2016-01-13

Wierne blizny [1982]

Rok 1956 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś nadzwyczajne zdarzenia, a pojawiający się na ulicach bladzi, rozglądający się niepewnie ludzie, byli dowodem na to, iż owe zdarzenia dzieją się naprawdę.

Dość wiecowania i manifestacji, czas przejść do systematycznego blogowania!

Porucznik Madejskistefansynbolesława na ulicach pojawiał się rzadko. Dni spędzał z ciocią, paląc papierosy i smęcąc w duchu oraz w kuchni.
Poszedłbyś gdzieś do ludzi – namawiała ciocia, tęskniąc za prywatnością – Nie można tak ciągle siedzieć.
Ja już nie siedzę, ciociu – sprostował Madejskistefansynbolesława, co było deczko bez sensu, bo przecież każdy widział, że właśnie siedzi. Jeśli dobrze pamiętam, na tapczanie.
Leń? – domyślił się Głos Wewnętrzny.
Rehabilitant. Po rehabilitacji wypłacono Madejskiemustefanowisynowibolesława zaległe pobory, zwrócono stopień porucznika, legitymację partyjną, szczoteczkę do zębów, pokazano drzwi bramę i powiedziano: „Jesteście wolni, towarzyszu, co złego, to nie my, soraski, papatki i lepiej, żebyśmy się więcej nie widzieli”.

Wrócił więc Madejskistefansynbolesława do rodzinnego domu, w którym pomieszkiwała stara, dobra ciocia z kołchoźnikiem i...
Z jakim kołchoźnikiem? – zdziwił się Głos Wewnętrzny.  
Z takim zwykłym kołchoźnikiem, wiszącym na ścianie i na kablu.
Samobójca?
Nie, radio takie.

Madejskistefansynbolesława smęci wewnętrznie

Mieszkała więc ciotka i słuchała płynących z kołchoźnika pieśni masowych oraz utworów w wykonaniu Orkiestry Mandolinistów pod dyrekcją Edwarda Ciukszy, a wokół krążyła zetempówka Zoja przebrana za Lenkę.
Czy on już wrócił? – dopytywała – Bo jeśli wrócił, to ja z nim muszę koniecznie porozmawiać. Przecież nie możemy się tak rozstać.

W kwestii formalnej: Madejskistefansynbolesława i Lenka rozstali się ponad 10 lat temu z powodów penitencjarnie oczywistych, a w międzyczasie Lenka zdążyła jeszcze uskutecznić zamęście za jakiegoś sąsiada, więc w sumie nie bardzo wiadomo, o czym by mieli ze Madejskimstefanemsynembolesława rozmawiać. Mąż Lenki próbował rozmawiać, ale dostał od Madejskiegostefanasynabolesława trzy szybkie w bufet i chyba raz obcasem, albowiem Madejskistefansynbolesława po wyjściu z pudła nie był zbyt rozmowny. Czas wolny dzielił między siedzenie i smęcenie oraz chodzenie i smęcenie. Siedzenie było wsteczne i polegało głównie na wspominaniu czasów, gdy wszystko było proste, niepokornych lało się wyciorem w dupę, a wyklętym rozpiżdżało się chałupy w drobny mak, chodzenie zaś było przyszłościowe, bo co Madejskistefansynbolesława wyszedł z domu, to trafiał na dawnych znajomych, który twierdzili, że w dzisiejszych czasach właśnie takich ludzi, jak Madejskistefansynbolesława nam potrzeba i wiesz, stary, zadzwoń do mnie, to sobie porozmawiamy. Raz wyszedłwszy... wyjdziawszy... wyszedłszy... hmmm... raz spotkał nawet szwagra i załapał się na kolację z wykładem na temat współczesnych stosunków polityczno-politycznych, bo 10 lat w pudle zostawia jednak pewne braki w bieżącej orientacji.

Madejskistefansynbolesława smęci zewnętrznie

Pewnego razu był się Madejskistefansynbolesława wybrał w podróż sentymentalną, odwiedzić tereny, gdzie władzę ludową utrwalał, popatrzeć, powspominać, że „ech, piękne czasy były, prawda, panie Polku? A pamięta pan, jak pan nam nie chciał powiedzieć, gdzie się reakcyjna banda chowa i żeśmy panu dupę wyciorem zsiekali na miękko? Kupa śmiechu potem była, jak pan w końcu powiedział, co nie?” Niestety, panu Polkowi do śmiechu nie było i najpierw próbował dać Madejskiemustefanowisynowibolesława po mordzie, a potem wstąpił na „Scenę Faktu” i zaczął grać w antykomunistycznych spektaklach.

Ogólnie, Madejskistefansynbolesława był postacią wielce wpieniającą. 5 minut na ekranie, trzy zdania na krzyż i już się go nie lubiło. Co w sumie przy jego metodach rozmowy (wycior, piącha, skokami naprzód i ech, szkoda, że producent w budżecie nie przewidział benzyny, bo jeszcze byśmy ze dwie wsie spalili) dziwnym nie jest. Nie znosili go ludzie, nie znosiły instytucje... Reakcyjna banda próbowała go zastrzelić, okoliczni chłopi dawali do zrozumienia, że jest gówniarz i ićstont, kompanijny politruk w rozpaczy doniósł na niego do Informacji Wojskowej, a Informacja wsadziła go do pudła na 15 lat, ale ponieważ w pudle też smęcił na potęgę i też wszyscy mieli go dość – wypuszczono go po dziesięciu.
Bo to był polski październik!
Każdy pretekst jest dobry, żeby się pozbyć takiej mękoły.

...i zatrzasło się za nim wroto stanowcze.

Wyszedł Madejskistefansynbolesława po 10 latach i myślicie, ze się zmienił? Adzieeeetam. Mąż Lenki z krótkim, panie kierowniku, pytaniem, pisiont groszy – ten go za wszarz i lu w mazak. Szwagier zacytował wypowiedzi Madejskiegostefanasynabolesława w gazecie? – „Mordę mu skuję i tyle z tego będzie”, to mu się nie podoba, tamto mu się nie podoba, tego chce bić, tamtego dusić... Nic dziwnego, że krewni okoliczni zaczęli go unikać jak zarazy, a kolega z akowskiej konspiracji to tak przed nim po Bazarze Różyckiego pruł, że aż się prywatna inicjatywa przestraszyła – nalot jakiś leboco, chowaj, pani Pietrasińska, te pyzy.

Tak na marginesie, związek z kolegą z konspiry jakiś dziwny był – przez pół filmu Madejskistefansynbolesława nic tylko: „A nie wiecie co z Mikim? A nie wiecie, gdzie Miki? Tak, ciociu, rozumiem dylematy moralne, że mieszkanie komuna chciała zabrać i że tatuś umarł, ale nie wie ciocia, gdzie Mikiego znajdę?” I tak w kółko. Jakiś ponury historycznie feblik wisiał tam cały czas w powietrzu, ale ostatecznie scenarzysta nie podołał i z feblika zrobił się zając, w dodatku cały w buraczkach.

I jak się skończyła ta cała historia? – zapytał Głos Wewnętrzny.
Nijak. Madejskistefansynbolesława poszedł smęcić nad Wisłę. I stał tak, i smęcił, i wiatr mu poły płaszcza tudzież nadzieje rozwiewał, i nie było żadnej długiej jasnej prostej w przyszłości, ino burość, wiatr i ogólny giemol, więc się Madejskistefansynbolesława upił i poszedł spać.

Tu na razie jest ściernisko... znaczy, było, bo miał być zalew. Ale zalewu też nie będzie.

Nędza swoich czasów - niby bądźmy odważni, pokażmy błędy komuny, zwalczanie poakowskiego podziemia, przestępstwa Informacji Wojskowej,...
Klaskklaskklaskklask – zwolennicy dobrej zmiany wyrażali urzędowy entuzjazm.
...ale kiedy już pokazaliśmy, to się okazało, że krytyka okresu błędów i wypaczeń nastąpiła nie z pozycji biało-czerwonych, ale raczej z okopów obsadzonych przez mijalowców i moczarowców. Główny bohater jest w gruncie rzeczy tępym trepem, stosującym politykę wyciora i piąchy, nawet oddziałowy politruk jest od niego sensowniejszy, nie wspomnę o przyjezdnym ubeku, bo ten to w porównani – sama słodycz. Dowódca reakcyjnej bandy...
Buuuuu!...
Idźcie sobie „buuuukać” do autorów filmu, dobrze? Dowódca reakcyjnej bandy jest, oczywiście, wymuskanym paniczykiem w przedwojennym mundurze jak spod igły, nadętym, okrutnym (zwłaszcza dla słodkiego ubeka), a w konfrontacji z głównym bohaterem obowiązkowo klęskę moralną ponosi. Itede, itepe. I ten Październik też w filmie jakiś taki nieszczególny, kipiący od karierowiczów, urzędasów... Ech, piękne czasy, gdyśmy wszyscy byli młodymi kabewiakami, a potem to już tylko zdrada ideałów i czyż towarzysz Trocki nie miał racji, gdy ostrzegał nas przed zbiurokratyzowaniem rewolucji?

W przypadku ataku chemicznego zamiast maski przeciwgazowej możemy użyć kubeczka

Ale OK – niech sobie autorzy kręcą wspomnienia „jajakobyłych” w dowolnym ideologicznym sosie, ale niechże je przynajmniej kręcą dobrze. Niestety, „Wierne blizny” nie są nakręcone dobrze: scenariusz dziurawy, jakby go reakcyjne bandy z poniemieckiej broni poszatkowały, dialogi niedobre i momentami sprawiające wrażenie nieudolnie improwizowanych, bo albo się scenariusz zawieruszył na planie, albo przy postsynchronach, więc „koledzy aktorzy, mówicie cokolwiek”, postaci sztampowe, a montaż wywołuje chęć zorganizowania marszu protestacyjnego z całym flagowo-megafonowym oprzyrządowaniem. Część zastrzeżeń można by ewentualnie zwalić na cenzurę, ale primo – w tym akurat filmie cenzura nie powinna mieć zbyt dużo pracy, a secundo - nawet ingerencje cenzury można wygładzić, a dialogi dograć sensowne, żeby nie wychodziły kupy w stylu:
Przejdziemy z talerzyka na karteczkę i karteczką aż do łyżeczki, a tam jest leśniczówka i oni tam muszą być, rozumiesz? – tłumaczy Madejskistefansynbolesława, bazgrząc na karteczce.
Co ty, mapy nie masz? – pyta współporucznik.
Yyyy, mam, mam, ale... ale inny kwadrat mam – odpowiada przerażony aktor, łypiąc okiem na inspicjenta, bo chyba rzeczywiście w scenie powinna być mapa.
Współporucznik z tryumfalnym uśmiechem wyciąga mapę, Madejskistefansynbolesława tłumaczy wszystko jeszcze raz...
A jak przejdziemy przez te bagna? – pyta aktor, grający politruka, pokazując coś na mapie.
Aktor grający Madejskiegostefanasynabolesława zerka nań wściekle, bo na mapie nie ma żadnych bagien, w scenariuszu nie było takiej kwestii i trzymajcie mnie, bo mu – zgodnie z konstrukcją mojej postaci – pizgnę przy ludziach. W końcu nie pizga, tylko po długiej chwili ciszy... kompletnie olewa pytanie o bagna i odwracając się od politruka plecami, mówi do współporucznika:
– Rozumiesz?
Współporucznik chyba zrozumiał, ja nie bardzo.

Takich kwiatków jest w filmie cała grządka: Informacja Wojskowa nie bije, krzyczy rzadko, na hasło „jestem kawalerem Krzyża Walecznych” wzrusza się i łzę roni, bez mrugnięcia okiem daje się wyzywać od „kołków”, słysząc „papierosy mi się skończyły” dzieli się własnymi i pozwala je nawet zabrać do celi, a faktu, że przesłuchiwany siedzi rozparty i z rękami w kieszeniach nie zauważa, bo... nie wiem, bo jest dobrą i mądrą Informacją Wojskową, żyjącą w chatce na skraju lasu i odczyniającą złe uroki za dwa jajka i kalafiora?

A teraz na "trzy-cztery" splatamy dłonie, unosimy ramiona i robimy Mosfilm

Albo scena, w której Miki wychodzi z lasu i idzie się ujawnić. Teren gorący, „utrwalacze” strzelają do „bandytów”, „bandyci” katują „utrwalaczy”, wobec czego „utrwalacze” itepe... Jednym zdaniem: zatruta krew pobratymcza, czas pogardy i pistolet pod poduszką. I oto przez główną ulicę miasteczka idzie gość w oficerkach, na szyi ma dwa steny, za pasem ma dwa pistolety, „nie wie, co to lęk, a w oczach ma granatów pęk”...
– ...lub choćby pęczek - dośpiewał Jerzy Dobrowolski z głośników.
...a spod przedwojennego orzełka w lewo spoglądał i w prawo, i...
I nic.
Kompletnie nic. Nie zwracają na niego uwagi przechodnie, nie zwraca uwagi milicja, nawet wartownik na posterunku głowy spojrzeniem nie obrzucił i gdyby nie fakt, że Miki skręcił na posterunek właśnie, to by go ów wartownik przegapił. Ale skręcił. I wtedy...
– Stój! Ręce do góry! Rzuć broń! Tę drugą też rzuć! I trzecią! I czwartą...
E tam. Też nic. Nawet karabinu z ramienia wartownik nie zdjął. Idzie gość, to idzie, na kij drążyć?
I tak dalej, i tak dalej...

Spośród grających w filmie aktorów wybronił się właściwie tylko Jan Frycz. Co nie znaczy, że wszyscy pozostali zagrali źle, o nie – źle (ale za to bardzo źle) zagrała zaledwie połowa aktorów. Swoje zrobił Marian Opania, który nie miał co grać, ale miał pomysł, Adam Ferency walczył ze słabo napisaną rolą i moim zdaniem...
... – moje zdanie nic nie powiedziało, albowiem było skromne.
...tę walkę zremisował, Bogusław Linda natomiast przegrał walkę ze swoją rolą, ale chyba po prostu nie mógł jej wygrać. Zresztą, czy tu można mówić o rolach? Pięć minut na ekranie, dwie-trzy sceny... Reszta aktorów do zapomnienia.

Wracając do Jana Frycza – nie bawił się w nadmierną obronę bohatera, deklamacje, namysły itd. Poszedł w naturalność, w rozpęd, czasem celowo idąc na skróty i próbował ratować postać, robiąc z niej coś poza rozumiejącym tylko lanie wyciorem zupakiem. Niestety, scenariusz był, jaki był, Madejskistefansynbolesława przez pół filmu miał się tylko smętnie snuć, więc za dużo Jan Frycz do grania nie miał. Ale wstydzić się raczej nie musi.

Scenografia nienachalna, charakteryzacja słaba, muzyka kiczowata, finał żenujący.
Nie warto.

Niektórych widzów trzeba było przekonać, by zostali do końca seansu.


Varia
1. Scenariusz napisał Jerzy Grzymkowski na podstawie własnej książki i zapewne na podstawie własnych wspomnień – w latach 1949-52 utrwalał władzę ludową w szeregach KBW, a w latach 1952-60 w szeregach Milicji Obywatelskiej. Zgadza się nawet filmowa deklaracja Madejskiegostefanasynabolesława, że zostanie robotnikiem – po opuszczeniu szeregów Jerzy Grzymkowski zasiadł za sterami suwnicy w Hucie Warszawa. Potem zaczął pisać i pisać, i pisać... Pisanie doceniono: za „Wierne blizny” dostał nagrodę od premiera Piotra Jaroszewicza, a za całokształt twórczości – posadę kierownika literackiego Zespołu Filmowego „Profil” w 1982 roku. Książki nie czytałem, ale mam szczery zamiar, zwłaszcza odkąd dowiedziałem się, że Jerzy Grzymkowski jest autorem scenariusza do serialu „Kryptonim ‚Turyści’”, który był tak zły, tak zły... o, świynty Korneliuszu, patronie chorych na grypę, jaki on był, kuźwa, zły....
2. Reżyserem „Wiernych blizn” był Włodzimierz Olszewski. Ten od „Beniamiszka”. Oraz „Przemytników” wg „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”, za który to film nie lubię Olszewskiego bardzo i dobrze, że nie skojarzyłem nazwiska przed napisaniem tekstu, bo pewnie zjechałbym „Wierne blizny” bardziej.
3. Powieść na podobny temat (znaczy, utrwalania) popełnił Jerzy Ofierski. „Sam pośród swoich” był na pewno lepszy w wersji filmowej, a jeśli „Wierne blizny” oddają treść/styl książki Grzymkowskiego, zapewne także wersji papierowej. Przede wszystkim w tym, że bohatera książki Ofierskiego dało się lubić.
4. Dwukrotnie w filie pojawia się Tadeusz Teodorczyk: po raz pierwszy w rozmowie Madejskiegostefanasynabolesława z chłopami i po raz drugi, gdy zasiada w mundurze za stołem sędziowskim. Nie, to nie wizja wszechobecnych służb specjalnych, tylko niechlujstwo realizatorów.
5. Film był kręcony gdzieś. Filmpolski.pl twierdzi, że pod Chęcinami i w Warszawie. Warszawa była rozpoznawalna, Chęciny nie bardzo, ale wierzę na słowo.

Przecież na tym piachu za trzydzieści lat...

============
Wierne blizny
Premiera:
1982
Czas: 82 minuty
Reżyseria: Włodzimierz Olszewski
Scenariusz: Jerzy Grzymkowski
Obsada: Jan Frycz, Andrzej Precigs, Bogusław Linda, Jadwiga Kuryluk, Adam Ferency, Lech Mackiewicz, Marian Opania, Ewa Błaszczyk, Danuta Rynkiewicz, Jerzy Molga, Jacek Borkowski, Władysław Dewoyno i inni.

4 komentarze:

  1. Dobrze zes pan wrocil byl. Szkoda ze znowu o filmie com go nie widzial, jakos lepiej mi sie czyta to co sam znam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak, dość wiecowania, blogować! Blo-go-wać! *podskakuje z pomponami* :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezusiemaryjojózefieświnty, nareszcie. Bo już chciałam alarmować fundację "Itaka".

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie żebym jakoś filmu bronił (straszny jest), ale... Opis sceny z mapą śliczny i w ogóle, a jednak w filmie wygląda to jakoś inaczej i kwestia bagien rozwiązana jest pięć sekund później. Co nie czyni filmu broń Boże lepszym, ale w czepianiu się trzeba znać proporcją, mocium panie.

    OdpowiedzUsuń