2016-02-24

Anatomia zła [2015]

Anatomia zła? Tak, zła. Bardzo zła anatomia.

Przed anatomizowaniem należy rozmrozić

Oglądać czy nie oglądać? Z jednej strony Jacek Bromski to facet, który nakręcił „Zabij mnie, glino”, z drugiej – facet, który spierd-pardąsik-przył jedną z łatwiejszych do nakręcenia książek, czyli „Uwikłanie” Miłoszewskiego, gdzie wszystko miał na tacy: siąść i kręcić. Oglądać zatem czy nie oglądać?...
„Anatomia zła” Jacka Bromskiego prawie jak „Dzień szakala” – napisał krytyk, którego teksty znam i wiem, że czasem można mu zaufać.
OK, tanim marketingowym kitem wieje na kilometr, ale niech choć w paru procentach się to potwierdzi – już będzie nieźle.
Thriller został nakręcony w duchu Tarantino – napisał drugi krytyk, którego tekstów nie znam, więc nie wiem, czy mu ufać, ale jeśli porównuje do Tarantino, to chyba wie, do czego porównuje, bo Tarantino jest raczej znany.
Porównanie ciekawe. To jednak obejrzę. Tym bardziej, że rolę główną gra Krzysztof Stroiński, a czytelnicy Poliszmuwi wiedzą, że go lubię, cenię i w ogóle.

Minęło dwieście strzałów znikąd, pięćdziesiąt strzałów czołem w biurko, butelka wina i chechdziesiąt słów dorożkarskich.
...
„Dzień Szakala”? Tarantino? To? TO COŚ? Rozumiem względy marketingowe, towarzyskie, rozumiem strach, że szef Stowarzyszenia Filmowców Polskich obrazi się na niegrzecznego recenzenta i skończą się gratisy, zaproszenia na premiery, a kto wie, może nawet naczelny oddeleguje kogoś innego na Festiwal w Trójmieście, rozumiem, że rachunki, że kredyty, że... i że... ale, kurdeflak, Tarantino? „Dzień szakala”? Pogięło kogoś doszczętnie?

Wyszczerz nieco hienowaty

Z „Dnia szakala” mamy faceta, który ma zastrzelić innego faceta i trochę sobie przedtem trenuje w lesie. Tyle. To tak, jakby powiedzieć, że „Magda M.” to prawie jak „Makbet”, bo tam też pewna pani nie lubiła szefa swojego faceta. Albo że „Świnki trzy” to odpowiednik „Braci Karamazow”, bo też były trzy, a odpowiadający figurze ojca zły wilk, podobnie jak stary Karamazow, bucem był strasznym. A co mamy z Tarantino? Hmm, nie wiem, co mamy. Mamy zwłoki, ale zwłoki były też w serialu „Columbo” i książkach Wiesława Wernica, więc niby czemu akurat Tarantino, a nie „Tropy wiodą przez prerię”?

Fabuła: jest sobie emerytowany snajper, który kiedyś tam wystrzelał na zlecenie połowę bossów polskiej gangsterki. Obecnie emeryta wynajmuje jakiś złachmaniony prokurator, aby zastrzelił szefa policji. Gdyby emeryt nie chciał zastrzelić szefa policji, odwiesi mu się wyrok, więc sami rozumiecie, że Ojejku. Przestraszony wizją paru lat dodatkowej odsiadki emeryt przyjmuje zlecenie, ale że oko już nie takie, podnajmuje sobie sfrustrowanego wojskowego, wywalonego z woja za zabicie cywilów w Afganistanie. Niechcący, oczywiście.

Nawet aktorzy momentami facepalmowali

Emeryt i frustrat przygotowują zamach, dokonują go i... i giną. Ginie też parę innych osób. Dokładnie mówiąc, giną jeszcze cztery osoby, z czego jedna kompletnie od czapy, druga bez potrzeby, a trzecia śmiesznie. Są cycki i perory o tym, że świat się się psuje, a za moich czasów, panie dzieju to hohoho... Cycki i perory też są bez potrzeby. Mogłoby ich nie być i film byłby... Wrrróć: nie „mogłoby nie być”, bo ich tam w ogóle być nie powinno! I bez żartów, że przecież tak formalnie cycków nie było, bo tu nie o rozmiar chodzi tylko o zasadę – w „Anatomii zła” było „szczucie cycem”, klasyczne, w najgorszym gatunku: postać Halinki wetknięto do filmu tylko i wyłącznie po to, żeby aktorka mogła pokazać całą jaskrawość. Oczywiście, jak to w polskim kinie bywa, szczucie golizną okazało się skuteczne i męska część publisi oraz krytysi zachwyciła się warsztatem aktorskim rozebranej obywatelki, choć ta jako żywo, żadnego warsztatu nie pokazała. Zresztą po co niby miałaby pokazywać jakiś warsztat, skoro pokazała całą resztę?

To mógł być dobry film – żadne dzieło sztuki, ale solidne kino rozrywkowe: sprawdzony schemat „stary-młody”, spisek, strzelanina, sensacja, zwłoki i niech nawet te cycki będą, co mi tam. No kurczę, były wszystkie potrzebne elementy i chyba nawet w Bułgarii daliby rade z tego zrobić nie tylko porządną dwugodzinną sensację, ale nawet trzymający w napięciu serial i to w dwóch odsłonach. Ale te sztuczki to nie z nami, Brunner, my tu mamy odwieczne tradycje chrzanienia dobrych pomysłów, myśmy nakręciliśmy „Wiedźmina”, „Bitwę warszawską” i „Bitwę pod Wiedniem”, z takich jak my był Władysław Machejek, Dominik Zdort i uciekający na Milano zespół Effect. Wobec czego reżyser Bromski postanowił polecieć ponadczasowym mesydżem.

Ponadczasowy mesydż podlegał ograniczeniom terytorialnym

Fakt, że mi się 5 lat temu urodziła z córka, zmusił mnie do innego spojrzenia na świat, do takiej dłuższej perspektywy i zacząłem się zastanawiać, że jeżeli my ten świat psujemy konsekwentnie i z roku na rok jest coraz gorzej, to jak ona dorośnie, w jakim świecie będzie żyła, to co my jej zostawimy?
Hmm, niech zgadnę... Złe filmy?

To film zrodzony z chęci zareagowania na to, co się dookoła dzieje – kontynuował reżyser Bromski – Zło rozpanoszyło się, a dobro stało się czymś godnym pogardy i wyśmiewania. W newsach jest więcej wiadomości o tym, że matka zabiła dziecko, niż że ktoś zrobił dobry uczynek, na przykład dał dzieciom chleb do domu dziecka. Powinniśmy zaprotestować!

I wobec tego reżyser Bromski nakręcił film o tym, jak pewien recydywista zabija bogu ducha winną kobietę, spalając jej zwłoki przy pomocy siana i benzyny, a potem zabija szefa CBŚ, albowiem gdyż bo tak. Oraz o tym, że jakiś nachlany osił napierdziela swoją foczkę z sierpa, a uratowana foczka robi wybawcy laskę za friko, ale tylko za pierwszym razem, bo kolejne kosztują według cennika, więc jeśli wybawcy nie stać na dwie stówki za loda, to niech się buja na drzewo. Przepraszam, ale jeśli to ma być przesłanie dla nieletniej córki, to może ktoś powinien zadzwonić do Rzecznika Praw Dziecka?

Otwórzmy więc ich drzwi okna, zajrzyjmy im do wnętrza...

W tym filmie musiałem sięgnąć głęboko w tę rzeczywistość istniejącą, do tego, co się rzeczywiście wydarzyło – wyjaśnił reżyser Bromski, informując, że żeruje na zabójstwie generała Marka Papały, które zdarzyło się 16 – słownie: szesnaście – lat temu i na zaginięciu Jarosława Ziętary, które miało miejsce 24 – słownie: dwadzieścia cztery – lata temu. Refleks, że proszę siadać. Jeszcze słabszy od tego, jaki przejawiał w czasach komuny Jan Pietrzak, który z Gomułki wyśmiewał się w czasach środkowego Gierka, z Gierka – w czasach środkowego Jaruzelskiego, z Jaruzelskiego – w czasach środowego Wałęsy, z Wałęsy – gdzieś w okolicach wczesnego Kwaśniewskiego, a z Kwaśniewskiego od razu, bo wtedy za śmianie się z Kwaśniewskiego nic nie groziło, a nawet można było dodatkowo zarobić.

Reżyser Bromski protestuje więc. Protest reżysera Bromskiego dokonuje się przez włożenie głównej postaci w usta paru drętwych tekstów o tym, że jest źle, że zero autorytetów, że nie mówi się „żeśmy”, że politycy kradną i kłamią (Poważnie? Boże, świat mi się zawalił...), że przy jedzeniu się nie siorbie, a przy piciu nie mlaszcze oraz odwrotnie, że kto rano wstaje, temu Pambuk daje i że nie grajcie dzieci na ulicy w piłkę, bo się narażacie na niebezpieczeństwo, samochód was przejedzie, gra się na boisku, obiecujecie?
Obiecujemy – mówią dzieci.
Wierzę wam – odpowiada z powagą w oku bezlitosny killer i oddaje im piłkę.
Pierdol się, ty stary zgredzie! – puentują rozmowę filmowe dzieci, co jest celnym, choć chyba zbyt brutalnym skwitowaniem takich chwytów scenariuszowych.

Kłopoty z postrzeganiem rzeczywistości wymagały badania

Ale OK, to jednak kino gatunkowe, wystarczy trzymać się sprawdzonej od lat konwencji, nie odwalać partaniny...
Nazywa się Siemiradzki – mówi prokurator-zleceniodawca – Jak ten malarz.
Naprawdę? Znaczy, ja wiem, że jak malarz i nawet wiem, co ten malarz namalował, ale naprawdę zawodowemu killerowi z CV długości taśmy do cekaemu trzeba wyjaśniać, jak się nazywa szef Centralnego Biura Śledczego? I czy gdyby nazywał się Malczewski albo Boznański, to robiłoby to jakąkolwiek różnicę w planach zamachu?

A tu masz karabin – prokurator wręcza killerowi walizeczkę z zawartością. Bo przecież zawodowi zabójcy są jak dzieci we mgle i na militarne zakupy mogą pójść do warzywniaka, demaskując całą akcję, prokurator zaś ma kartę stałego klienta w Tesco, a że akurat była promocja, więc…
Dynamika! Akcja! Błyskawiczny odwrót... Błyskawicz... Hmm... Megakiller stoi przy parkingowej kracie i usiłuje wczytać hotelową kartę, żeby uciec z miejsca zbrodni pieszo, a jego pomagier pokłada się ze śmiechu, że przecież się nie otworzy, bo system nie zarejestrował wjazdu pojazdu, więc, kaman, stary, musimy opuścić hotel przez główne wyjście, hehehe... Przypominam, że panowie uciekają, bo zastrzelili komendanta głównego oberpolicji i jeśli to ma być sposób na budowanie marki zabójców oraz napięcia w filmie, to ja już wolę przygody Jimmy’ego Pif-Paf w „Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie”.

Wypłata dla killera?
Nie mam! – mówi prokurator wręczając zaledwie jedną piątą kwoty – Fizycznie nie mam!
Ale pożyczę od teścia i ci wypłacę w sześciu ratach, z czego ostatnią w truskawkach, bo obrodziły, dobrze? W końcu nie od dziś rozwala się szefa CBŚ...
Ukrywanie się po zamachu? A i owszem – w samochodzie namierzonym i poszukiwanym przez policję. A same przygotowania i łażenie w... Ech, można by tak do północy – lista głupot, które wyłapałby nawet gimnazjalista, jest długa jak lista płac tego filmu.

Pan Janek był dziurawy jak scenariusz

A bo ty się czepiasz szczegółów, a tu ważny był mesydż, zepsucie i świat pędzący ku przepaści!
To trzeba było kręcić moralny niepokój pijanego inteligenta, a nie bawić się w sensację. W westernie są kowboje, w horrorach – duchy, w filmach o zombie – krew, podkrążone oczy i jedzenie mózgów, a w kinie sensacyjnym musi być intryga, napięcie, ciary na plecach i precyzja. Reszta jest albo milczeniem, albo od czapy.

I tak jest przez cały film: próba splecenia intrygi, tajemnicze mruganie okiem i dawanie do zrozumienia, że oto twórcy posiedli Tajemnicę, a potem trzask, prask, klops, salceson i traktowanie widza jak jełopa, a zasad gatunku jak starej skarpety, bo przecież reżyser Bromski wie lepiej i nie będzie go tu jakiś Michael Mann czy inny William Friedkin ograniczał formalnie.

Muzyka tragiczna. Poważnie.
Dlatego jest taka muzyka, która jest typową muzyką do amerykańskiego thrillera – powiedział reżyser Bromski..
Really? Te pogrzebowe pienia? Te rozciągnięte dyrdymały quasi symfoniczne to ma być _typowa_ muzyka do amerykańskiego thrillera? To jakie thrillery reżyser Bromski widział ostatnio? „Uwolnić orkę?”, „Znachora”? „Moskwa nie wierzy łzom”?
Chciałem aby muzyka była tak dobra jak ten film – powiedział na konferencji prasowej kompozytor i trzeba mu oddać, że rzeczywiście napisał muzykę na poziomie filmu
Scenografię, kostiumy i produktplejsmęt pominę, bo nie wychodzą poza średnią krajową. Bardzo średnią.

Napięcie rosło z minuty na kwadrans

Co najgorsze – film leży także aktorsko. Marcin Kowalczyk w roli podnajętego snajpera gra dokładnie to samo, co grał w poprzednich filmach i szczerze mówiąc, zaczyna mnie po prostu nudzić, Andrzej Seweryn pokazał się nijako dwa razy po 30 sekund, Piotr Głowacki zagrał słabo (co dziwne, bo on zazwyczaj gra od "nieźle" w górę), zbudował rolę na postaci ubeka z „80 milionów”, czyli na dużej ilości bezsensownych bluzgów i czy ktoś mógłby mu powiedzieć, jak nosić garnitur? Bo nie umie go nosić i za każdym razem, gdy się pojawiał na ekranie, wyglądał, jakby wyszedł właśnie z noclegowni. Michalina Olszańska rozebrała się dwukrotnie, a Marcin Perchuć i Anna Dereszowska mignęli z dużej odległości, więc w razie czego mogą udawać, że to nie byli oni.

Najbardziej bolało mnie w oczy oglądanie Krzysztofa Stroińskiego. Jak miał tę postać zbudowaną przez reżysera Bromskiego, tak miał – pewnych rzeczy aktor nie przeskoczy. Starał się ją zagrać najlepiej jak umiał, bo to przecież solidny kawał aktora, ale... OK, bądźmy szczerzy i brutalni – naprawdę nikt nie zauważył, że Krzysztof Stroiński w tym filmie wygląda jakby miał problemy ze zdrowiem? Że mówi bardzo niewyraźnie, momentami na granicy bełkotu, a na pewno poza granicą zwykłej, codziennej nawet pozafilmowej dykcji? Że w wielu scenach chodzi lekko przechylony w jedną stronę, że przez pół filmu mówi półgębkiem, nie radząc sobie z lewym kącikiem ust? Jeżeli to miał być świadomy pomysł na rolę, to zdecydowanie nietrafiony, bo momentami całkowicie uniemożliwiał odbiór, ale jeśli nie był... Nie wiem, czy to kwestia dentysty, który spartolił lewy  mostek, czy czegoś poważniejszego (na szczęście chyba nie aż tak poważnego – na konferencji prasowej po premierze Krzysztof Stroiński był już zwyczajnym Krzysztofem Stroińskim), ale to naprawdę wyglądało przykro i nie pomagało w oglądaniu.

Mogło być dobre kino gatunkowe – wyszła długa (ponad 2 godziny), nudna piła z zadęciem, pretensjami i dwoma wiadrami błędów.
Nie warto.

Twórcy celowali, celowali...


Varia
1. Recykling ekipy: kompozytor Ludek Drizhal wystąpił w roli blondyna opieprzającego Andrzeja Seweryna, koproducent muzyczny Spencer Gibb wystąpił opieprzającego bruneta, a w "roli" obserwatora w Afganistanie pokazał się II reżyser Hubert Koprowicz
2. „Raz już próbował mnie wykończyć” – mówi Andrzej Seweryn o ofierze – „W Krakowie 10 lat temu. Zablokowałem mu wtedy karierę”. Byłoby to jakieś odniesienie do „Uwikłania”? E, nie – pomijając nazwisko, „Uwikłanie” jest z 2011 roku, i przeciwnikiem Seweryna nie był gość z CBŚ, a prokurator Szacki, a poza tym nie „mu”, bo w tamtym filmie reżyser Bromski wykastrował prokuratora Szackiego, robiąc z niego pszczółkę Maję.
3. Światy równoległe reżysera Bromskiego: „‚Zabij mnie glino’, był taki kryminał, zrobiony w 1985 roku, w stanie wojennym, kiedy w ogóle nie wolno było wtedy o milicji obywatelskiej robić jakichkolwiek filmów pozytywnych” . Świętyjeżunapasztecie, co on bredzi?
4. W „Anatomii zła” wystąpili niechcący i w tle Elżbieta Jaworowicz, Włodzimierz Czarzasty, Leszek Miller, Janusz Korwin-Mikke, Paweł Kowal, Krystyna Czubówna i Zbigniew Ziobro. Ten ostatni powiedział z ekranu: „To jest człowiek, który się kompletnie kompromituje i to nie po raz pierwszy. To jest postęp sklerozy albo skrajny cynizm”. Podobno nie chodziło mu o reżysera Bromskiego, ale bo to można wierzyć politykom?
5. PISF dał. Dużo. Bromskiemu by nie dał?

...ale nie trafili.


============
Anatomia zła
Premiera: 18. 09. 2015
Czas: 122 minuty
Reżyseria: Jacek Bromski
Scenariusz: Jacek Bromski
Obsada: Krzysztof Stroiński, Marcin Kowalczyk, Piotr Głowacki, Andrzej Seweryn, Łukasz Simlat, Ewa Kolasińska-Szramel, Michalina Olszańska i inni
Dofinansowanie PISF: 2 500 000 zł.

10 komentarzy:

  1. ,,Zabij mnie glino" to akurat świetny film, moim osobistym zdaniem lepszy nawet od ,,Psów". Obsmarować go na tym blogu może i by się dało, ale byłoby ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy komentarzu odnosnie muzyki prawie sie splakalam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ocieflorek, chyba nie chcem, ale muszem obejrzeć....

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nieco nie na temat, ale może łatwiej będzie Panu znaleźć ten komentarz tutaj niż wracać do wpisu o "Złotym Kole" sprzed dwóch lat. Otóż doktorat siostry (ten o reklamie w PRL) jest tylko w posiadaniu jej ojczystej uczelni, ale w Bibliotece Narodowej powinna się znajdować napisana na jego podstawie książka "Polska reklama prasowa w latach 1945 – 1989. O reklamie, której nie było?" (autor Judyta Perczak). Miłej lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za namiary, BN mam z dobrym dojazdem, BUW też w zasięgu komunikacji zbiorowej.
      Tylko "kruca bomba, mało casu", niestety...

      Usuń
  5. Spoko, książka nie zająć, nie ucieknie :). A w ogóle, top muszę przeprosić za zamieszanie i mimowolną dezinformację, bo doktorat i wyżej wymieniona książka mówią o reklamie prasowej, a o produktplejsmętach za nieboszczki PRL będzie w następnej książce, która przy dobrych układach pójdzie do druku pod koniec roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za literówki, godzina jak na mnie dziko wczesna, zwyczajnie nieprzytomna jestem.

      Usuń
  6. Te zachwyty nad Michaliną Olszańską wynikają nawet niekoniecznie z cycków, raczej z tego że ktoś ładuje grubą kasę na wypromowanie tej, pardon my French, miernoty na gwiazdę polskiego kina, skoro nie udało się z niej zrobić słynnej literatki. Poszukajcie sobie kim jest jej ojciec, swoją drogą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ma, przepraszam, ojciec do wiatraka, a córka do piernika? Trzeciorzędny aktor z odpałami politycznymi gdzieś między "Ok, to jest Wojtuś, nie zwracajcie na niego uwagi" a "Ale może by go ktoś jednak przebadał?" raczej mógłby zaszkodzić karierze córki, niż jakoś ją wypromować.
      A sama Olszańska się wyrabia - jej rola w "Ja, Olga Hepnarova" była bardzo solidna (a w dodatku zagrała ją po czesku, bez dubbingu) i gdyby tylko twórcy nie poszli na łatwiznę, czyli w cycki, to mogła być jeszcze lepsza.

      Usuń
    2. Teraz ma już na koncie "Sztukę kochania. Historię Michaliny Wisłockiej". :)

      Usuń