2015-08-15

Warsaw by night [2015]

„...a każdy szalet jest pełen zalet”.

W przeciwieństwie do filmu Natalii Korynckiej-Gruz, w którym zalet jest niewiele. Znaczy, dokładnie to są dwie... Nie, przepraszam jedna. Biustu Izabeli Kuny nie liczę jako zalety, bo byłoby to seksistowskie i ktoś mógłby zarzucić mi szczucie cycem. Reżyserce nikt tego nie zarzucił, bo wiadomo, że w polskim filmie biusty pokazuje się z głębokim umotywowaniem fabularno-dramatycznym i bez cycków nie dałoby się po prostu oddać ponadczasowego mesydżu, dlatego, pani Jadziu/Kasiu/Basiu, niech mi pani nie grymasi, niech się pani rozbiera i dajcie mi jeszcze jeden reflektor, żeby uwypuklić. Przesłanie, oczywiście.

Ale szalet w filmie i owszem jest.

Zajęte!

W szalecie pewnej warszawskiej knajpy, której reżyserka, broń boże, nie reklamuje i z którą na pewno nie ma żadnych związków towarzyskich, mijają się cztery bohaterki filmu. Stary numer gdy się nie ma pomysłu na jedną dobrą historię, to się film zszywa z kilku słabych i dorabia ideologię, która ma je niby połączyć w spójną ętelektualnie całość. W przypadku „Warsaw by night” zszywających ideologii też było kilka. Po pierwsze wspomniany szalet, po drugie sfiksowany filozoficznie taksówkarz, bredzący coś o bilokacji, bo żona mojego brata taki program oglądała i wie pani... Zresztą taksówkarzy było dwóch żeby było bardziej głęboko i bilokacyjnie, choć co to, panie za bilokacja, jak obaj jeżdżą na taryfie, a jeden w dodatku ma zarost? I żonę.
Trzecią ideologią zszywającą fabułę była metafora maski i ona też autorom nie wyszła.
Ale dlaczego szalet? zapytał zafrasowany Głos Wewnętrzny.
O, rany, nie wiem. Może dlatego, że to miejsce, do którego trafia każdy człowiek, zwłaszcza, gdy go przypili.
Heeeep zaprotestował pan Ignacy, oparty zgrabnie barkiem o znak drogowy i omiatający drżącym strumieniem kosz na śmieci.

Iga. Lat około, mąż, córka, siostra, ponętny szwagier i chata, że jak cię mogę. Albowiem to polski film i M-3 jest słabe metaforycznie musi być zajebiaszczy loft, najlepiej dwupoziomowy. Iga wyprawia 11-letnią córkę na kolonie.
I pamiętaj, jak będziecie wysiadać na parkingu to w lewo, w prawo, w lewo w prawo i dopiero.
Niecałe pięć minut i już wiemy, że dialogi raczej nie będą „pełne zalet”.
I teraz się skupcie: szwagier Igi jest na tyle ponętny, że czasem w wannie Iga zapomina, iż ma własnego chłopa i hehehe, wink-wink. Aliści według zeznań siostry, szwagier ma też kobitę na boku i teraz ta kobita wydzwania do siostry z pretensjami oraz „spotkajmy się o północy na rozstajnych drogach”. A że siostra Igi szlochliwa jest bardzo i ma opory, na spotkanie z tajemniczą mistressą wysyła Igę i teraz kombinuj, widzu, czy Iga wypytując mistressę o detaliczne „strzegóły” pożycia ze szwagrem, wypytuje w imieniu siostry, czy może w imieniu własnych fantazji, czy zachwala  szwagra mistressie czy swojego chłopa samej sobie i czy jej seksualny powrót w objęcia małżonka jest przejawem postawy „ależ ja mam porządnego chłopa”, czy tylko „Skoro u szwagra jestem trzecia w kolejce (if any) i HSV2 ante portas, to trudno, niech już będzie ten mój Zenek”?

A teraz polecimy Malewiczem...

Enyłej, pierwsza nowelka był strawna, Izabela Kuna dawała radę, i nawet Joanna Kulig w roli mistressy nie odstraszała (znaczy, akurat odstraszała, ale nowelka się obroniła), więc drugi epizod zacząłem przyswajać z otwartym kredytem i nadziejami.

Starsza pani odwiedzając grób siostry, widzi na cmentarzu swego eksia sprzed lat hohoho, udaje się więc jego śladem do przybytku rozpusty, w którym eksio ślini się do panienek tańczących na rurze. Konfunduje tam eksia bardzo, naciąga go na szampana w towarzystwie tancerki, funduje mu kolację z ową tancerką („Drogie dziecko, zapłacę pani dwa razy więcej niż mogłaby tu pani dzisiaj zarobić”), a w czasie kolacji znęca się nad eksiem nadal, szpile mu wbija, wypomina, że 35 lat temu rozwiódł się z nią, żeby poślubić jej siostrę bliźniaczkę i ogólnie wredna jest bardzo. Eksiowi gula lata, ale jako dżentelmen ani nie opieprzy, ani nie trzaśnie talerzem o podłogę, drzwiami o futrynę, ani nawet widelcem wrednej byłej w oko nie potraktuje... Tancerka czuje się głupio, ale skoro emerytka stawia, to niech się starsi państwo kłócą i łorewa. Widz natomiast chrząka z zażenowania, bo fabuła trzeszczy bardzo, dialogi trzeszczą bardziej, Stanisława Celińska robi co może, ale w zderzeniu z paździerzem roli może niewiele, Marian Dziędziel nawet nie udaje, że mu się chce, a grająca tancerkę Agnieszka Żulewska nie marnuje okazji pokazania się w towarzystwie dwojga „znanych i lubianych”. W finale starsza pani śpiewa o pięknie umierania z gołębiami...
Jakim pięknie? Gołębie srają i mają pchły! Głos Wewnętrzny jako rodowity krakus miał niejakie pojęcie na temat gołębi.
...i wciska tancerce pierścionek, który „jest sporo wart, mam go po siostrze”. Mina tancerki mówi wszystko: „Babciu, miało być ‚dwa razy więcej niż mogłabym zarobić’, a nie jakieś sentymentalne tombaki”.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce dzielnicy...

Epizod trzeci: Maja w knajpie z partnerem. Obok czterech buców, z czego trzech głośnych, a jeden ciamkający. Maja strzela focha (nie pytajcie, bez sensu to było strasznie), zrywa się partnerowi i rusza w miasto samotnie. Jakiś przystojny samotnik bierze ją za kurwiszcze, co Mai uwłacza. Chwilę potem za kurwiszcze bierze ją buc ciamkający...
Aścholera, a ten skąd? zdziwiła się Opinia Publiczna.
Ze scenariusza. Wzięcie za kurwiszcze przez buca ciamkającego Mai nie uwłacza i godzi się pojechać z nim „Za Niemen tam precz” i to po nocy.
Jakaś orgia? uśmiecha się w samochodzie? Morderstwo przy Cyprysowej?
Ponieważ buca ciamkającego gra Łukasz Simlat, widz wie, że a) z orgii nici, b) z morderstwa też raczej, c) będą smęty i bohater cierpiący egzystencjalnie.
Są smęty i bohater cierpiący egzystencjalnie. Potem zamiast orgii mamy płacz, zgrzytanie zębów i ruchanko, po którym buc wyrzuca Maję z domu.
Filip, nie zachowuj się tak, proszę... mamrocze Roma Gąsiorowska, zawstydzona kretynizmem dialogów, a ponieważ buc nadal „się tak zachowuje”, rzuca „Pierdol się” i wchodzi, zostawiając widza z dylematem, czy to było do niego, do buca, czy do scenarzysty.

Czwarta nowelka jest tak głupia, że nie chce mi się o niej nawet pisać. Ograniczę się do informacji, że główną rolę gra tam Marta Mazurek (będę uprzejmy: gra bardzo przeciętnie), że scenarzysta obejrzał „Życie Adeli”, że nie przeczytał natomiast podręcznika pisania scenariuszy, że w nowelce grasują rozwiązania fabularno-emocjonalne rodem z „Harlequinów” i to tych słabszych. Najfajniejsza była tragedia uczuciowa gościa w kąpielówkach: dramat miłosny i zdradę okrutną odreagował kilometrowym sprintem po lesie i zwichnięciem nogi, a kiedy zerknąłem na zegarek i ucieszyłem się, że do końca jeszcze kwadrans ciekawe jak sobie facet poradzi w Warszawie w samych gaciach... Trzask, prask, cięcie i w następnej scenie facet paradował już w pełnym umundurowaniu. Czyli w domyśle pokuśtykał z powrotem przez las, „Pardąsik, zdziro podła, że ci koituska przerywam, ale nie widziałaś moich skarpetek może? A spodni? Nie, Zenuś nie przeszkadzaj sobie, ja tylko na chwilkę...” Itede itepe. Facepalmy mieszały się z rechotem, aż do momentu, w którym wstał fabularny świt i bohaterowie zapatrzyli się weń z zadumą. Bo wtedy rechot zamienił się w jęk, a na facepalma nie miałem siły, bo ręce mi opadły.

Co on paczy?

Nijakość. Absolutna nijakość. Mielenie zgranych schematów fabularnych, nieudana żonglerka sztampami, w tym także społecznymi (jak Warszawa, to musi być upper-upper class, jak prowincja to musi być w dresie i z kompleksami, jeśli kobieta to nieszczęśliwa), koszmarne bzdety dialogowe, które nawet w latach osiemdziesiątych budziłyby zażenowanie, wykorzystywanie batalionu znanych twarzy do nabijania oglądalności, choć połowa z nich na ekranie nie ma nawet 30 sekund. Kiedyś takie chwyty stosowano w tzw. komediach romantycznych (znaczy, dalej się stosuje, ale wymyślono to już lata temu) teraz Natalia Koryncka-Gruz spróbowała nakręcić „romantyczny dramat”, ale jej także nie wyszło.

Cztery kobiety ze swoimi historiami (no, tak naprawdę to osiem kobiet), ponad półtorej godziny przed ekranem... i nic. Lekkie zainteresowanie jednym fabularnym „mykiem” z pierwszego epizodu i nic poza tym. Obojętność. Jakieś sztuczne kobiety mają jakieś sztuczne problemy, opowiadają o nich sztucznymi frazami ludziom równie sztucznym jak one same... Albo nie opowiadają, tylko obnoszą się z grymasem na twarzy i mają za złe, że fabuła ich życia jest nie taka, jak myślały, że będzie.
Ale wiesz, kino kobiece...
To nie jest kino kobiece. Kino kobiece kręci na przykład Urszula Antoniak, a w „Warsaw by night” mamy co najwyżej kino pańciowate nudną pretensjonalność z próbami dorobienia do niej dętej ideologii o deziluzji, moralitecie i „chłodnym ciosie, przynoszącym uwolnienie, uwięzionym w emocjach kobietom”. Oraz znajomych^H^H^uprzejmych krytyków, którzy zachwycą się „żartobliwym konceptem, komentarzem reżyserskim” jakim według nich miało być umieszczanie kolejnych bohaterek w taksówce. No, ludzie, litości...

On paczy, że nowy dzień wstaje, nowy dzień wstaje, noooooooowy dzień. Ona też.

Przeciętne zdjęcia w stylu „cukierek w półmroku”, muzyka tak nijaka, że jedyne, co z niej zapamiętałem to fakt, że napisał ją Aleksander Gruz (zbieżność nazwisk zapewne nieprzypadkowa), dźwięk... takie niedomówienie, bo to polski film, więc tło nie jest tłem, a brzęk kieliszka w rogu sali jet lepiej słyszalny niż ponure smęcenie bohaterów. Wisienka na torcie jest plakat kalka kopii kalki plagiatu.

Natalia Koryncka-Gruz od ośmiu lat reżyseruje serial „Barwy szczęścia”, Marek Modzelewski od ośmiu lat pisze do niego scenariusze. „Warsaw by night” to takie właśnie „Barwy szczęścia” tylko na ponuro, bo się twórcom wydawało, że jak ponuro to mądrze i z Guembiom.
Szkoda czasu.

Kelner, moja cytryna ma nogi!


VARIA
1. „Scenariusz Marek napisał w miesiąc. Cztery lata zeszły na zbieraniu pieniędzy” powiedziała reżyserka zaprzyjaźnionemu krytykowi. Może gdyby scenariusz był dopracowywany przez cztery lata, pieniądze znalazłyby się w miesiąc? Niestety, scenariusz nie był dopracowywany przez cztery lata. Podejrzewam, że wcale nie był.
2. Jedna recenzja, druga, piąta, dwunasta... Szanowni piszący: Iga nie spotyka się z kochanką swojego męża, tylko z kochanką męża siostry. Oglądaliście ten film w ogóle? I nie tłumaczcie, się, że był nudny. Był, rzeczywiście, ale omawiana kwestia to sam początek filmu i wtedy jeszcze było znośnie.
3. Podobno rolę knajpy „Warsaw” w Domu Partii  zagrały „Cuda na Kiju”. Cóż film cudem nie był, a do odwiedzin w oryginale raczej zniechęcił.
4. Duchowny prowadzący kondukt w czwartej nowelce to znany stąd i stamtąd ks. Andrzej Luter. Kolejny numer z cyklu celebryckiego, hehehe i ojacie, bo kondukt wsadzono w film kompletnie po nic. Równie dobrze mógł tamtędy jechać Tour de Pologne albo leżeć pies pogrzebany.
5. Kasę na film, poza PISF-em, wyłożyły także Mazowiecki Instytut Kultury i Mazowiecki Fundusz Filmowy. Ponieważ nie znalazłem szczegółowego jadłospisu finansowego filmu, przyjmuję (czytaj: mam nadzieję), że wkład polegał na tym, iż pierwszy podmiot wyłożył 280 000 złotych w ramach drugiego.
6. A ta jedna zaleta filmu, o której wspominałem na początku? Hmm, nie pamiętam.

Serdeczne pozdrowienia z wakacji przesyła Ziutek z dziećmy


============
Warsaw by night
2015

Czas: 97 minut
Reżyseria:  Natalia Koryncka-Gruz
Scenariusz: Marek Modzelewski
Obsada: Stanisława Celińska, Izabela Kuna, Roma Gąsiorowska-Żurawska, Marta Mazurek, Leszek Lichota, Agata Kulesza, Marian Dziędziel, Agnieszka Żulewska, Łukasz Simlat, Piotr Głowacki, Gabriela Muskała, Katarzyna Kwiatkowska, Józef Pawłowski
Dofinansowanie PISF:  2 000 000 złotych. Tyle co „Bogowie”. Których od premiery obejrzało ponad 2,2 miliona widzów. „Warsaw by night” niecałe 61 tysięcy. Pytanie o zwrot dotacji byłoby okrutne/naiwne, więc go nie zadam. Pytania o to, czy autorka dostanie kolejne dotacje również.

5 komentarzy:

  1. Bardzo lubię Pańskie miażdżąco-mielące recenzje. A Urszula chyba Antoniak ;) .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. /wstydzi się... poprawia... dziękuje/

      Usuń
  2. Jak zwykle swietne.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. http://www.filmweb.pl/person/Agnieszka+%C5%BBulewska-947273 to chyba ta pani, nie Agnieszka Żulińska?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie. Nie wiem, co mnie opętało. Wielkie, wielkie dzięki i zaraz poprawiam.
      ...
      ...
      Wiem! To przez te upały! :-)

      Usuń