2016-04-09

Polskie gówno [2015]

Ja tam jednak wolę fiołki i truskawki cukrem, ale ja jestem wariat.

No, może bez cukru, bo cukier tuczy...

Najpierw był komiks. Znaczy, najpierw był pomysł i pierwsze ogłoszenia, projekty scenariusza, ale to było tak dawno, że sześć razy zdążyłem zapomnieć, a że szczególnym fanem twórczości Tymańskiego nie jestem – nie śledziłem na bieżąco postępów i doniesień. Zatem dla mnie na początku był komiks w „Lampie”. Estetyka nie moja, momentami schodząca kreską i poczuciem humoru w stronę Andrzeja Czeczota (nie, to nie jest komplement), ale pierwsze odcinki przyswoiłem bez większych ochów-fochów. Potem było gorzej, ale jakiś dobrnąłem do końca.
A chwilę później okazało się, że film już jest.

Zerk w obsadę... i aż mnie zmroziło. Za Tymonem Tymańskim, jak wspomniałem, nie przepadam, Grzegorza Halamy nie trawię bardzo i kiedy piszę „bardzo”, mam na myśli „naprawdę bardzo, tak że ojacie-ż, normalnie, potąd”, Mariana Dziędziela nasi filmowcy nadużywali tak, że zużyli go niemal ze szczętem, „Skiba” – jego nie znoszę chyba nawet bardziej niż Grzegorza Halamy... Ale OK, ommm, tafla jeziora, ommmm... jestę chodzącym spokoję... Nie takie rzeczy się oglądało, a z komiksu wyzierał potencjał.

Fabułę pewnie wszyscy znają, bo albo czytali „Lampę”, albo zapowiedzi, albo recenzje (a recenzji film miał sporo). W skrócie: lider zespołu Tranzystory Jerzy Bydgoszcz wtapia wszystkie oszczędności życia w płytę, która się nie ukazuje. Zespół się rozpada, Bydgoszcz laskowikuje na poczcie i pożycza kasę od ojca, aż tu nagle pojawia się niejaki Czesław Skandal, z zawodu komornik, z zamiłowania menago i proponuje reaktywację zespołu, trasę, koncerty, wywiady, wydanie płyty i wreszcie pełne zawodowstwo, Juvenalia i dni miast included.
– Pan spłaci długi, ja zarobię... Znaczy, pan zarobi i ja zarobię, ale pan spłaci długi, a ja zarobię.

"Ja jestem menago - stonsa robię nago"

Bydgoszcz zbiera Tranzystory i zdezelowanym busem, kierowanym przez bywszą gwiazdę punk rocka, Stana Gudeyko, ruszają w zorganizowaną przez Skandala trasę. Która wygląda jak typowa trasa trzecioligowego zespołu: wóda, bluzgi, chałtura, wóda, bluzgi, hotele kategorii różnej, najczęściej w okolicach pół-półtorej gwiazdki, wóda, bluzgi, koncert na zdezelowanym nagłośnieniu, bluzgi, szczawiowa i długie nocne Polaków rozmowy przy wódzie i bluzgach. Plus zgorzkniałe nadawanie na szołbiznes, któren jest ZUY Oraz satyra na tenże szołbiznes, któren jest ZUY i trzeba go obsatyrzyć, aby ci, którzy się nań nie załapali, wyszli na Sprawiedliwych w Sodomie. Znaczy, oni z definicji są Sprawiedliwi w Sodomie, albowiem gdyż się nie załapali, ale na tle ZUEGO szołbiznesu nie tylko sprawiedliwi, ale wręcz święci są.

– Chleją, klną, dymają, co popadnie...
O, przepraszam, dyma tylko Czesław Skandal, muzycy ograniczają się do chlania, bluzgania na wszystko i narzekania na Babilon, w wolnych chwilach urozmaicając akcję bluzgami na Babilon i narzekaniem na wszystko. Podróż zaczyna się od szczania do prezerwatywy, kończy wielkim pawiem, a całość wieńczy antysystemowy Big Bang z buntowniczym podtekstem.

Film powstawał w bólach, a opowieść o komorniku Czesławie Skandalu mogła się okazać prorocza. Ryszard Tymański kręcił bowiem „Polskie gówno” za pieniądze własne, pożyczone, sprezentowane, wyproszone i uzyskane ze sprzedaży, jak to się mówi, „dorobku życia”. Czy film mu się „zwróci” – nie wiem. Wg zestawień PISF obejrzało go więcej widów niż „Anatomię zła” Jacka Bromskiego, ale to żaden dowód, bo „Anatomia zła” to straszna kicha, a 41,5 tysiąca widzów „Polskiego gówna” to jednak wciąż mizernie. Tym bardziej, że ze względu na język filmu, raczej ciężko będzie go sprzedać jakiejś telewizji.

Duuuude...

Jak wyszło? Jedni chwalą entuzjastycznie, inni krytykują gorąco, jedni, że satyra, drudzy, że „antypolskie” i to trzeba ścigać, trzeci wzruszają ramionami i mówią, że amatorszczyzna.

To bardzo nierówny film. Baaardzo. Widać, że kręcono go przez parę lat, że przesuwał się środek ciężkości, że koncept filmu zmieniał się zasadniczo, a czasami nawet brał sobie wolne i szedł na piwo. Twórcy zaś, im dłużej nad filmem pracowali, tym więcej chcieli w nim i nim powiedzieć. A to nigdy nie jest dobry pomysł.

Nierówności widać wszędzie – w zestawieniu kolejnych scen, z których jedna jest po nic, a druga po coś, przy czym najczęściej ta po coś jest zła, a ta po nic – co najmniej niezła. Widać w grze aktorów i to nawet nie w kontrze amator-zawodowiec, ale w grze tego samego dowolnego osobnika, który w jednym momencie ujmuje autentyzmem, aby dwie minuty potem wywoływać u widza poczucie zażenowania. Widać w tekstach piosenek (pardąsik, że nie chce mi się rozbierać ich na czynniki pierwsze – to raczej rzecz na bloga poliszteksty.blogspot.com, którego nigdy nie założę, ale zastrzegam sobie kopirajta). Jest dobrze? No to chwilę będzie żenadnie. Jest żenadnie? Super, bo to znaczy, że zaraz będzie lepiej, a może nawet dużo lepiej.

Zaraz będzie lepiej, zaraz będzie lepiej, zaraz będzie...
 
Co na plus? Zdecydowanie piosenki oraz sam pomysł nakręcenia historii Jerzego Bydgoszcza i Tranzystorów w formie musicalowej (to podobno zasługa reżysera, Grzegorza Jankowskiego). Film zaczął się od „ADHD”, z sympatycznym kontrapunktem w postaci Czesława Mozila (wziętym ze wspomnień – podobna historia zdarzyła się pewnemu muzykowi w bydgoskim „Mózgu”), potem Marian Dziędziel zaskoczył puentą duetu z Tymonem, wreszcie Grzegorz Halama opowiedział, dlaczego zespołom potrzebny jest menadżer i konwencja filmu weszła mi gładko jak pięćdziesiątka zmrożonej Finlandii. Oczywiście, jedne piosenki trafiały bardziej, inne nie trafiały wcale, ale ogólnie musicalową formę kupiłem.

Gorzej było z treścią filmu, czyli graniem na buncie i outsiderstwie. Może dlatego, że jestem z pokolenia, które pamięta czasy... nie wdając się w szczegóły, powiedzmy, że bardzo odległe i wojnę postu z karnawałem czyli artychostwa z komercją oglądałem już w tylu odsłonach, że jestem już tym po prostu zmęczony i proste zderzanie prawdyipiękna z piniondzem nudzi mnie bardzo, domagam się czegoś więcej, czegoś ciekawszego, czegoś intrygującego lub trzepiącego szare. A tu ciągle to samo prymitywne przeciwstawianie „tych, co się sprzedali mamonie” „tym, którzy w bidzie i bezimienności wykuwają ponadczasową kalokagatię”. Choć przez te wszystkie lata było widać – w „Polskim gównie” zresztą widać to także – że jedni i drudzy różnią się niewiele. O ile w ogóle. I tu odsyłacz do łóżkowego dialogu Arkadiusza Jakubika i Tymona Tymańskiego, który to dialog Tymon przegrywa przez techniczny nokaut, a fakt, że go przegrywa dobrze świadczy o twórcach – wygląda to bowiem na ich świadomą decyzję, a co za tym idzie, domniemanie, że mają jednak dystans do samych siebie i nie wpadają w kombatanctwo po uszy, a jedynie po pas.

Kiedy patrzę, hen, za siebie... znaczy, pardąsik... hen, pod siebie...

Film zaczyna się w stylu lekkopółdramatycznym, przechodzi w komedię, wraca do dramatu i tak parę razy, wreszcie zmienia się w farsę, a finiszuje Guembią i odlotem Cheyenne'a. Zasadniczo się to różni od końcówki komiksu, w której Tranzystory dają czadu na scenie telewizyjnego konkursu, dzięki mega-pawiowi Zygmunta Gruza wprost w kamerę wygrywają głosowanie sms-owe publiczności, ale zostają przekręcone przez Złego Szołbiza i wracają na prowincjonalne trasy, grywać „w dalekim Biłgoraju”. W filmie mamy Akt i nie chodzi tu o goliznę, ale o Czyn, do którego moc czują w sobie Artyści Wyklęci artystycznie i finansowo, o tę pierś zapadniętą, w którą Stan Gudeyko kieruje ostrza komerchy... Yyyyy... Znaczy, w zasadzie Stan Gudeyko w pierś kieruje ostrza buntu, ale nie chodzi o zwrot wektora, tylko o wymowę Aktu. Który jest rodem ze szkolnych marzeń o byciu Zawiszą Czarnym, „Zośką”, Jankiem Kosem, redaktorem Majem czy Batmanem (w zależności od pokolenia) i sprowadza się do „ale bym wtedy wszystkim pokazał”. Co zabawne – ten finał po podlaniu psychodelią sprawdza się nieźle i zdecydowanie wolę tę wersję zakończenia niż komiksową (nie mówiąc już o jednym ze scenariuszowych pomysłów walki – jak to szczerze wyjaśnił Tymon – na chuje świetlne).

Zmian w stosunku do pierwszych wersji scenariusza jest sporo – niektóre są zasadnicze, inne drobne, jak wtedy, gdy ochjakże dowcipne imię „Trzoda”, przyklejone w komiksie cycatej blond wokalistce, zmienia się w filmową „Gigę”. Mógłbym zgrzytać na wieśniactwo pierwszej wersji, ale wolę docenić, że twórcy zajarzyli w końcu, że bucówa to jednak tylko bucówa, a nie żadne antykomercyjne bohaterstwo i zreflektowali się... Swoją drogą to była kolejna rzecz, która mnie w filmie irytowała – poczucie humoru na poziomie „Doda – Trzoda”, „T Love - B Sex”, „Kombi - Zombi”, „Polsat - Polwsad”. Sorry, ale to już nawet Neonówka bywa zabawniejsza...
Ale wiesz, konwencja... – mamrotała Opinia Pubiczna.
Chuja tam konwencja – że tak wczuję się w klimat i język filmu. Konwencję to my mamy w scenie telewizyjnej (niezłą naprawdę), konwencję mieliśmy w wykorzystywanych w filmie piosenkach, a dowcipasy „Doda-Trzoda” i szczanie do prezerwatywy to nie konwencja, tylko...
Brutalna prawda o codziennym życiu trzecioligowego muzyka i wicach tworzonych w busie, po pół litrze na dwóch plus pasztet podlaski na zagrychę? – wtrącił Głos Wewnętrzny
Kiedyś słuchałem audycji radiowej, prowadzonej przez Tymona. Prowadził ją w studio i na trzeźwo... Takie niedomówienie. I najwidoczniej niekompatybilność z częścią poczucia humoru autora audycji i scenariusza. Raczej sporą częścią.

Ohaha. Salami. Buehehe, normalnie, kurna, w gumce. Ahaha.

Scenariusz nierówny także – świetne sceny przeplatają z nędznymi, ważne z niepotrzebnymi, cały wątek z Peszkiem i ssaniem buławy Szołbiza był kompletnie od czapy i jeśli Tymon chciał być prawdziwym braveheartem, to lepiej było nakręcić odważną wersję piosenki „Burdel dla psów”, bo ta filmowa w porównaniu ze scenariuszowo-komiksową to rusałka Amelka na stokrotce. Niezła sekwencja telewizyjnego szoł, ale dla mnie bardziej od strony muzycznej, bo fabularnie była przewidywalna nie tyko od pierwszych minut filmu, ale wręcz od pierwszej o nim wzmianki prasowej.

Zdjęcia takie sobie – znaczy, solidne, zmieniające klimat w zależności od sceny, ale bez przesady. Świetny za to montaż Agnieszki Glińskiej – powiedziałbym nawet, że montaż uratował ten film i gdyby kleił go ktoś słabszy warsztatowo, „Polskie gówno” byłoby nieoglądalne.

Dialogi? Niedobre... bardzo niedobre dialogi są... A raczej nie tyle niedobre, co niedopracowane i jeśli chce się stawiać na improwizację, to najpierw trzeba ją nieźle przećwiczyć, a potem w razie czego powtórzyć, ale na pewno nie wolno zostawiać w filmie fragmentów, po których widać, że dialogujący zapętlił się kompletnie i jedynym sposobem na wyjście z supełka jest dla niego piętrowe kurwowanie chujami or samfing. Wiem, wiem – bluzg w trasie jest wszechobecny, a poziom rozmów w rockowych busach raczej odległy jest od etyczno-filozoficznych dyskusji w Castel Gandolfo, ale tu nie mieliśmy dokumentu, tylko fabułę i to jeszcze w formie musicalu, więc nie mówmy o naturalizmie, dobrze? Pogadajmy raczej o tym, jak dobrze używać bluzgów (nawet w ilościach hurtowych – nie mam nic przeciwko), bo to element rzemiosła filmowego.

W dyskusji wystąpiła poważna różnica stanowisk na tle aksjologicznym

Reżyseria... Nie wiem, co napisać. Na pewno Grzegorzowi Jankowskiemu należą się dwa wiadra kudosów za pomysł musicalu, ale jego praca reżyserska jakoś mnie nie przekonała. Nie wiem, może ego Tymona jest zbyt wielkie i nie daje się okiełznać, może Grzegorz Janowski jest za sympatyczny do takiej roboty, może ukończenie kursu reżyserskiego w szkole Andrzeja Wajdy to jednak za mało, ale czasem miałem wrażenie, że reżyser pełni w „Polskim gównie” jedynie rolę technicznego przy wizjach Tymona, że nie potrafi się przebić i zrobić tego, co reżyser robić powinien (czyli na przykład powiedzieć szczerze scenarzyście, że Tymciu drogi, scena X jest chujowa jak barszcz, a zagrana została beznadziejnie, więc wypierdalamy ją w kosmos, amen).

Aktorstwo... A można tu mówić o aktorstwie? Paru zawodowców odegrało swoje, jedni lepiej (Arkadiusz Jakubik, Sonia Bohosiewicz), inni gorzej (Jan Peszek może sobie ten film postawić obok „Figo Fago” i wstydzić się go mniej, ale jednak wstydzić), a film z założenia miał trzymać się na amatorach. Z jakimś tam doświadczeniem scenicznym, oczywiście, wciąż jednak amatorach. No i znowu same nierówności: Tymon czasem przekonuje, a czasem zęby widza bolą od jego udawania, Grzegorz Halama wchodzi z rozmachem i zjednuje sobie widza od pierwszego wejrzenia, a kwadrans potem zieje takim paździerzem, że głowa mała, muzycy Tranzystorów są z zawodu muzykami, a w filmie robią za tło, więc o ich grze można powiedzieć tylko tyle, że byli naturalni i wypadli lepiej niż niejeden zawodowiec. A Filipa Gałązki z wiecznie nawalonego perkusisty Zbigniewa Gruza zrobił coś zapadającego w pamięć i może ktoś mnie teraz znielubi, ale w roli alkoholika bardziej trafiał do mnie ten zachrypnięty amator z trzema scenami na krzyż, niż przestylizowany Robert Więckiewicz u Wojciecha Smarzowskiego.
O cie Florek... – jęknął Głos Wewnętrzny, przewidując focha Opinii Publicznej.

Stan Gudeyko też uznał, że to lekka przesada

Odkryciem był dla mnie Robert Brylewski w roli Stana Gudeyko. Nierówny, jaka cała reszta, ale ujmujący autentyzmem, a dzięki pracy Agnieszki Glińskiej, montującej go w klimatach schizoidalnych, zyskiwał odcień szaleństwa, przyciągając wzrok i skupiając na sobie uwagę. Od pewnego momentu poważniejsza część filmu trzymała się tylko na nim, bo tyrady Tymona były coraz bardziej żałosne. I za to należą się twórcom oklaski – za ściągnięcie Roberta Brylewskiego i wspólne wymodelowanie z niego takiej właśnie postaci. Już choćby dla niego warto było zobaczyć ten film, a na pewno dzięki niemu udał się antysystemowy finał – z kim innym, zwłaszcza z samym Tymonem w roli samotnego mściciela, ten pomysł zamienił by się w kupę trocin.

Prawda czasu, prawda ekranu... Nie wiem, czy rzeczywiście prawda i nie wiem, czy jeśli prawda, to co z niej wynika. Jedyną prawdą, jaką przyswoiłem bez trudu, była prawda wielkich, włochatych bębnów czterdziestoparoletnich facetów, widoku których to bębnów twórcy nam nie oszczędzali i przyznam, że skłoniła mnie owa prawda (oraz rzut oka poniżej blatu biurka) do zasadniczego przemyślenia zwyczajów żywieniowo-gimnastycznych... Film jest tak przeraźliwie nierówny, że nie wiadomo, czy to ma być komedia, dramat, moralitet, manifest, czy po prostu spis imprezowych dowcipasów, które bawią napitych facetów, udających, że wcale nie mają czterdziestu paru lat, ale wciąż są ślicznymi, młodymi wojownikami na froncie walki z Systemem... Dobrze, że „Polskie gówno” powstało, bo to zawsze fajnie, gdy ambitne, prywatne projekty kończą się sukcesem, jest w nim sporo rzeczy, które dadzą się zapamiętać, ale chyba lepiej by było, gdyby Tymon nie kręcił sequela. Niestety, podobno ma zamiar.

Mimo wszystko można się wybrać, a jeśli ktoś jest z odpowiedniego pokolenia, to może nawet warto, żeby się wybrał.

Z dniem dzisiejszym ogłaszam na terenie całego kraju stan psychodeliczny...


Varia
1. „– Piotruś Pan w ramonesce. Wiesz, kto to?
– Kuba Wojewódzki.
– Ty. Według jednego z recenzentów 'Polskiego gówna' twój film to manifest Piotrusia Pana w ramonesce.
– Ano tak. To cytat z najsłabszej, najbardziej stronniczej recenzji, w dodatku bardzo ad personam.”
Dżizas, nie ma to jak artycha, który strzela focha. Swoją drogą, ten „manifest Piotrusia Pana w ramonesce” to strzał... no, może nie w dychę, ale w osiem i pół i szkoda, że sam na to nie wpadłem.
2. Recykling rodziny: jako wokalistka zespołu Lucy Fur („Hej, didżej! Ty pizdo!”) wystąpiła najnowsza pani Tymańska, Maria Natalia, a w składzie zespołu Księgowi („Jak każdy chłopiec mam dziewczynę swą”) znaleźli się synowie Tymona Kosma i Lukas Tymański, przy czym sam zespół na co dzień nosi nazwę The Fruitcakes, a Lukas naprawdę gra w nim na perkusji.
3. A tak na marginesie – poznaliście śpiewającego gitarzystę Księgowych, tego po prawej? Tomasz Ziętek, „Rudy” z „Kamieni na szaniec” Roberta Glińskiego. Podobnie jak Kosma, gra w The Fruitcakes na co dzień.
4. Bo o tym, że wyginającemu bęben Mikołajowi Lizutowi w piosence o „Królach gówna” głos podkładał Robert Janowski mówić chyba nie trzeba? Wszyscy słyszeli, wszyscy poznali.
5. Wszyscy poznali też Leszka Możdżera w roli służącego Romana Blooma (czyli Jana Peszka). A jeśli nie poznali, to przypomniała im każda recenzja.
6. Wiecznie nawalonego Zygmunta Gruza zagrał perkusista The Transistors Filip Gałązka, a długowłosego gitarzystę, ścibolącego pieniądze dla rodziny jego brat, Marcin, gitarzysta tegoż zespołu. Obaj są synami Marka Gałązki, a jeśli ktoś nie wie, kim jest Marek Gałązka, to znaczy, że urodził się po 1980 roku i ma ogólne braki.
7. Dalsze wyliczanie kto, gdzie i skąd się wziął, daruję sobie, bo jest tego za dużo.


–   Z bliska to mam ze czternaście lat więcej – pomyślał po zdjęciu ramoneski.


============
Polskie gówno
Premiera: 06.02.2015
Czas: 93 minuty
Reżyseria: Grzegorz Jankowski
Scenariusz: Tymon Tymański
Obsada: Tymon Tymański, Robert Brylewski, Grzegorz Halama, Filip Gałązka, Marcin Gałązka, Arkadiusz Kraśniewski, Sonia Bohosiewicz, Czesław Mozil, Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Bartłomiej Topa i inni
Dofinansowanie PISF: nie było.

4 komentarze:

  1. Obejrzałem (znowu) dzięki poliszmuwi i cóż, dobrze weszło. Po prostu mi się podobało, dobre tempo, warsztatowo całkiem nieźle (jak na polski niezależny film) a scen żenujących było mniej niż się spodziewałem (pewnie tolerancję na żenadę mam większą). Dowcipasy były ale było też sporo naprawdę zabawnych scen.
    Łóżkowy dialog Tymańskiego i Jakubika z jego błyskotliwym finałem (Jakubik o udawaniu) jak słusznie Pan zauważył wygrywa Jakubik co jak dla mnie raczej wyklucza postawioną przez Pana tezę, że film opowiada o ZUYM szołbizie i świętych rokendrolowcach. Ten film raczej wyśmiewa taką tezę. Kiedyś "Kasa" Kasowski na zarzuty kolegów, że się sprzedał odpowiedział "Płakałem całą drogę do banku" i to mi bardziej pasuje jako motto do filmu.
    "Brutalna prawda o codziennym życiu trzecioligowego muzyka" - cóż tu Głos Wewnętrzny trafił w punkt i więcej bym się nie doszukiwał. Po prostu "nagrać płytę, wyrwać kasę i z kapelą ruszyć w trasę" - tak odbierałem tę historię. Członkowie kapeli są raczej biedni niż bogaci i kiedy zdarza się okazja to chcą trochę zarobić robiąc to co lubią. Więcej tu szarpania z menago o kasę niż moralizowania.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Film zaskakująco dobry, zwłaszcza w momentach, w których trąci "smarzowszczyzną" (nieprzypadkiem, bo Smarzowski pomagał przy przy pisaniu scenariusza), jak na standard dzisiejszych komedii całkiem śmieszny, ale końcówka w której Tymon bierze udział w wysadzeniu "Polwsadu" w konfrontacji z faktem, że po zmianie kanału na rzeczony "Polwsad", w jury jakiegoś entego tego samego jak sto tysięcy innych show muzycznego jest sam Tymon, jest raczej smutną puentą. Trzeba wiedzieć kiedy bunt staje się tylko karykaturą prawdziwego buntu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, smutny PS do filmu. Tymon dotąd konsekwentnie odmawiał udziału w takich "szołach", a fakt, że zmienił decyzję akurat po premierze tego filmu bierze okołopremierowe antysystemowe deklaracje w tak wielki cudzysłów, że ojacie. Gdyby jeszcze powiedział, że wiecie, ludziska, film kosztował, ile kosztował, a teraz trzeba spłacić wzięte na jego realizacje kredyty, to bym zrozumiał, ale teksty o poziomie, braku obciachu, profesjonalizmie, chęci otwierania młodym nowym możliwości... No, smutne.

      Usuń
  3. Na szczęście ostatnie wybory odsunęły od ładzy bydło, które kręcilo takie filmy, a teraz łazi po ulicach i miałczy, że straciło wladze i pieniądze. Przyjmowanie do branzy po znajomości, promowanie na takiej samej zasadzie, chałtury robione latami po najnizszej linii oporu za dotacje z budżetu, bo "artysta" sam siebie nie potrafi utrzymać, o rodzinie sie wspominając - potem sa takie kwiatki. Mało który film polski jest znany, a ten nie jest ojarzony nawet w Polsce, chociaz pojawił sie rok temu. Czy mozna sie temu dziwić ? jan kaczmarek, który otzrymał Oskara za muzyke do filmu "Marzyciel", wyjechał z Warszawy do USA, bo stwierdził, ze w Warszawie trzeba pić kawę w odpowiednim towarzystwie, zeby zrobic karierę.

    OdpowiedzUsuń