2016-01-27

Złoto [1962]

Teraz opłacają się kury.
W przeciwieństwie do gruźlicy.

Edzio profilaktycznie wcinał rosołek.

„Złoto” jest dziwnym filmem. Badacze i fascynaci twórczości Hasa często o nim zapominają lub pomijają w analizach, bo im do głównych tez nie pasuje, część widzów, widząc dźwigi i taśmociągi, wpycha film na półkę z napisem „produkcyjniak”, niektórzy wzruszają ramionami i pytają o co tu w ogóle kaman i dlaczego Barbara Krafftówna wygrała z Elżbietą Czyżewską. Ale „Złoto” poza tym, że jest filmem nieco dziwnym, jest także filmem bardzo hasowskim.
Pleonazm – mruknął Głos Wewnętrzny.

Kajtek ucieka – trzepnął kogoś samochodem i zbiegł z miejsca wypadku. Trafia na koniec świata, a dokładnie między Turoszów a Bogatynię: kopalnia odkrywkowa, elektrownia, hałdy, dziury w ziemi, maszyny jak żelazne dinozaury i jak to na każdym Dzikim Zachodzie: zbierania typów i typków ludzkich spod ciemnej gwiazdy, spod jasnej gwiazdy, z księżyca i z całego świata: na hałdzie puzoni sobie pan Edzio, przyodziany w trampki operator górogryzarki leci Vilionem, jego kolega opowiada o matadorze Manolette, kelner ma wrzody, kelnerka ma oko do ludzi i figurę, że proszę siadać, a kierowca wywrotki zjada wszystko, co podejdzie mu pod rękę, bo długo siedział w Auschwitz i postanowił nadrobić zaległości. Są też trzy piękne Gracje: „Judy, Mary i Doris, tańce egzotyczne i charakterystyczne”, łysawy łabędzi puszek robiący szemrane interesy oraz geolog Piotr z gruźlicą, misją i niesympatyczną żoną. 

Kurosawa - wersja przemysłowo-bezdeszczowa

Główny bohater nie może się zdecydować, czy chce znaleźć swoje stałe miejsce na ziemi, czy to tylko jakiś etap w podróży/ucieczce, geolog Piotr usiłuje go sobie przysposobić na wiernego giermka łamane przez syna
– To brzydkie, chropowate to granat. A to akwamaryn (...) Dopiero kiedy dostaną szlif, stają się piękne. Ich cena to właściwie wartość pracy szlifierza. Są tanie, bardzo tanie. 

Szlifuje więc Piotr Kajtka uporczywie, żeby przed gruźliczym skonem do tytułu inżyniera, dodać sobie także sprawność inżyniera dusz, szlifierza ludzi, a Kajtek uporczywie staje okoniem, bo go przeszłość w plecy swędzi. Przy barze zmieniają się warty honorowe kolejnych nieudaczników, pani Zosieńka nalewa im kolejne setki albo nie nalewa, bo okiem fachowym potrafi stwierdzić, że klient ma już dość i na weltschmerz lepiej mu zrobi talerz rosołu, puzonista Edzio ma nadzieję, gość w koszuli w kratkę nadziei nie ma i nie ma jej tak bardzo, że z tego niemania deklamuje wiersze Marcina Świetlickiego...
Przecież kiedy kręcono film Świetlickiego jeszcze na świecie nie było –  zauważył Głos Wewnętrzny.
No, proszę – cały Wojciech Jerzy Has i jego zabawy czasem filmowym oraz czasem rzeczywistym, jego zdolność do kreacji światów i poezji...

W końcu pojawia się archanioł Gabriel i wszystko kończy się dobrze: panowie znajdują panie, panie znajdują panów, Edzio jedzie na tournée, wrzody kelnera zaprzyjaźniają się z nim i mruczą mu słodziutko do uszka, Kajtek bzyka Zosieńkę, a przeszłość przestaje być garbem, garbem zaczyna być przyszłość.
Jak to „dobrze się kończy”? – jęknęła Opinia Publiczna – Przecież inżynier krwią serdeczną ziemię zrasza i ducha wyzio... wyzionowuje?... wyziewa?
Ale ponieważ przez cały film truł strasznie, a ja bywam bardzo cyniczny, odbieram ten zgon w kategoriach scenariuszowych i nie tylko nie robi na mnie wrażenia, ale wręcz drażni egzaltacją.

Egzaltację leczymy przy pomocy precyzyjnie odmierzonej dawki

Dialogi – Bohdan Czeszko, więc wiadomo czego się spodziewać: dwudniowy zarost na twarzy, zmęczony wzrok, skrzywiony kącik ust i chłodne bon-moty odpędzające natrętów. Okresowo błysk w oku i zaangażowanie w rzeczywistość lub w kobietę. Taki trochę Hłasko na etacie albo Philip Marlowe w berecie. W „Złocie” udało się Bohdanowi Czeszko znaleźć balans między młodzieńczą pozą Kajtka, a doświadczeniem barmanki, między nierzeczywistością dialogów o wyspach Hula-Hula i poezji Villona, a dyskusją o niedostarczonej żarówce, zgrabnie splatał główne dialogi, ozdabiał krótkimi smacznymi i zapadającymi w pamięć epizodami, tylko geolog Piotr mu nie wyszedł, Piotr był dęty strasznie. Postać bardzo nieźle się zaczęła, ale im dalej w film tym bardziej w dydaktyzm obrastała, aż się chciało powtarzać kajtkowe „Co mi tam będziecie w ucho pluli”.

Spójrz, na to miejsce przyszli ludzie z miast, miasteczek, z zatabaczonych wsi. Robią tu coś z niczego. Wielu jest podobnych tobie, takich, którzy nie chcieli się na coś zgodzić. Oni jeszcze dzisiaj nie odczuwają radości i dumy, ale kiedyś kiedy ktoś wypowie przy nich nazwę tego miejsca, to powiedzą, na pewno powiedzą: „ja to robiłem”. Myślisz, że dla nich to będzie bez znaczenia?
Potem jeszcze było budowanie niezauważalnego, atom ludzkiej wspólnoty, struktura kryształu i OK, rozumiem, że w 1961 roku taka poetyka była na miejscu i na czasie, a na prawdziwy Dziki Zachód nie można było liczyć – „Prawo i pięść” powstało trzy lata później i rozgrywało się jednak w scenerii wciąż-wojennej, a nie w czasie budowy zrębów i stawiania podwalin. Rozumiem, po co scenarzyście i reżyserowi była taka a nie inna postać Piotra, ale w zestawieniu z resztą filmowego świata jego mowy zgrzytały mi bardzo.

Błotnik się panu telepie!

Obraz. Telewizyjna kopia jakość ma, jaką ma i oglądanie jej dziś może trochę uwierać w oczy, ale to, co najważniejsze, da się zauważyć: operowanie światłem, kontrastowanie planów i zderzanie wielkich przestrzeni kopalni odkrywkowej z klaustrofobicznymi, zagraconymi wnętrzami, operowanie wystudiowanym, tworzącym klimat kadrem i żeby było zabawniej, mocniejsze są właśnie kadry kopalniane – budowanie nastroju w dialogu bohaterów to poniekąd elementarz: tu światło, tam cień, tu zbliżenie, tam cięcie, ale w „Złocie” znacznie efektowniejsze są ujęcia plenerowe: pracujące na dnie wielkiej niecki maszyny, przypominają walczące ze sobą okręty, „pasące” się dinozaury czy jakieś gigantyczne pająki. Ciekawie jest też skadrowana ostatnia scena – gdy Kajtek odbiega od ciała Piotra, dzięki ustawieniu kamery można odnieść wrażenie, że jedna z tych gigantycznych maszyn-pajęczyc wyłazi właśnie z kopalnianej niecki, wyrywając się na wolność. Czy jest na sali jakiś filmoznawca, który by mi to ujęcie przerobił na zgrabną metaforę z odniesieniami? Mnie nic do głowy nie przychodzi, a szkoda, żeby się pomysł zmarnował... Dla ułatwienie dorzucę spostrzeżenie, że w tej scenie Kajtek zbiega do wykopu, z którego "wydobywa się" maszyna.

Tak czy owak –  zdjęcia i kadry na plus. Widać zrozumienie reżysera i ekipy zdjęciowej. Stefan Matyjaszkiewicz pracował z Hasem przy „Wspólnym pokoju” i „Rozstaniu”, a wkrótce – wraz z operatorem Zdzisławem Parylakiem (też pracował przy „Rozstaniu”) – nakręcą z nim „Jak być kochaną”.

Alegoryczne króliki sugerują metaforycznie

Sceny kameralne, ich układ i scenografia to cały Has przeszły i przyszły, autocytaty i zapowiedzi w jednym. Mamy typowy dla niego motyw lamusowy, mamy zagracony strych, mamy zakurzone klatki, przekrzywione ramy, wypchane ptactwo, nawet tykający zegar mamy. Motyw zagracenia przechodzi też do dialogów – geolog Piotr porównuje swoje badania do buszowania po zagraconym strychu.
– A lustro? Głos Wewnętrzny uważnie oglądał filmy Hasa.
I lustro, i okno – też kanoniczne hasowskie motywy. Zwłaszcza lustro w knajpianym wucecie, lustro, w którym widać niekoniecznie to, co być w nim widać powinno (oraz niekoniecznie tego, kogo).

I bar, oczywiście – nie bar-budynek, ale bar-lada, dzieląca ekranową przestrzeń na wypełnione kimś-tam kulisy, bar-scenę na której bohaterowie odgrywają nam swoje dramaty i komedyjki oraz na widownię czyli nas, widzów. Bar będący mocnym nawiązaniem do „Pętli”, tym mocniejszym, że przecież siedzi przy nim Tadeusz Fijewski i topi w gorzale zmęczenie życiem. Ba! i w „Pętli”, i w „Złocie”, Fijewski gra muzyka, ale o ile w „Pętli” „nie był już najlepszym saksofonistą w tym mieście”, o tyle puzonista Edzio w „Złocie” „jest straszny klezmer –  jak Edzio gra, to świat się śmieje”.

Takich charakterystycznych dla Hasa motywów/nawiązań jest w filmie całe mnóstwo: pierwsza scena to niemal powtórka początku „Rozstania”, rozmowa z trzema gracjami na szosie bardzo przypomina jedną z pierwszych scen „Pożegnań”, gdy w Ogrodzie Saskim Paweł rozmawia z „kobietami pracującymi”, awantura przy czytaniu Londona musi wywoływać skojarzenia z atmosferą „Wspólnego pokoju”, a z kolei... E, wiecie co? Sami szukajcie, to jest blog, a nie monografia twórczości WJH, a ja nie będę wam odbierał przyjemności. 

Oko, Kajtuś, tak musisz mieć wyczulone na niuanse.

A czas? – zapytała Opinia Publiczna, pamiętając rolę czasu w filmach Hasa i zastanawiając się, jak reżyser rozwiązał to w ąturażu kopalnianym.
Reżyser rozwiązał to ludźmi – ekranowy czas płynie sobie spokojnie od-do, z lekkimi przeskokami, żeby nie spowalniać akcji, ale opowieść „łamana” jest przeszłością, raz ścigającą Kajtka, innym razem wjeżdżającą w środek rozmowy o Londonie odniesieniem do auschwitzowskiej „Kanady” czy „pobycie za drutami”, obecnym w opowieściach, a przede wszystkim w stanie zdrowia Piotra

Aktorsko – ekstraklasa. Władysław Kowalski gra znakomicie (i nie ma już tego koszmarnego makijażu, jakim wytapetowano go w „Rozstaniu”), Barbara Krafftówna jako barmanka, twórczo wykorzystuje graną niedawno w „Nikt nie woła” postać Niury i zapowiada Felicję z „Jak być kochaną”, Elżbieta Czyżewska jest urocza i smutna, Tadeusz Fijewski... cóż, ahistorycznie można powiedzieć, że Tadeusz Fijewski jest jak Janusz Gajos, który zawsze jest Januszem Gajosem i za każdym razem lubimy go bardziej – Tadeusz Fijewski jest po prostu Tadeuszem Fijewskim i to wystarczająca gwarancja jakości. Jedną ze swoich najlepszych ról zagrał Adam Pawlikowski, rewelacyjny drugi plan zagrał Aleksander Fogiel, Zdzisław Maklakiewicz zasłużył na Oscara za epizod, a jeśli ktoś przyjrzy się uważnie jego mimice i badylengłidżowi oraz wsłucha się w intonację, to... no, kto zauważył?
Andrzej Chyra! – ze zdziwieniem skonstatował Głos Wewnętrzny.
A ino – toczka w toczkę, gest w gest, pauza w pauzę. Albowiem jak mawiał Ben Akiba – „wszystko już było”.

Dobrze było, panie reżyserze, czy powtarzamy?

W tle sporo ciekawych mignięć: Krzysztof Litwin, Jan Kobuszewski, Jerzy Turek, Zbigniew Wójcik w swoim drugim i ostatnim filmie, Wojciech Siemion, w charakterze kelnerki – donna Inez Moro czyli Jadwiga Krawczyk, druga żona reżysera. Sam Wojciech Jerzy Has także pojawia się na ekranie – jako milicjant podaje ogień Kajtkowi, łypiąc nań podejrzliwie.

Problem mam z grającym geologa Piotra Krzysztofem Chamcem – początek filmu miał świetny, ale potem było już coraz gorzej i to chyba nie tylko wina samej roli czy dialogów, czasem Krzysztof Chamiec grał bardzo „szkolnie”. Zresztą jakoś nigdy nie potrafił mnie do siebie przekonać – ekranowo w każdym razie, bo w teatrze radiowym Krzysztof Chamiec rządził i wymiatał, był jednym z tych aktorów, którzy urodzili się, by grać „w wydaniu dźwiękowym” i do dziś jestem w stanie wymienić wiele jego radiowych/dubbingowych ról. (m.in. w „Kochałam Tyberiusza” Elisabeth Dored  czy „Szusie” Irvina Shaw).

Muzyka Lucjana Kaszyckiego bardzo dobra, barowa melodyjka w ucho wpada i mózgu się czepia, a scenografię i kostiumy przygotowywał Jerzy Skarżyński – obaj panowie należeli do stałej ekipy hasowskiej: Lucjan Kaszycki zrobił z WJH „Pożegnania”, „Wspólny pokój”, „Rozstanie”, „Złoto” i „Jak być kochaną”, a Jerzy Skarżyński „Wspólny pokój”, „Rozstanie”, „Złoto”, „Rękopis...”, „Szyfry”, „Lalkę” i „Sanatorium pod klepsydrą”.

Na pewno wciąż można, a moim zdaniem warto.

Nie dość, że chcesz nam podwędzić stówkę, to pewnie jeszcze pijesz Ciechana


Varia
1. Scenariusz oryginalny, co warto zauważyć, bo przecież wszystkie poprzednie i kolejne filmy Hasa to adaptacje literatury.
2. Wojciech Siemion czyta książkę Londona „Złota dziura”. Szukałem, co by to być mogło i znalazłem po cytatach. „Szczerozłoty kanion”. Od razu przypominało mi się  „Bellew Zawierucha” vs „Krzych Kurzawa”.
3. Dyskusja o motocyklach „Junak, chłopie, tylko Junak! Mocniejszy od Jawy. Czterotakt, braciszku. I pojemność jaka – 350 kubików!”
350 kubików? Dżizas, co to za monstrum wielkości stodoły? Nawet w „Mad Max: Road of fury” jeździli mniejszymi.
4. Wykonującą muzykę Lucjana Kaszyckiego krakowską orkiestrą Polskiego Radia dyrygował Stanisław Has. 9 lat starszy od Wojciecha Jerzego, też urodzony w Krakowie... Internet, oczywiście, milczy, biblioteki daleko, ale stawiam, że to rodzina i kto wie, może nawet bliska. Brat? Ktoś wie i może poratować informacją?
5. Kawiarnia Roma naprawdę istniała – znajdowała się w Bogatyni, w budynku dawnej karczmy przy ulicy Armii Czerwonej (budynek podobno już nie istnieje), a tuż przy niej rzeczywiście przebiegała trasa kolejki wąskotorowej.

Ach, gdzież są niegdysiejsze filmy...

===========
Złoto
Premiera: 26.10.1962
Czas: 91 minut
Reżyseria: Wojciech Jerzy Has
Scenariusz: Bohdan Czeszko
Obsada: Władysław Kowalski, Krzysztof Chamiec, Barbara Krafftówna, Adam Pawlikowski, Elżbieta Czyżewska, Tadeusz Fijewski, Zdzisław Maklakiewicz, Aleksander Fogiel, Wojciech Siemion i inni.

2016-01-20

Dzień dobry, kocham cię [2014]

Czyli przygody butelek w świecie samochodów i odwrotnie.

Żeby nie reklamować butelek, znieczulacz zaaplikowałem sobie w szklankach.

Warszawę zamieszkiwały butelki kwasu chlebowego i samochody. Butelki dzieliły się na pełne i napoczęte, a samochody dzieliły się na te, których producenci zapłacili więcej, więc było ich więcej i na te, których producenci zapłacili mniej, więc było ich mniej. Butelki zazwyczaj stały, samochody zazwyczaj jeździły, a pośrodku widniał plac Grzybowski i lansował się nachalnie.

Eeee, panie Rysiu, a gdyby dodać tu jakichś aktorów? – zapytali sponsorzy – Jakąś fabułę może?
Po co? – zapytał reżyser – Aktorzy kosztują, scenarzyście też trzeba zapłacić...
Pilnować trzeba, żeby nie było niekonsekwencji, żeby była spójność – wtrąciła absolwentka policealnego studium scenariuszowego.
Wzrok reżysera wyrażał bezbrzeżne zdumienie garnirowane rozbawieniem.
Aktorzy przekładają się na wskaźniki – tłumaczyli sponsorzy – Sprzedawalne nazwisko sprzedaje popytaną podaż, a kto pójdzie na film o stojących butelkach?
Aha, że w teeeeeen sposób... – załapał wreszcie reżyser, któremu było wszystko jedno, kto pójdzie, bo w kontrakcie miał konkretną, tłustą kwotę, a nie procent od wpływów – Ciekawy pomysł. Dobra, spróbujmy z aktorami. Tylko, żeby nie było ich za wielu, bo się zaczną widzom z butelkami mylić. 

Z zawodu - aktor, z charyzmy - butelka.

Ekipa zaczęła burzę mózgów. Po dwóch godzinach szkielet fabuły był już gotowy: jest on, jest ona, kochają się i mają przygody.
Sponsorzy bardzo się ucieszyli i do roli onej zasugerowali Barbarę Kurdej-Szatan.
W czym ona grała? – zdziwił się reżyser.
W „Barwach szczęścia”, w „M jak miłość”...
A w „Na dobre i na złe”? – zainteresował się reżyser, który udzielał się w tym serialu w chwilach wolnych od „Graczyków”.
Raz. Ale za to w „Plebanii” dwa razy – poinformowała ekipa.
Przede wszystkim grała w reklamówce Playa – ucięli temat sponsorzy.

Onego dobrano według ładności, przyjaciół onego i onej dobrano według dostępności w kalendarzu, Mariana Dziędziela wzięto, bo Mariana Dziędziela wszyscy lubią.
Dziadek i babcia by się przydali jacyś – mruknął reżyser.
Onienienienienienie! – zaprotestowali Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski, którzy już parę razy pracowali z reżyserem w tym charakterze i mieli dość.
Panie Rysiu, Lipińska? – sponsorzy spojrzeli na reżysera z politowaniem – Kowalewski? Znowu? Naprawdę? Kto to kupi? Kto na nich coś jeszcze sprzeda?
Krystyna Mazurówna! – podrzuciła dziewczynka z tacą pełną szklanek kwasu chlebowego, bo właśnie dotarł transport z magazynów sponsora – Ta od taneczcznych szołów. Z włosami.
Sponsorzy spojrzeli na dziewczynę z uznaniem i zaproponowali jej bezpłatny staż w dziale marketingu.
Dobrze, kochani, dobrze, ale bierzmy się do pracy, bo czas to pieniądz i przez te cztery godziny złotówka straciła na wartości – zaniepokoił się reżyser i sięgnął po komórkę.
Krysia? Rysio. Krysiuchna, grasz u mnie w filmie... Nie wiem, w jakim filmie, on się pisze dopiero. Komedia chyba. Grasz babcię, wymyśl sobie rolę na dwa wejścia i trzy zdania, dobrze?... Całą rolę, z dialogami... Za tydzień coś sobie nakręcimy. I dziadka sobie jakiegoś znajdź... Nie, góra jedno zdanie... I żeby nie był drogi... Nie, no, oczywiście, że nas stać... A lubisz kwas chlebowy?... O, to się dobrze składa. Ciao.

Do każdej butelki potrzebna jest nakrętka...

Reżyser rozłączył się i z szerokim uśmiechem zwrócił się do księgowej.
Pani Zosiu, pani wpisze w umowy aktorskie, że 60 procent wynagrodzenia pokrywane jest z budżetu filmu, a 40 procent z budżetu reklamowego sponsorów...
Stan sponsorów mieścił się między apopleksją, a „Hej, Serwacy, daj gwintówkę!”...
Kiedy się będą targować, to pokaże im pani logo tych od samochodów...
Sponsorzy samochodowi rwali krawaty i guziki.
...ale jak przyjdzie co do czego, to wypłaci im się w naturze kwasem chlebowym – zachichotał reżyser.
Nie samochodami? – upewniali się sponsorzy samochodowi.
Samochodami to mnie – wyjaśnił reżyser – W filmie przewidziane są cztery wasze samochody, wezmę jeden, oczywiście dużo taniej, bo zużycie itede, a resztą to już normalnie, przelewem.
Sponsorzy samochodowi odetchnęli z ulgą, sponsorzy kwasowi zrobili kwaśne miny, ale po dwugodzinnych negocjacjach podpisano porozumienie, w myśl którego butelki miały być prezentowane trzy razy częściej niż samochody.

No, kochani, kręcimy – zaordynował reżyser – Pani Basia się uśmiecha, pan... yyy... pan?...
Aleksy – przedstawił się aktor.
No, trudno... – westchnął reżyser – Pan Aleksy ma być ładny. Pan Paweł niech robi, co chce, bo ja na pana rolę pomysłu nie mam, a scenarzystkę mi porwali na staż. Pani Olga...
Tu reżyser przerwał i osłupiałym wzrokiem popatrzył na Olgę Bołądź.
Pani Olgo, a pani co tu?... Rany boskie, dlaczego oni panią... Podpisała już pani umowę?
Olga Bołądź kiwnęła głową.
Ajajaj, to już nic się nie da zrobić – lamentował reżyser – No, trudno. Niech się pani stara nie rzucać w oczy, a my coś wymyślimy. 

Wymyślili... gwiazdki na czole. Co za ajnsztajny!

Praca nad filmem ruszyła z kopyta. Aktorzy wpadali na plan z własnymi pomysłami na postaci i dialogi, a ekipa akceptowała wszystko, skupiona w eksponowaniu butelek i samochodów. Dochodziło nawet do przypadków, gdy aktorzy grający ze sobą w jednej scenie, razem uzgadniali jej kształt i kolejność zdań, ale zdarzało się to rzadko, zazwyczaj nikt sobie głowy takimi niuansami nie zawracał.
Stop! Cięcie! Jeszcze raz! – wołał reżyser.
Coś źle zagrałam? – załamywała ręce aktorka – Nie wydobyłam głębi? Nie umotywowałam psychologicznie?
Że co? – dziwił się reżyser – Ależ co mi pani głowę zawraca! Butelki źle skadrowaliśmy, poprawić proszę i robimy dubla.

Po miesiącu film był gotowy, kolejne dwa tygodnie zajął montaż, w wyniki którego z fabuły wypadło szesnaście scen, dwa punkty zwrotne, trzy sceny erotyczne i dwudziestu dwóch statystów aktorów, ale za to mogliśmy zobaczyć dwanaście dodatkowych scen z butelkami, dwie z placem Grzybowskim i sześć z samochodami.
Jeszcze my! Jeszcze my! – poprosili producenci telewizorów.
Ale jak? Gdzie ja was wcisnę? – zżymał się reżyser.
Już zapłacili – szepnęła księgowa.
OK, dobra, jakoś się zrobi... – reżyser podrapał się w potylicę – Panie Pawle, pan weźmie to pudło i pokręci się trochę przed kamerą.
Że niby taki zapracowany jestem, dźwigam, przeprowadzam – domyślił się aktor.
Nie, żeby było widać logo producenta – wyjaśnił reżyser.

Kadr zawiera lokowanie szczękościsku.

Po skończonej produkcji film przejął dział marketingu i sprzedał go 610 tysiącom widzów za ogólną sumę 11 115 488 złotych, co daje 18 złotych i 20 groszy od widza. Rispekt. Wszyscy byli szczęśliwi.... No, prawie wszyscy – reżyser nadal był zdania, że aktorzy byli w tym filmie zbędni i odgrażał się, że jego kolejna produkcja będzie opowiadać już tylko o puszkach i motocyklach. Lub rowerach i ciasteczkach. Lub czymkolwiek, za co pokazanie czego zapłacą sponsorzy.

No dobra, to było złośliwe, a coś o filmie? – zapytał Głos Wewnętrzny – Jakaś fabuła, akcja, scenariusz, scenografia, aktorzy?
Fabuła: on spotyka ją, zakochują się, gubią swoje numery telefonów, szukają się, znajdują się, koniec. Akcja: oboje mają przyjaciół, którzy komplikują. Scenariusza nie było, a dialogi typu:
– Jakiś osiłek wycisnął 150 na klatę, że jesteś taka podniecona? Pocisnął cię?
– Lekarz mnie przejechał.
– Chyba przeleciał.
– Rowerem mnie przejechał. Tak trochę.

...aktorzy wymyślali na poczekaniu, zakładając się, przy jakim poziomie debilizmu reżyser im przerwie. Przegrali wszyscy, bo nie przerwał ani razu.

Scenografia? Na scenografię składały się głównie butelki z kwasem chlebowym i samochody, plac Grzybowski i mieszkania na najwyższych piętrach, bo w komediach romantycznych wszyscy mieszkają na najwyższych piętrach. Tylko, kurczę, przecież to nie była komedia... A już na pewno nie romantyczna.

Mieli grać Stanisławskim, a zagrali Piszpuntą i Hajaszkiem.

Aktorsko „Dzień dobry, kocham cię” szorowało po dnie i zaryło w nim nosem głęboko. Barbara Kurdej-Szatan prezentowała niezwykle szeroki paletaż środków wyrazu: a) uśmiech, b) uśmiech z wyszczerzem, c) uśmiech z wyszczerzem i pracą oczami (w zależności od sceny praca oczami polegała na ich zmrużeniu lub rozwarciu szeroko), przy czym jej kontrakt był chyba niższy niż w Playu, bo tam jej uśmiech wyglądał naturalnie, a w „Dzień dobry... ” był gdzieś między „nieszczery” a „wymęczony”.

Aleksy Komorowski był ładniejszy niż butelki z kwasem chlebowym, Paweł Domagała improwizował oberdebila i jeżeli to miał być pomysł na rolę, to był to pomysł głupszy niż rola, a nawet głupszy niż rola Olgi Bołądź, która powinna się bardzo wstydzić występu w tej rozwleczonej reklamówce butelek. Marian Dziędziel i Dorota Pomykała chyba też powinni – nie tego, jak tu zagrali, bo zagrali poprawnie, ale że w ogóle zagrali. W filmie pojawiła się na chwilę Anna Dereszowska w peruce, dłużej zagrał Łukasz Garlicki z bródką (był tak beznadziejny, że długo zastanawiałem się, czy w ogóle go wymieniać) i jakiś chuderlawy gostek w wydekoltowanym podkoszulku i gaciach z tylnym obwisem – podobno grywa w jakiś serialach, ale albo nie oglądałem tych seriali, albo grał w nich tak do dupy, że w pamięć mi nie zapadł.
A o poziomie aktorstwa w reklamówce butelek i samochodów, niech świadczy fakt, że najlepiej zagrała w niej Weronika Książkiewicz. Badum-tssss.

Chała, grzybnia i żenuła. Omijać. No, chyba, że jesteście miłośnikami plastikowych butelek z kwasem chlebowym.

Miszczowska praca kamery, pozwalająca na iście truffautowskie kadrowanie balustrady



Varia
1. Krystyna Mazurówna do roli doklejonego dziadka znalazła sobie Jacka Fedorowicza.
2. Promująca film tytułowa piosenka to utwór zespołu Strachy na Lachy. Znaczy, przepraszam, Grabaż sprzedał swój utwór do czegoś takiego? Dobrowolnie? Bez stosowania szantażu, środków przymusu bezpośredniego, chloroformu i voodoo? A fuj. Mam nadzieję, że mu chociaż zapłacili przyzwoicie i nie w kwasobutelkowej naturze... A poważniej – zwrotki w wersji Libera są strawniejsze muzycznie, lepiej ułożone – w oryginale trąciło to nijakością. Refrenu na szczęście nie zepsuto (nie, żeby się wykonawcy nie starali...)
3. Film mógł być gorszy: o rolę doktora Szymona starał się podobno Borys Szyc, Basię miała zagrać Alicja Bachleda-Curuś, a pielęgniarkę, którą całkiem fajnie zagrała Weronika Książkiewicz, miała zagrać pierwotnie Olga Frycz, ale na szczęście skręciła kostkę. „Ten gwałt, ten szał, ten cud ja sobie wyobrażam, Boże ty mój!” Znaczy, ja sobie wyobrażam głównie gwałt. Na oczach i poczuciu dobrego smaku. Szyc, Curuś i Frycz, ja pinkolę...
4. Podobno scenariusz oparto na dziełku niejakiego Jeffa Krella „Crazy Little Thing Called Love”. Nie wiem chudefakis i chyba nie chcę sprawdzać, jak wiele oryginału zawiera „Dzień dobry, kocham cię”. W ciemno stawiam Guinnessa przeciw jogurtowi, że niewiele.

Poradnik operatora: "Podwójny uśmiech uzyskujemy ustawiając kamerę poniżej, a reflektor powyżej linii obojczyków,"


============
Dzień dobry, kocham cię
Premiera: 07. 11. 2014
Czas:
89 minut
Reżyseria: Ryszard Zatorski
Scenariusz: Ryszard Zatorski, Joanna Wilczewska
Obsada: Barbara Kurdej-Szatan, Aleksy Komorowski, Paweł Domagała, Olga Bołądź, Weronika Książkiewicz, Łukasz Garlicki, Maciej Musiał, Anna Dereszowska, Marian Dziędziel, Dorota Pomykała, Krystyna Mazurówna, Jacek Fedorowicz, Anna Prus i inni.
Dofinansowanie PISF: na stronach PISF nie znalazłem informacji, ale zeszłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli „Finansowanie kinematografii przez Polski Instytut Sztuki Filmowej” pośrednio sugeruje, że jednak jakieś dofinansowanie było. Bądź mądry i pisz wiersze...

2016-01-13

Wierne blizny [1982]

Rok 1956 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś nadzwyczajne zdarzenia, a pojawiający się na ulicach bladzi, rozglądający się niepewnie ludzie, byli dowodem na to, iż owe zdarzenia dzieją się naprawdę.

Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do systematycznego blogowania!

Porucznik Madejskistefansynbolesława na ulicach pojawiał się rzadko. Dni spędzał z ciocią, paląc papierosy i smęcąc w duchu oraz w kuchni.
Poszedłbyś gdzieś do ludzi – namawiała ciocia, tęskniąc za prywatnością – Nie można tak ciągle siedzieć.
Ja już nie siedzę, ciociu – sprostował Madejskistefansynbolesława, co było deczko bez sensu, bo przecież każdy widział, że właśnie siedzi. Jeśli dobrze pamiętam, na tapczanie.
Leń? – domyślił się Głos Wewnętrzny.
Rehabilitant. Po rehabilitacji wypłacono Madejskiemustefanowisynowibolesława zaległe pobory, zwrócono stopień porucznika, legitymację partyjną, szczoteczkę do zębów, pokazano drzwi bramę i powiedziano: „Jesteście wolni, towarzyszu, co złego, to nie my, soraski, papatki i lepiej, żebyśmy się więcej nie widzieli”.

Wrócił więc Madejskistefansynbolesława do rodzinnego domu, w którym pomieszkiwała stara, dobra ciocia z kołchoźnikiem i...
Z jakim kołchoźnikiem? – zdziwił się Głos Wewnętrzny.  
Z takim zwykłym kołchoźnikiem, wiszącym na ścianie i na kablu.
Samobójca?
Nie, radio takie.

Madejskistefansynbolesława smęci wewnętrznie

Mieszkała więc ciotka i słuchała płynących z kołchoźnika pieśni masowych oraz utworów w wykonaniu Orkiestry Mandolinistów pod dyrekcją Edwarda Ciukszy, a wokół krążyła zetempówka Zoja przebrana za Lenkę.
Czy on już wrócił? – dopytywała – Bo jeśli wrócił, to ja z nim muszę koniecznie porozmawiać. Przecież nie możemy się tak rozstać.

W kwestii formalnej: Madejskistefansynbolesława i Lenka rozstali się ponad 10 lat temu z powodów penitencjarnie oczywistych, a w międzyczasie Lenka zdążyła jeszcze uskutecznić zamęście za jakiegoś sąsiada, więc w sumie nie bardzo wiadomo, o czym by mieli ze Madejskimstefanemsynembolesława rozmawiać. Mąż Lenki próbował rozmawiać, ale dostał od Madejskiegostefanasynabolesława trzy szybkie w bufet i chyba raz obcasem, albowiem Madejskistefansynbolesława po wyjściu z pudła nie był zbyt rozmowny. Czas wolny dzielił między siedzenie i smęcenie oraz chodzenie i smęcenie. Siedzenie było wsteczne i polegało głównie na wspominaniu czasów, gdy wszystko było proste, niepokornych lało się wyciorem w dupę, a wyklętym rozpiżdżało się chałupy w drobny mak, chodzenie zaś było przyszłościowe, bo co Madejskistefansynbolesława wyszedł z domu, to trafiał na dawnych znajomych, który twierdzili, że w dzisiejszych czasach właśnie takich ludzi, jak Madejskistefansynbolesława nam potrzeba i wiesz, stary, zadzwoń do mnie, to sobie porozmawiamy. Raz wyszedłwszy... wyjdziawszy... wyszedłszy... hmmm... raz spotkał nawet szwagra i załapał się na kolację z wykładem na temat współczesnych stosunków polityczno-politycznych, bo 10 lat w pudle zostawia jednak pewne braki w bieżącej orientacji.

Madejskistefansynbolesława smęci zewnętrznie

Pewnego razu był się Madejskistefansynbolesława wybrał w podróż sentymentalną, odwiedzić tereny, gdzie władzę ludową utrwalał, popatrzeć, powspominać, że „ech, piękne czasy były, prawda, panie Polku? A pamięta pan, jak pan nam nie chciał powiedzieć, gdzie się reakcyjna banda chowa i żeśmy panu dupę wyciorem zsiekali na miękko? Kupa śmiechu potem była, jak pan w końcu powiedział, co nie?” Niestety, panu Polkowi do śmiechu nie było i najpierw próbował dać Madejskiemustefanowisynowibolesława po mordzie, a potem wstąpił na „Scenę Faktu” i zaczął grać w antykomunistycznych spektaklach.

Ogólnie, Madejskistefansynbolesława był postacią wielce wpieniającą. 5 minut na ekranie, trzy zdania na krzyż i już się go nie lubiło. Co w sumie przy jego metodach rozmowy (wycior, piącha, skokami naprzód i ech, szkoda, że producent w budżecie nie przewidział benzyny, bo jeszcze byśmy ze dwie wsie spalili) dziwnym nie jest. Nie znosili go ludzie, nie znosiły instytucje... Reakcyjna banda próbowała go zastrzelić, okoliczni chłopi dawali do zrozumienia, że jest gówniarz i ićstont, kompanijny politruk w rozpaczy doniósł na niego do Informacji Wojskowej, a Informacja wsadziła go do pudła na 15 lat, ale ponieważ w pudle też smęcił na potęgę i też wszyscy mieli go dość – wypuszczono go po dziesięciu.
Bo to był polski październik!
Każdy pretekst jest dobry, żeby się pozbyć takiej mękoły.

...i zatrzasło się za nim wroto stanowcze.

Wyszedł Madejskistefansynbolesława po 10 latach i myślicie, ze się zmienił? Adzieeeetam. Mąż Lenki z krótkim, panie kierowniku, pytaniem, pisiont groszy – ten go za wszarz i lu w mazak. Szwagier zacytował wypowiedzi Madejskiegostefanasynabolesława w gazecie? – „Mordę mu skuję i tyle z tego będzie”, to mu się nie podoba, tamto mu się nie podoba, tego chce bić, tamtego dusić... Nic dziwnego, że krewni okoliczni zaczęli go unikać jak zarazy, a kolega z akowskiej konspiracji to tak przed nim po Bazarze Różyckiego pruł, że aż się prywatna inicjatywa przestraszyła – nalot jakiś leboco, chowaj, pani Pietrasińska, te pyzy.

Tak na marginesie, związek z kolegą z konspiry jakiś dziwny był – przez pół filmu Madejskistefansynbolesława nic tylko: „A nie wiecie co z Mikim? A nie wiecie, gdzie Miki? Tak, ciociu, rozumiem dylematy moralne, że mieszkanie komuna chciała zabrać i że tatuś umarł, ale nie wie ciocia, gdzie Mikiego znajdę?” I tak w kółko. Jakiś ponury historycznie feblik wisiał tam cały czas w powietrzu, ale ostatecznie scenarzysta nie podołał i z feblika zrobił się zając, w dodatku cały w buraczkach.

I jak się skończyła ta cała historia? – zapytał Głos Wewnętrzny.
Nijak. Madejskistefansynbolesława poszedł smęcić nad Wisłę. I stał tak, i smęcił, i wiatr mu poły płaszcza tudzież nadzieje rozwiewał, i nie było żadnej długiej jasnej prostej w przyszłości, ino burość, wiatr i ogólny giemol, więc się Madejskistefansynbolesława upił i poszedł spać.

Tu na razie jest ściernisko... znaczy, było, bo miał być zalew. Ale zalewu też nie będzie.

Nędza swoich czasów - niby bądźmy odważni, pokażmy błędy komuny, zwalczanie poakowskiego podziemia, przestępstwa Informacji Wojskowej,...
Klaskklaskklaskklask – zwolennicy dobrej zmiany wyrażali urzędowy entuzjazm.
...ale kiedy już pokazaliśmy, to się okazało, że krytyka okresu błędów i wypaczeń nastąpiła nie z pozycji biało-czerwonych, ale raczej z okopów obsadzonych przez mijalowców i moczarowców. Główny bohater jest w gruncie rzeczy tępym trepem, stosującym politykę wyciora i piąchy, nawet oddziałowy politruk jest od niego sensowniejszy, nie wspomnę o przyjezdnym ubeku, bo ten to w porównani – sama słodycz. Dowódca reakcyjnej bandy...
Buuuuu!...
Idźcie sobie „buuuukać” do autorów filmu, dobrze? Dowódca reakcyjnej bandy jest, oczywiście, wymuskanym paniczykiem w przedwojennym mundurze jak spod igły, nadętym, okrutnym (zwłaszcza dla słodkiego ubeka), a w konfrontacji z głównym bohaterem obowiązkowo klęskę moralną ponosi. Itede, itepe. I ten Październik też w filmie jakiś taki nieszczególny, kipiący od karierowiczów, urzędasów... Ech, piękne czasy, gdyśmy wszyscy byli młodymi kabewiakami, a potem to już tylko zdrada ideałów i czyż towarzysz Trocki nie miał racji, gdy ostrzegał nas przed zbiurokratyzowaniem rewolucji?

W przypadku ataku chemicznego zamiast maski przeciwgazowej możemy użyć kubeczka

Ale OK – niech sobie autorzy kręcą wspomnienia „jajakobyłych” w dowolnym ideologicznym sosie, ale niechże je przynajmniej kręcą dobrze. Niestety, „Wierne blizny” nie są nakręcone dobrze: scenariusz dziurawy, jakby go reakcyjne bandy z poniemieckiej broni poszatkowały, dialogi niedobre i momentami sprawiające wrażenie nieudolnie improwizowanych, bo albo się scenariusz zawieruszył na planie, albo przy postsynchronach, więc „koledzy aktorzy, mówicie cokolwiek”, postaci sztampowe, a montaż wywołuje chęć zorganizowania marszu protestacyjnego z całym flagowo-megafonowym oprzyrządowaniem. Część zastrzeżeń można by ewentualnie zwalić na cenzurę, ale primo – w tym akurat filmie cenzura nie powinna mieć zbyt dużo pracy, a secundo - nawet ingerencje cenzury można wygładzić, a dialogi dograć sensowne, żeby nie wychodziły kupy w stylu:
Przejdziemy z talerzyka na karteczkę i karteczką aż do łyżeczki, a tam jest leśniczówka i oni tam muszą być, rozumiesz? – tłumaczy Madejskistefansynbolesława, bazgrząc na karteczce.
Co ty, mapy nie masz? – pyta współporucznik.
Yyyy, mam, mam, ale... ale inny kwadrat mam – odpowiada przerażony aktor, łypiąc okiem na inspicjenta, bo chyba rzeczywiście w scenie powinna być mapa.
Współporucznik z tryumfalnym uśmiechem wyciąga mapę, Madejskistefansynbolesława tłumaczy wszystko jeszcze raz...
A jak przejdziemy przez te bagna? – pyta aktor, grający politruka, pokazując coś na mapie.
Aktor grający Madejskiegostefanasynabolesława zerka nań wściekle, bo na mapie nie ma żadnych bagien, w scenariuszu nie było takiej kwestii i trzymajcie mnie, bo mu – zgodnie z konstrukcją mojej postaci – pizgnę przy ludziach. W końcu nie pizga, tylko po długiej chwili ciszy... kompletnie olewa pytanie o bagna i odwracając się od politruka plecami, mówi do współporucznika:
– Rozumiesz?
Współporucznik chyba zrozumiał, ja nie bardzo.

Takich kwiatków jest w filmie cała grządka: Informacja Wojskowa nie bije, krzyczy rzadko, na hasło „jestem kawalerem Krzyża Walecznych” wzrusza się i łzę roni, bez mrugnięcia okiem daje się wyzywać od „kołków”, słysząc „papierosy mi się skończyły” dzieli się własnymi i pozwala je nawet zabrać do celi, a faktu, że przesłuchiwany siedzi rozparty i z rękami w kieszeniach nie zauważa, bo... nie wiem, bo jest dobrą i mądrą Informacją Wojskową, żyjącą w chatce na skraju lasu i odczyniającą złe uroki za dwa jajka i kalafiora?

A teraz na "trzy-cztery" splatamy dłonie, unosimy ramiona i robimy Mosfilm

Albo scena, w której Miki wychodzi z lasu i idzie się ujawnić. Teren gorący, „utrwalacze” strzelają do „bandytów”, „bandyci” katują „utrwalaczy”, wobec czego „utrwalacze” itepe... Jednym zdaniem: zatruta krew pobratymcza, czas pogardy i pistolet pod poduszką. I oto przez główną ulicę miasteczka idzie gość w oficerkach, na szyi ma dwa steny, za pasem ma dwa pistolety, „nie wie, co to lęk, a w oczach ma granatów pęk”...
– ...lub choćby pęczek - dośpiewał Jerzy Dobrowolski z głośników.
...a spod przedwojennego orzełka w lewo spoglądał i w prawo, i...
I nic.
Kompletnie nic. Nie zwracają na niego uwagi przechodnie, nie zwraca uwagi milicja, nawet wartownik na posterunku głowy spojrzeniem nie obrzucił i gdyby nie fakt, że Miki skręcił na posterunek właśnie, to by go ów wartownik przegapił. Ale skręcił. I wtedy...
– Stój! Ręce do góry! Rzuć broń! Tę drugą też rzuć! I trzecią! I czwartą...
E tam. Też nic. Nawet karabinu z ramienia wartownik nie zdjął. Idzie gość, to idzie, na kij drążyć?
I tak dalej, i tak dalej...

Spośród grających w filmie aktorów wybronił się właściwie tylko Jan Frycz. Co nie znaczy, że wszyscy pozostali zagrali źle, o nie – źle (ale za to bardzo źle) zagrała zaledwie połowa aktorów. Swoje zrobił Marian Opania, który nie miał co grać, ale miał pomysł, Adam Ferency walczył ze słabo napisaną rolą i moim zdaniem...
... – moje zdanie nic nie powiedziało, albowiem było skromne.
...tę walkę zremisował, Bogusław Linda natomiast przegrał walkę ze swoją rolą, ale chyba po prostu nie mógł jej wygrać. Zresztą, czy tu można mówić o rolach? Pięć minut na ekranie, dwie-trzy sceny... Reszta aktorów do zapomnienia.

Wracając do Jana Frycza – nie bawił się w nadmierną obronę bohatera, deklamacje, namysły itd. Poszedł w naturalność, w rozpęd, czasem celowo idąc na skróty i próbował ratować postać, robiąc z niej coś poza rozumiejącym tylko lanie wyciorem zupakiem. Niestety, scenariusz był, jaki był, Madejskistefansynbolesława przez pół filmu miał się tylko smętnie snuć, więc za dużo Jan Frycz do grania nie miał. Ale wstydzić się raczej nie musi.

Scenografia nienachalna, charakteryzacja słaba, muzyka kiczowata, finał żenujący.
Nie warto.

Niektórych widzów trzeba było przekonać, by zostali do końca seansu.


Varia
1. Scenariusz napisał Jerzy Grzymkowski na podstawie własnej książki i zapewne na podstawie własnych wspomnień – w latach 1949-52 utrwalał władzę ludową w szeregach KBW, a w latach 1952-60 w szeregach Milicji Obywatelskiej. Zgadza się nawet filmowa deklaracja Madejskiegostefanasynabolesława, że zostanie robotnikiem – po opuszczeniu szeregów Jerzy Grzymkowski zasiadł za sterami suwnicy w Hucie Warszawa. Potem zaczął pisać i pisać, i pisać... Pisanie doceniono: za „Wierne blizny” dostał nagrodę od premiera Piotra Jaroszewicza, a za całokształt twórczości – posadę kierownika literackiego Zespołu Filmowego „Profil” w 1982 roku. Książki nie czytałem, ale mam szczery zamiar, zwłaszcza odkąd dowiedziałem się, że Jerzy Grzymkowski jest autorem scenariusza do serialu „Kryptonim ‚Turyści’”, który był tak zły, tak zły... o, świynty Korneliuszu, patronie chorych na grypę, jaki on był, kuźwa, zły....
2. Reżyserem „Wiernych blizn” był Włodzimierz Olszewski. Ten od „Beniamiszka”. Oraz „Przemytników” wg „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, za który to film nie lubię Olszewskiego bardzo i dobrze, że nie skojarzyłem nazwiska przed napisaniem tekstu, bo pewnie zjechałbym „Wierne blizny” bardziej.
3. Powieść na podobny temat (znaczy, utrwalania) popełnił Jerzy Ofierski. „Sam pośród swoich” był na pewno lepszy w wersji filmowej, a jeśli „Wierne blizny” oddają treść/styl książki Grzymkowskiego, zapewne także wersji papierowej. Przede wszystkim w tym, że bohatera książki Ofierskiego dało się lubić.
4. Dwukrotnie w filie pojawia się Tadeusz Teodorczyk: po raz pierwszy w rozmowie Madejskiegostefanasynabolesława z chłopami i po raz drugi, gdy zasiada w mundurze za stołem sędziowskim. Nie, to nie wizja wszechobecnych służb specjalnych, tylko niechlujstwo realizatorów.
5. Film był kręcony gdzieś. Filmpolski.pl twierdzi, że pod Chęcinami i w Warszawie. Warszawa była rozpoznawalna, Chęciny nie bardzo, ale wierzę na słowo.

Przecież na tym piachu za trzydzieści lat...

============
Wierne blizny
Premiera:
1982
Czas: 82 minuty
Reżyseria: Włodzimierz Olszewski
Scenariusz: Jerzy Grzymkowski
Obsada: Jan Frycz, Andrzej Precigs, Bogusław Linda, Jadwiga Kuryluk, Adam Ferency, Lech Mackiewicz, Marian Opania, Ewa Błaszczyk, Danuta Rynkiewicz, Jerzy Molga, Jacek Borkowski, Władysław Dewoyno i inni.