2016-02-17

Żona i nie żona [1939]

Oraz film i nie film.

W trailerze sugerowano suspens i dizajer

Irena porzuca Zenona.
– Co to ma znaczyć? Porzucasz mnie?Jest spakowana, na biurko zostawiła list „Nie szukaj mnie, odchodzę”, więc jakby mniej więcej istinno.
– Przecież robiłem wszystko, żeby ci to życie uprzyjemnić. Czego chcesz więcej?
– Chcę żyć, muszę być szczęśliwa chociaż przez jeden rok

Ale, pardąsik, musi być hurtem czy moglibyśmy rozłożyć na raty? Bo gdyby tak podliczyć te sześć orgazmów, ze dwa tygodnie w nowym mieszkaniu, wczasy pracownicze w Copot, zakupy, parę wspomnień z dzieciństwa...
– Niech się dzieje co chce! Wiem jedno – że nie mogę cię kochać! Nie mogę cię znieść dłużej przy sobie!
Aha, czyli jednak musi być jednym ciągiem.

– Ach tak... No, mniejsza o mnie, ale dziecko! Przecież nie możesz być szczęśliwa bez dziecka!Yyyy... a dlaczego? Znaczy, nie zrozummy się źle, mała Tola jest urocza i gra lepiej niż 90% dzisiejszych filmowych robocików, ale może Irena wolała chłopczyka, a poza tym co to za patriarchalne wpychanie kobiety w społeczną mamkowszczyznę?
– Dziecko musisz mi oddać!
– Nigdy!
– Tola jej moja, jej się nigdy nie wyrzeknę!
– Już jej się wyrzekasz!
Z tego, co zrozumiałem, Irena na razie wyrzekła, że wyrzekła się męża, o dziecku nie wspominała.
– O nie, nie zdążysz zrobić z niej mego wroga! Ja ci jej nie zostawię. Gdy tylko znajdę grunt pod nogami, wrócę i będziesz musiał mi ją oddać. Ja jestem jej matką, a matka ma największe prawa do dziecka.
– Tak! Matka! ale która jest i żoną.

I która siedzi z tyłu.

Tatusiu, Cedergren pyta, czy mamy w telefonie syrenę!

Irena wyjeżdża do Paryża, Zenon z okrzykiem „Irena, do domu!” pali sobie w łeb z rewolweru, ale że jest dupa życiowa, pali niezbyt skutecznie, skutkiem czego przy jego łożu zaczyna pracę hoża pielęgniareczka o staropolskim imieniu Nelly, mała Tola ściska tatusia...
– Kto wpuścił dziecko? – wrzeszczy doktor
Medicus i nie wie? Technicznie dziecko wpuścił tatuś. W mamusię. Przy pomocy urządzonka, z którego wylatywały takie żyjątka z ogonkiem, które tatuś wpuścił... No, mniejsza z tym – poczyta sobie pan doktor w wolnej chwili w internetach, bo my tu o filmie, a nie o biologii.

Irena w Paryżu bywa na wyścigach i koncertach...
– Gdy kastaniety milkną, kiedy mrok zapada...
Boszzz... Oraz mamrocze o szczęściu, którego pragnie niezwłocznie. A w wolnych chwilach daje się emablować jakiemuś drewnianemu wąchaczowi.
– Upajam się panią!
Dziwnym nie jest – albowiem skropiła się Szanelą, osobliwie pod pachą.

Zenon też mamrocze: najpierw w malignie, potem w rozpaczy, a wreszcie w marynarkę niejakiemu Geistowi.
– Temu od metalu z Paryża?
Nie, temu od astmy w Warszawie. Geist jest A) biznesmenem, B) przyjacielem Zenona, C) fstrentnym zdrajcem, który uwiódł Irenę, a teraz zwala na Duvala.
– Jakiego Duvala?
Nijakiego. Gościa nie ma, tylko Geist go wymyślił, żeby ukryć swoje niecne sprawki.
– Na boga, po cóż?
A bo ja wiem? Nie jestem przedwojennym scenarzystą. Grunt, że zwala. Oraz buduje gmach w tym lasku, żeby miał gdzie konia chłostać... Yyyy, przepraszam, ballady mnie się pomyliły – kupuje willę, w Konstancinie, żeby miał się gdzie pitigrilić z jedną Wiśnieską Ireną.
– Ale przecież Irena jest w Paryżu z drewniakiem!A ino. Oraz z przyjaciółką, która ma jej za złe afiszowanie się z drewniakiem:
– Skoro zdecydowałaś się porzucić męża i wyjść za Geista, to musisz się szanować. Świat wymaga od nas takiej ofiary.
Leżę, kwiczę, pożądam lektury powieści Stefana Kiedrzyńskiego bardzo.

Pan Zenon przeczytał Kiedrzyńskiego. Pan Zenon chce do mamy.

Zaalarmowany przez przyjaciółkę Ireny (w porządnym dramacie największymi suczami zawsze okazują się najlepsze przyjaciółki), przyjeżdża do Paryża Geist.
– Gdzie byłaś? Z kim? Wiem wszystko! Wszystko wiem!
Yyy, gościu, jak by ci tu delikatnie wyjaśnić wewnętrzną sprzeczność tej kwestii?... Enyłej, Geist się stawia i zastawia: rzuca na szalę willę w Konstancinie i garaż, i auto, więc Irena wraca do Warszawy, za nią przyjeżdża drewniak, Zenon pije, Geist sapie i się wybałusza, a z ekranu leją perły dowcipu w postaci maksym Gorkiego:
– Każdy wie, że do kobiet należy się odpowiednio ustosunkować. albo
– To jest racja, ale to jest racja egoistyczna
– Nie mów pan takich trudnych słów, bo pan sobie język połamie.

I tu następuje długi śmiech filmowych postaci.
Oraz głuchy, drwiący jęk pokoleń.

W końcu sprawa się rypie: Irena puszcza kantem Geista i wyjeżdża z drewniakiem, Zenon oddaje rękę, serce, córkę i książeczkę czekową pannie Nelly (panie ronią łzę, panowie kiwają z uznaniem głową i ślinią się obleśnie), a Geist wytrzeszcza się bardzo i stacza astmatycznie do roli poszarzałego konsumenta siwuchy i salcesonu, a kurtyna opada wyjąc ze śmiechu.

OK, Dwudziestolecie, więc czego niby oczekiwać od filmu. OK, materiały poklejone pod niemieckim knutem i wypuszczone do kin w 1941 roku. Ale naprawdę, bez przesady – zostało na tyle, że fabuła, akcja i inne takie czytelne są bezproblemowo, ileż tam mogło zaginąć? Dwie sceny? Trzy dialogi? To, co zostało, wystarczy w zupełności, żeby się załamać. A że to międzywojenne dwudziestolecie? Kamaaan, rok 1939 – w Stanach Zjednoczonych premierę ma „Dyliżans”, Greta Garbo kręci „Ninoczkę”, Maureen O’Hara gra w „Dzwonniku w Notre Dame”, ukazuje się „Mroczne zwycięstwo” z Bette Davis i Bogartem...
– Oraz „Tarzan znajduje syna” – zachichotał Głos Wewnętrzny.
Podejrzewam, że nawet genealogiczne przygody Tarzana były warsztatowo i aktorsko lepsze od tego naszego barachła.

U widzów mniej wyrobionych występowały objawy.

Podstawową wadą filmu jest scenariusz. Napisał go Stefan Kiedrzyński na podstawie własnej powieści i być może był Kiedrzyński płodnym pisarzem oraz dramaturgiem, ale kina nie czuł kompletnie, a do własnego tekstu nie miał żadnego dystansu i stawiam merlota przeciw mineralnej, że na każdą uwagę dotyczącą scenariusza, strzelał focha i wymachiwał Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. Wchodzi para, mówi. Wchodzi trzecia osoba, mówi. Cięcie. Jadący samochód. Inne wnętrze. Siedzi para, mówi. Cięcie. Pociąg. Kolejne wnętrze. Stoi para, mówi. Cięcie, jadący samochód. Ale drętwa konstrukcja może by się obroniła – gdyby owe pary i tercety mówiły coś sensownego. Niestety, w „Żonie i nie żonie” postaci deklamują dialogową tekturę, a widzowi spadają kapcie. Rozmowy są tak nieznośnie sztuczne, że... Słucham? Tak, tam u góry to w 95 procentach oryginalne teksty filmu. A tu jeszcze jeden – w scenie, w której Zenon dochodzi do ładu z samym sobą i wiarołomną eksią.
– To są tylko przyjemności, a życie jest koniecznością. A my musimy żyć. I to uczciwie. Inaczej zawsze będziemy się szamotali w pustce, dopóki nasze dusze nie ogarnie zupełna ciemność.
O, ja pinkolę... Ino na makatkę i nad kuchenny stół.

Intryga głupia jak but i rodem z letnich teatrzyków warszawskich. Sam pomysł na kobietę, która pokazuje wała przesądom i postawia wszystko podporządkować swojemu szczęściu byłby może ciekawy, ale, na litość boską, nie w tym wydaniu, nie przy sprowadzaniu owego „szczęścia” do „Powiedz tymię, że miękochasz i weźmię w ramion swych obcęgi oraz do Paryża albogdzie”. Geist po jakiegoś grzyba wymyślający Duvala, Zenon rozpaczający i chlejący do środy, ale już w czwartek przestawiający wajchę na „empatia, szacunek, a zresztą mam pannę Nelly, więc się, Ircia, bujaj”, stada bezbarwnych postaci przesuwanych po ekranie i nawet duet Mieczysława Ćwiklińska + Władysław Grabowski wpada tu po nic i wypada całkowicie nijako.

Scena w parku w udziałem karku

Aktorstwo – jeden smutek. Nawet przy założeniu, że to aktorstwo dramatyczne z Dwudziestolecia. Stefan Hnydziński w roli Zenona miał momenty, ale głównie szamotał się w swojej roli, usiłując uwolnić się od dialogów Kiedrzyńskiego, Janina Brochwiczówna była tragiczna i nie chodzi mi tu o gatunek, tylko o poziom, Igo Syma w roli drewniaka także nie dało się oglądać, Bogusław Samborski był Bogusławem Samborskim: głęboki głos, głębokie spojrzenie od zmrużenia do wytrzeszczu, sapanie, dyszenie i duszenie, a Tamary Wiszniewskiej było zdecydowanie za mało, bo choć grała niewiele lepiej od kolegów, to przynajmniej reprezentacyjna była, że proszę siadać. W roli szofera-famulusa wystąpił Czesław Skonieczny czyli Damazy z „Piętro wyżej” – próbował szczerze, ale i on rolę miał napisaną żenująco na zasadzie „No przecież to jest gruby Czesio, ludzie go lubią, będą się śmiać na sam widok, po co jeszcze się przykładać do dialogów?”, więc szybko poległ.

Bez-na-dzie-ja. Nawet jak na kino międzywojenne. 

Niektórzy widzowie wychodzili z kina szybciej


Varia
1. Filmu nie udało się dokończyć w 1939 roku. Z materiału, który został sklejono spójną (znaczy, spójną na miarę czasów) całość i wypuszczono do kin w lutym 1941 roku.
2. Dwa tygodnie po premierze filmu Igo Sym został zastrzelony przez żołnierzy ZWZ w swoim mieszkaniu przy Mazowieckiej 10 w Warszawie. Oficjalnie za kolaborację z Niemcami (a kolaborował Sym potężnie – pisano o tym tyle, że na pewno czytaliście), ale nie zdziwiłoby mnie, gdyby rola w „Żonie i nie żonie” była kroplą, która przelała kielich.
3. Bogusław Samborski był jednym z polskich aktorów, którzy przyjęli rolę w niemieckim filmie „Heimkehr” („Powrót do ojczyzny”), w którym przed wojną okrutni Polacy łoją grzecznych Niemców na polskiej prowincji, dręczą, męczą, wyzyskują, trzymają w klatkach, no, Sodoma, Gomora i pejcze w robocie. Ale do czasu, bo w ostatniej chwili na ratunek przybywa rycerska Luftwaffe, goni Polakom kota, a uciśnionym Germanom umożliwia powrót na Cherusków łono. W realizacji filmu wzięło udział kilkunastu polskich aktorów – w 1943 roku część z nich (w tym Samborski) zostało przez podziemne Kierownictwo Walki Cywilnej skazanych na karę infamii, po wojnie zaś odbył się proces, w którym zapadły wyroki więzienia za udział w tym filmie. Najwyższy wyrok – dożywocie – otrzymał właśnie Bogusław Samborski. Był to jednak wyrok zaoczny, Samborski wyjechał z kraju po zabójstwie Syma, pod pseudonimem Gottlieb Sambor grywał jeszcze w filmach niemieckich, a w 1948 wyemigrował do Argentyny. Podobno rolę w „Heimkehr” oraz role w zarządzanych przez Syma jawnych teatrach Warszawy, przyjął, by ochronić żonę, która z pochodzenia była Żydówką i wiadomo, jaki los czekał ją w okupowanej Polsce.
4. Premiery filmu ani kolaboracji kolegów nie doczekał grający Zenona Stefan Hnydziński – zmarł 2 października 1939 na skutek obrażeń odniesionych w zbombardowanym przez Niemców Teatrze Wielkim.
5. Stefan Kiedrzyński napisał scenariusz do pięciu filmów: „Słodyczy grzechu” z 1914 r., „Zewu morza” z roku 1927, „Tajemnicy starego rodu” (nakręconej przez Emila Chaberskiego w 1928), „Żony i nie żony” oraz „Kłamstwa Krystyny” z 1939 roku. Jeśli ten ostatni film odbiega poziomiem od pozostałych (a odbiega), to pewnie głównie dlatego, że scenariusz i dialogi pisali wraz z Kiedrzyńskim, zdecydowanie lepiej znający się na filmie, Anatol Stern i Henryk Szaro.
6. W ramach produktplejsmętu zareklamowano restaurację „Simona i Steckiego”, mieszczącą się przy Krakowskim Przedmieściu 38 (dziś w tym miejscu rośną krzaczki na skwerze ks. Twardowskiego). W 1939 roku nazwa „Simon i Stecki” funkcjonowała na zasadzie zasiedzenia, bo firmę prowadził Józef Jordan. Początkowo „Simon i Stecki” był składem win i sklepem kolonialnym, potem stał się winiarnią, wreszcie restauracją z salą bankietową. W latach 30. modne miejsce, z podobno świetną kuchnią i obsługą. No i oczywiście, winami.
7. Willa „Szarotka” w Konstancinie jest – tyle, że to nie ta filmowa, bo owa „Szarotką” stała się po wojnie, wcześniej nosiła nazwę „Stokrotka”.

U "Simona i Steckiego" szparagi, a u pani Katarzyny ątróbka z ćwikłem.
 

============
Żona i nie żona
Premiera:
28.02.1941
Czas: 61 minut
Reżyseria: Emil Chaberski
Scenariusz: Stefan Kiedrzyński
Obsada: Tamara Wiszniewska, Janina Brochwiczówna, Stefan Hnydziński, Irena Malkiewicz-Domańska, Bogusław Samborski, Igo Sym, Władysław Grabowski, Mieczysława Ćwiklińska, Czesław Skonieczny, Maria Dulęba, Bianka Dodo i inni.

14 komentarzy:

  1. Przepraszam najmocniej, ale dowcip o dziecku i lekarzu jest cienki jak Wawrzyniak. Piszę to nie z hejterstwa, ale bo amicum Plato.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ukryć, że zaiste. Ale nobody's perfect. Zresztą przecież w każdym z nas siedzi taki tajony Paździoch, w siatkowym podkoszulku, z wąsem, browarem w łapie i w klapkach Kubota na białych... no, powiedzmy, że jeszcze białych... skarpetach. Obcując z polskim kinem i polską piłką nożną )oraz coraz częściej wykwitami myśli politycznej), dochodzę czasem do punktu, w którym uwolnienie wewnętrznego Paździocha staje się wyższą koniecznością, żebym nie zaczął kąsać bliźnich. Siadam i ulewam. Potem czasem się wstydzę (a czasem nie), ale przecież nie będę udawał, że to nie ja, skoro to też ja.

      A poza tym przygotowuję się do pisania o "Polskim gównie", co nie mogło pozostać bez wpływu ;-)

      Usuń
  2. 1. „(...) głównie szamotał się w swojej, usiłując uwolnić się od dialogów Kiedrzyńskiego” - chyba brakuje co najmniej jednego słowa po "swojej".
    2. „(...) wiadomo jaki los, czekał ją w okupowanej Polsce” - przecinek przesunęłabym przed „jaki”.
    3. A z amerykańskich filmów AD 1939 warto wspomnieć również „Przeminęło z wiatrem”.
    4. Czy nie będzie zbyt dużą śmiałością oczekiwanie na recenzję paru staroci w rodzaju "Jeziora osobliwości", "Con amore" czy "Zmowy"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad 1 i 2 - dzięki wielkie, poprawione.

      Ad 3 - celowo pominąłem, bo "Przeminęło z wiatrem" trochę się wymyka porównaniom (no, "Dzwonnik z Notre Dame" w sumie też), a główna moc tego filmu leży w pierwowzorze literackim i tu zestawienie z Kiedrzyńskim byłoby chyba obraźliwe dla Margaret Mitchell. A tak swoją drogą, to przydałaby się chyba nowa wersja "PzW", uwzględniająca to wszystko, co zgubili Cukor, Flemming i Vivien Leigh.

      Ad 4 - nie, nie będzie zbyt. Jak zawsze powtarzam: plan zakłada, że na blogu będzie wszystko. Dwa pierwsze filmy chętnie sobie kiedyś przypomnę, a "Zmowę" widziałem ponownie dość niedawno (czyli jakieś 2-3 lata temu) i dawne "słabe" zamieniło mi się w "może i formalnie tak, ale ta surowość ma mocny klimat". Tylko, że nie wiem, czy będę w stanie obejrzeć to jeszcze raz, mając całą pozafilmową wiedzę o sprawie i świadomość, że to przecież nie żadna dzicz, wykreowana przez filmowców, nie żadne tam "Wzgórza mają oczy", tylko nasi, przaśni rodacy, zaledwie 40 lat temu i bardzo bym chciał wierzyć, że się ci rodacy zmienili i takie rzeczy są już po prostu niemożliwe, ale, kurde, jakoś nie bardzo mi ta wiara wychodzi...

      Usuń
    2. Ja uważam, że "surowość" w Zmowie działa bardzo na korzyść tego filmu. Żadnego cukrowania, żadnych płynnych montaży, pięknych widoków. Uważam, że to niezły film, konwencja dopasowana do historii. Podobne wrażenia zresztą budzi we mnie Anna i Wampir, który uważam wręcz za znakomity film.

      Usuń
    3. Zgadza się, że Mitchell mogłaby się poczuć urażona, bo nawet czytelnicy nie trawiący melodramatów (jak na przykład ja) znajdą tam a to ciekawe tło historyczne, społeczne i obyczajowe, a to bohaterów wyposażonych w jakąś osobowość - co kto lubi. A co można znaleźć u Kiedrzyńskiego? Przyznaję, że nie czytałam nic tego człowieka, ale sądząc po scenariuszu recenzowanego dzieła, raczej nic nie straciłam. W kwestii „Zmowy” zabójstwo niejakiego Człowieka w Krakowie w 2011 dobitnie dowodzi, że społeczeństwo mentalnie jest w tym samym punkcie co te 40 lat temu. Różnica tylko taka, że za bestialski mord bez racjonalnego powodu przestała grozić czapa. Myślę, że pewna toporność środków wyrazu w filmie stanowi pendant dla takiej samej toporności umysłu Polaczka-buraczka "trzymającego z gromadą" i makabrycznej atmosfery oraz zasad funkcjonowania małych społeczności typu klanowo-plemiennego (głównie wiejskich, ale nie tylko). A co do "Con amore i "Jeziora osobliwości", to chętnie porównam nasze odczucia na ich temat.

      Usuń
  3. Blog jest bardzo świetny. I tak sobie myślę, że fajnie byłoby przeczytać rezencję filmu pt. „Disco Polo”

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się nieźle składa, bo "Disco polo" jest wysoko w kolejce i w ciągu miesiąca (2-4 wpisy) powinno wpaść na bloga.

      Usuń
  4. Niniejszym oficjalnie oświadczam, że prześlę szanownemu Autorowi wpisów rachunek od medyka za cerowanie przepony, popękanej od homeryckiego rechotu. A przeczytałam tylko dwa wpisy. Względnie mogę przyjąć zapasową przeponę. Oraz obsobaczę Kamilę, że mi ten blog poleciła. Własna siostra czyha na człowieka zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cerowanie idzie mi niezbyt skoro (ostatni raz cerowałem coś we wczesnym ogólniaku), ale mogę zszyć na Tereskę... yyy... znaczy, na Okrętkę mogę ewentualnie.

      Usuń
    2. Catgutem?

      Usuń
    3. Oszywiście. I zdezynfekować nadmanganianem potasu. Narkoza..
      - DUP!
      - O, Jezu..
      ...opcjonalnie.

      Usuń
  5. Dwudziestolatek25 marca 2016 23:00

    "Film i nie film" - lepiej bym tego nie określił. Zgadzam się w całej rozciągłości,że mamy do czynienia z gniotem wszechczasów, ale jeżeli Pan "pozwoly" chciałbym dorzucić pewną niezwykle istotną informację: Niemcy podjęli decyzję o zmontowaniu filmu, mimo iż przed wybuchem wojny udało się zrealizować około... 50% materiału, a więc montować w zasadzie nie było co. Fakt ten nie usprawiedliwia co prawda nie usprawiedliwia wszystkich grzechów twórców tego "dzieła", ale warto o tym fakcie pamiętać zabierając się za oglądanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A o czym ja niby piszę tam wyżej (trochę na zdjęciem obywatelki z opatrunkiem i w punkcie pierwszym "variów"?)

      Usuń