2016-01-20

Dzień dobry, kocham cię [2014]

Czyli przygody butelek w świecie samochodów i odwrotnie.

Żeby nie reklamować butelek, znieczulacz zaaplikowałem sobie w szklankach.

Warszawę zamieszkiwały butelki kwasu chlebowego i samochody. Butelki dzieliły się na pełne i napoczęte, a samochody dzieliły się na te, których producenci zapłacili więcej, więc było ich więcej i na te, których producenci zapłacili mniej, więc było ich mniej. Butelki zazwyczaj stały, samochody zazwyczaj jeździły, a pośrodku widniał plac Grzybowski i lansował się nachalnie.

Eeee, panie Rysiu, a gdyby dodać tu jakichś aktorów? – zapytali sponsorzy – Jakąś fabułę może?
Po co? – zapytał reżyser – Aktorzy kosztują, scenarzyście też trzeba zapłacić...
Pilnować trzeba, żeby nie było niekonsekwencji, żeby była spójność – wtrąciła absolwentka policealnego studium scenariuszowego.
Wzrok reżysera wyrażał bezbrzeżne zdumienie garnirowane rozbawieniem.
Aktorzy przekładają się na wskaźniki – tłumaczyli sponsorzy – Sprzedawalne nazwisko sprzedaje popytaną podaż, a kto pójdzie na film o stojących butelkach?
Aha, że w teeeeeen sposób... – załapał wreszcie reżyser, któremu było wszystko jedno, kto pójdzie, bo w kontrakcie miał konkretną, tłustą kwotę, a nie procent od wpływów – Ciekawy pomysł. Dobra, spróbujmy z aktorami. Tylko, żeby nie było ich za wielu, bo się zaczną widzom z butelkami mylić. 

Z zawodu - aktor, z charyzmy - butelka.

Ekipa zaczęła burzę mózgów. Po dwóch godzinach szkielet fabuły był już gotowy: jest on, jest ona, kochają się i mają przygody.
Sponsorzy bardzo się ucieszyli i do roli onej zasugerowali Barbarę Kurdej-Szatan.
W czym ona grała? – zdziwił się reżyser.
W „Barwach szczęścia”, w „M jak miłość”...
A w „Na dobre i na złe”? – zainteresował się reżyser, który udzielał się w tym serialu w chwilach wolnych od „Graczyków”.
Raz. Ale za to w „Plebanii” dwa razy – poinformowała ekipa.
Przede wszystkim grała w reklamówce Playa – ucięli temat sponsorzy.

Onego dobrano według ładności, przyjaciół onego i onej dobrano według dostępności w kalendarzu, Mariana Dziędziela wzięto, bo Mariana Dziędziela wszyscy lubią.
Dziadek i babcia by się przydali jacyś – mruknął reżyser.
Onienienienienienie! – zaprotestowali Marta Lipińska i Krzysztof Kowalewski, którzy już parę razy pracowali z reżyserem w tym charakterze i mieli dość.
Panie Rysiu, Lipińska? – sponsorzy spojrzeli na reżysera z politowaniem – Kowalewski? Znowu? Naprawdę? Kto to kupi? Kto na nich coś jeszcze sprzeda?
Krystyna Mazurówna! – podrzuciła dziewczynka z tacą pełną szklanek kwasu chlebowego, bo właśnie dotarł transport z magazynów sponsora – Ta od taneczcznych szołów. Z włosami.
Sponsorzy spojrzeli na dziewczynę z uznaniem i zaproponowali jej bezpłatny staż w dziale marketingu.
Dobrze, kochani, dobrze, ale bierzmy się do pracy, bo czas to pieniądz i przez te cztery godziny złotówka straciła na wartości – zaniepokoił się reżyser i sięgnął po komórkę.
Krysia? Rysio. Krysiuchna, grasz u mnie w filmie... Nie wiem, w jakim filmie, on się pisze dopiero. Komedia chyba. Grasz babcię, wymyśl sobie rolę na dwa wejścia i trzy zdania, dobrze?... Całą rolę, z dialogami... Za tydzień coś sobie nakręcimy. I dziadka sobie jakiegoś znajdź... Nie, góra jedno zdanie... I żeby nie był drogi... Nie, no, oczywiście, że nas stać... A lubisz kwas chlebowy?... O, to się dobrze składa. Ciao.

Do każdej butelki potrzebna jest nakrętka...

Reżyser rozłączył się i z szerokim uśmiechem zwrócił się do księgowej.
Pani Zosiu, pani wpisze w umowy aktorskie, że 60 procent wynagrodzenia pokrywane jest z budżetu filmu, a 40 procent z budżetu reklamowego sponsorów...
Stan sponsorów mieścił się między apopleksją, a „Hej, Serwacy, daj gwintówkę!”...
Kiedy się będą targować, to pokaże im pani logo tych od samochodów...
Sponsorzy samochodowi rwali krawaty i guziki.
...ale jak przyjdzie co do czego, to wypłaci im się w naturze kwasem chlebowym – zachichotał reżyser.
Nie samochodami? – upewniali się sponsorzy samochodowi.
Samochodami to mnie – wyjaśnił reżyser – W filmie przewidziane są cztery wasze samochody, wezmę jeden, oczywiście dużo taniej, bo zużycie itede, a resztą to już normalnie, przelewem.
Sponsorzy samochodowi odetchnęli z ulgą, sponsorzy kwasowi zrobili kwaśne miny, ale po dwugodzinnych negocjacjach podpisano porozumienie, w myśl którego butelki miały być prezentowane trzy razy częściej niż samochody.

No, kochani, kręcimy – zaordynował reżyser – Pani Basia się uśmiecha, pan... yyy... pan?...
Aleksy – przedstawił się aktor.
No, trudno... – westchnął reżyser – Pan Aleksy ma być ładny. Pan Paweł niech robi, co chce, bo ja na pana rolę pomysłu nie mam, a scenarzystkę mi porwali na staż. Pani Olga...
Tu reżyser przerwał i osłupiałym wzrokiem popatrzył na Olgę Bołądź.
Pani Olgo, a pani co tu?... Rany boskie, dlaczego oni panią... Podpisała już pani umowę?
Olga Bołądź kiwnęła głową.
Ajajaj, to już nic się nie da zrobić – lamentował reżyser – No, trudno. Niech się pani stara nie rzucać w oczy, a my coś wymyślimy. 

Wymyślili... gwiazdki na czole. Co za ajnsztajny!

Praca nad filmem ruszyła z kopyta. Aktorzy wpadali na plan z własnymi pomysłami na postaci i dialogi, a ekipa akceptowała wszystko, skupiona w eksponowaniu butelek i samochodów. Dochodziło nawet do przypadków, gdy aktorzy grający ze sobą w jednej scenie, razem uzgadniali jej kształt i kolejność zdań, ale zdarzało się to rzadko, zazwyczaj nikt sobie głowy takimi niuansami nie zawracał.
Stop! Cięcie! Jeszcze raz! – wołał reżyser.
Coś źle zagrałam? – załamywała ręce aktorka – Nie wydobyłam głębi? Nie umotywowałam psychologicznie?
Że co? – dziwił się reżyser – Ależ co mi pani głowę zawraca! Butelki źle skadrowaliśmy, poprawić proszę i robimy dubla.

Po miesiącu film był gotowy, kolejne dwa tygodnie zajął montaż, w wyniki którego z fabuły wypadło szesnaście scen, dwa punkty zwrotne, trzy sceny erotyczne i dwudziestu dwóch statystów aktorów, ale za to mogliśmy zobaczyć dwanaście dodatkowych scen z butelkami, dwie z placem Grzybowskim i sześć z samochodami.
Jeszcze my! Jeszcze my! – poprosili producenci telewizorów.
Ale jak? Gdzie ja was wcisnę? – zżymał się reżyser.
Już zapłacili – szepnęła księgowa.
OK, dobra, jakoś się zrobi... – reżyser podrapał się w potylicę – Panie Pawle, pan weźmie to pudło i pokręci się trochę przed kamerą.
Że niby taki zapracowany jestem, dźwigam, przeprowadzam – domyślił się aktor.
Nie, żeby było widać logo producenta – wyjaśnił reżyser.

Kadr zawiera lokowanie szczękościsku.

Po skończonej produkcji film przejął dział marketingu i sprzedał go 610 tysiącom widzów za ogólną sumę 11 115 488 złotych, co daje 18 złotych i 20 groszy od widza. Rispekt. Wszyscy byli szczęśliwi.... No, prawie wszyscy – reżyser nadal był zdania, że aktorzy byli w tym filmie zbędni i odgrażał się, że jego kolejna produkcja będzie opowiadać już tylko o puszkach i motocyklach. Lub rowerach i ciasteczkach. Lub czymkolwiek, za co pokazanie czego zapłacą sponsorzy.

No dobra, to było złośliwe, a coś o filmie? – zapytał Głos Wewnętrzny – Jakaś fabuła, akcja, scenariusz, scenografia, aktorzy?
Fabuła: on spotyka ją, zakochują się, gubią swoje numery telefonów, szukają się, znajdują się, koniec. Akcja: oboje mają przyjaciół, którzy komplikują. Scenariusza nie było, a dialogi typu:
– Jakiś osiłek wycisnął 150 na klatę, że jesteś taka podniecona? Pocisnął cię?
– Lekarz mnie przejechał.
– Chyba przeleciał.
– Rowerem mnie przejechał. Tak trochę.

...aktorzy wymyślali na poczekaniu, zakładając się, przy jakim poziomie debilizmu reżyser im przerwie. Przegrali wszyscy, bo nie przerwał ani razu.

Scenografia? Na scenografię składały się głównie butelki z kwasem chlebowym i samochody, plac Grzybowski i mieszkania na najwyższych piętrach, bo w komediach romantycznych wszyscy mieszkają na najwyższych piętrach. Tylko, kurczę, przecież to nie była komedia... A już na pewno nie romantyczna.

Mieli grać Stanisławskim, a zagrali Piszpuntą i Hajaszkiem.

Aktorsko „Dzień dobry, kocham cię” szorowało po dnie i zaryło w nim nosem głęboko. Barbara Kurdej-Szatan prezentowała niezwykle szeroki paletaż środków wyrazu: a) uśmiech, b) uśmiech z wyszczerzem, c) uśmiech z wyszczerzem i pracą oczami (w zależności od sceny praca oczami polegała na ich zmrużeniu lub rozwarciu szeroko), przy czym jej kontrakt był chyba niższy niż w Playu, bo tam jej uśmiech wyglądał naturalnie, a w „Dzień dobry... ” był gdzieś między „nieszczery” a „wymęczony”.

Aleksy Komorowski był ładniejszy niż butelki z kwasem chlebowym, Paweł Domagała improwizował oberdebila i jeżeli to miał być pomysł na rolę, to był to pomysł głupszy niż rola, a nawet głupszy niż rola Olgi Bołądź, która powinna się bardzo wstydzić występu w tej rozwleczonej reklamówce butelek. Marian Dziędziel i Dorota Pomykała chyba też powinni – nie tego, jak tu zagrali, bo zagrali poprawnie, ale że w ogóle zagrali. W filmie pojawiła się na chwilę Anna Dereszowska w peruce, dłużej zagrał Łukasz Garlicki z bródką (był tak beznadziejny, że długo zastanawiałem się, czy w ogóle go wymieniać) i jakiś chuderlawy gostek w wydekoltowanym podkoszulku i gaciach z tylnym obwisem – podobno grywa w jakiś serialach, ale albo nie oglądałem tych seriali, albo grał w nich tak do dupy, że w pamięć mi nie zapadł.
A o poziomie aktorstwa w reklamówce butelek i samochodów, niech świadczy fakt, że najlepiej zagrała w niej Weronika Książkiewicz. Badum-tssss.

Chała, grzybnia i żenuła. Omijać. No, chyba, że jesteście miłośnikami plastikowych butelek z kwasem chlebowym.

Miszczowska praca kamery, pozwalająca na iście truffautowskie kadrowanie balustrady



Varia
1. Krystyna Mazurówna do roli doklejonego dziadka znalazła sobie Jacka Fedorowicza.
2. Promująca film tytułowa piosenka to utwór zespołu Strachy na Lachy. Znaczy, przepraszam, Grabaż sprzedał swój utwór do czegoś takiego? Dobrowolnie? Bez stosowania szantażu, środków przymusu bezpośredniego, chloroformu i voodoo? A fuj. Mam nadzieję, że mu chociaż zapłacili przyzwoicie i nie w kwasobutelkowej naturze... A poważniej – zwrotki w wersji Libera są strawniejsze muzycznie, lepiej ułożone – w oryginale trąciło to nijakością. Refrenu na szczęście nie zepsuto (nie, żeby się wykonawcy nie starali...)
3. Film mógł być gorszy: o rolę doktora Szymona starał się podobno Borys Szyc, Basię miała zagrać Alicja Bachleda-Curuś, a pielęgniarkę, którą całkiem fajnie zagrała Weronika Książkiewicz, miała zagrać pierwotnie Olga Frycz, ale na szczęście skręciła kostkę. „Ten gwałt, ten szał, ten cud ja sobie wyobrażam, Boże ty mój!” Znaczy, ja sobie wyobrażam głównie gwałt. Na oczach i poczuciu dobrego smaku. Szyc, Curuś i Frycz, ja pinkolę...
4. Podobno scenariusz oparto na dziełku niejakiego Jeffa Krella „Crazy Little Thing Called Love”. Nie wiem chudefakis i chyba nie chcę sprawdzać, jak wiele oryginału zawiera „Dzień dobry, kocham cię”. W ciemno stawiam Guinnessa przeciw jogurtowi, że niewiele.

Poradnik operatora: "Podwójny uśmiech uzyskujemy ustawiając kamerę poniżej, a reflektor powyżej linii obojczyków,"


============
Dzień dobry, kocham cię
Premiera: 07. 11. 2014
Czas:
89 minut
Reżyseria: Ryszard Zatorski
Scenariusz: Ryszard Zatorski, Joanna Wilczewska
Obsada: Barbara Kurdej-Szatan, Aleksy Komorowski, Paweł Domagała, Olga Bołądź, Weronika Książkiewicz, Łukasz Garlicki, Maciej Musiał, Anna Dereszowska, Marian Dziędziel, Dorota Pomykała, Krystyna Mazurówna, Jacek Fedorowicz, Anna Prus i inni.
Dofinansowanie PISF: na stronach PISF nie znalazłem informacji, ale zeszłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli „Finansowanie kinematografii przez Polski Instytut Sztuki Filmowej” pośrednio sugeruje, że jednak jakieś dofinansowanie było. Bądź mądry i pisz wiersze...

4 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że przynajmniej na butelki dało się patrzeć. Osobiście widziałem tylko trailer, w którym butelki nie występowały, i w jego trakcie miałem poczucie, jakby mnie kto tępo piło rżnął. Powoli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wątpliwa przyjemność oglądania 30 min w autobusie, potem stwierdziłem że patrzenie w "las nocą ciemną" z rzadka przerywany "polem w noc ciemną" jest jednak ciekawsze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Że się tak wyrażę, w pełni zgadzam się z przedmówcami... Plomby mnie bolały kiedy próbowałam obglądnąć to dzieuo. Pierwsza wypadła po 10 min. A w podwójnym uśmiechu dostrzegam nawet uśmiech potrójny, ale może to tylko zaćmienie umysłu od nadmiaru wrażeń estetycznych....

    OdpowiedzUsuń
  4. Podzielam opinie. Trudno było przez to przebrnąć. Nie, że nieśmieszne, tylko żenujące.

    OdpowiedzUsuń