2015-10-13

Niedaleko Warszawy [1954]

...czyli o dobrej hucie, złym rotmistrzu, wytapianiu planu i lekceważeniu przez Klemensiaka.

Nawet symboliczne fallizmy włączyły się do walki o Plan Sześcioletni!

Niedaleko Warszawy była sobie huta. Wyrosła z krwi i potu polskiego robotnika wyzyskiwanego przez sanacyjnego kolaboranta folksdojczowskiej proweniencji, utuczyła swojego właściciela na biedzie, nędzy i zamówieniach rządzącej ówczesną Polską militarystycznej kliki. Przyszedł jednak dzień sprawiedliwości, w którym jutrzenka swobody i bratnia armia... yyy... No, tak w skrócie to wiadomo: upaństwowienie, rady delegatów robotniczych, spowodowane krecią robotą Amerykanów obiektywne trudności, pomoc towarzyszy radzieckich, współzawodnictwo pracy, nowe kadry, nowe plany, nowe rozwiązania, nowy sekretarz POP...
Komitetu Zakładowego Partii – poinstruował Głos Wewnętrzny, który uważał w czasie seansu.

Entuzjazmem odznaczała się zwłaszcza załoga pieca numer 3, która pod energicznym przewodnictwem młodego wytapiacza Wieniarza opracowała metodę, skracającą czas pojedynczego wytopu o 20, a może nawet 25 minut, co w ciągu roku pozwalało zaoszczędzić fhój piecoroboczogodzin. Tym, że skrócenie czasu wytopu wiązało się ze zwiększonym zużyciem materiałów potrzebnych do palenia w piecu nr 3, co oznaczało konieczność zwiększenia wydobycia węgla na Śląsku i większy nakład środków na transport itede oraz itepe, nikt się nie martwił, bo nie po to wprowadzaliśmy socjalizm, żeby sobie głowę pierdołami zajmować. Grunt, że plan wytopu mógł zostać wykonany i premia leciała.

Naści wam, przodowniku, zupe regeneracyjno, a wkładke zara przyniese

Bardzo dobra stal – zgrzytał zębami pułkownik Hopkins i wraz z łysawym rotmistrzem knuć zaczął, jakby tu zaszkodzić naszej socjalistycznej ojczyźnie, jakby tu sypnąć piach w tryby Planu Sześcioletniego, kłodę pod nogi postępującego uprzemysłowienia rzucić i wsadzić kij w szprychy walki z analfabetyzmem. Nie po raz pierwszy pułkownik Hopkins knuł – na szczęście, dzięki wzorowej postawie naszych pograniczników i wsparciu towarzyszy z NRD...
Znowu wsiąkli na granicy – wzdychał pułkownik Hopkins, wspominając agentów, których wyszkolenie przecież kosztowało, a i wyposażenie też piechotą nie chodzi.
Od słowa do słowa, stanęło na tym, że rotmistrz przeniknie, wniknie i zbrodniczo dokona. Pomóc mu miał w tym dawny przyjaciel, inżynier Przewłocki w bonżurce.

Inżynier Przewłocki w bonżurce miał problem – nowa władza nie aresztowała go pod zarzutem, zostawiła mu willę z ogródkiem i garaż, i auto, i garnitur, i chyba nawet nie podsłuchiwała jego rozmów telefonicznych, ale za to permanentnie szturchała go w autorytet. Pędzący do wykonania planu młodzi robotnicy mieli jego zastrzeżenia w głębokim miazmacie, towarzysz sekretarz doradzał, jak dialektycznie omijać technologiczne „ale”...
Nikt mnie nie szanuje! – marudził inżynier – Ani Wielicki, ani Klemensiak.
W sumie trudno się inżynierowi dziwić. Pomyślcie, jak sami byście się czuli, gdyby nie szanował was nawet Klemensiak.
Opinie o inżynierze nieźle streścił towarzysz porucznik z Urzędu:
Nie okazywał zrozumienia dla gospodarki ludowej. Do świeżo kwalifikowanych kadr robotniczych odnosił się niechętnie.

Rany boskie, Bugajówna, wy jak coś powiecie, to, normalnie, mózg w poprzek...

Najbardziej niechętnie inżynier Przewłocki odnosił się do technicznej inteligencji z awansu i ze szkolenia: do Wandy Bugajówny. Trudno mu się dziwić: Bugajówna była roztrzepana, wtrącała się do wszystkiego, wytykała brak zaangażowania, błędy w obliczeniach robiła, dono^H^H^raporty do dyrekcji sporządzała a najgorsze, że nie wiadomo było, w którą stronę jej dziś odwali: raz popierała w całej rozciągłości wytopiczne innowacje Wieniarza, następnego dnia czepiała się go na potęgę, by dwa dni później „naskoczyć” na inżyniera Przewłockiego, a następnie podkulić korale i przepraszać, że szóstkę pomyliła z czwórką, a sanację z technologią.

Pamiętaj, że cały oddział na ciebie patrzy – instruował towarzysz Wielicki – My tu pchamy kobiety w górę. Musimy znosić szemrania, łamać opory – nawet wśród towarzyszy partyjnych.
Tu następowało chlipanie Bugajówny, kręcenie loczków ma palcu, grzechotanie koralami, ciupy, małdrzyki i inne odruchy bezwarunkowe.
Ja wiem, że kobietom jest znacznie trudniej – uspokajał wicedyrektor przy pomocy patronajzingu.

Ale wróćmy do zbrodniczego rotmistrza, któren przeniknął i... i rozczarował się wielce, bo inżynier Przewłocki stanął okoniem. Nie – powiada – Ja swojego technologicznego ramienia nie przyłożę do sabotażu. Towarzysze sowieccy pomagają, towarzysze antysowieccy szkodzą, stal mam taką, że niech się pogrobowcy Sławoja schowają ze wstydem, won mi z domu, ex-przyjacielu, na usługach odwetowców i ciesz się, że cię ze względu na przedwojenne brydże nie oddam w ręce odpowiednich organów
I odszedł rotmistrz, bon-motem wyklętym na pożegnanie rzucając:
Prześpię w polu jak w pies. Taka jest dola ostatnich Polaków na tej ziemi.  

Rotmistrz w trybie nasłuchu oczekuje rozkazów z Langley i Monachium

A inżynier pod wpływem strasznej prawdy o emigracyjnych knowaniach nawrócił się – dokonania Wieniarza docenił, kurs pieca numer 3 poparł, nawet z Bugajówną się pogodził:
Jutro zwołamy naradę. Sam zabiorę głos. Cóż, panno Wando, stary rutyniarz da się pociągnąć. Kiedy nieprzyjaciel naciera – trzeba równać szeregi. Zainteresujemy innych wytapiaczy. Może uda nam się przekroczyć plan... Zapalimy zielone światełko!
Zanim jednak inżynier Przewłocki zapalił zielone światełko, okrutny rotmistrz przy pomocy kapitalistycznego Smitha&Wessona zgasił światełko jego żywota
Dajcie mi trochę czasu, towarzyszu pułkowniku – powiedział towarzysz porucznik – Zbadam gruntownie przeszłość Przewłockiego. Może tam będzie tkwiła odpowiedź.   
– A może trzeba gruntownie zbadać przyszłość? Może tam tkwi odpowiedź? – odpowiedział filozoficznie towarzysz pułkownik.
Towarzysz widz nic nie powiedział – rozmyślał nad przyszłością nieżyjącego Przewłockiego.

Śledztwo trwało, Bugajówna prowadzała się z Wieniarzem...
Gdybyś nie był taki zarozumiały, gdybyś nie był narwańcem, gdybyś mnie szanował... Będziesz się starał?
Symptomatyczne, że nie domagała się deklaracji, iż Wieniarz będzie szanował – wystarczyła jej obietnica, że będzie się starał.
...a zbrodniczy rotmistrz knuł. Wkradł się w łaski starego Bugaja, dostał prace w hucie, łypał, zerkał, notował w pamięci i knuł. Tylko stara Banasiowa i młoda Bugajówna patrzyły na niego podejrzliwie.
Honoru ludzkiego nie szanuje! – marudziła Banasiowa – Za wszystko by płacił. Pieniędzmi!
Przyznam, że w tym momencie lekko się zacukałem. Rozumiem nieufność do socjalistycznej waluty, ale, kurde, czym niby zakonspirowany rotmistrz miałby płacić za wynajmowany u starej Banasiowej pokój? Jajkami, grzybami czy może – horribile dictu – w innej naturze?

Towarzyszka Bugajówna wyczuwała niebezpieczeństwo

Niechęć starej Banasiowej rotmistrz olewał, ale podejrzenia ze strony Bugajówny mogły się skończyć dla niego smutno (pamiętamy o dono^H^H^raportach do dyrekcji?). Postanowił więc rotmistrz ukatrupić Bugajównę. I tu wyszła cała nędza moralna kolaboracyjnego jurgieltnika oraz jego ogólna niezgułowatość. Niezgułowatość – bo mimo prób skutek był żaden, a nędza moralna, bo gdybyż stanął do pojedynku twarzą w twarz i przegrał, no to OK – można wybaczyć, w końcu dziewczyna pracowała w hucie, więc parę w bicepsie pewnie miała, gdybyż ją zastrzelił zza węgła – niesportowo, lecz dzięki prozie towarzyszy Machejka i Wałacha przywykliśmy, że reakcja stosuje takie metody. Ale podpalenie? Na strychu? Kamaaaan!

Towarzyszko Bugajówna, uważajcie na siebie. Wróg może was prześladować – ostrzegał towarzysz pułkownik.
Wróg zaiste prześladował – a to przy studni zdybał, a to w osobowym próbował dopaść, ale ponieważ czuły wytapiacz Wieniarz czuwał, plany wroga spełz... spełzały? spełzywały?...
Oj, Józek... Jaki ja będę miała z tobą los? – marudziła Bugajówna, nieświadoma, że młody hutnik ratuje ją przed zbrodniczymi knowaniami postsanacyjnej soldateski – Będziesz mną poniewierał jak byle czym.
Czuły wytapiacz oburzał się i zaprzeczał, że wcale, że będzie się starał szanować, jeno daj, czego-ć nie ubędzie, byś najwięcej dała, a rotmistrz czyhał... Aż wreszcie nadarzyła się zbrodnicza okazja... W celu pozbycia się Bugajówny rotmistrz wykorzystał a) ciemności, b) towarowy do Skierniewic, c) kłodę, d) Archimedesa. Huknęło, trzasnęło, chwyciła się Bugajówna za głowę, widownia jęknęła przejmująco, zachodni dyplomata błysnął z uznaniem światłami szewrolety i wydawało się wszystkim, że oto ostatnia godzina przyszła na Bugajównę i na plan kwartalny, że rotmistrz Bugajównę ukatrupił, a teraz bombę podłoży, hutę wysadzi, a potem zbiegnie na Zachód, by judaszowe srebrniki przepijać na Tajmskłer w towarzystwie niejakiego Andersa i jego białego konia.

"Nad wszystkim czuwają gospodarze domu - nie dadzą oni krzywdy zrobić nikomu"

Ale nie z naszo młodzieżo takie numery, Brunner! Bugajówna dostała co prawda kłodą, którą rotmistrz wystawił z pędzącego pociągu, zemdlała na chwilę… ale tylko na chwilę. Nawet pogotowia nie trzeba było wzywać – wystarczyły nosze i pielesze, by doszła do siebie, a w międzyczasie zidentyfikowała rotmistrza jako rotmistrza i udaremniła mu zdradziecką dywersję.
W tym nasza siła – w naszej ludowej aktywności – tłumaczył towarzysz sekretarz hutnikom – Wyście skracali godziny wytopu, a Bugajówna skracała godziny śledztwa.
Przechodzimy do sprawy planu – zadysponował.
W sprawie planu: mamy wszelkie możliwości... – mamrotał dyrektor z okiem gorejącym entuzjazmem – ...aby z końcem kwartału... to zależy tylko od naszego wysiłku... aby z końcem kwartału.
Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Stalinogrodzie cięła od ucha poemat zaangażowany, wytapiacze przekraczali kolejne normy, kominy dymiły, huta produkowała, Polska czekała na stal, a ekipa filmowa na wypłatę.

Ni pies, ni wydra, szczerze mówiąc. Niby produkcyjniak, ale z tyloma dygresjami, że pod względem ideologiczno-programowym „Dwie brygady” biją go na głowę, że o „Gromadzie” nie wspomnę. Niby sensacja, a więcej tu romantycznych stękań Wieniarza do Bugajówny i trzepotania rzęsami w odwrotną stronę niż dywersji, sabotażu. Niby zaangażowanie w nową rzeczywistość i postępowe idee, a sensowniejsi od robotniczej młodzieży (reprodukujących małomiasteczkowe wzorce społeczne – zwłaszcza Bugajówna leciała stereotypem panny na wydaniu), okazują się starzy wypróbowani towarzysze sprzed wojny i stara Banasiowa, uosabiająca przedwieczną mądrość ludu. Ba! Nawet inżynier w bonżurce jej momentami sensowniejszy niż rozmemłana Bugajówna w koralikach. Oczywiście, zasady gatunku są jakoś tam zachowane, ale w czasie oglądania nie mogłem się pozbyć wrażenia, że poza nielicznymi wyjątkami ekipa tak naprawdę nie miała do swojego dział serca, a kręciła, bo... nie wiem? Kazali? Plan trzeba było wykonać? Pieniądze były potrzebne? A może to zła cenzura wcięła się w pracę kolektywu, pocięła jej efekty i wypaczyła obraz? Nie wiem, nie dociekam, tak sobie tylko narzekam, bo 108 minut to godzina czterdzieści i czasu na różne rewizjonistyczne konstatacje miałem aż nadto.

Cindy Crawford to on nie jest...

Scenariusz nierówny pod względem poziomu i pod względem konstrukcji, z dziurami, z niekonsekwencjami, z rozwiązaniami momentami wręcz głupawymi. Oczywiście, wszystko ujęte było w ram socrealistycznego kanonu: klub robotniczy był czyściutki i pełen atrakcji, stołówka serwowała obiady smaczne, zdrowe i posilne (ech, panie roznoszące i nalewające zupę nie chochlą z wielkiego gara, tylko z aluminiowych kubków – sam jeszcze pamiętam taką stołówkową instytucję), czytelnia wyposażona w najnowsze prace z dziedziny i nic to, że miejsc tak mało, że trzeba się dzielić stolikiem – przecież to tylko świadectwo wysokiej frekwencji, która z kolei jest dowodem pędu klasy robotniczej do fachowej wiedzy. Ciekawe było natomiast końcowe rozwiązanie samokrytyki Bugaja, bo mam wrażenie, że szło lekko pod prąd ówczesnym trendom fabularnym. Do tej pory bowiem ktoś, kto przechodził na Czerwoną Stronę Mocy i składał samokrytykę, spotykał się z rozgrzeszeniem, poklepaniem po ramieniu, pełnym empatii: „Możeś i był bucem strasznym, ale skoroś przejrzał na oczy, to witaj w naszym socjalistycznym pochodzie, naści szturmówkę i zaśpiewajmy coś rewolucyjnego”. Tymczasem w „Niedaleko Warszawy” Bugaj się kaja, błędy wyznaje, poprawę obiecuje, a starzy towarzysze zamiast przebaczyć, jeszcze mu dokładają, wypominają, zawstydzają i w ogóle zachowują się wrednie. Czyżby w 1954 roku władza czuła się już na tyle mocna, że nie zależało jej na propagandowym przyciąganiu zwolenników czy może uznała, że kogo miała przyciągnąć, to już przyciągnęła, a teraz nie podskakiwać, robaczki i nie odchylać się prawicowo ani wędkarsko?

Na plus muzyka Witolda Krzemieńskiego, choć niekoniecznie dlatego, że to wielkie dzieło, rozwiązaniami formalnymi bijące widza po twarzy i wyrywające go z estetycznego kręgu Edwarda Ciukszy czy Jana Cajmera. Ot, solidna robota kompozytorska, forma i treść typowa dla czasów, żadnych szałów, ale w międzyczasie obejrzałem kilka polskich filmów z lat 2013-2015 i tam muzyka była tak obrzydliwa, że symfoniczne ilustracje do „Niedaleko Warszawy” jawią się jak skrzyżowanie Beethovena z Szostakowiczem.

Wartości z wartościami zawsze się jakoś dogadają...

Aktorsko nędznie, nawet z poprawką na ówczesną konwencję gry. Urszula Modrzyńska nie bardzo wiedziała, czy ma grać Bugajównę w wersji scenarzysty (dziarska hutniczka, biceps napięty, oko wbite w jasną przyszłość polskiego przemysłu), czy reżyserki (oj, takam, wiecie, Wieniarz, roztargniona, bo wy tak tą szuflą do pieca, męsko i w pocie klaty wątłej, a mnie, wiecie, już chyba pora do zamęścia), Jan Żardecki w roli Wieniarza był kompletnie nijaki i szkoda, że w jego roli nie obsadzono Adama Kwiatkowskiego (dostał epizodzik i nakrył głównego amanta czapką). Feliks Żukowski tym razem nie zagrał zaangażowanego sekretarza, tylko trochę safandułowatego Bugaja, którego omotał zły rotmistrz i wypadł całkiem sympatycznie, choć wyszła z niego „przedwojenna szkoła teatralna”, bo zamiast weterana strajków i konspiry wyszła mu postać jak z Fredry. Ignacy Machowski w roli sekretarza partyjnego poleciał drętwą sztampą i przegrywał z duetem Stefan Śródka + Witold Grotowicz. Stanisław Woliński (Protazy z przedwojennego „Piętro wyżej”) i Stanisław Jaworski zagrali epizody, ale zapadające w pamięć, Adolf Chronicki w roli młodszego ubeka był nędzny, a Igor Śmiałowski w roli starszego ubek – pocieszny. Inżyniera Przewłockiego odegrał Zdzisław Mrożewski, ale głównie prezencją – wysoki, przystojny, noszący bonżurkę jak Stanisław Mikulski mundur, no, po prostu wzór sanacyjnego inżyniera. Niestety, od czasu do czasu musiał coś powiedzieć lub zagrać i wtedy już tak wesoło nie było – było smutno, sztucznie i podręcznikowo.

Złego rotmistrza zagrał Ludwik Benoit i to chyba nie był dobry pomysł. Znaczy, aktor się starał, momentami grał nawet nieźle, miny strzelał, antypatię w widzu należną budził, ale... Ludwik Benoit w roli spiskującego rotmistrza? Nie domagam się żeby to od razu musiał być zimny, aryjski zaprzaniec na podobieństwo Andrzeja Łapickiego, Jana Świderskiego czy Witolda Pyrkosza z „Cienia”, ale Ludwik Benoit? Naprawdę? I nie, nie dlatego zgłaszam „ale”, że mi się Ludwik Benoit kojarzy z karczmarzem z „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” (bo przede wszystkim kojarzy mi się z „Proszę słonia”). Po prostu nie konweniuje mi to nader – wachmistrzsrogiLuśnia, podporucznik ewentualnie, ale rotmistrz? Przecież to tak, jakby Jerzemu Zelnikowi kazać grać Zdzisława Kręcinę. Nie i już.

Nie warto. Nawet plusy ówczesnej propagandowej wymowy i nowomowy oraz Ludwik Benoit z wędką nie przeważają nad minusami przeciętności wykonania.

W atmosferze wzajemnego zaufania postawiono tezę i położono nacisk na bazę...


Varia
1. Scenariusz napisał Adam Ważyk. Ten Adam Ważyk. Kilka lat wcześniej biegał w mundurze i z rewolwerem, wprowadzając nowy ustrój, teraz pisał propagandowe gnioty, a niecały rok później opublikował „Poemat dla dorosłych”. Nie można było tak od razu?
2. W roli pułkownika Hopkinsa wystąpił Zygmunt Chmielewski – znany i lubiany aktor przedwojenny, m.in. ojciec Lucyny Bortnowskiej z „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934). Zagrał złośliwie – jego postać miała być wredna i budzić niechęć, a była jowialna, a nawet sympatyczna.
3. W scenie w klubie, gdy Wieniarz zwisa nad barem, epizodzikiem barmanki zadebiutowała Wiesława Mazurkiewicz. Już wtedy prezentując swoją specialité: powłóczyste spojrzenie, lekko podniesioną brew, intrygującą barwę głosu...
4. W czołówce pojawia się mapa okolic Warszawy z wbita chorągiewką. Że niby tam ma być huta? Na lekki zachód od Płońska? Niestety, nie znalazłem.
5. Nie, nie doszukiwałbym się żadnych podobieństw/odniesień do postaci Witolda Pileckiego. Oczywiście, jeśli ktoś chce,  to może sobie poparalelizować w ten sposób, ale IMHO z wielu względów byłaby to gruba przesada.
6. Biblioteczka w gabinecie pułkownika to dokładnie ten sam model, który przez lata stał w naszym krakowskim małym pokoju. Nie, nasza nie z UB – nasza z sądu grodzkiego. Kto wie, może ta ubecka też.

Widzicie, Banasiowa? Znowu psiajuchy stonkę zrzucają.


============
Niedaleko Warszawy
1954
Czas:
108 minut
Reżyseria: Maria Kaniewska
Scenariusz: Adam Ważyk
Obsada: Urszula Modrzyńska, Ludwik Benoit, Feliks Żukowski, Zdzisław Mrożewski, Jan Żardecki, Stanisława Perzanowska, Wiktor Grotowicz, Halina Billing, Ignacy Machowski, Stefan Śródka, Igor Śmiałowski, Adolf Chronicki, Zygmunt Chmielewski i inni.