2016-02-03

Haracz szarego dnia [1984]


Toleczek pisał wiersze i czytał gazetki, w których je drukowano, a w chwilach wolnych kradł węgiel, czym osłabiał zbrodniczą machinę nazistowskich Niemiec, pędzącą gdziesikajsi i ogrzewał sobie kwadrat. Oraz miał wielkie uszy i wzrok wbity w nieśmiertelne piękno, które mieszkało.

Toleczek paczy paczącego z nieba Kościuszkę
 
Toleczek miał kolegę, kolega Toleczka miał wąsy i kontakty w konspiracji, a konspiracja owa była tak zabawna, że przez połowę filmu miałem wrażenie, iż oglądam jakiś czeski pastisz i że zaraz zza szafy wyjdzie facecik z tacą, częstujący wszystkich kefirem. Przez drugą połowę filmu nie miałem takiego wrażenia, albowiem konspiracja z powodu ciężkiej swej nieudolności dała się pozabijać, a zabijanie z istoty swojej nie jest zabawne. Chyba, że w „Lemoniadowym Joe”, bo tam wystarczyło polać zwłoki kolaloką, żeby wstały i zaczęły się ściskać, całować.

Toleczek kradnie węgiel. Toleczek próbuje wyrazić siebie przez rymy, a rymy przez siebie. Toleczek czyta instrukcję walki wręcz. Toleczek znowu kradnie węgiel, a dzięki przyswojonej instrukcji walki wręcz zabija banschutza pociągiem. Ponieważ jednak jest poetą, gubi przy tym kenkartę. Jakimś cudem Niemcy znajdują kenkartę Toleczka...
– Cudem? Opresyjno-okupacyjna machina nazistowska...
Bili się w wagonie. Towarowym i otwartym, czyli bez dachu. Który to wagon pojechał w siną z zimna dal. Ktoś myśli, że po znalezieniu pod Warszawą pokawałkowanego banschutza opresyjno-okupacyjna machina nazistowska przeszukała wszystkie wagony pociągów towarowych przejeżdżających przez Warszawę z tej i z tamtej strony w tę i w tamtą stronę oraz że... boszzzzz, co ja robię? Dyskutuję z filmem Romana Wionczka? Czy ja jestem przy zdrowych zmysłach?

OK, wróćmy do wątku: Toleczek orientuje się, że zgubił kenkartę.
– Ojciec, zabiłem banschutza, zgubiłem kenkartę, musimy uciekać.
– Dobrze, synku, dobrze, to ty uciekaj, a ja tu sobie na zydelku podmieniam „sedeo, sedere, sedi, sessum” i dam się złapać, żebyś mógł cierpieć artystycznie.


Na wywołanych zdjęciach komórka wywiadu zidentyfikowała wnętrze rękawiczki Włodka

 Jak powiedzieli, tak zrobili. Toleczek uciekł do ciotki na wieś i spacerował wśród wyciętych na opał wierzb, a ojciec dał się złapać germańskimkurwaoprawcom, przez co Toleczek cierpiał bardzo i nawet bimber ciotki humoru mu nie poprawiał. Wciąż próbował wyrazić siebie przez rymy i grał w kółko piosnkę romantyczną o odpływaniu łodzią z pękniętym dnem. 
Drogie dzieci, nie róbcie tego. Nie odpływajcie łodzią z pękniętym dniem, albowiem ból. A nawet bul-bul.
– Chciałbym, żeby to, co jest we mnie, żeby przetrwało – zwierzał się Toleczek cioci – Rozumie ciocia?
Ciocia rozumiała i żeby zakonserwować toleczkowe wątpia przed zapisaniem ich Akademii Medycznej, podlewała siostrzeńca naleweczką oraz bimbrem.

Ponieważ przebywanie w towarzystwie ciotki-ochlaptuski nie wpływało korzystnie na zdolności poetyckie, Toleczek postanowił stać się człowiekiem czynu. Udał się tedy do zaprzyjaźnionego oddziału konspiracyjnego i zwrócił się z uprzejmą prośbą o udostępnienie mu miejsca do spania, albowiem czuje w sobie niepokój. Zaprzyjaźniony oddział konspiracyjny udostępnił mu łóżko, wyżerkę, napitek, pianino... Ale daj kurze grzędę, a poecie palec – Toleczek wyhaczył jeszcze konspiratorkę Zosię, a potem wprosił się na akcję specjalną.
Trzymałeś kiedyś w ręku broń? – zapytał brodaty porucznik.
Toleczek spuścił głowę, przez myśli przebiegło mu stado płaczących wierzb goniących łódkę z rozbitym dnem, na której szlochała niedoszła sława mołojecka.
Nie bałbyś się rzucić granatem? – zapytał kamandir z zarostem.
A pan nie bałby się? – odpyskował Toleczek.
Czego?
Mi go dać.
Moc w dialogach, moc!

W czcionce też była moc. Z ciemnej strony.

Porucznik nie był wiśnia i wziął Toleczka na akcję. Ot, tak – pierwszy raz gościa na oczy widzi, tyle wie, że dostaje kompletnego ciurę, który nawet z kalichlorku nie strzelał, ale pójdź, dziecię, na Germańca, masz tu teczkę granatów, Visa, Zosię i dalej, bracia, dalej, żywo...

Zanim zaczęło się dla nich żniwo, zagadka: na jaką akcję zabrał Toleczka porucznik? Dla ułatwienia powiem, że porucznik nosił pseudo „Zwrotnica”, kolega z oddziału przedstawiał się jako „Semafor”, a pociągi na ekranie były częściej niż cycki i to nie tylko dlatego, że cycków nie było wcale.
No?
Tak jest, zgadliście: porucznik „Zwrotnica”... Kurde, jak można było wymyślić facetowi tak kretyński pseudonim? Znaczy, OK, zdaję sobie sprawę, że w konspiracji ludzie mieli różne pseudonimy i czytałem nawet o cichociemnym Marianie Kuczyńskim, który właśnie pseudonim „Zwrotnica” nosił, ale my tu mówimy o filmie, historii, napięciu, patriotycznym wzmożeniu, a twórcy fundują nam „Zwrotnicę” i „Semafora” wysadzających tory i wykolejających pociąg? Really? Nie „Śmigłego”, „Twardego” czy innego „Kmicica”, tylko „Zwrotnicę”? Chwalić boga, że konspiratorzy nie wysadzali wodociągów, bo porucznik nosiłby pewnie dumne pseudo „Miednica”...

Kabum!

Akcja. Miniowanie. Bum! BUM! Ogień. Jęk dartej blachy, zgrzyt pękających osi, radosne uśmiechy konspiratorów, dobijanie rannej lokomotywy, która skonała z sykiem pary, ranne wagony jęczały cicho, wióry leciały, dym widać było nawet w Ostrołęce, a Kościuszko patrzył na konspiratorów z nieba...
Z dumą?
Z zaniepokojeniem, bo artyleryi rus... przepraszam: tyralieryi szwabskiej ciągły się szeregi, a „Wajtawajta los!” niosło się po lesie. Oddział porucznika „Zwrotnicy” dał w długą, niestety, niezbyt skutecznie: część zginęła, a Toleczek i Zosia wpadli w niemieckie łapy po łokcie krwią zbroczone. Długo by mówić, jak i co, bo też twórcy poświęcili wpadaniu dobry kwadrans, parę kanistrów benzyny, trzy wiadra patosu i dwóch autentycznych Niemców (że o statystach nie wspomnę), grunt, że wpadli i cierpieli za ojczyznę bardzo, aż wreszcie Niemcy się znudzili i postanowili ich rozstrzelać. I tu już nie wytrzymałem – przestałem się nudzić, a zacząłem mówić brzydko.

No bo załóżmy, że jesteśmy Niemcami i chcemy rozstrzelać dwie osoby, z których jedna jest pobita, a druga ranna i pobita. Co nam jest potrzebne? Siedmioosobowy pluton egzekucyjny, dowódca, samochodzik, kierowca, ruiny getta po sąsiedzku albo po prostu kawałek jakiejś ściany („Haracz szarego dnia” zaczyna się na przykład od ulicznej egzekucji pod mostem Poniatowskiego). Ale my przecież jesteśmy w polskim filmie, prawda?



Dwa motocykle z przyczepą, furgonetka, ciężarówka, ze czterdziestu chłopa lekko licząc oraz kilkadziesiąt przejechanych kilometrów, żeby rozstrzelać dwie osoby. Las, oczywiście, też był. Nie był to las krzyży, ale za to był w nim cmentarz, bo Niemcy maja silne poczucie ergonomii.
Mógłbyś się pospieszyć? – jęknęli statyści – Buty nam przemokły i zmierzchać zaczyna, a my jeszcze musimy po tych wertepach wrócić do ciężarówki. Ze dwa kilometry jak obszył i to w śniegu...
E, tam, w śniegu... Śniegu nie było, bo zdjęcia się przeciągnęły i śnieg w tej scenie stopniał. Trochę szkoda, bo czerwona krew z ran płynąca i sine sińce po germańskich knutach, odcinające się od bieli, byłyby ciekawym akcentem estetycznym.

No, dobra, trochę przesadziłem – las był potrzebny, żeby resztki oddziału porucznika „Zwrotnicy” mogły zorganizować zasadzkę i zginąć w niej bardzo głupio  bohatersko, co pozwoliło twórcom filmu zrobić zbliżenie na twarze Toleczka i Zosi, którzy cierpieli... cierpieli?... Kurczę, jakby nie bardzo cierpieli.
Pani Jolanto, proszę sobie wyobrazić, że wiozą panią na rozstrzelanie, koledzy panią próbują odbić, nadzieja, jutrzenka swobody migocze na horyzoncie i nagle oni giną, rozumie pani? Na pani oczach giną, pani przyjaciele giną, nadzieja umiera i za chwilę pani też umrze w stanie dziewiczym i zmarzniętym. Niech teraz pani... Boszzzz... panie Marku, mógłby pan uszczypnąć partnerkę w miętkie? Ale tak solidnie, wie pan... O, tak jest! To jest to! Bardzo dobrze Łzy! Cierpienie! i jeszcze szczypa z zakręceniem, poproszę, bo się pani Joli ostateczność nie uwidacznia... O, mamy to, mamy to!

Toleczek paczy ząbki zdrowe na siódemkę

Nudny obraz, którego oglądanie wymagało sporo samozaparcia. Nie wiem, co tu było gorsze: aktorzy czy reżyseria. Bo zakładam, że scenariusz wg książki Janusza Krasińskiego nie zawierał zapisów: „Scena chechnasta: Toleczek włóczy się po zaśnieżonym czymś tam i wbijając wzrok w niebo, wypatruje muzy, logosu lub kukuruźnika”. Chociaż... nie, jednak nie dam sobie za to ręki uciąć, zwłaszcza, że scenariuszowo film kuleje również: dłużyzny tam, gdzie trzeba było polecieć skrótem, skróty tam, gdzie trzeba było przyspieszyć, jakieś dęte symbolizmy, jakieś smutne, bo niezbyt udane próby epatowania martyrologią... Nie przysłużył się również montaż – toporny, szkolny, podkreślający wszelkie grzechy filmu. Ale trudno – zdecydował się Janusz Krasiński pracować z Romanem Wionczkiem, to ma za swoje.

Opinie o będącej podstawą scenariusza książce, są różne: Jan Józef Lipski wpisywał ją w nurt conradowski, Stanisław Grochowiak doszukiwał się w niej cynizmu, książkowe postaci zderzały „Wszystko znowu nie ma sensu, jesteśmy gzami, które kąsają byka” z „Gównoś, synku, nie bohater. W historii liczy się chytrość (...), nie narwane pierdzioszki”, możemy sobie więc kolejny raz (no, „kolejny” – książka wyszła w 1959 roku) pogadać o rzucaniu kamieni na szaniec i strzelaniu diamentami, niestety w filmie gdzieś to wszystko zginęło między sztucznymi deklamacjami, teatralną grą i skupianiu się na kompletnie nieistotnych scenach. Jakby reżyser nie mógł się zdecydować, co tak naprawdę chce powiedzieć i jedyne, o czym pamiętał, to żeby pokazać bardzo złych Niemców, którzy zbrodniczo, nazistowsko, antypolsko i w ogóle, więc jeśli ktoś zacznie krytykować, to się z niego zrobi niewrażliwego na bohaterstwo i męczeństwo…
–  Mógłbyś bez bieżącej polityki? – westchnęła Opinia Publiczna.
Ja nie o bieżącej i to nie moja wina, że niektórzy replikują czas przeszły.

– Aaaa, palce!

Aktorzy przeszkadzali i to bardzo: Marek Nowicki w roli Toleczka snuł się po ekranie z miną poważną i wzrokiem zbolałym (lub odwrotnie), dając widzowi do zrozumienia, że brzemię kolumbostwa i baczyńszczyzny ciężkie jest, a dźwiganie go jest zadaniem odpowiedzialnym nader, ale on postara się mu sprostać. Nie sprostał, a momentami psuł. Jolanta Grusznic była... no, była na ekranie i właściwie nic poza tym. Grający Włodka Andrzej Chudy to jakaś kompletna pomyłka obsadowa, grający porucznika „Zwrotnicę” Stefan Szmidt miał brodę i to wszystko, co można o nim powiedzieć. W filmie pojawili się także Halina Kossobudzka, Teresa Szmigielówna, Anna Milewska, Witold Skaruch i Janusz Paluszkiewicz, ale nie mieli za wiele do grania, a tego, co mieli, przy ich warsztacie nie dało się zepsuć. Zastanawiałem się, czy jakimś alibi dla filmu mogłaby być sytuacja polityczna: stan wojenny, świeżo zakończony bojkot aktorski i przede wszystkim postać samego Romana Wionczka, który po 1981 roku zaczął ostro skręcać w stronę władzy (chwilę później, jesienią 1984 roku premierę miała jego „Godność” – brrrrr...) może po prostu lepsi aktorzy (spośród młodszych – starsi wypadli przyzwoicie) Wionczkowi odmówili?

Muzyka Andrzeja Korzyńskiego nierówna, scenografia poprawna, kostiumy ujdą w tłoku, choć jak zwykle w filmach z tego okresu są za czyste i za dokładnie wyprasowane.
Nie warto.

Włodeczek paczy Toleczka


Varia
1.  Poeta, konspiracja, śmierć tragiczna i fragment wiersza „Promienie” sugerują Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, ale motywem przewodnim filmu jest wiersz z „łódką o pękniętym dnie”, a to nie Baczyński, tylko zupełnie zapomniany dzisiaj Stanisław Kowalczyk, poeta z kręgu Jarosława Iwaszkiewicza, pracownik Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, redaktor konspiracyjnego pisma „Moskit”, rozstrzelany przez Niemców w czasie kolejowej łapanki Otrębusach 23 sierpnia 1944.

2. Autor książki i współautor scenariusza życie miał skomplikowane: w pierwszych dniach powstaniach warszawskiego został aresztowany przez Niemców i wywieziony do Oświęcimia, potem do obozów niemieckich (m.in. Dachau), po powrocie do Polski został aresztowany i skazany na 15 lat za rzekome szpiegostwo (miał wtedy 19 lat), przeszedł przez areszt UB na Mokotowie, więzienia we Wronkach i Rawiczu. Zwolniony w 1956, pracował fizycznie, potem zajął się literaturą, pisał reportaże, powieści, sztuki teatralne (m.in. słynną „Czapę”), scenariusze...
Życiorys na powieść – zauważył Głos Wewnętrzny.
Nawet na kilka: na wątkach autobiograficznych zbudował Janusz Krasiński cztery swoje powieści: „Na stracenie”, „Twarzą do ściany”, „Niemoc" i „Przed agonią”
3. Wspominałem postać Romana Wionczka i jego „Godność” (w 1986 nakręcił jej ciąg dalszy – „Czas nadziei”. Nie wiem, który film był gorszy). Ale trzeba także Wionczkowi oddać, co jego, czyli „Tajemnicę Enigmy” i „Sekret Enigmy” – film i serial TV o złamaniu przez trzech polskich kryptologów niemieckich szyfrów oraz spektakl serial „Przed burzą” z 1977 roku.
4. W epizodzie klientki, która obstalowuje u krawcowej kapelusz z woalką mającą zakryć jej semickie rysy wystąpiła Gołda Tencer i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć kto zacz, a w rolach dwóch złych Niemców wystąpili autentyczni Germańcy: Alfred Struwe (to ten w okularach) i Karl Sturm (często pojawiał się w polskich filmach – zagrał m.in. gestapowca Schulza w „Akcji pod Arsenałem”)
5. Ciekawy życiorys miał też grający Toleczka Marek Wysocki – zanim zajął się aktorstwem latał podobno w PLL LOT jako drugi pilot samolotów AN-24, w 1985 roku dostał nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego (mam nadzieję, że nie za „Haracz szarego dnia”), potem udzielał się w programie dla dzieci „Tik-Tak”, a w 1989 roku zagrał Tomasza w „Panu Samochodziku i praskich tajemnicach”. To też był słaby film, ale nie aż tak jak „Haracz...”

Benedykt paczył film. Benedykt był sceptyczny.


============
Haracz szarego dnia
Premiera:
26.03.1984
Czas: 84 minuty
Reżyseria: Roman Wionczek
Scenariusz: Roman Wionczek, Janusz Krasiński
Obsada: Marek Wysocki, Jolanta Grusznic, Andrzej Chudy, Czesław Lasota, Halina Kossobudzka, Anna Milewska, Janusz Paluszkiewicz, Witold Skaruch, Teresa Szmigielówna, Stefan Szmidt, Gołda Tencer i inni.

4 komentarze:

  1. Czekam już tylko na "Godność" i "Thais", żeby był pełen przegląd lat 80. w kinie polskim trzeciej kategorii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Thais" może nie była taka zła. Dobry temat, dużo golizny jak na tamte surowe czasy ;) Może nie wyszedł, jakby mógł, ale chyba nie aż trzecia kategoria.

      Usuń
  2. Jest mi ogromnie przyjemnie zes pan w wysmienitej formie!
    Tego dziela teżżem nie widzial, ale czytalo sie...
    Jakbys mial pan braki w filmach do opisania, to jeszcze raz wspomne ze chetnie bym poczytal co wasc sadzi o Jak byc kochana i o Pociagu.
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O "Pociągu" sądzę bardzo, z wyjątkiem Cybulskiego, a o "Jak być kochaną" ambiwalentnie, ale też pozytywnie. Z poprawką na pół wieku między.
      Przy czym, ponieważ na drugie mam "Jacek", a nie "Konsekwencja", gdy już przyjdzie co do czego, (czytaj: siądę, przypomnę sobie i zacznę pisać), może się okazać coż zupełnie innego. Aż sam jestem ciekaw ;-)

      Usuń