2016-02-24

Anatomia zła [2015]

Anatomia zła? Tak, zła. Bardzo zła anatomia.

Przed anatomizowaniem należy rozmrozić

Oglądać czy nie oglądać? Z jednej strony Jacek Bromski to facet, który nakręcił „Zabij mnie, glino”, z drugiej – facet, który spierd-pardąsik-przył jedną z łatwiejszych do nakręcenia książek, czyli „Uwikłanie” Miłoszewskiego, gdzie wszystko miał na tacy: siąść i kręcić. Oglądać zatem czy nie oglądać?...
„Anatomia zła” Jacka Bromskiego prawie jak „Dzień szakala” – napisał krytyk, którego teksty znam i wiem, że czasem można mu zaufać.
OK, tanim marketingowym kitem wieje na kilometr, ale niech choć w paru procentach się to potwierdzi – już będzie nieźle.
Thriller został nakręcony w duchu Tarantino – napisał drugi krytyk, którego tekstów nie znam, więc nie wiem, czy mu ufać, ale jeśli porównuje do Tarantino, to chyba wie, do czego porównuje, bo Tarantino jest raczej znany.
Porównanie ciekawe. To jednak obejrzę. Tym bardziej, że rolę główną gra Krzysztof Stroiński, a czytelnicy Poliszmuwi wiedzą, że go lubię, cenię i w ogóle.

Minęło dwieście strzałów znikąd, pięćdziesiąt strzałów czołem w biurko, butelka wina i chechdziesiąt słów dorożkarskich.
...
„Dzień Szakala”? Tarantino? To? TO COŚ? Rozumiem względy marketingowe, towarzyskie, rozumiem strach, że szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich obrazi się na niegrzecznego recenzenta i skończą się gratisy, zaproszenia na premiery, a kto wie, może nawet naczelny oddeleguje kogoś innego na Festiwal w Trójmieście, rozumiem, że rachunki, że kredyty, że... i że... ale, kurdeflak, Tarantino? „Dzień szakala”? Pogięło kogoś doszczętnie?

Wyszczerz nieco hienowaty

Z „Dnia szakala” mamy faceta, który ma zastrzelić innego faceta i trochę sobie przedtem trenuje w lesie. Tyle. To tak, jakby powiedzieć, że „Magda M.” to prawie jak „Makbet”, bo tam też pewna pani nie lubiła szefa swojego faceta. Albo że „Świnki trzy” to odpowiednik „Braci Karamazow”, bo też były trzy, a odpowiadający figurze ojca zły wilk, podobnie jak stary Karamazow, bucem był strasznym. A co mamy z Tarantino? Hmm, nie wiem, co mamy. Mamy zwłoki, ale zwłoki były też w serialu „Columbo” i książkach Wiesława Wernica, więc niby czemu akurat Tarantino, a nie „Tropy wiodą przez prerię”?

Fabuła: jest sobie emerytowany snajper, który kiedyś tam wystrzelał na zlecenie połowę bossów polskiej gangsterki. Obecnie emeryta wynajmuje jakiś złachmaniony prokurator, aby zastrzelił szefa policji. Gdyby emeryt nie chciał zastrzelić szefa policji, odwiesi mu się wyrok, więc sami rozumiecie, że Ojejku. Przestraszony wizją paru lat dodatkowej odsiadki emeryt przyjmuje zlecenie, ale że oko już nie takie, podnajmuje sobie sfrustrowanego wojskowego, wywalonego z woja za zabicie cywilów w Afganistanie. Niechcący, oczywiście.

Nawet aktorzy momentami facepalmowali

Emeryt i frustrat przygotowują zamach, dokonują go i... i giną. Ginie też parę innych osób. Dokładnie mówiąc, giną jeszcze cztery osoby, z czego jedna kompletnie od czapy, druga bez potrzeby, a trzecia śmiesznie. Są cycki i perory o tym, że świat się się psuje, a za moich czasów, panie dzieju to hohoho... Cycki i perory też są bez potrzeby. Mogłoby ich nie być i film byłby... Wrrróć: nie „mogłoby nie być”, bo ich tam w ogóle być nie powinno! I bez żartów, że przecież tak formalnie cycków nie było, bo tu nie o rozmiar chodzi tylko o zasadę – w „Anatomii zła” było „szczucie cycem”, klasyczne, w najgorszym gatunku: postać Halinki wetknięto do filmu tylko i wyłącznie po to, żeby aktorka mogła pokazać całą jaskrawość. Oczywiście, jak to w polskim kinie bywa, szczucie golizną okazało się skuteczne i męska część publisi oraz krytysi zachwyciła się warsztatem aktorskim rozebranej obywatelki, choć ta jako żywo, żadnego warsztatu nie pokazała. Zresztą po co niby miałaby pokazywać jakiś warsztat, skoro pokazała całą resztę?

To mógł być dobry film – żadne dzieło sztuki, ale solidne kino rozrywkowe: sprawdzony schemat „stary-młody”, spisek, strzelanina, sensacja, zwłoki i niech nawet te cycki będą, co mi tam. No kurczę, były wszystkie potrzebne elementy i chyba nawet w Bułgarii daliby rade z tego zrobić nie tylko porządną dwugodzinną sensację, ale nawet trzymający w napięciu serial i to w dwóch odsłonach. Ale te sztuczki to nie z nami, Brunner, my tu mamy odwieczne tradycje chrzanienia dobrych pomysłów, myśmy nakręciliśmy „Wiedźmina”, „Bitwę warszawską” i „Bitwę pod Wiedniem”, z takich jak my był Władysław Machejek, Dominik Zdort i uciekający na Milano zespół Effect. Wobec czego reżyser Bromski postanowił polecieć ponadczasowym mesydżem.

Ponadczasowy mesydż podlegał ograniczeniom terytorialnym

Fakt, że mi się 5 lat temu urodziła z córka, zmusił mnie do innego spojrzenia na świat, do takiej dłuższej perspektywy i zacząłem się zastanawiać, że jeżeli my ten świat psujemy konsekwentnie i z roku na rok jest coraz gorzej, to jak ona dorośnie, w jakim świecie będzie żyła, to co my jej zostawimy?
Hmm, niech zgadnę... Złe filmy?

To film zrodzony z chęci zareagowania na to, co się dookoła dzieje – kontynuował reżyser Bromski – Zło rozpanoszyło się, a dobro stało się czymś godnym pogardy i wyśmiewania. W newsach jest więcej wiadomości o tym, że matka zabiła dziecko, niż że ktoś zrobił dobry uczynek, na przykład dał dzieciom chleb do domu dziecka. Powinniśmy zaprotestować!

I wobec tego reżyser Bromski nakręcił film o tym, jak pewien recydywista zabija bogu ducha winną kobietę, spalając jej zwłoki przy pomocy siana i benzyny, a potem zabija szefa CBŚ, albowiem gdyż bo tak. Oraz o tym, że jakiś nachlany osił napierdziela swoją foczkę z sierpa, a uratowana foczka robi wybawcy laskę za friko, ale tylko za pierwszym razem, bo kolejne kosztują według cennika, więc jeśli wybawcy nie stać na dwie stówki za loda, to niech się buja na drzewo. Przepraszam, ale jeśli to ma być przesłanie dla nieletniej córki, to może ktoś powinien zadzwonić do Rzecznika Praw Dziecka?

Otwórzmy więc ich drzwi okna, zajrzyjmy im do wnętrza...

W tym filmie musiałem sięgnąć głęboko w tę rzeczywistość istniejącą, do tego, co się rzeczywiście wydarzyło – wyjaśnił reżyser Bromski, informując, że żeruje na zabójstwie generała Marka Papały, które zdarzyło się 16 – słownie: szesnaście – lat temu i na zaginięciu Jarosława Ziętary, które miało miejsce 24 – słownie: dwadzieścia cztery – lata temu. Refleks, że proszę siadać. Jeszcze słabszy od tego, jaki przejawiał w czasach komuny Jan Pietrzak, który z Gomułki wyśmiewał się w czasach środkowego Gierka, z Gierka – w czasach środkowego Jaruzelskiego, z Jaruzelskiego – w czasach środowego Wałęsy, z Wałęsy – gdzieś w okolicach wczesnego Kwaśniewskiego, a z Kwaśniewskiego od razu, bo wtedy za śmianie się z Kwaśniewskiego nic nie groziło, a nawet można było dodatkowo zarobić.

Reżyser Bromski protestuje więc. Protest reżysera Bromskiego dokonuje się przez włożenie głównej postaci w usta paru drętwych tekstów o tym, że jest źle, że zero autorytetów, że nie mówi się „żeśmy”, że politycy kradną i kłamią (Poważnie? Boże, świat mi się zawalił...), że przy jedzeniu się nie siorbie, a przy piciu nie mlaszcze oraz odwrotnie, że kto rano wstaje, temu Pambuk daje i że nie grajcie dzieci na ulicy w piłkę, bo się narażacie na niebezpieczeństwo, samochód was przejedzie, gra się na boisku, obiecujecie?
Obiecujemy – mówią dzieci.
Wierzę wam – odpowiada z powagą w oku bezlitosny killer i oddaje im piłkę.
Pierdol się, ty stary zgredzie! – puentują rozmowę filmowe dzieci, co jest celnym, choć chyba zbyt brutalnym skwitowaniem takich chwytów scenariuszowych.

Kłopoty z postrzeganiem rzeczywistości wymagały badania

Ale OK, to jednak kino gatunkowe, wystarczy trzymać się sprawdzonej od lat konwencji, nie odwalać partaniny...
Nazywa się Siemiradzki – mówi prokurator-zleceniodawca – Jak ten malarz.
Naprawdę? Znaczy, ja wiem, że jak malarz i nawet wiem, co ten malarz namalował, ale naprawdę zawodowemu killerowi z CV długości taśmy do cekaemu trzeba wyjaśniać, jak się nazywa szef Centralnego Biura Śledczego? I czy gdyby nazywał się Malczewski albo Boznański, to robiłoby to jakąkolwiek różnicę w planach zamachu?

A tu masz karabin – prokurator wręcza killerowi walizeczkę z zawartością. Bo przecież zawodowi zabójcy są jak dzieci we mgle i na militarne zakupy mogą pójść do warzywniaka, demaskując całą akcję, prokurator zaś ma kartę stałego klienta w Tesco, a że akurat była promocja, więc…
Dynamika! Akcja! Błyskawiczny odwrót... Błyskawicz... Hmm... Megakiller stoi przy parkingowej kracie i usiłuje wczytać hotelową kartę, żeby uciec z miejsca zbrodni pieszo, a jego pomagier pokłada się ze śmiechu, że przecież się nie otworzy, bo system nie zarejestrował wjazdu pojazdu, więc, kaman, stary, musimy opuścić hotel przez główne wyjście, hehehe... Przypominam, że panowie uciekają, bo zastrzelili komendanta głównego oberpolicji i jeśli to ma być sposób na budowanie marki zabójców oraz napięcia w filmie, to ja już wolę przygody Jimmy’ego Pif-Paf w „Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie”.

Wypłata dla killera?
Nie mam! – mówi prokurator wręczając zaledwie jedną piątą kwoty – Fizycznie nie mam!
Ale pożyczę od teścia i ci wypłacę w sześciu ratach, z czego ostatnią w truskawkach, bo obrodziły, dobrze? W końcu nie od dziś rozwala się szefa CBŚ...
Ukrywanie się po zamachu? A i owszem – w samochodzie namierzonym i poszukiwanym przez policję. A same przygotowania i łażenie w... Ech, można by tak do północy – lista głupot, które wyłapałby nawet gimnazjalista, jest długa jak lista płac tego filmu.

Pan Janek był dziurawy jak scenariusz

A bo ty się czepiasz szczegółów, a tu ważny był mesydż, zepsucie i świat pędzący ku przepaści!
To trzeba było kręcić moralny niepokój pijanego inteligenta, a nie bawić się w sensację. W westernie są kowboje, w horrorach – duchy, w filmach o zombie – krew, podkrążone oczy i jedzenie mózgów, a w kinie sensacyjnym musi być intryga, napięcie, ciary na plecach i precyzja. Reszta jest albo milczeniem, albo od czapy.

I tak jest przez cały film: próba splecenia intrygi, tajemnicze mruganie okiem i dawanie do zrozumienia, że oto twórcy posiedli Tajemnicę, a potem trzask, prask, klops, salceson i traktowanie widza jak jełopa, a zasad gatunku jak starej skarpety, bo przecież reżyser Bromski wie lepiej i nie będzie go tu jakiś Michael Mann czy inny William Friedkin ograniczał formalnie.

Muzyka tragiczna. Poważnie.
Dlatego jest taka muzyka, która jest typową muzyką do amerykańskiego thrillera – powiedział reżyser Bromski..
Really? Te pogrzebowe pienia? Te rozciągnięte dyrdymały quasi symfoniczne to ma być _typowa_ muzyka do amerykańskiego thrillera? To jakie thrillery reżyser Bromski widział ostatnio? „Uwolnić orkę?”, „Znachora”? „Moskwa nie wierzy łzom”?
Chciałem aby muzyka była tak dobra jak ten film – powiedział na konferencji prasowej kompozytor i trzeba mu oddać, że rzeczywiście napisał muzykę na poziomie filmu
Scenografię, kostiumy i produktplejsmęt pominę, bo nie wychodzą poza średnią krajową. Bardzo średnią.

Napięcie rosło z minuty na kwadrans

Co najgorsze – film leży także aktorsko. Marcin Kowalczyk w roli podnajętego snajpera gra dokładnie to samo, co grał w poprzednich filmach i szczerze mówiąc, zaczyna mnie po prostu nudzić, Andrzej Seweryn pokazał się nijako dwa razy po 30 sekund, Piotr Głowacki zagrał słabo (co dziwne, bo on zazwyczaj gra od "nieźle" w górę), zbudował rolę na postaci ubeka z „80 milionów”, czyli na dużej ilości bezsensownych bluzgów i czy ktoś mógłby mu powiedzieć, jak nosić garnitur? Bo nie umie go nosić i za każdym razem, gdy się pojawiał na ekranie, wyglądał, jakby wyszedł właśnie z noclegowni. Michalina Olszańska rozebrała się dwukrotnie, a Marcin Perchuć i Anna Dereszowska mignęli z dużej odległości, więc w razie czego mogą udawać, że to nie byli oni.

Najbardziej bolało mnie w oczy oglądanie Krzysztofa Stroińskiego. Jak miał tę postać zbudowaną przez reżysera Bromskiego, tak miał – pewnych rzeczy aktor nie przeskoczy. Starał się ją zagrać najlepiej jak umiał, bo to przecież solidny kawał aktora, ale... OK, bądźmy szczerzy i brutalni – naprawdę nikt nie zauważył, że Krzysztof Stroiński w tym filmie wygląda jakby miał problemy ze zdrowiem? Że mówi bardzo niewyraźnie, momentami na granicy bełkotu, a na pewno poza granicą zwykłej, codziennej nawet pozafilmowej dykcji? Że w wielu scenach chodzi lekko przechylony w jedną stronę, że przez pół filmu mówi półgębkiem, nie radząc sobie z lewym kącikiem ust? Jeżeli to miał być świadomy pomysł na rolę, to zdecydowanie nietrafiony, bo momentami całkowicie uniemożliwiał odbiór, ale jeśli nie był... Nie wiem, czy to kwestia dentysty, który spartolił lewy  mostek, czy czegoś poważniejszego (na szczęście chyba nie aż tak poważnego – na konferencji prasowej po premierze Krzysztof Stroiński był już zwyczajnym Krzysztofem Stroińskim), ale to naprawdę wyglądało przykro i nie pomagało w oglądaniu.

Mogło być dobre kino gatunkowe – wyszła długa (ponad 2 godziny), nudna piła z zadęciem, pretensjami i dwoma wiadrami błędów.
Nie warto.

Twórcy celowali, celowali...


Varia
1. Recykling ekipy: kompozytor Ludek Drizhal wystąpił w roli blondyna opieprzającego Andrzeja Seweryna, koproducent muzyczny Spencer Gibb wystąpił opieprzającego bruneta, a w "roli" obserwatora w Afganistanie pokazał się II reżyser Hubert Koprowicz
2. „Raz już próbował mnie wykończyć” – mówi Andrzej Seweryn o ofierze – „W Krakowie 10 lat temu. Zablokowałem mu wtedy karierę”. Byłoby to jakieś odniesienie do „Uwikłania”? E, nie – pomijając nazwisko, „Uwikłanie” jest z 2011 roku, i przeciwnikiem Seweryna nie był gość z CBŚ, a prokurator Szacki, a poza tym nie „mu”, bo w tamtym filmie reżyser Bromski wykastrował prokuratora Szackiego, robiąc z niego pszczółkę Maję.
3. Światy równoległe reżysera Bromskiego: „‚Zabij mnie glino’, był taki kryminał, zrobiony w 1985 roku, w stanie wojennym, kiedy w ogóle nie wolno było wtedy o milicji obywatelskiej robić jakichkolwiek filmów pozytywnych” . Świętyjeżunapasztecie, co on bredzi?
4. W „Anatomii zła” wystąpili niechcący i w tle Elżbieta Jaworowicz, Włodzimierz Czarzasty, Leszek Miller, Janusz Korwin-Mikke, Paweł Kowal, Krystyna Czubówna i Zbigniew Ziobro. Ten ostatni powiedział z ekranu: „To jest człowiek, który się kompletnie kompromituje i to nie po raz pierwszy. To jest postęp sklerozy albo skrajny cynizm”. Podobno nie chodziło mu o reżysera Bromskiego, ale bo to można wierzyć politykom?
5. PISF dał. Dużo. Bromskiemu by nie dał?

...ale nie trafili.


============
Anatomia zła
Premiera: 18. 09. 2015
Czas: 122 minuty
Reżyseria: Jacek Bromski
Scenariusz: Jacek Bromski
Obsada: Krzysztof Stroiński, Marcin Kowalczyk, Piotr Głowacki, Andrzej Seweryn, Łukasz Simlat, Ewa Kolasińska-Szramel, Michalina Olszańska i inni
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 zł.

2016-02-17

Żona i nie żona [1939]

Oraz film i nie film.

W trailerze sugerowano suspens i dizajer

Irena porzuca Zenona.
– Co to ma znaczyć? Porzucasz mnie?Jest spakowana, na biurko zostawiła list „Nie szukaj mnie, odchodzę”, więc jakby mniej więcej istinno.
– Przecież robiłem wszystko, żeby ci to życie uprzyjemnić. Czego chcesz więcej?
– Chcę żyć, muszę być szczęśliwa chociaż przez jeden rok

Ale, pardąsik, musi być hurtem czy moglibyśmy rozłożyć na raty? Bo gdyby tak podliczyć te sześć orgazmów, ze dwa tygodnie w nowym mieszkaniu, wczasy pracownicze w Copot, zakupy, parę wspomnień z dzieciństwa...
– Niech się dzieje co chce! Wiem jedno – że nie mogę cię kochać! Nie mogę cię znieść dłużej przy sobie!
Aha, czyli jednak musi być jednym ciągiem.

– Ach tak... No, mniejsza o mnie, ale dziecko! Przecież nie możesz być szczęśliwa bez dziecka!Yyyy... a dlaczego? Znaczy, nie zrozummy się źle, mała Tola jest urocza i gra lepiej niż 90% dzisiejszych filmowych robocików, ale może Irena wolała chłopczyka, a poza tym co to za patriarchalne wpychanie kobiety w społeczną mamkowszczyznę?
– Dziecko musisz mi oddać!
– Nigdy!
– Tola jej moja, jej się nigdy nie wyrzeknę!
– Już jej się wyrzekasz!
Z tego, co zrozumiałem, Irena na razie wyrzekła, że wyrzekła się męża, o dziecku nie wspominała.
– O nie, nie zdążysz zrobić z niej mego wroga! Ja ci jej nie zostawię. Gdy tylko znajdę grunt pod nogami, wrócę i będziesz musiał mi ją oddać. Ja jestem jej matką, a matka ma największe prawa do dziecka.
– Tak! Matka! ale która jest i żoną.

I która siedzi z tyłu.

Tatusiu, Cedergren pyta, czy mamy w telefonie syrenę!

Irena wyjeżdża do Paryża, Zenon z okrzykiem „Irena, do domu!” pali sobie w łeb z rewolweru, ale że jest dupa życiowa, pali niezbyt skutecznie, skutkiem czego przy jego łożu zaczyna pracę hoża pielęgniareczka o staropolskim imieniu Nelly, mała Tola ściska tatusia...
– Kto wpuścił dziecko? – wrzeszczy doktor
Medicus i nie wie? Technicznie dziecko wpuścił tatuś. W mamusię. Przy pomocy urządzonka, z którego wylatywały takie żyjątka z ogonkiem, które tatuś wpuścił... No, mniejsza z tym – poczyta sobie pan doktor w wolnej chwili w internetach, bo my tu o filmie, a nie o biologii.

Irena w Paryżu bywa na wyścigach i koncertach...
– Gdy kastaniety milkną, kiedy mrok zapada...
Boszzz... Oraz mamrocze o szczęściu, którego pragnie niezwłocznie. A w wolnych chwilach daje się emablować jakiemuś drewnianemu wąchaczowi.
– Upajam się panią!
Dziwnym nie jest – albowiem skropiła się Szanelą, osobliwie pod pachą.

Zenon też mamrocze: najpierw w malignie, potem w rozpaczy, a wreszcie w marynarkę niejakiemu Geistowi.
– Temu od metalu z Paryża?
Nie, temu od astmy w Warszawie. Geist jest A) biznesmenem, B) przyjacielem Zenona, C) fstrentnym zdrajcem, który uwiódł Irenę, a teraz zwala na Duvala.
– Jakiego Duvala?
Nijakiego. Gościa nie ma, tylko Geist go wymyślił, żeby ukryć swoje niecne sprawki.
– Na boga, po cóż?
A bo ja wiem? Nie jestem przedwojennym scenarzystą. Grunt, że zwala. Oraz buduje gmach w tym lasku, żeby miał gdzie konia chłostać... Yyyy, przepraszam, ballady mnie się pomyliły – kupuje willę, w Konstancinie, żeby miał się gdzie pitigrilić z jedną Wiśnieską Ireną.
– Ale przecież Irena jest w Paryżu z drewniakiem!A ino. Oraz z przyjaciółką, która ma jej za złe afiszowanie się z drewniakiem:
– Skoro zdecydowałaś się porzucić męża i wyjść za Geista, to musisz się szanować. Świat wymaga od nas takiej ofiary.
Leżę, kwiczę, pożądam lektury powieści Stefana Kiedrzyńskiego bardzo.

Pan Zenon przeczytał Kiedrzyńskiego. Pan Zenon chce do mamy.

Zaalarmowany przez przyjaciółkę Ireny (w porządnym dramacie największymi suczami zawsze okazują się najlepsze przyjaciółki), przyjeżdża do Paryża Geist.
– Gdzie byłaś? Z kim? Wiem wszystko! Wszystko wiem!
Yyy, gościu, jak by ci tu delikatnie wyjaśnić wewnętrzną sprzeczność tej kwestii?... Enyłej, Geist się stawia i zastawia: rzuca na szalę willę w Konstancinie i garaż, i auto, więc Irena wraca do Warszawy, za nią przyjeżdża drewniak, Zenon pije, Geist sapie i się wybałusza, a z ekranu leją perły dowcipu w postaci maksym Gorkiego:
– Każdy wie, że do kobiet należy się odpowiednio ustosunkować. albo
– To jest racja, ale to jest racja egoistyczna
– Nie mów pan takich trudnych słów, bo pan sobie język połamie.

I tu następuje długi śmiech filmowych postaci.
Oraz głuchy, drwiący jęk pokoleń.

W końcu sprawa się rypie: Irena puszcza kantem Geista i wyjeżdża z drewniakiem, Zenon oddaje rękę, serce, córkę i książeczkę czekową pannie Nelly (panie ronią łzę, panowie kiwają z uznaniem głową i ślinią się obleśnie), a Geist wytrzeszcza się bardzo i stacza astmatycznie do roli poszarzałego konsumenta siwuchy i salcesonu, a kurtyna opada wyjąc ze śmiechu.

OK, Dwudziestolecie, więc czego niby oczekiwać od filmu. OK, materiały poklejone pod niemieckim knutem i wypuszczone do kin w 1941 roku. Ale naprawdę, bez przesady – zostało na tyle, że fabuła, akcja i inne takie czytelne są bezproblemowo, ileż tam mogło zaginąć? Dwie sceny? Trzy dialogi? To, co zostało, wystarczy w zupełności, żeby się załamać. A że to międzywojenne dwudziestolecie? Kamaaan, rok 1939 – w Stanach Zjednoczonych premierę ma „Dyliżans”, Greta Garbo kręci „Ninoczkę”, Maureen O’Hara gra w „Dzwonniku w Notre Dame”, ukazuje się „Mroczne zwycięstwo” z Bette Davis i Bogartem...
– Oraz „Tarzan znajduje syna” – zachichotał Głos Wewnętrzny.
Podejrzewam, że nawet genealogiczne przygody Tarzana były warsztatowo i aktorsko lepsze od tego naszego barachła.

U widzów mniej wyrobionych występowały objawy.

Podstawową wadą filmu jest scenariusz. Napisał go Stefan Kiedrzyński na podstawie własnej powieści i być może był Kiedrzyński płodnym pisarzem oraz dramaturgiem, ale kina nie czuł kompletnie, a do własnego tekstu nie miał żadnego dystansu i stawiam merlota przeciw mineralnej, że na każdą uwagę dotyczącą scenariusza, strzelał focha i wymachiwał Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. Wchodzi para, mówi. Wchodzi trzecia osoba, mówi. Cięcie. Jadący samochód. Inne wnętrze. Siedzi para, mówi. Cięcie. Pociąg. Kolejne wnętrze. Stoi para, mówi. Cięcie, jadący samochód. Ale drętwa konstrukcja może by się obroniła – gdyby owe pary i tercety mówiły coś sensownego. Niestety, w „Żonie i nie żonie” postaci deklamują dialogową tekturę, a widzowi spadają kapcie. Rozmowy są tak nieznośnie sztuczne, że... Słucham? Tak, tam u góry to w 95 procentach oryginalne teksty filmu. A tu jeszcze jeden – w scenie, w której Zenon dochodzi do ładu z samym sobą i wiarołomną eksią.
– To są tylko przyjemności, a życie jest koniecznością. A my musimy żyć. I to uczciwie. Inaczej zawsze będziemy się szamotali w pustce, dopóki nasze dusze nie ogarnie zupełna ciemność.
O, ja pinkolę... Ino na makatkę i nad kuchenny stół.

Intryga głupia jak but i rodem z letnich teatrzyków warszawskich. Sam pomysł na kobietę, która pokazuje wała przesądom i postawia wszystko podporządkować swojemu szczęściu byłby może ciekawy, ale, na litość boską, nie w tym wydaniu, nie przy sprowadzaniu owego „szczęścia” do „Powiedz tymię, że miękochasz i weźmię w ramion swych obcęgi oraz do Paryża albogdzie”. Geist po jakiegoś grzyba wymyślający Duvala, Zenon rozpaczający i chlejący do środy, ale już w czwartek przestawiający wajchę na „empatia, szacunek, a zresztą mam pannę Nelly, więc się, Ircia, bujaj”, stada bezbarwnych postaci przesuwanych po ekranie i nawet duet Mieczysława Ćwiklińska + Władysław Grabowski wpada tu po nic i wypada całkowicie nijako.

Scena w parku w udziałem karku

Aktorstwo – jeden smutek. Nawet przy założeniu, że to aktorstwo dramatyczne z Dwudziestolecia. Stefan Hnydziński w roli Zenona miał momenty, ale głównie szamotał się w swojej roli, usiłując uwolnić się od dialogów Kiedrzyńskiego, Janina Brochwiczówna była tragiczna i nie chodzi mi tu o gatunek, tylko o poziom, Igo Syma w roli drewniaka także nie dało się oglądać, Bogusław Samborski był Bogusławem Samborskim: głęboki głos, głębokie spojrzenie od zmrużenia do wytrzeszczu, sapanie, dyszenie i duszenie, a Tamary Wiszniewskiej było zdecydowanie za mało, bo choć grała niewiele lepiej od kolegów, to przynajmniej reprezentacyjna była, że proszę siadać. W roli szofera-famulusa wystąpił Czesław Skonieczny czyli Damazy z „Piętro wyżej” – próbował szczerze, ale i on rolę miał napisaną żenująco na zasadzie „No przecież to jest gruby Czesio, ludzie go lubią, będą się śmiać na sam widok, po co jeszcze się przykładać do dialogów?”, więc szybko poległ.

Bez-na-dzie-ja. Nawet jak na kino międzywojenne. 

Niektórzy widzowie wychodzili z kina szybciej


Varia
1. Filmu nie udało się dokończyć w 1939 roku. Z materiału, który został sklejono spójną (znaczy, spójną na miarę czasów) całość i wypuszczono do kin w lutym 1941 roku.
2. Dwa tygodnie po premierze filmu Igo Sym został zastrzelony przez żołnierzy ZWZ w swoim mieszkaniu przy Mazowieckiej 10 w Warszawie. Oficjalnie za kolaborację z Niemcami (a kolaborował Sym potężnie – pisano o tym tyle, że na pewno czytaliście), ale nie zdziwiłoby mnie, gdyby rola w „Żonie i nie żonie” była kroplą, która przelała kielich.
3. Bogusław Samborski był jednym z polskich aktorów, którzy przyjęli rolę w niemieckim filmie „Heimkehr” („Powrót do ojczyzny”), w którym przed wojną okrutni Polacy łoją grzecznych Niemców na polskiej prowincji, dręczą, męczą, wyzyskują, trzymają w klatkach, no, Sodoma, Gomora i pejcze w robocie. Ale do czasu, bo w ostatniej chwili na ratunek przybywa rycerska Luftwaffe, goni Polakom kota, a uciśnionym Germanom umożliwia powrót na Cherusków łono. W realizacji filmu wzięło udział kilkunastu polskich aktorów – w 1943 roku część z nich (w tym Samborski) zostało przez podziemne Kierownictwo Walki Cywilnej skazanych na karę infamii, po wojnie zaś odbył się proces, w którym zapadły wyroki więzienia za udział w tym filmie. Najwyższy wyrok – dożywocie – otrzymał właśnie Bogusław Samborski. Był to jednak wyrok zaoczny, Samborski wyjechał z kraju po zabójstwie Syma, pod pseudonimem Gottlieb Sambor grywał jeszcze w filmach niemieckich, a w 1948 wyemigrował do Argentyny. Podobno rolę w „Heimkehr” oraz role w zarządzanych przez Syma jawnych teatrach Warszawy, przyjął, by ochronić żonę, która z pochodzenia była Żydówką i wiadomo, jaki los czekał ją w okupowanej Polsce.
4. Premiery filmu ani kolaboracji kolegów nie doczekał grający Zenona Stefan Hnydziński – zmarł 2 października 1939 na skutek obrażeń odniesionych w zbombardowanym przez Niemców Teatrze Wielkim.
5. Stefan Kiedrzyński napisał scenariusz do pięciu filmów: „Słodyczy grzechu” z 1914 r., „Zewu morza” z roku 1927, „Tajemnicy starego rodu” (nakręconej przez Emila Chaberskiego w 1928), „Żony i nie żony” oraz „Kłamstwa Krystyny” z 1939 roku. Jeśli ten ostatni film odbiega poziomiem od pozostałych (a odbiega), to pewnie głównie dlatego, że scenariusz i dialogi pisali wraz z Kiedrzyńskim, zdecydowanie lepiej znający się na filmie, Anatol Stern i Henryk Szaro.
6. W ramach produktplejsmętu zareklamowano restaurację „Simona i Steckiego”, mieszczącą się przy Krakowskim Przedmieściu 38 (dziś w tym miejscu rośną krzaczki na skwerze ks. Twardowskiego). W 1939 roku nazwa „Simon i Stecki” funkcjonowała na zasadzie zasiedzenia, bo firmę prowadził Józef Jordan. Początkowo „Simon i Stecki” był składem win i sklepem kolonialnym, potem stał się winiarnią, wreszcie restauracją z salą bankietową. W latach 30. modne miejsce, z podobno świetną kuchnią i obsługą. No i oczywiście, winami.
7. Willa „Szarotka” w Konstancinie jest – tyle, że to nie ta filmowa, bo owa „Szarotką” stała się po wojnie, wcześniej nosiła nazwę „Stokrotka”.

U "Simona i Steckiego" szparagi, a u pani Katarzyny ątróbka z ćwikłem.
 

============
Żona i nie żona
Premiera:
28.02.1941
Czas: 61 minut
Reżyseria: Emil Chaberski
Scenariusz: Stefan Kiedrzyński
Obsada: Tamara Wiszniewska, Janina Brochwiczówna, Stefan Hnydziński, Irena Malkiewicz-Domańska, Bogusław Samborski, Igo Sym, Władysław Grabowski, Mieczysława Ćwiklińska, Czesław Skonieczny, Maria Dulęba, Bianka Dodo i inni.

2016-02-10

Małe stłuczki [2014]

Śniło mi się dzisiaj, że się całuję z borsukiem. Miał taki mięsisty, szorstki język jak kawałek przeżutej szynki.
Hmm, czy przeżuta szynka może być szorstka? 

Z braku szynki przeżujmy pomidora i ogórka

Parę lat temu Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb nakręcili „Druciki”, które  mi się spodobały, bo były „inne”. Czekałem na kolejny film tej pary, czekałem... Doczekałem się. Film jest „inny” podwójnie: po pierwsze dlatego, że w ogóle jest „inny”, a po drugie dlatego, że jest także inny niż „Druciki”.

Asia i Kasia przewożą rzeczy i „opróżniają ludziom domy. Jak ludzie umrą. Albo jak nie umrą, tylko mają za dużo rzeczy, to też im je opróżniają”. Część „opróżnionych” rzeczy sprzedają na pchlim targu za ceny umowne, resztę chomikują w mieszkaniu i chyba żywią się nimi, bo pieniądze ze sprzedaży są nieprzyzwoicie niskie i nie ma szans, żeby dorosły człowiek był w stanie za nie przeżyć. Czy choćby zatankować samochód. Piotr natomiast skręca puste pudełka po nawilżającym kremie Nivea, co jest głupie, bo żeby do tych pudełek coś potem włożyć, trzeba je rozkręcić, a następnie zakręcić z powrotem, więc zakręcanie wykonywane jest dwukrotnie, a to marnowanie energii i osobogodzin. Kasia jest lesbijką i chyba buja się w Asi, Asi nie wolno dotykać, bo może być koniec świata, a Piotr „trochę jest fajny, a trochę nie. Ale jest ładny” i ma ex-żonę, która ma lekko nie po kolei oraz matkę, która ma solidnie nie po kolei, co potwierdzać może teorię, że mężczyźni wybierają sobie żony, które w jakiś sposób przypominają im matki.

Piotr dołącza do Asi i Kasi – razem wożą zdezelowanym Oplem jakieś paczki. Nie wiadomo, co jest w paczkach, nie wiadomo, kto je nadał i dla kogo są przeznaczone, nie wiadomo, skąd je wożą i dokąd. Znaczy, jeśli ktoś jest z Łodzi, to może rozpozna plenerki, ale ja po raz ostatni w Łodzi byłem... Hmmm... raz, dwa... Merkury w drugim domu... księżyc wzeszedł sześć – nieszczęście, wieczór - siedem... och, bardzo dawno temu i w dodatku tylko przejazdem do Bydgoszczy.

Óć
 
Kasia chciałby mieć piękny amerykański samochód, ale nie żeby przejechać się Route 66, o nie – chciałaby zostać związana, wsadzona do tego samochodu i rozbita w nim o skałę. Koniecznie o skałę – drzewo w grę nie wchodzi. Piotr opowiada film o mrówce, która pokonała mrówkolwa (jest w ogóle takie urządzenie przyrodnicze?), znajoma Piotra opowiada o przysiędze Izraelitów na obnażone członki, bysiowaty rozwoziciel pizzy dostaje histerii i trzeba go przytulać, a matka Piotra pogryza surową cielęcinkę. I są kury. Trzy. Nie wiem, czemu akurat trzy i nie wiem, czemu akurat kury. W końcu Piotr dotyka Asię i koniec świata rzeczywiście następuje. Przynajmniej tego fabularnego.
A, nie, przepraszam – jeszcze kuma ze Lwowa w stroju żałobnem odtańcowuje baletowy kawałek a capella.

Nie wiem, co myśleć o tym filmie. Nie wiem, czy w ogóle myśleć, czy może ograniczyć się do odbierania go na prostych emocjach i prostych przymiotnikach: „ładny”, „fajny”, „klimatyczny”. Bo taki też ten film jest: „fajny”, „ładny”, „klimatyczny”, ogląda się go z momentami lekkim uśmiechem, a momentami z lekką zadumką (nie z „zadumą”, a z „zadumką” właśnie”), ale to się sprawdzało tylko w odbiorze doraźnym, „wtenczasowym”. Kiedy seans się skończył, film parował ze mnie w tempie przyspieszonym – po kwadransie w pamięci zostały jakieś dwie scenki, parę pytań... nad którymi nie zastanawiałem się długo, bo po godzinie przestałem pamiętać, nad czym się miałem zastanawiać. Nie wiem, czy to filmowi czegoś zabrakło, czy może mnie – obejrzałem „Małe stłuczki” dwukrotnie (drugi raz na potrzeby tego tekstu) i w obu przypadkach było tak samo: nastrój, emocje, jakieś szybie bieżące refleksje, koniec seansu, pssss.... wszystko uchodziło jak z dziurawego materaca.

Ich troje w ich czwartym

I żeby nie było, że film jest za mądry dla mnie albo przeciwnie – za głupi. Nie, to w ogóle nie ta kategoria. Koncepcja balansowania bohaterów na granicy emocjonalności, chęć bycia z innymi, ale na własnych warunkach, bez konieczności wchodzenia w kompromisy i podporządkowywania się drugiej (trzeciej, entej...) osobie czy... nie wiem, obawa przed zautomatyzowaniem bliskości?... – dobra, przyswajam, kumam, kupuję, a nawet sam chyba przejawiam czasem. Zresztą, kto nie? Nie bądźmy hipokrytami, puknijmy się w piersi. Nie racjonalizujemy sobie naszych małych egoizmów w związkach? No przecież. Ba! racjonalizujemy sobie nawet większe, wychodzące poza granice emocjonalnej niezależności, czasem nawet uderzające w drugą osobę. Mówimy sobie po cichu o prawie do „zdrowego egoizmu”, ustawiając emocjonalne płotki i barierki, a z czasem – świadomie lub nieświadomie, różnie bywa – przesuwamy je nie tylko „na trzy palce”, zajmując miedzę, ale wjeżdżając na cudze poletko i wymuszając na drugiej stronie zachowania lub postawy, na które być może wcale nie ma ochoty. No co, nie jest/bywa tak?

Filmowa Asia próbuje ustawić sobie dookolny świat według swoich własnych reguł – czasem udaje się jej zachować „zdrowy egoizm”, taki niewielki, pozwalający zachować emocjonalne bezpieczeństwo (związek z Piotrem), czasem przekracza granicę i stawia barierki tam, gdzie zaczyna to boleć innych (związek z Kasią), czasem nawet stawia je całkiem świadomie. Hmm, może nawet nie czasem, a non stop (scenka w kolejce po kawę). Ustawia, przestawia, aranżuje, poprawia, wyznacza kierunki i póki wszystko idzie według jej założeń – jest OK, kiedy jednak emocje ludzi z jej kręgu z wyznaczonych przez nią ram się wymykają – Asia daje w długą. Wiele wskazuje, że niekoniecznie tęskniąc... 

Wg kodeksu Haysa macie jeszcze 3,5 centymetra, potem włączy się alarm

Jest w sumie jakaś symetria między Asią a jej klientami, oddającymi rzeczy, do których nie są lub nie chcą być przywiązani. Coś im się przestaje podobać, coś wiąże się z smutnymi/przykrymi wspomnieniami, więc się to oddaje – dla bezpieczeństwa emocjonalnego? dla uniknięcia konieczności przeżywania tych emocji za każdym razem, gdy się rzuci na nie okiem? Nie wiem. Jest też logika w sprzedawaniu tych wszystkich rzeczy przez Asię: tanio, bardzo tanio, właściwie za pół darmo, ale jeśli klient się uprze, to i za pół-pół-darmo. Bo skoro wiążą się z nimi jakieś emocje, to niech znikają prędko, jeszcze się człowiek tym zarazi...

Piotr i Kasia poddają się emocjonalnej reżyserii Kasi, bo oboje pragną więzi, związku, przy czym postawa Piotra jest trochę nieczytelna. Which is w sumie good, bo można ją sobie pointerpretować – np. czy końcowy płacz Piotra to bardziej smutek skutku... yyy... skutek smutku i tęsknoty za Asią czy może bardziej wynika on ze świadomości, że nie uwolni się od niestabilnej matki (przez która być może rozpadł się jego związek z eksią)? O, właśnie – kolejne osoby, będące zaprzeczeniem Asi i prące do emocjonalnego zwarcia: wydzwaniająca do Piotra matka i eks-żona, która formalnie odeszła, ale faktycznie wciąż chce być i jest obecna w życiu Piotra.

Stary, ale tu jest spora sprzeczność – mruknął Głos Wewnętrzny – Z jednej strony twierdzisz, że film przeszedł przez ciebie gładko, nie zostawiając głębszych refleksji, a z drugiej tłuczesz kolejny akapit, analizujesz, interpretujesz, szukasz...
Taaa, konsekwencja nie jest moją mocną stroną. W przeciwieństwie do efekciarstwa – gdybym zamknął opis w jednej stronie maszynopisu, nie mógłbym się popisywać ochjakżegłębokimi interpretacjami i ochjakżecelnymi analizami...
W tym momencie Głos Wewnętrzny zakrztusił się herbatą. Dość opryskliwie, więc trzeba było zrobić przerwę na sprzątanie.

Orły! Orły nadleciały!

Dobra, zmieńmy temat. Zdjęcia Ity Zbroniec-Zajt – super. Nie tylko od strony technicznej, ale...
Jesteś w stanie ocenić stronę techniczną? – zdziwiła się Opinia Publiczna.
...ale też koncepcyjnej – film o emocjach, o możności i niemożności, bez happy endu, a tu słońce, światło, optymizm, miękkość, nadzieja. Wspominałem o klimacie filmu? Wspominałem. No to „robią go” w dużej mierze zdjęcia. Oraz plenery i scenografia – kolejny duży plus, bo zdecydowanie wymykały się „średniej krajowej”, gdzie albo mrok i zrujnowany industrial, albo słoneczko i architektoniczne landrynki. Bardzo dobra muzyka zespołu Enchanted Hunters, aczkolwiek sam ich występ w filmie był po nic i wyglądał trochę jak towarzyski barter: „my wam taniej napiszemy muzykę, a wy nas za to długo pokażecie na ekranie”.
Niezły dźwięk – warto podkreślić, że był naprawdę niezły i chyba tylko raz miałem problem ze zrozumieniem kwestii aktorów, przygłuszonych przez muzykę.

No i aktorzy... Część współwidzów narzekała na stuporowatość postaci oraz grę aktorów beznamiętną, pozbawioną emocji. Ba! sami aktorzy narzekali, że nie mieli zbyt wiele do grania, bo Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb wymuszali na nich grę „na biało”, bez emocji. A jednak to zdało egzamin – wydaje mi się, że gdyby główna trójka próbowała pokazać, czego nauczyła się na aktorskich studiach, próbowała malować swoich bohaterów jakimiś głębszymi motywacjami, dorabiać im teoretycznie prawdopodobne emocje, „Małe stłuczki” byłyby nieznośnie egzaltowane. Wypranie bohaterów filmu z okazywania uczuć na zewnątrz zostawiało spory margines niedopowiedzenia i dawało widzowi możliwość interpretacji, a przede wszystkim było konsekwentnie wpisane w główny motyw filmu i pozwalało ciekawie konfrontować ich „zamknięcie” z emocjami okazywanymi przez innych (klientów Asi i Kasi, załogę pizzerii w empatycznym uścisku, małżeństwo roniące emocje nad pękniętym łabądkiem czy co tam rozdeptali niechcący). I tu plus dla pary reżyserskiej – wiedzieli, czego chcą, potrafili przekonać do tego aktorów i nawet jeśli aktorzy do dziś nie bardzo wiedzą, o co tak naprawdę chodziło w filmie, to Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb dostali dokładnie to, czego chcieli. 

Pani Michałowska nie zostanie Sylvią Plath, bo pomyliła piecyk z komódką

Helena Sujecka przekonała mnie do siebie po raz pierwszy – przedtem, łagodnie mówiąc, nie przepadałem za tą aktorką. Agnieszka Pawełkiewicz też zagrała bardzo dobrze, natomiast Szymon Czacki. Z jednej strony pasował do roli, z drugiej... Kurczę, nie wiem Za ładny był? No, ale miał być ładny przecież. Nie wiem, czemu Szymon Czacki do mnie nie trafił albo – precyzyjniej – czemu nie trafiał, miał albowiem momenty całkiem przekonujące, a zaraz potem długie partie, w których nie potrafiłem go „kupić”. Gra aktorska? Potknięcie na poziomie scenariusza lub reżyserii? Jakieś moje prywatne wymagania/oczekiwania? Nie wiem, nie umiem powiedzieć.

Główną trójkę uzupełniali Arkadiusz Jakubik i Agnieszka Matysik w roli rodziców Asi (wdzięczna scena z wdziękiem zagrana), Katarzyna Bargiełowska w roli odklejonej całkiem matki Piotra i Maria Maj w roli gospodyni, u której Piotr wynajmował pokój. W pamięć zapadł mi jeszcze otwierający film Zbigniew Antoniewicz.

Na pewno można, być może warto. Ja mam z tym filmem problem. Może z nadmiaru oczekiwań po „Drucikach”, może z jakiegoś wewnętrznego sprzeciwu wobec mesydżu albo stawianych pytań (stawianych w filmie, ale też stawianych sobie). Nie wiem (rany, które to już „nie wiem" w tym tekście?), jakoś niekompatybilny z „Małymi stłuczkami” jestem. Ale gdyby ktoś zapytał, czy iść... Kobiety chyba bym zachęcił, panów niekoniecznie i nie, to nie żaden seksizm.

Praktyczne Pudełeczka do Przechowywania i Grzechotania Nimi


Varia
1. W roli (a raczej w epizodziku) dziewczyny poderwanej przez Kasię przed klubem pojawiła się znana z „Drucików” Justyna Wasilewska.
2.
Parę tygodni po pierwszym obejrzeniu „Małych stłuczek” trafiłem na „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, gdzie Agnieszka Pawełkiewicz zagrała Dżinę i trochę przestałem się dziwić jej narzekaniom na „tłumienie” możliwości aktorskich, bo rzeczywiście ma spore. Swoją drogą – sztuka Masłowskiej świetna i rewelacyjnie zagrana.
3. „To jest charakterystyczne dla rzeczy, które dzieją się nagle: dzieją się, dzieją się i przestają się dziać.”
To chyba charakterystyczne dla wszystkich rzeczy?
4. Sprawdziłem – mrówkolew naprawdę istnieje i jest ciepłolubną sieciarką. Hmm, „ciepłolubna sieciarka” – to niemal jak z kobiecej wersji „Spartacusa”.
5. 436 705 złotych - takie dofinansowanie dostały „Małe stłuczki” od PISF. Żadnych uwag – „Druciki” pokazały, że Gowin i Grzyb maja potencjał i warto dać im szansę, a co to jest 436 tysięcy, gdy taka kiłka-mogiłka jak „Dżej-Dżej” dostała dwa miliony, a przecież były i gorsze knoty za większe pieniądze. 
6. Tak, wiem, że w tekście o „Dżej-Dżej” napisałem, iż dostał 1,5 mln, ale to było na podstawie doniesień Filmwebu – potem znalazłem oficjalne dokumenty PISF, a w nich czarno na białym stało, że 2 miliony.

Żucie, żucie jest nowelą...


============
Małe stłuczki
Premiera:
05.09.2014
Czas: 82 minuty
Reżyseria: Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb
Scenariusz: Ireneusz Grzyb
Obsada: Helena Sujecka, Agnieszka Pawełkiewicz, Szymon Czacki, Maria Maj, Katarzyna Bargiełowska, Agnieszka Matysiak, Arkadiusz Jakubik i inni.
Dofinansowanie PISF: 436 705 zł.

2016-02-03

Haracz szarego dnia [1984]


Toleczek pisał wiersze i czytał gazetki, w których je drukowano, a w chwilach wolnych kradł węgiel, czym osłabiał zbrodniczą machinę nazistowskich Niemiec, pędzącą gdziesikajsi i ogrzewał sobie kwadrat. Oraz miał wielkie uszy i wzrok wbity w nieśmiertelne piękno, które mieszkało.

Toleczek paczy paczącego z nieba Kościuszkę
 
Toleczek miał kolegę, kolega Toleczka miał wąsy i kontakty w konspiracji, a konspiracja owa była tak zabawna, że przez połowę filmu miałem wrażenie, iż oglądam jakiś czeski pastisz i że zaraz zza szafy wyjdzie facecik z tacą, częstujący wszystkich kefirem. Przez drugą połowę filmu nie miałem takiego wrażenia, albowiem konspiracja z powodu ciężkiej swej nieudolności dała się pozabijać, a zabijanie z istoty swojej nie jest zabawne. Chyba, że w „Lemoniadowym Joe”, bo tam wystarczyło polać zwłoki kolaloką, żeby wstały i zaczęły się ściskać, całować.

Toleczek kradnie węgiel. Toleczek próbuje wyrazić siebie przez rymy, a rymy przez siebie. Toleczek czyta instrukcję walki wręcz. Toleczek znowu kradnie węgiel, a dzięki przyswojonej instrukcji walki wręcz zabija banschutza pociągiem. Ponieważ jednak jest poetą, gubi przy tym kenkartę. Jakimś cudem Niemcy znajdują kenkartę Toleczka...
– Cudem? Opresyjno-okupacyjna machina nazistowska...
Bili się w wagonie. Towarowym i otwartym, czyli bez dachu. Który to wagon pojechał w siną z zimna dal. Ktoś myśli, że po znalezieniu pod Warszawą pokawałkowanego banschutza opresyjno-okupacyjna machina nazistowska przeszukała wszystkie wagony pociągów towarowych przejeżdżających przez Warszawę z tej i z tamtej strony w tę i w tamtą stronę oraz że... boszzzzz, co ja robię? Dyskutuję z filmem Romana Wionczka? Czy ja jestem przy zdrowych zmysłach?

OK, wróćmy do wątku: Toleczek orientuje się, że zgubił kenkartę.
– Ojciec, zabiłem banschutza, zgubiłem kenkartę, musimy uciekać.
– Dobrze, synku, dobrze, to ty uciekaj, a ja tu sobie na zydelku podmieniam „sedeo, sedere, sedi, sessum” i dam się złapać, żebyś mógł cierpieć artystycznie.


Na wywołanych zdjęciach komórka wywiadu zidentyfikowała wnętrze rękawiczki Włodka

 Jak powiedzieli, tak zrobili. Toleczek uciekł do ciotki na wieś i spacerował wśród wyciętych na opał wierzb, a ojciec dał się złapać germańskimkurwaoprawcom, przez co Toleczek cierpiał bardzo i nawet bimber ciotki humoru mu nie poprawiał. Wciąż próbował wyrazić siebie przez rymy i grał w kółko piosnkę romantyczną o odpływaniu łodzią z pękniętym dnem. 
Drogie dzieci, nie róbcie tego. Nie odpływajcie łodzią z pękniętym dniem, albowiem ból. A nawet bul-bul.
– Chciałbym, żeby to, co jest we mnie, żeby przetrwało – zwierzał się Toleczek cioci – Rozumie ciocia?
Ciocia rozumiała i żeby zakonserwować toleczkowe wątpia przed zapisaniem ich Akademii Medycznej, podlewała siostrzeńca naleweczką oraz bimbrem.

Ponieważ przebywanie w towarzystwie ciotki-ochlaptuski nie wpływało korzystnie na zdolności poetyckie, Toleczek postanowił stać się człowiekiem czynu. Udał się tedy do zaprzyjaźnionego oddziału konspiracyjnego i zwrócił się z uprzejmą prośbą o udostępnienie mu miejsca do spania, albowiem czuje w sobie niepokój. Zaprzyjaźniony oddział konspiracyjny udostępnił mu łóżko, wyżerkę, napitek, pianino... Ale daj kurze grzędę, a poecie palec – Toleczek wyhaczył jeszcze konspiratorkę Zosię, a potem wprosił się na akcję specjalną.
Trzymałeś kiedyś w ręku broń? – zapytał brodaty porucznik.
Toleczek spuścił głowę, przez myśli przebiegło mu stado płaczących wierzb goniących łódkę z rozbitym dnem, na której szlochała niedoszła sława mołojecka.
Nie bałbyś się rzucić granatem? – zapytał kamandir z zarostem.
A pan nie bałby się? – odpyskował Toleczek.
Czego?
Mi go dać.
Moc w dialogach, moc!

W czcionce też była moc. Z ciemnej strony.

Porucznik nie był wiśnia i wziął Toleczka na akcję. Ot, tak – pierwszy raz gościa na oczy widzi, tyle wie, że dostaje kompletnego ciurę, który nawet z kalichlorku nie strzelał, ale pójdź, dziecię, na Germańca, masz tu teczkę granatów, Visa, Zosię i dalej, bracia, dalej, żywo...

Zanim zaczęło się dla nich żniwo, zagadka: na jaką akcję zabrał Toleczka porucznik? Dla ułatwienia powiem, że porucznik nosił pseudo „Zwrotnica”, kolega z oddziału przedstawiał się jako „Semafor”, a pociągi na ekranie były częściej niż cycki i to nie tylko dlatego, że cycków nie było wcale.
No?
Tak jest, zgadliście: porucznik „Zwrotnica”... Kurde, jak można było wymyślić facetowi tak kretyński pseudonim? Znaczy, OK, zdaję sobie sprawę, że w konspiracji ludzie mieli różne pseudonimy i czytałem nawet o cichociemnym Marianie Kuczyńskim, który właśnie pseudonim „Zwrotnica” nosił, ale my tu mówimy o filmie, historii, napięciu, patriotycznym wzmożeniu, a twórcy fundują nam „Zwrotnicę” i „Semafora” wysadzających tory i wykolejających pociąg? Really? Nie „Śmigłego”, „Twardego” czy innego „Kmicica”, tylko „Zwrotnicę”? Chwalić boga, że konspiratorzy nie wysadzali wodociągów, bo porucznik nosiłby pewnie dumne pseudo „Miednica”...

Kabum!

Akcja. Miniowanie. Bum! BUM! Ogień. Jęk dartej blachy, zgrzyt pękających osi, radosne uśmiechy konspiratorów, dobijanie rannej lokomotywy, która skonała z sykiem pary, ranne wagony jęczały cicho, wióry leciały, dym widać było nawet w Ostrołęce, a Kościuszko patrzył na konspiratorów z nieba...
Z dumą?
Z zaniepokojeniem, bo artyleryi rus... przepraszam: tyralieryi szwabskiej ciągły się szeregi, a „Wajtawajta los!” niosło się po lesie. Oddział porucznika „Zwrotnicy” dał w długą, niestety, niezbyt skutecznie: część zginęła, a Toleczek i Zosia wpadli w niemieckie łapy po łokcie krwią zbroczone. Długo by mówić, jak i co, bo też twórcy poświęcili wpadaniu dobry kwadrans, parę kanistrów benzyny, trzy wiadra patosu i dwóch autentycznych Niemców (że o statystach nie wspomnę), grunt, że wpadli i cierpieli za ojczyznę bardzo, aż wreszcie Niemcy się znudzili i postanowili ich rozstrzelać. I tu już nie wytrzymałem – przestałem się nudzić, a zacząłem mówić brzydko.

No bo załóżmy, że jesteśmy Niemcami i chcemy rozstrzelać dwie osoby, z których jedna jest pobita, a druga ranna i pobita. Co nam jest potrzebne? Siedmioosobowy pluton egzekucyjny, dowódca, samochodzik, kierowca, ruiny getta po sąsiedzku albo po prostu kawałek jakiejś ściany („Haracz szarego dnia” zaczyna się na przykład od ulicznej egzekucji pod mostem Poniatowskiego). Ale my przecież jesteśmy w polskim filmie, prawda?



Dwa motocykle z przyczepą, furgonetka, ciężarówka, ze czterdziestu chłopa lekko licząc oraz kilkadziesiąt przejechanych kilometrów, żeby rozstrzelać dwie osoby. Las, oczywiście, też był. Nie był to las krzyży, ale za to był w nim cmentarz, bo Niemcy maja silne poczucie ergonomii.
Mógłbyś się pospieszyć? – jęknęli statyści – Buty nam przemokły i zmierzchać zaczyna, a my jeszcze musimy po tych wertepach wrócić do ciężarówki. Ze dwa kilometry jak obszył i to w śniegu...
E, tam, w śniegu... Śniegu nie było, bo zdjęcia się przeciągnęły i śnieg w tej scenie stopniał. Trochę szkoda, bo czerwona krew z ran płynąca i sine sińce po germańskich knutach, odcinające się od bieli, byłyby ciekawym akcentem estetycznym.

No, dobra, trochę przesadziłem – las był potrzebny, żeby resztki oddziału porucznika „Zwrotnicy” mogły zorganizować zasadzkę i zginąć w niej bardzo głupio  bohatersko, co pozwoliło twórcom filmu zrobić zbliżenie na twarze Toleczka i Zosi, którzy cierpieli... cierpieli?... Kurczę, jakby nie bardzo cierpieli.
Pani Jolanto, proszę sobie wyobrazić, że wiozą panią na rozstrzelanie, koledzy panią próbują odbić, nadzieja, jutrzenka swobody migocze na horyzoncie i nagle oni giną, rozumie pani? Na pani oczach giną, pani przyjaciele giną, nadzieja umiera i za chwilę pani też umrze w stanie dziewiczym i zmarzniętym. Niech teraz pani... Boszzzz... panie Marku, mógłby pan uszczypnąć partnerkę w miętkie? Ale tak solidnie, wie pan... O, tak jest! To jest to! Bardzo dobrze Łzy! Cierpienie! i jeszcze szczypa z zakręceniem, poproszę, bo się pani Joli ostateczność nie uwidacznia... O, mamy to, mamy to!

Toleczek paczy ząbki zdrowe na siódemkę

Nudny obraz, którego oglądanie wymagało sporo samozaparcia. Nie wiem, co tu było gorsze: aktorzy czy reżyseria. Bo zakładam, że scenariusz wg książki Janusza Krasińskiego nie zawierał zapisów: „Scena chechnasta: Toleczek włóczy się po zaśnieżonym czymś tam i wbijając wzrok w niebo, wypatruje muzy, logosu lub kukuruźnika”. Chociaż... nie, jednak nie dam sobie za to ręki uciąć, zwłaszcza, że scenariuszowo film kuleje również: dłużyzny tam, gdzie trzeba było polecieć skrótem, skróty tam, gdzie trzeba było przyspieszyć, jakieś dęte symbolizmy, jakieś smutne, bo niezbyt udane próby epatowania martyrologią... Nie przysłużył się również montaż – toporny, szkolny, podkreślający wszelkie grzechy filmu. Ale trudno – zdecydował się Janusz Krasiński pracować z Romanem Wionczkiem, to ma za swoje.

Opinie o będącej podstawą scenariusza książce, są różne: Jan Józef Lipski wpisywał ją w nurt conradowski, Stanisław Grochowiak doszukiwał się w niej cynizmu, książkowe postaci zderzały „Wszystko znowu nie ma sensu, jesteśmy gzami, które kąsają byka” z „Gównoś, synku, nie bohater. W historii liczy się chytrość (...), nie narwane pierdzioszki”, możemy sobie więc kolejny raz (no, „kolejny” – książka wyszła w 1959 roku) pogadać o rzucaniu kamieni na szaniec i strzelaniu diamentami, niestety w filmie gdzieś to wszystko zginęło między sztucznymi deklamacjami, teatralną grą i skupianiu się na kompletnie nieistotnych scenach. Jakby reżyser nie mógł się zdecydować, co tak naprawdę chce powiedzieć i jedyne, o czym pamiętał, to żeby pokazać bardzo złych Niemców, którzy zbrodniczo, nazistowsko, antypolsko i w ogóle, więc jeśli ktoś zacznie krytykować, to się z niego zrobi niewrażliwego na bohaterstwo i męczeństwo…
–  Mógłbyś bez bieżącej polityki? – westchnęła Opinia Publiczna.
Ja nie o bieżącej i to nie moja wina, że niektórzy replikują czas przeszły.

– Aaaa, palce!

Aktorzy przeszkadzali i to bardzo: Marek Nowicki w roli Toleczka snuł się po ekranie z miną poważną i wzrokiem zbolałym (lub odwrotnie), dając widzowi do zrozumienia, że brzemię kolumbostwa i baczyńszczyzny ciężkie jest, a dźwiganie go jest zadaniem odpowiedzialnym nader, ale on postara się mu sprostać. Nie sprostał, a momentami psuł. Jolanta Grusznic była... no, była na ekranie i właściwie nic poza tym. Grający Włodka Andrzej Chudy to jakaś kompletna pomyłka obsadowa, grający porucznika „Zwrotnicę” Stefan Szmidt miał brodę i to wszystko, co można o nim powiedzieć. W filmie pojawili się także Halina Kossobudzka, Teresa Szmigielówna, Anna Milewska, Witold Skaruch i Janusz Paluszkiewicz, ale nie mieli za wiele do grania, a tego, co mieli, przy ich warsztacie nie dało się zepsuć. Zastanawiałem się, czy jakimś alibi dla filmu mogłaby być sytuacja polityczna: stan wojenny, świeżo zakończony bojkot aktorski i przede wszystkim postać samego Romana Wionczka, który po 1981 roku zaczął ostro skręcać w stronę władzy (chwilę później, jesienią 1984 roku premierę miała jego „Godność” – brrrrr...) może po prostu lepsi aktorzy (spośród młodszych – starsi wypadli przyzwoicie) Wionczkowi odmówili?

Muzyka Andrzeja Korzyńskiego nierówna, scenografia poprawna, kostiumy ujdą w tłoku, choć jak zwykle w filmach z tego okresu są za czyste i za dokładnie wyprasowane.
Nie warto.

Włodeczek paczy Toleczka


Varia
1.  Poeta, konspiracja, śmierć tragiczna i fragment wiersza „Promienie” sugerują Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale motywem przewodnim filmu jest wiersz z „łódką o pękniętym dnie”, a to nie Baczyński, tylko zupełnie zapomniany dzisiaj Stanisław Kowalczyk, poeta z kręgu Jarosława Iwaszkiewicza, pracownik Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, redaktor konspiracyjnego pisma „Moskit”, rozstrzelany przez Niemców w czasie kolejowej łapanki Otrębusach 23 sierpnia 1944.

2. Autor książki i współautor scenariusza życie miał skomplikowane: w pierwszych dniach powstaniach warszawskiego został aresztowany przez Niemców i wywieziony do Oświęcimia, potem do obozów niemieckich (m.in. Dachau), po powrocie do Polski został aresztowany i skazany na 15 lat za rzekome szpiegostwo (miał wtedy 19 lat), przeszedł przez areszt UB na Mokotowie, więzienia we Wronkach i Rawiczu. Zwolniony w 1956, pracował fizycznie, potem zajął się literaturą, pisał reportaże, powieści, sztuki teatralne (m.in. słynną „Czapę”), scenariusze...
Życiorys na powieść – zauważył Głos Wewnętrzny.
Nawet na kilka: na wątkach autobiograficznych zbudował Janusz Krasiński cztery swoje powieści: „Na stracenie”, „Twarzą do ściany”, „Niemoc" i „Przed agonią”
3. Wspominałem postać Romana Wionczka i jego „Godność” (w 1986 nakręcił jej ciąg dalszy – „Czas nadziei”. Nie wiem, który film był gorszy). Ale trzeba także Wionczkowi oddać, co jego, czyli „Tajemnicę Enigmy” i „Sekret Enigmy” – film i serial TV o złamaniu przez trzech polskich kryptologów niemieckich szyfrów oraz spektakl serial „Przed burzą” z 1977 roku.
4. W epizodzie klientki, która obstalowuje u krawcowej kapelusz z woalką mającą zakryć jej semickie rysy wystąpiła Gołda Tencer i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć kto zacz, a w rolach dwóch złych Niemców wystąpili autentyczni Germańcy: Alfred Struwe (to ten w okularach) i Karl Sturm (często pojawiał się w polskich filmach – zagrał m.in. gestapowca Schulza w „Akcji pod Arsenałem”)
5. Ciekawy życiorys miał też grający Toleczka Marek Wysocki – zanim zajął się aktorstwem latał podobno w PLL LOT jako drugi pilot samolotów AN-24, w 1985 roku dostał nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego (mam nadzieję, że nie za „Haracz szarego dnia”), potem udzielał się w programie dla dzieci „Tik-Tak”, a w 1989 roku zagrał Tomasza w „Panu Samochodziku i praskich tajemnicach”. To też był słaby film, ale nie aż tak jak „Haracz...”

Benedykt paczył film. Benedykt był sceptyczny.


============
Haracz szarego dnia
Premiera:
26.03.1984
Czas: 84 minuty
Reżyseria: Roman Wionczek
Scenariusz: Roman Wionczek, Janusz Krasiński
Obsada: Marek Wysocki, Jolanta Grusznic, Andrzej Chudy, Czesław Lasota, Halina Kossobudzka, Anna Milewska, Janusz Paluszkiewicz, Witold Skaruch, Teresa Szmigielówna, Stefan Szmidt, Gołda Tencer i inni.