2016-02-10

Małe stłuczki [2014]

Śniło mi się dzisiaj, że się całuję z borsukiem. Miał taki mięsisty, szorstki język jak kawałek przeżutej szynki.
Hmm, czy przeżuta szynka może być szorstka? 

Z braku szynki przeżujmy pomidora i ogórka

Parę lat temu Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb nakręcili „Druciki”, które  mi się spodobały, bo były „inne”. Czekałem na kolejny film tej pary, czekałem... Doczekałem się. Film jest „inny” podwójnie: po pierwsze dlatego, że w ogóle jest „inny”, a po drugie dlatego, że jest także inny niż „Druciki”.

Asia i Kasia przewożą rzeczy i „opróżniają ludziom domy. Jak ludzie umrą. Albo jak nie umrą, tylko mają za dużo rzeczy, to też im je opróżniają”. Część „opróżnionych” rzeczy sprzedają na pchlim targu za ceny umowne, resztę chomikują w mieszkaniu i chyba żywią się nimi, bo pieniądze ze sprzedaży są nieprzyzwoicie niskie i nie ma szans, żeby dorosły człowiek był w stanie za nie przeżyć. Czy choćby zatankować samochód. Piotr natomiast skręca puste pudełka po nawilżającym kremie Nivea, co jest głupie, bo żeby do tych pudełek coś potem włożyć, trzeba je rozkręcić, a następnie zakręcić z powrotem, więc zakręcanie wykonywane jest dwukrotnie, a to marnowanie energii i osobogodzin. Kasia jest lesbijką i chyba buja się w Asi, Asi nie wolno dotykać, bo może być koniec świata, a Piotr „trochę jest fajny, a trochę nie. Ale jest ładny” i ma ex-żonę, która ma lekko nie po kolei oraz matkę, która ma solidnie nie po kolei, co potwierdzać może teorię, że mężczyźni wybierają sobie żony, które w jakiś sposób przypominają im matki.

Piotr dołącza do Asi i Kasi – razem wożą zdezelowanym Oplem jakieś paczki. Nie wiadomo, co jest w paczkach, nie wiadomo, kto je nadał i dla kogo są przeznaczone, nie wiadomo, skąd je wożą i dokąd. Znaczy, jeśli ktoś jest z Łodzi, to może rozpozna plenerki, ale ja po raz ostatni w Łodzi byłem... Hmmm... raz, dwa... Merkury w drugim domu... księżyc wzeszedł sześć – nieszczęście, wieczór - siedem... och, bardzo dawno temu i w dodatku tylko przejazdem do Bydgoszczy.

Óć
 
Kasia chciałby mieć piękny amerykański samochód, ale nie żeby przejechać się Route 66, o nie – chciałaby zostać związana, wsadzona do tego samochodu i rozbita w nim o skałę. Koniecznie o skałę – drzewo w grę nie wchodzi. Piotr opowiada film o mrówce, która pokonała mrówkolwa (jest w ogóle takie urządzenie przyrodnicze?), znajoma Piotra opowiada o przysiędze Izraelitów na obnażone członki, bysiowaty rozwoziciel pizzy dostaje histerii i trzeba go przytulać, a matka Piotra pogryza surową cielęcinkę. I są kury. Trzy. Nie wiem, czemu akurat trzy i nie wiem, czemu akurat kury. W końcu Piotr dotyka Asię i koniec świata rzeczywiście następuje. Przynajmniej tego fabularnego.
A, nie, przepraszam – jeszcze kuma ze Lwowa w stroju żałobnem odtańcowuje baletowy kawałek a capella.

Nie wiem, co myśleć o tym filmie. Nie wiem, czy w ogóle myśleć, czy może ograniczyć się do odbierania go na prostych emocjach i prostych przymiotnikach: „ładny”, „fajny”, „klimatyczny”. Bo taki też ten film jest: „fajny”, „ładny”, „klimatyczny”, ogląda się go z momentami lekkim uśmiechem, a momentami z lekką zadumką (nie z „zadumą”, a z „zadumką” właśnie”), ale to się sprawdzało tylko w odbiorze doraźnym, „wtenczasowym”. Kiedy seans się skończył, film parował ze mnie w tempie przyspieszonym – po kwadransie w pamięci zostały jakieś dwie scenki, parę pytań... nad którymi nie zastanawiałem się długo, bo po godzinie przestałem pamiętać, nad czym się miałem zastanawiać. Nie wiem, czy to filmowi czegoś zabrakło, czy może mnie – obejrzałem „Małe stłuczki” dwukrotnie (drugi raz na potrzeby tego tekstu) i w obu przypadkach było tak samo: nastrój, emocje, jakieś szybie bieżące refleksje, koniec seansu, pssss.... wszystko uchodziło jak z dziurawego materaca.

Ich troje w ich czwartym

I żeby nie było, że film jest za mądry dla mnie albo przeciwnie – za głupi. Nie, to w ogóle nie ta kategoria. Koncepcja balansowania bohaterów na granicy emocjonalności, chęć bycia z innymi, ale na własnych warunkach, bez konieczności wchodzenia w kompromisy i podporządkowywania się drugiej (trzeciej, entej...) osobie czy... nie wiem, obawa przed zautomatyzowaniem bliskości?... – dobra, przyswajam, kumam, kupuję, a nawet sam chyba przejawiam czasem. Zresztą, kto nie? Nie bądźmy hipokrytami, puknijmy się w piersi. Nie racjonalizujemy sobie naszych małych egoizmów w związkach? No przecież. Ba! racjonalizujemy sobie nawet większe, wychodzące poza granice emocjonalnej niezależności, czasem nawet uderzające w drugą osobę. Mówimy sobie po cichu o prawie do „zdrowego egoizmu”, ustawiając emocjonalne płotki i barierki, a z czasem – świadomie lub nieświadomie, różnie bywa – przesuwamy je nie tylko „na trzy palce”, zajmując miedzę, ale wjeżdżając na cudze poletko i wymuszając na drugiej stronie zachowania lub postawy, na które być może wcale nie ma ochoty. No co, nie jest/bywa tak?

Filmowa Asia próbuje ustawić sobie dookolny świat według swoich własnych reguł – czasem udaje się jej zachować „zdrowy egoizm”, taki niewielki, pozwalający zachować emocjonalne bezpieczeństwo (związek z Piotrem), czasem przekracza granicę i stawia barierki tam, gdzie zaczyna to boleć innych (związek z Kasią), czasem nawet stawia je całkiem świadomie. Hmm, może nawet nie czasem, a non stop (scenka w kolejce po kawę). Ustawia, przestawia, aranżuje, poprawia, wyznacza kierunki i póki wszystko idzie według jej założeń – jest OK, kiedy jednak emocje ludzi z jej kręgu z wyznaczonych przez nią ram się wymykają – Asia daje w długą. Wiele wskazuje, że niekoniecznie tęskniąc... 

Wg kodeksu Haysa macie jeszcze 3,5 centymetra, potem włączy się alarm

Jest w sumie jakaś symetria między Asią a jej klientami, oddającymi rzeczy, do których nie są lub nie chcą być przywiązani. Coś im się przestaje podobać, coś wiąże się z smutnymi/przykrymi wspomnieniami, więc się to oddaje – dla bezpieczeństwa emocjonalnego? dla uniknięcia konieczności przeżywania tych emocji za każdym razem, gdy się rzuci na nie okiem? Nie wiem. Jest też logika w sprzedawaniu tych wszystkich rzeczy przez Asię: tanio, bardzo tanio, właściwie za pół darmo, ale jeśli klient się uprze, to i za pół-pół-darmo. Bo skoro wiążą się z nimi jakieś emocje, to niech znikają prędko, jeszcze się człowiek tym zarazi...

Piotr i Kasia poddają się emocjonalnej reżyserii Kasi, bo oboje pragną więzi, związku, przy czym postawa Piotra jest trochę nieczytelna. Which is w sumie good, bo można ją sobie pointerpretować – np. czy końcowy płacz Piotra to bardziej smutek skutku... yyy... skutek smutku i tęsknoty za Asią czy może bardziej wynika on ze świadomości, że nie uwolni się od niestabilnej matki (przez która być może rozpadł się jego związek z eksią)? O, właśnie – kolejne osoby, będące zaprzeczeniem Asi i prące do emocjonalnego zwarcia: wydzwaniająca do Piotra matka i eks-żona, która formalnie odeszła, ale faktycznie wciąż chce być i jest obecna w życiu Piotra.

Stary, ale tu jest spora sprzeczność – mruknął Głos Wewnętrzny – Z jednej strony twierdzisz, że film przeszedł przez ciebie gładko, nie zostawiając głębszych refleksji, a z drugiej tłuczesz kolejny akapit, analizujesz, interpretujesz, szukasz...
Taaa, konsekwencja nie jest moją mocną stroną. W przeciwieństwie do efekciarstwa – gdybym zamknął opis w jednej stronie maszynopisu, nie mógłbym się popisywać ochjakżegłębokimi interpretacjami i ochjakżecelnymi analizami...
W tym momencie Głos Wewnętrzny zakrztusił się herbatą. Dość opryskliwie, więc trzeba było zrobić przerwę na sprzątanie.

Orły! Orły nadleciały!

Dobra, zmieńmy temat. Zdjęcia Ity Zbroniec-Zajt – super. Nie tylko od strony technicznej, ale...
Jesteś w stanie ocenić stronę techniczną? – zdziwiła się Opinia Publiczna.
...ale też koncepcyjnej – film o emocjach, o możności i niemożności, bez happy endu, a tu słońce, światło, optymizm, miękkość, nadzieja. Wspominałem o klimacie filmu? Wspominałem. No to „robią go” w dużej mierze zdjęcia. Oraz plenery i scenografia – kolejny duży plus, bo zdecydowanie wymykały się „średniej krajowej”, gdzie albo mrok i zrujnowany industrial, albo słoneczko i architektoniczne landrynki. Bardzo dobra muzyka zespołu Enchanted Hunters, aczkolwiek sam ich występ w filmie był po nic i wyglądał trochę jak towarzyski barter: „my wam taniej napiszemy muzykę, a wy nas za to długo pokażecie na ekranie”.
Niezły dźwięk – warto podkreślić, że był naprawdę niezły i chyba tylko raz miałem problem ze zrozumieniem kwestii aktorów, przygłuszonych przez muzykę.

No i aktorzy... Część współwidzów narzekała na stuporowatość postaci oraz grę aktorów beznamiętną, pozbawioną emocji. Ba! sami aktorzy narzekali, że nie mieli zbyt wiele do grania, bo Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb wymuszali na nich grę „na biało”, bez emocji. A jednak to zdało egzamin – wydaje mi się, że gdyby główna trójka próbowała pokazać, czego nauczyła się na aktorskich studiach, próbowała malować swoich bohaterów jakimiś głębszymi motywacjami, dorabiać im teoretycznie prawdopodobne emocje, „Małe stłuczki” byłyby nieznośnie egzaltowane. Wypranie bohaterów filmu z okazywania uczuć na zewnątrz zostawiało spory margines niedopowiedzenia i dawało widzowi możliwość interpretacji, a przede wszystkim było konsekwentnie wpisane w główny motyw filmu i pozwalało ciekawie konfrontować ich „zamknięcie” z emocjami okazywanymi przez innych (klientów Asi i Kasi, załogę pizzerii w empatycznym uścisku, małżeństwo roniące emocje nad pękniętym łabądkiem czy co tam rozdeptali niechcący). I tu plus dla pary reżyserskiej – wiedzieli, czego chcą, potrafili przekonać do tego aktorów i nawet jeśli aktorzy do dziś nie bardzo wiedzą, o co tak naprawdę chodziło w filmie, to Aleksandra Gowin i Ireneusz Grzyb dostali dokładnie to, czego chcieli. 

Pani Michałowska nie zostanie Sylvią Plath, bo pomyliła piecyk z komódką

Helena Sujecka przekonała mnie do siebie po raz pierwszy – przedtem, łagodnie mówiąc, nie przepadałem za tą aktorką. Agnieszka Pawełkiewicz też zagrała bardzo dobrze, natomiast Szymon Czacki. Z jednej strony pasował do roli, z drugiej... Kurczę, nie wiem Za ładny był? No, ale miał być ładny przecież. Nie wiem, czemu Szymon Czacki do mnie nie trafił albo – precyzyjniej – czemu nie trafiał, miał albowiem momenty całkiem przekonujące, a zaraz potem długie partie, w których nie potrafiłem go „kupić”. Gra aktorska? Potknięcie na poziomie scenariusza lub reżyserii? Jakieś moje prywatne wymagania/oczekiwania? Nie wiem, nie umiem powiedzieć.

Główną trójkę uzupełniali Arkadiusz Jakubik i Agnieszka Matysik w roli rodziców Asi (wdzięczna scena z wdziękiem zagrana), Katarzyna Bargiełowska w roli odklejonej całkiem matki Piotra i Maria Maj w roli gospodyni, u której Piotr wynajmował pokój. W pamięć zapadł mi jeszcze otwierający film Zbigniew Antoniewicz.

Na pewno można, być może warto. Ja mam z tym filmem problem. Może z nadmiaru oczekiwań po „Drucikach”, może z jakiegoś wewnętrznego sprzeciwu wobec mesydżu albo stawianych pytań (stawianych w filmie, ale też stawianych sobie). Nie wiem (rany, które to już „nie wiem" w tym tekście?), jakoś niekompatybilny z „Małymi stłuczkami” jestem. Ale gdyby ktoś zapytał, czy iść... Kobiety chyba bym zachęcił, panów niekoniecznie i nie, to nie żaden seksizm.

Praktyczne Pudełeczka do Przechowywania i Grzechotania Nimi


Varia
1. W roli (a raczej w epizodziku) dziewczyny poderwanej przez Kasię przed klubem pojawiła się znana z „Drucików” Justyna Wasilewska.
2.
Parę tygodni po pierwszym obejrzeniu „Małych stłuczek” trafiłem na „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”, gdzie Agnieszka Pawełkiewicz zagrała Dżinę i trochę przestałem się dziwić jej narzekaniom na „tłumienie” możliwości aktorskich, bo rzeczywiście ma spore. Swoją drogą – sztuka Masłowskiej świetna i rewelacyjnie zagrana.
3. „To jest charakterystyczne dla rzeczy, które dzieją się nagle: dzieją się, dzieją się i przestają się dziać.”
To chyba charakterystyczne dla wszystkich rzeczy?
4. Sprawdziłem – mrówkolew naprawdę istnieje i jest ciepłolubną sieciarką. Hmm, „ciepłolubna sieciarka” – to niemal jak z kobiecej wersji „Spartacusa”.
5. 436 705 złotych - takie dofinansowanie dostały „Małe stłuczki” od PISF. Żadnych uwag – „Druciki” pokazały, że Gowin i Grzyb maja potencjał i warto dać im szansę, a co to jest 436 tysięcy, gdy taka kiłka-mogiłka jak „Dżej-Dżej” dostała dwa miliony, a przecież były i gorsze knoty za większe pieniądze. 
6. Tak, wiem, że w tekście o „Dżej-Dżej” napisałem, iż dostał 1,5 mln, ale to było na podstawie doniesień Filmwebu – potem znalazłem oficjalne dokumenty PISF, a w nich czarno na białym stało, że 2 miliony.

Żucie, żucie jest nowelą...


============
Małe stłuczki
Premiera:
05.09.2014
Czas: 82 minuty
Reżyseria: Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb
Scenariusz: Ireneusz Grzyb
Obsada: Helena Sujecka, Agnieszka Pawełkiewicz, Szymon Czacki, Maria Maj, Katarzyna Bargiełowska, Agnieszka Matysiak, Arkadiusz Jakubik i inni.
Dofinansowanie PISF: 436 705 zł.

10 komentarzy:

  1. A można się dołączyć do listy życzeń? Może by Pan Kierownik wziął na warstat Córki Dancingu? Bo mię się podobały trochę, a znudziły mię drugie trochę, i opinia kierownicza byłaby ciekawa do poznania.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. trzecia ilustracje od góry - tata miał podobny bagażnik na Zastavie, wzruszyłem się
    2. „ciepłolubna sieciarka” kojarzy mi się z ikoniczną (memoniczną?) blogerką otoczoną gromadą kotów (wpisałem „mrówkolew” w guglach, jednak niepodobna)
    3. Panie/Pani Bai Langwang, tu jest kolejka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad 3.
      A Pan tu nie stał! A ja tu mam kolejkę zaklepaną, ta pani mi zajęła!

      Usuń
    2. Alez proszę się nie pchać, proszę się grzecznie ustawić w kolejce, kobiety w ciąży i kombatanci po lewej, lista kolejkowa u pani Gieni i oczywiście, że wszystko będzie, tylko nie wiadomo kiedy i w jakiej kolejności, bo plany są takie, żeby do emerytury wyrobić się z wiekszością polskich filmów, a na emeryturze doprowadzić do sytuacji, w której jesteśmy na zero i pytanie "A kiedy będzie nowy wpis?" spotkało się z odpowiedzią: "Gdy będzie nowy film".

      Usuń
  3. Czy jeżeli można składać życzenia, to od razu zbiorczo czy kiedyś będą Ekscentrycy, Ziarno Prawdy lub Karbala?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że będą - z tych trzech najbardziej prawdopodobne jest "Ziarno prawdy". Znaczy, pewnie najszybciej będzie. Ba! może nawet w 2016 roku :-)

      Usuń
  4. W nagrodę z pozdrowieniami mocno emocjonujący film o spożywaniu przez mrówkolwa (mrówkolewa?).
    https://www.youtube.com/watch?v=CGqUWe7oPQg

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Andrzeju, toż Pan zniknął ze zczuba.pl lata temu i dopiero teraz znienacka na Pana wpadam, i na weszło Pana tekst widzę... toż ja bez Pana w ogóle się w polskiej piłce pogubiłem, kiedyś ani meczu nie oglądałem, ale dzięki Panu wszystkie kluby i wiele nazwisk znałem - czytałem dla samej przyjemności czytania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to milusio, żeśmy się znowu zeszli. Od zczuba.pl trochę czasu minęło :-) Na Weszło przeszedłem praktycznie od razu, choć tam piszę zdecydowanie rzadziej. Ale za to znaleźć mnie łatwiej, bo większość tekstów - dla bezpieczeństwa i komfortu czytających - "opaskowuję" na błękitno i wyraźnym ostrzeżeniem, że to "Poligon".

      Usuń