty, co dał ci ojciec” poganiają mylenie „doktor Ash" i "doktora Ash”. Grzybnia, proszę koleżeństwa, niemożebna. Z której od czasu do czasu sterczą cytaty z „Balladyny” Słowackiego, ale to chyba z tak jak z pieczarkami, które też na czymś rosną i z czegoś sterczą.

- Ostatnie, co pamiętam, panie doktorze, to że w moich myślach dzwonkowe szastały się króle.

Gra aktorska na poziomie teatrzyku osiedlowego. Mirosław Baka robi, co może i dojeżdża do dziurawego finału słabo, ale chyba bez większego wstydu (pominąwszy wstyd z powodu udziału w takiej filmowej kupie), Sławomir Orzechowski daje radę bez wysiłku (momentami wyglądał jak kapitan Jim Brass z LVPD), może jeszcze dałoby się obronić Stefana Friedmana w roli Grabca (z którego w filmie zrobiono niejakiego Marka Lottera i łodefak?), ale reszta... reszta nie. Nawet Władysław Kowalski w roli ojca Balladynki...
– Matki!
Ojca – reżyser miał wyobraźnię i szedł na całość. Nawet więc Władysław Kowalski nie, bo to, co wygrał na przyzwoitym poziomie, zepsuł reżyser, poddając postać graną przez Kowalskiego elektrowstrząsom, a potem wieszając ją na sznurku, co zmusiło aktora do zastosowania środków wyrazów z półki „wytrzeszcz i wybałusz”. Rafał Cieszyński... cóż, jest Rafałem Cieszyńskim, więc dostaliśmy tyle, ile należało oczekiwać plus prześmieszną scenę śmierci. Faye Dunaway zagrała słabo, ale też nie miała co grać, a w dodatku została zdubbingowana przez głos kompletnie do niej niepasujący, przez co cały miało się wrażenie, że aktorka zaraz zacznie przepraszać za opóźnienie i ostrzegać, iż może ono ulec zmianie. Nie wiem, ile Zawiślak zapłacił Faye Dunaway, ale sądząc po permanentnym uchachaniu aktorki musiała być to kwota wyższa od tych, które Dunaway zarabiała w owym czasie za role główne. Których zresztą w owym czasie już nie grywała. Ewentualnie był to efekt złej pracy chirurga plastycznego.

W rolach Balladyny i Miniony wystąpiła Sonia Bohosiewicz. Próbowała – to jej trzeba oddać. Walczyła dzielnie, starała się jakoś oddzielić swoje bohaterki, skontrastować środki wyrazu, znaleźć sposób... Nie udało się. Sporo winy leży tu po stronie reżysera, który wymyślił sobie, że skoro zaczął od blacharskich tekstów głównej bohaterki, to pójdzie tą drogą dalej, odział Sonię Bohosiewicz w jakiejś obcisłe satyny i kazał jej wić się kusząco, prężyć, wyginać, a nawet wypinać, chichotać i dyszeć... Aktorka chyba źle się czuła w tym ąpluju albo też sugestie Dariusza Zawiślaka były zbyt szczegółowe i, niestety, to nie było kuszące. To było przykre, smutne i żenułowate. Taki gie-esowski erotyzm, kuszenie pana Zenka na turnusie w Ciechocinku i tu może skończę skojarzenia, bo po co ma się nam zrobić przykro. Nie. Nie i fuj. Sporo zrobiło światło i zdjęcia – ostre zbliżenie, uwydatniające każdą zmarszczkę, każdą fałdkę, każdą warstwę makijażu i każdy jego ubytek... Sonia Bohosiewicz powinna pozwać twórców filmu o naruszenie dóbr osobistych, bo przez ich nieudolność wyglądała w „Balladynie” fatalnie – od przerażającej fryzury przez zajzajerowaty makijaż po stroje. Ale wygląd to jedno, a gra to drugie – Sonia Bohosiewcz z rolą/-ami sobie nie poradziła i wypadła bardzo, ale to bardzo słabo. Pomyśleć, że to było zaledwie rok po „Rezerwacie”...

Dobra mina do złej gry

Zdjęcia – amatorszczyzna. Prowadzenie kamery – amatorszczyzna. Scenografia – amatorszczyzna. Światło – amatorszczyzna. Dźwięk – jeden z najgorszych w polskim filmie ostatniego piętnastolecia. Montaż – momentami z cieniem pomysłu, ale ponieważ takie momenty były dwa, można przyjąć, że był to czysty przypadek. Muzyka autorstwa Rafała Wnuka i Henryka Iwana – kicz, ale tak potężny kicz, że się włosy w uszach prostowały ze zgrozy. I bez znaczenia, czy były to fragmenty piosenkowe z wokalistą śpiewającym z gorącymi pierogami w ustach, czy momenty ilustracyjne z och-jakże-kuźwa-śmiesznym wykorzystywaniem klasyki. Marsz pogrzebowy Chopina plumkający radośnie w scenie... Nie, kurde Feluś, nie, szkoda czasu na wyliczanie, szkoda czasu na opisywanie tego czegoś. „Balladyna” Zawiślaka była ZŁA! Przez duże Z i duże pozostałe litery. Była tak zła, nieudolna i amatorska, że chyba nawet Mariusz Pujszo nakręciłby ją lepiej.

Dariusz Zawiślak umiejętnie podpiął się pod Rok Słowackiego, zgromadził fundusze (przydały się te wyższe szkoły handlowe), dostał nawet pieniądze w ramach programu Unii Europejskiej Media Plus (nie wiem, czy w obliczu efektów odpowiedniejsze nie byłoby słowo „wyłudził”). Miało być promowanie Słowackiego w świecie – wyszła kupa artystyczna oraz fajne wakacje w Nowym Jorku dla reżysera i paru jego znajomych ekipy.

Omijać szerokim łukiem. Chyba, że jesteście perwersyjnymi miłośnikami filmów typu „Sharknado” i tureckiej twórczości rodem z tureckiego Yesilcam.

Opinia publiczna opiniowała żywiołowo


VARIA
1. Nie wiem, ile osób obejrzało „Balladynę” Zawiślaka. Strona PISF-u nie podaje takiej informacji, co może oznaczać, że widownia nie przekroczyła 10 000 osób (od roku PISF jest litościwy i podaje frekwencję tylko od dziesięciu tysięcy wzwyż.
2. Podobno były plany, żeby film Zawiślaka puszczać na pokładzie samolotów LOT, latających z Warszawy do Nowego Jorku. Ponieważ prasa nie donosiła w tamtym czasie o przypadkach terroryzmu w polskich samolotach ani o pasażerach usiłujących wyrwać drzwi i wyskoczyć do Atlantyku – można przyjąć, że ktoś w Polskich Liniach Lotniczych obejrzał ten film i zrezygnował z pomysłu.
3. Reżyseria – Dariusz Zawiślak, zdjęcia (współ) – Dariusz Zawiślak, scenografia (współ) – Dariusz Zawiślak, obsada aktorska – Dariusz Zawiślak (policjant w Central Parku) oraz Maja Zawiślak w roli dziecka. Może nie „wszyscy mają udział w zyskach”, ale niektórzy mają go na pewno.
4. Dźwięk – Krzysztof Zalewski. Wg Filmpolski.pl był to jego przedostatni film, od 2009 roku cisza. Kostiumy dobierała Małgorzata Bursztynowicz – od roku 2009 cisza. Za scenografię odpowiedzialna była Marta Dąbrowska – po 2009 roku cisza, przerwana w 2011 roku ledwie etiudą szkolną. Autorem zdjęć był Konrad Spyra – po „Balladynie” cisza aż do roku 2012, gdy zatrudniony został przez... tadaaam!... Mariusza Pujszo przy „Komisarzu Blondzie”. Mistrz-oświetleniowiec Paweł Cichocki był jeszcze lepszy – pracował i przy „Komisarzu Blondzie” i przy Ixjanie” braci Skolimowskich. CV, że proszę siadać...
5. Wiosną 2015 Dariusz Zawiślak zgłosił się do konkursu na stanowisko prezesa TVP. „wyborcza.pl” napisała przy jego nazwisku „członek założyciel Polskiej Akademii Filmowej”, a Wikipedia podaje, że Zawiślak rzeczywiście jest członkiem PAF. Och-żeż ty w życiu... Fakt, że ktoś go do PAF przyjął można zrozumieć, zwłaszcza, jeśli ją współzakładał, ale że go po „Balladynie” nie wypieprzono z tego szacownego ciała na kopach – tego pojąć nie umiem. 
6. Film reklamowano hasłem „Historia ciemniejsza niż otchłań”. Mhm, i równie bezdenna.
7. Były cycki.
8. Za to w scenie na strzelnicy nie było ślepaków - "aktor" machał atrapą, a dźwięk robił pan Wacek przy pomocy torebki po frytkach.

Gdyby film obejrzał Juliusz Słowacki...


=============
Balladyna
2009
Czas:
89 minut
Reżyseria: Dariusz Zawiślak
Scenariusz: Dariusz Zawiślak
Obsada: Sonia Bohosiewicz, Faye Dunaway, Mirosław Baka, Rafał Cieszyński, Stefan Friedmann, Władysław Kowalski, Sławomir Orzechowski, Tadeusz Borowski, Dorota Naruszewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: chyba nie było.

1 komentarz:

  1. Jest nadzieja, że jednak szkół na to nie prowadzają ;)

    OdpowiedzUsuń