2016-01-27

Złoto [1962]

Teraz opłacają się kury.
W przeciwieństwie do gruźlicy.

Edzio profilaktycznie wcinał rosołek.

„Złoto” jest dziwnym filmem. Badacze i fascynaci twórczości Hasa często o nim zapominają lub pomijają w analizach, bo im do głównych tez nie pasuje, część widzów, widząc dźwigi i taśmociągi, wpycha film na półkę z napisem „produkcyjniak”, niektórzy wzruszają ramionami i pytają o co tu w ogóle kaman i dlaczego Barbara Krafftówna wygrała z Elżbietą Czyżewską. Ale „Złoto” poza tym, że jest filmem nieco dziwnym, jest także filmem bardzo hasowskim.
Pleonazm – mruknął Głos Wewnętrzny.

Kajtek ucieka – trzepnął kogoś samochodem i zbiegł z miejsca wypadku. Trafia na koniec świata, a dokładnie między Turoszów a Bogatynię: kopalnia odkrywkowa, elektrownia, hałdy, dziury w ziemi, maszyny jak żelazne dinozaury i jak to na każdym Dzikim Zachodzie: zbierania typów i typków ludzkich spod ciemnej gwiazdy, spod jasnej gwiazdy, z księżyca i z całego świata: na hałdzie puzoni sobie pan Edzio, przyodziany w trampki operator górogryzarki leci Vilionem, jego kolega opowiada o matadorze Manolette, kelner ma wrzody, kelnerka ma oko do ludzi i figurę, że proszę siadać, a kierowca wywrotki zjada wszystko, co podejdzie mu pod rękę, bo długo siedział w Auschwitz i postanowił nadrobić zaległości. Są też trzy piękne Gracje: „Judy, Mary i Doris, tańce egzotyczne i charakterystyczne”, łysawy łabędzi puszek robiący szemrane interesy oraz geolog Piotr z gruźlicą, misją i niesympatyczną żoną. 

Kurosawa - wersja przemysłowo-bezdeszczowa

Główny bohater nie może się zdecydować, czy chce znaleźć swoje stałe miejsce na ziemi, czy to tylko jakiś etap w podróży/ucieczce, geolog Piotr usiłuje go sobie przysposobić na wiernego giermka łamane przez syna
– To brzydkie, chropowate to granat. A to akwamaryn (...) Dopiero kiedy dostaną szlif, stają się piękne. Ich cena to właściwie wartość pracy szlifierza. Są tanie, bardzo tanie. 

Szlifuje więc Piotr Kajtka uporczywie, żeby przed gruźliczym skonem do tytułu inżyniera, dodać sobie także sprawność inżyniera dusz, szlifierza ludzi, a Kajtek uporczywie staje okoniem, bo go przeszłość w plecy swędzi. Przy barze zmieniają się warty honorowe kolejnych nieudaczników, pani Zosieńka nalewa im kolejne setki albo nie nalewa, bo okiem fachowym potrafi stwierdzić, że klient ma już dość i na weltschmerz lepiej mu zrobi talerz rosołu, puzonista Edzio ma nadzieję, gość w koszuli w kratkę nadziei nie ma i nie ma jej tak bardzo, że z tego niemania deklamuje wiersze Marcina Świetlickiego...
Przecież kiedy kręcono film Świetlickiego jeszcze na świecie nie było –  zauważył Głos Wewnętrzny.
No, proszę – cały Wojciech Jerzy Has i jego zabawy czasem filmowym oraz czasem rzeczywistym, jego zdolność do kreacji światów i poezji...

W końcu pojawia się archanioł Gabriel i wszystko kończy się dobrze: panowie znajdują panie, panie znajdują panów, Edzio jedzie na tournée, wrzody kelnera zaprzyjaźniają się z nim i mruczą mu słodziutko do uszka, Kajtek bzyka Zosieńkę, a przeszłość przestaje być garbem, garbem zaczyna być przyszłość.
Jak to „dobrze się kończy”? – jęknęła Opinia Publiczna – Przecież inżynier krwią serdeczną ziemię zrasza i ducha wyzio... wyzionowuje?... wyziewa?
Ale ponieważ przez cały film truł strasznie, a ja bywam bardzo cyniczny, odbieram ten zgon w kategoriach scenariuszowych i nie tylko nie robi na mnie wrażenia, ale wręcz drażni egzaltacją.

Egzaltację leczymy przy pomocy precyzyjnie odmierzonej dawki

Dialogi – Bohdan Czeszko, więc wiadomo czego się spodziewać: dwudniowy zarost na twarzy, zmęczony wzrok, skrzywiony kącik ust i chłodne bon-moty odpędzające natrętów. Okresowo błysk w oku i zaangażowanie w rzeczywistość lub w kobietę. Taki trochę Hłasko na etacie albo Philip Marlowe w berecie. W „Złocie” udało się Bohdanowi Czeszko znaleźć balans między młodzieńczą pozą Kajtka, a doświadczeniem barmanki, między nierzeczywistością dialogów o wyspach Hula-Hula i poezji Villona, a dyskusją o niedostarczonej żarówce, zgrabnie splatał główne dialogi, ozdabiał krótkimi smacznymi i zapadającymi w pamięć epizodami, tylko geolog Piotr mu nie wyszedł, Piotr był dęty strasznie. Postać bardzo nieźle się zaczęła, ale im dalej w film tym bardziej w dydaktyzm obrastała, aż się chciało powtarzać kajtkowe „Co mi tam będziecie w ucho pluli”.

Spójrz, na to miejsce przyszli ludzie z miast, miasteczek, z zatabaczonych wsi. Robią tu coś z niczego. Wielu jest podobnych tobie, takich, którzy nie chcieli się na coś zgodzić. Oni jeszcze dzisiaj nie odczuwają radości i dumy, ale kiedyś kiedy ktoś wypowie przy nich nazwę tego miejsca, to powiedzą, na pewno powiedzą: „ja to robiłem”. Myślisz, że dla nich to będzie bez znaczenia?
Potem jeszcze było budowanie niezauważalnego, atom ludzkiej wspólnoty, struktura kryształu i OK, rozumiem, że w 1961 roku taka poetyka była na miejscu i na czasie, a na prawdziwy Dziki Zachód nie można było liczyć – „Prawo i pięść” powstało trzy lata później i rozgrywało się jednak w scenerii wciąż-wojennej, a nie w czasie budowy zrębów i stawiania podwalin. Rozumiem, po co scenarzyście i reżyserowi była taka a nie inna postać Piotra, ale w zestawieniu z resztą filmowego świata jego mowy zgrzytały mi bardzo.

Błotnik się panu telepie!

Obraz. Telewizyjna kopia jakość ma, jaką ma i oglądanie jej dziś może trochę uwierać w oczy, ale to, co najważniejsze, da się zauważyć: operowanie światłem, kontrastowanie planów i zderzanie wielkich przestrzeni kopalni odkrywkowej z klaustrofobicznymi, zagraconymi wnętrzami, operowanie wystudiowanym, tworzącym klimat kadrem i żeby było zabawniej, mocniejsze są właśnie kadry kopalniane – budowanie nastroju w dialogu bohaterów to poniekąd elementarz: tu światło, tam cień, tu zbliżenie, tam cięcie, ale w „Złocie” znacznie efektowniejsze są ujęcia plenerowe: pracujące na dnie wielkiej niecki maszyny, przypominają walczące ze sobą okręty, „pasące” się dinozaury czy jakieś gigantyczne pająki. Ciekawie jest też skadrowana ostatnia scena – gdy Kajtek odbiega od ciała Piotra, dzięki ustawieniu kamery można odnieść wrażenie, że jedna z tych gigantycznych maszyn-pajęczyc wyłazi właśnie z kopalnianej niecki, wyrywając się na wolność. Czy jest na sali jakiś filmoznawca, który by mi to ujęcie przerobił na zgrabną metaforę z odniesieniami? Mnie nic do głowy nie przychodzi, a szkoda, żeby się pomysł zmarnował... Dla ułatwienie dorzucę spostrzeżenie, że w tej scenie Kajtek zbiega do wykopu, z którego "wydobywa się" maszyna.

Tak czy owak –  zdjęcia i kadry na plus. Widać zrozumienie reżysera i ekipy zdjęciowej. Stefan Matyjaszkiewicz pracował z Hasem przy „Wspólnym pokoju” i „Rozstaniu”, a wkrótce – wraz z operatorem Zdzisławem Parylakiem (też pracował przy „Rozstaniu”) – nakręcą z nim „Jak być kochaną”.

Alegoryczne króliki sugerują metaforycznie

Sceny kameralne, ich układ i scenografia to cały Has przeszły i przyszły, autocytaty i zapowiedzi w jednym. Mamy typowy dla niego motyw lamusowy, mamy zagracony strych, mamy zakurzone klatki, przekrzywione ramy, wypchane ptactwo, nawet tykający zegar mamy. Motyw zagracenia przechodzi też do dialogów – geolog Piotr porównuje swoje badania do buszowania po zagraconym strychu.
– A lustro? Głos Wewnętrzny uważnie oglądał filmy Hasa.
I lustro, i okno – też kanoniczne hasowskie motywy. Zwłaszcza lustro w knajpianym wucecie, lustro, w którym widać niekoniecznie to, co być w nim widać powinno (oraz niekoniecznie tego, kogo).

I bar, oczywiście – nie bar-budynek, ale bar-lada, dzieląca ekranową przestrzeń na wypełnione kimś-tam kulisy, bar-scenę na której bohaterowie odgrywają nam swoje dramaty i komedyjki oraz na widownię czyli nas, widzów. Bar będący mocnym nawiązaniem do „Pętli”, tym mocniejszym, że przecież siedzi przy nim Tadeusz Fijewski i topi w gorzale zmęczenie życiem. Ba! i w „Pętli”, i w „Złocie”, Fijewski gra muzyka, ale o ile w „Pętli” „nie był już najlepszym saksofonistą w tym mieście”, o tyle puzonista Edzio w „Złocie” „jest straszny klezmer –  jak Edzio gra, to świat się śmieje”.

Takich charakterystycznych dla Hasa motywów/nawiązań jest w filmie całe mnóstwo: pierwsza scena to niemal powtórka początku „Rozstania”, rozmowa z trzema gracjami na szosie bardzo przypomina jedną z pierwszych scen „Pożegnań”, gdy w Ogrodzie Saskim Paweł rozmawia z „kobietami pracującymi”, awantura przy czytaniu Londona musi wywoływać skojarzenia z atmosferą „Wspólnego pokoju”, a z kolei... E, wiecie co? Sami szukajcie, to jest blog, a nie monografia twórczości WJH, a ja nie będę wam odbierał przyjemności. 

Oko, Kajtuś, tak musisz mieć wyczulone na niuanse.

A czas? – zapytała Opinia Publiczna, pamiętając rolę czasu w filmach Hasa i zastanawiając się, jak reżyser rozwiązał to w ąturażu kopalnianym.
Reżyser rozwiązał to ludźmi – ekranowy czas płynie sobie spokojnie od-do, z lekkimi przeskokami, żeby nie spowalniać akcji, ale opowieść „łamana” jest przeszłością, raz ścigającą Kajtka, innym razem wjeżdżającą w środek rozmowy o Londonie odniesieniem do auschwitzowskiej „Kanady” czy „pobycie za drutami”, obecnym w opowieściach, a przede wszystkim w stanie zdrowia Piotra

Aktorsko – ekstraklasa. Władysław Kowalski gra znakomicie (i nie ma już tego koszmarnego makijażu, jakim wytapetowano go w „Rozstaniu”), Barbara Krafftówna jako barmanka, twórczo wykorzystuje graną niedawno w „Nikt nie woła” postać Niury i zapowiada Felicję z „Jak być kochaną”, Elżbieta Czyżewska jest urocza i smutna, Tadeusz Fijewski... cóż, ahistorycznie można powiedzieć, że Tadeusz Fijewski jest jak Janusz Gajos, który zawsze jest Januszem Gajosem i za każdym razem lubimy go bardziej – Tadeusz Fijewski jest po prostu Tadeuszem Fijewskim i to wystarczająca gwarancja jakości. Jedną ze swoich najlepszych ról zagrał Adam Pawlikowski, rewelacyjny drugi plan zagrał Aleksander Fogiel, Zdzisław Maklakiewicz zasłużył na Oscara za epizod, a jeśli ktoś przyjrzy się uważnie jego mimice i badylengłidżowi oraz wsłucha się w intonację, to... no, kto zauważył?
Andrzej Chyra! – ze zdziwieniem skonstatował Głos Wewnętrzny.
A ino – toczka w toczkę, gest w gest, pauza w pauzę. Albowiem jak mawiał Ben Akiba – „wszystko już było”.

Dobrze było, panie reżyserze, czy powtarzamy?

W tle sporo ciekawych mignięć: Krzysztof Litwin, Jan Kobuszewski, Jerzy Turek, Zbigniew Wójcik w swoim drugim i ostatnim filmie, Wojciech Siemion, w charakterze kelnerki – donna Inez Moro czyli Jadwiga Krawczyk, druga żona reżysera. Sam Wojciech Jerzy Has także pojawia się na ekranie – jako milicjant podaje ogień Kajtkowi, łypiąc nań podejrzliwie.

Problem mam z grającym geologa Piotra Krzysztofem Chamcem – początek filmu miał świetny, ale potem było już coraz gorzej i to chyba nie tylko wina samej roli czy dialogów, czasem Krzysztof Chamiec grał bardzo „szkolnie”. Zresztą jakoś nigdy nie potrafił mnie do siebie przekonać – ekranowo w każdym razie, bo w teatrze radiowym Krzysztof Chamiec rządził i wymiatał, był jednym z tych aktorów, którzy urodzili się, by grać „w wydaniu dźwiękowym” i do dziś jestem w stanie wymienić wiele jego radiowych/dubbingowych ról. (m.in. w „Kochałam Tyberiusza” Elisabeth Dored  czy „Szusie” Irvina Shaw).

Muzyka Lucjana Kaszyckiego bardzo dobra, barowa melodyjka w ucho wpada i mózgu się czepia, a scenografię i kostiumy przygotowywał Jerzy Skarżyński – obaj panowie należeli do stałej ekipy hasowskiej: Lucjan Kaszycki zrobił z WJH „Pożegnania”, „Wspólny pokój”, „Rozstanie”, „Złoto” i „Jak być kochaną”, a Jerzy Skarżyński „Wspólny pokój”, „Rozstanie”, „Złoto”, „Rękopis...”, „Szyfry”, „Lalkę” i „Sanatorium pod klepsydrą”.

Na pewno wciąż można, a moim zdaniem warto.

Nie dość, że chcesz nam podwędzić stówkę, to pewnie jeszcze pijesz Ciechana


Varia
1. Scenariusz oryginalny, co warto zauważyć, bo przecież wszystkie poprzednie i kolejne filmy Hasa to adaptacje literatury.
2. Wojciech Siemion czyta książkę Londona „Złota dziura”. Szukałem, co by to być mogło i znalazłem po cytatach. „Szczerozłoty kanion”. Od razu przypominało mi się  „Bellew Zawierucha” vs „Krzych Kurzawa”.
3. Dyskusja o motocyklach „Junak, chłopie, tylko Junak! Mocniejszy od Jawy. Czterotakt, braciszku. I pojemność jaka – 350 kubików!”
350 kubików? Dżizas, co to za monstrum wielkości stodoły? Nawet w „Mad Max: Road of fury” jeździli mniejszymi.
4. Wykonującą muzykę Lucjana Kaszyckiego krakowską orkiestrą Polskiego Radia dyrygował Stanisław Has. 9 lat starszy od Wojciecha Jerzego, też urodzony w Krakowie... Internet, oczywiście, milczy, biblioteki daleko, ale stawiam, że to rodzina i kto wie, może nawet bliska. Brat? Ktoś wie i może poratować informacją?
5. Kawiarnia Roma naprawdę istniała – znajdowała się w Bogatyni, w budynku dawnej karczmy przy ulicy Armii Czerwonej (budynek podobno już nie istnieje), a tuż przy niej rzeczywiście przebiegała trasa kolejki wąskotorowej.

Ach, gdzież są niegdysiejsze filmy...

===========
Złoto
Premiera: 26.10.1962
Czas: 91 minut
Reżyseria: Wojciech Jerzy Has
Scenariusz: Bohdan Czeszko
Obsada: Władysław Kowalski, Krzysztof Chamiec, Barbara Krafftówna, Adam Pawlikowski, Elżbieta Czyżewska, Tadeusz Fijewski, Zdzisław Maklakiewicz, Aleksander Fogiel, Wojciech Siemion i inni.

4 komentarze:

  1. No jak rany panie kochany.Sluszna linie pan prowadzisz, tak trzymac, jeden wpis na tydzien !

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam film, chociaż powstał długo przed moimi narodzinami.
    Napisałeś świetny tekst.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. To jeszcze raz ja panie kochany.Pana teksty to najlepsze lekarstwo na porazkie taka jak ta dzisiejsza. Nie sadzilem ze usmiech tak szybko wroci.

    OdpowiedzUsuń
  4. 350 kubików to po prostu 350 cm sześciennych czyli kubicznych ;)

    OdpowiedzUsuń