2016-05-19

Drugi brzeg [1962]

Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” był absolutnym Jonaszem. 

...i pocił się obficie.

Założył towarzysz Paweł komunistyczną jaczejkę – defensywa wpadła na jej trop. Oraz na trop towarzysza Pawła.
– No wiesz... Jeśli ktoś ma na imię Paweł i przyjmuje pseudonim „Paweł”... – zauważył Głos Wewnętrzny.
Prawda, jakie chitre? – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł”.

Aresztowany towarzysz Paweł uciekł... tylko po to, by znowu zostać aresztowany. Nauczony doświadczeniem, tym razem nie uciekał i trafił do ponurego więzienia, w którym...
Sztum to jest więzienie dla małolatów,
Iława to jest więzienie dla małolatów,
Wałcz to jest więzienie dla recydywy,
„bransoletki” to są kajdanki.
Pan Maleńczuk?
– Tak, to ja.
Pan się nie wcina.

"...i odtąd spoza krat Ziutek i Mundek bez Celiny widzą świat"
 
...w którym dostał łomot i trafił do karceru. I z którego jednak uciekł, ale tylko dlatego, że Niemce nadciągnęli żelaznym wojskiem i miejscowa atanda dała nogę, zostawiając kryminalnych i politycznych najeźdźcom na pożarcie.
Chłopaki, poczekajcie! – wołał pech –  Pójdę z wami!
I poszedł... Spotkał towarzysz Paweł wojsko polskie i zgłosił do walki za wolność waszą i naszą, ale wojsko polskie postanowiło go rozstrzelać. Nie zdążyło, bo znowu nadciągnęli Niemcy.
To gdzie tu pech? – zdziwiła się Opinia Publiczna – Przecież przeżył.
On przeżył, bo pech jest mądry i nie zabija nosiciela. Nie przeżyło za to wojsko polskie i jeden z towarzyszy towarzysza Pawła. Nie przeżyła także okoliczna matka niemowlęcia, a drugi towarzysz towarzysza Pawła oszalał.

Po powrocie w rodzinne strony...
A niemowlę? – zapytał Głos Wewnętrzny – Co z bobasem?
Hmmm, właściwie nie wiadomo. W jednej scenie niemowlę leżało przy zwłokach matki i płakało... płakało...


...a w następnej scenie towarzysz Paweł w ąturażu rodzimych hałd szukał kontaktu z macierzystą organizacją. Możliwości są więc dwie: albo towarzysz Paweł w drogę udał się niezwłocznie, a dziecko płakało... a potem przestało płakać, albo – czego z niewiadomych powodów filmowcy nam nie pokazali – towarzysz Paweł zajął się niemowlęciem, miłość mu dał i pierś ojcowską, a potem zostawił u jakiejś napotkanej po drodze proletariackiej rodziny, w której zachorowało na krzywicę, rozpiło się, a następnie zostało bikiniarzem.
Ależ dlaczego bikiniarzem?
Bo towarzysz Paweł był Jonaszem i się dziecko zaraziło.

Wrócił towarzysz Paweł między kominy Zagłębia i rzucił się w wir pracy konspiracyjnej.
Bęc! - aresztowano mu narzeczoną.
Łup! – towarzysz Paweł uznał, że jest śledzony i nakazał zmianę komórki komórki. Oczywiście, śledzony nie był, ale gadaj tu z paranoikiem.
Bum! - Gestapo przypadkiem nakryło drugą komórkę komórki i trzeba ją było wysadzać granatem.
Obożeboże... – przyszedł towarzysz Paweł po schronienie do znajomej, a tu się okazało, że męża znajomej akurat aresztowali.
Kap... kap... kap... śluuuuuuu... – i jeszcze padać zaczęło.

Towarzyszkę Ewę ograniczała siatka pojęciowa

Jonasze tak już mają, że nie chcą się pogodzić ze swoja jonaszowatością, odmawiają przyjęcia jej do wiadomości, nie uznają, protestują i szukają winy u wszystkich wokół. Towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” nie szukał winy u wszystkich – o swoje niepowodzenia, wtopy, wpadki, kotlety...
Klopsy, wujaszku, klopsy!
...obwiniał Stefana. Stefan zaś był chodzącą dobrocią, optymizmem i szacunkiem, za towarzysza Pawła dałby się pokroić oraz posolić i to nawet w ciężkich sanacyjnych czasach, gdy kury boso chodziły, defensywa biła je mocno, zwłaszcza 1 maja, a ziarenka soli dzielił proletariat na pół przy pomocy podzielonej na czworo zapałki. Dla każdego, kto spojrzał na Stefana jasne było, że nie był on zdrajcą, kapusiem ani prowokiem, a tym, którzy wątpili, powinno wystarczyć wewnętrzne śledztwo, przeprowadzone dwukrotnie przez wypróbowanych towarzyszy.

Towarzyszowi Pawłowi to nie wystarczyło - dla niego Stefan był zdrajcą i ohydnym kolabosiem.
I dlatego towarzysz Paweł przed Niemcami postanowił ukryć się u Stefana.
Badum-tssss.
A ponieważ był Jonaszem – przyciągnął za sobą Niemców, którzy Stefana rozwalili.
Badum-tssss double.
A zdrajcą okazał się...
Ha! Zdrajcą! – ucieszył się towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” – Czyli nie mam paranoi!

Spokojnie, Halinko, to tylko Kościuszko na nas patrzy

Taki misz-masz filmowy – z jednej strony zamiar ukazania ciężkiej doli działaczy komunistycznych bez względu na proweniencję opresyjnego aparatu, z drugiej – próba opakowania ideologicznej opowieści w jakieś sensacyjne ramy, żeby ludzie z kina po kwadransie nie uciekali. Czyli jak to u Kuźmińskiego, którego Milczące ślady” już na Poliszmuwi zagościły, a parę innych filmów pewnie jeszcze zagości („Zejście do piekła” chyba najszybciej, czyli mniej więcej w najbliższej pięciolatce). Sensacja wyszła słabo, znacznie ciekawszy jest wątek sanacyjno-więzienny, który dzisiejsza młodzież potraktuje pewnie jak komunistyczną propagandę, a który IMHO wart jest zatrzymania się nad, bo dość zasadniczo osadzony w realiach, a że scenarzyści momentami dorabiają sanacji czarną gębę, to – heloł-heloł! – kto to ostatnio jarał się „Historią Roja” i „Pileckim”, że tak znakomicie przedstawiają ubeków? To co, jednym wolno rzeźbić szpadlem, a drugim nie? Propaganda jest propagandą i tyle. A w porównaniu z „Rojem” i „Pileckim” „Drugi brzeg” w konkurencji propagandowego zohydzania przeciwników jest zaledwie „Opowieściami z mchu i paproci”, ograniczając się do „No, raczej można ich zaliczyć do niemiłych”. I tu polecam scenę pobicia towarzysza Pawła przez służbę więzienną, uroczą w swej łagodności i trosce o dobre samopoczucie widza.

W części więziennej dzieje się to, co najciekawsze nie tylko politycznie (podział na kryminalnych i politycznych, walka o prawa tych drugich do noszenia własnych ubrań, reakcje na rozwiązanie KPP), ale i społecznie (wątek bieda-osiedla na drugim brzeg rzeki czy wspomnienia Wasyla). A że ideologicznie... No, kurczę, to jednak opowieść o działaczu komunistycznym, a nie hodowcy kanarków i w dodatku na podstawie wspomnień prawdziwych działaczy, nakręcona w 1962 roku  – raczej trudno oczekiwać, że będziemy karmieni opowieściami o żeberkach w kapuście i rachunkiem sumienia w związku z sianiem w państwie zamętu grubymi nićmi szytego.

Czy to już wiosna?

Józef Nowak to Józef Nowak – pojawia się, wzbudza sympatię, nie przegina ze środkami aktorskimi i nie marudzi, że musi dźwigać film na swoich spracowanych barkach. A musi, niestety, bo reszta obsady jest przeciętna: Franciszek Pieczka w roli Stefana też początkowo budzi sympatię, ale im dalej w film, tym się człowiek coraz bardziej zastanawiał, skąd przedwojenni komuniści brali zioło: uśmiech, radość, wyszczerz, entuzjazm. Aresztowali? Nie szkodzi! Ojciec umarł? Ależ nic to, hahaha, sprawa żyje, Paweł, chłopie, jak się cieszę, że cię widzę, pociągi wysadzałem, wiesz, a teraz ci herbaty zrobię, łapią na mieście, hahaha, rozumiesz, niech cię uściskam... OK, po oskarżeniu agenturalność Stefanowi trochę humor siadł, ale to akurat dziwnym nie jest. Na szczęście zanim Stefan ochłonął i wrócił do stanu radosnej ekstazy – Niemcy rozwalili go pod płotem.

Narzeczoną Pawła zagrała Alicja Pawlicka i zagrała ją tak teatralnie, że o mały włos sam nie zacząłem „stefanować” z radości, gdy jej postać aresztowano. Zdzisław Karczewski odegrał przepisowego działacza, Adam Mularczyk odegrał przepisowego kryminalnego, Kazimierz Fabisiak odegrał przepisowego dobrotliwego strażnika, a Witold Pyrkosz odegrał przepisowego Witolda Pyrkosza. Natomiast Ludwik Pak zasadniczo nie odegrał Zdzisława Dyrmana, ale romantyczną wariację na temat tragiczny z nutką pedofilii i obłąkanym finałem. Najgorzej miał Zdzisław Lubelski, którego tradycyjnie obsadzono „po wyglądzie” i „krok w lewo, krok w prawo – kierownictwo produkcji użyje broni”, więc „po wyglądzie” grać musiał. Świństwem wielkim było niewymienienie w obsadzie dziewczynki, grającej siostrzyczkę z wiadrem i mówiącej „Nie ma tatusia. Zabrali...”, bo zagrała lepiej niż połowa zawodowców, natomiast sama scena była nieco głupia, albowiem gdyż towarzysz Paweł, pseudonim „Paweł” na takie dictum zapytał: „Kto zabrał?” i OK, rozumiem, że wstrząs klęski wrześniowej, narzeczoną mu właśnie aresztowano, partię rozwiązano, w brzuchu burczy, ale, kurde flaszka, kto mógł wtedy w Sosnowcu tatusia zabrać? Saraceny?

Wchodźcie, towarzyszu. Akurat zabrakło nam szóstego do siatkówki.

Zdjęć ocenić się nie podejmę – telewizyjna kopia jest jakości gorzej niż średniej, przez co np. cały finał, dziejący się w nocnych ciemnościach ogląda się w formacie „Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym”. Jest kilka ciekawych ujęć, świetnie (I mean really) skręcona scena ucieczki tłumu skazańców z opuszczonego więzienia, ale to jedyne rzeczy, o których można coś napisać: światło, cień, klimat – zapłacz nad jakością kopii i zapomnij. Na pocieszenie – dobra muzyka Kazimierza Serockiego.

Niekoniecznie warto, ale jeśli ktoś lubi zaangażowane starocie, to ewentualnie można.



Varia
1. Zastrzeloną matkę zagrała Halina Mikołajska. Dużo do grania nie miała: ot, jakiś obłęd w oczach, „Mleko, mleko, mleko...” na uściech, wybuchające spłonki na plecach i „Pani Halino, czy ja prosiłem, żeby nie oddychać po wystrzale? Prosiłem, tak?... Dubel!”
2. Debiut filmowy Jerzego Bińczyckiego, choć żeby go dostrzec trzeba mieć: A) informację, że „zagrał” policjanta, B) cierpliwość, C) możliwość zrobienia stopklatki. Miałem wszystko i potwierdzam – drzwi pociągu, którym towarzysza Pawła odstawiano do więzienia, zamykał Jerzy Bińczycki.
3. Filmpolski.pl podał cztery nazwiska autorów wspomnień, składających się na podstawę scenariusza. Nie chciało mi się jechać do biblioteki, zerknąłem więc w odmęty internetu i znalazłem prozę Stanisława Wygodzkiego. Mocna rzecz, taka, wiecie, zaangażowana, prostująca kręgosłup ideologiczny i skłaniająca do przemyśleń na temat natury człowieka w kontekście...
Jaja sobie robisz – stwierdził Głos Wewnętrzny.
Aż tak widać?
4. Propaganda propagandą, ale Wasyl Maciejuk ze wsi Trociszki Wielkie, tęskniący za „naszymi rzekami, szerokimi, kresu nie widać...” i informujący, że od nich niedaleko było do Berezy jakoś się przez cenzurę przemknął
5. A scenarzystom przemknął się błąd matematyczny. Bo jeśli Wasylowi we wrześniu 1939 roku zostało jeszcze osiem dni odsiadki, a sam mówi, że dostał sześć lat, to znaczy, że do pudła trafił we wrześniu 1933, a wtedy Bereza jeszcze nie była TĄ Berezą, bo TĘ Berezę utworzono w lipcu 1934.
6. Jednym ze scenarzystów był Andrzej Szypulski – połowa Andrzeja Zbycha, odpowiedzialnego za „Stawkę większą niż życie”. W „Drugim brzegu” stawkę miał chyba niższą i się nie wysilił.

Wasylowi się zdrzemnęło i śniło o żonie. Zofii!


============
Drugi brzeg

Premiera: 30. 04. 1962
Czas: 90 minut
Reżyseria: Zbigniew Kuźmiński
Scenariusz: Andrzej Szypulski, Zbigniew Kuźmiński
Obsada: Józef Nowak, Alicja Pawlicka, Franciszek Pieczka, Ludwik Pak, Zdzisław Karczewski, Witold Pyrkosz, Kazimierz Fabisiak, August Kowalczyk, Zdzisław Kuźniar, Zdzisław Lubelski, Adam Mularczyk, Roman Sykała i inni