2016-07-03

Disco Polo [2015]

Miała matka syna, syna jedynego...

...i jako Matka Polka chciałam go, panie redaktorze, wychować na pana wielkiego.

Nie matka, a ojciec. Syn natomiast miał kolegę, z którym założył zespół discopolowy i zrobił wielką karierę, bo to się wszystkim Polakom podobało, a wszyscy Polacy to jedna rodzina. Co widzimy na przykładzie... Znaczy, nie – nie widzimy.
Yyy...

Zacznijmy od tego, że mnie podobało i to bardzo. Dzięki temu unikniemy niepotrzebnych dłużyzn i nieporozumień, a osoby, którym film się nie podobał, będą mogły wzruszyć ramionami i zakończyć lekturę. Albo przeciwnie – rozpocząć, ale wtedy już na własne ryzyko, bo uprzedzałem.

Czy warto kręcić film o disco polo? IMHO warto, bo zjawisko niby krótkie, ale jednak znaczące, a zresztą, co znaczy „krótkie”, skoro ostatnio „Ona tańczy dla mnie” weszło narodowi bez popitki, a dzięki Kamilowi Grosickiemu, pół Polski oszalało dla jej oczu zielonych? Zresztą filmy warto kręcić o wszystkim, bo nieważne o czym – ważne, jak.

Żyrafie się podobało, babcia się wzruszyła, a dziadek Miguel wspominał Pancho Villę

No to „jak”? Jak nakręcić taki film? Można się bawić w pokazywanie brudu, smrodu i przaśności, polecieć jakimś umcującym Smarzowskim, zaczynając Dziabasem jak trup bladym przy klawikordzie, a kończąc pijaną Kingą Preiss, śpiewającą „Jestem szalona” w aranżacji Mikołaja Trzaski. Można skręcić historię tego gatunku/biznesu Pasikowskim, skupiając się na mafiosach w ortalionowych dresach, trzypaskowej mafii, niechcemisięztobągadaizmie i małolatach oddających się w prowincjonalnych kiblach ex-milicjantom za kreskę lub pół Tyskiego. Można ewentualnie pójść śladami Roberta Glińskiego – nakręcić cokolwiek, jakkolwiek i nijako, a potem nawet nie pamiętać, że się nakręciło/obejrzało. Na upartego można by polecieć klasowo, wykorzystując mit biednego Janka Muzykanta, z którego klasa beneficjentów transformacji ustrojowej drze okrutnego łacha, kradnie mu szlagier i psuje organki, ciamkając pogardliwie ośmiorniczkami w sojowym latte. Tylko czy to by się dało oglądać? Zwłaszcza, gdy przecięty polski reżyser nie potrafi pokazać mieszkańców mamwdupiemałychmiasteczek bez korzystania niemal wyłącznie ze spranych klisz, niemodnych ciuchów, zaczesek, mazurzenia, obowiązkowego bełta na przystanku i poczucia nieuzasadnionej wyższości nad wykorzystywanym podmiotem. A i wielu nieprzeciętnych reżyserów ma ten problem także.

Bochniak i Kościukiewicz poszli w baśń. W kolorową, odrealnioną bajkę, pełną figur, cytatów i metafor. Nie Supraśl, tylko meksykańskie osiedle, nie Biała Podlaska, tylko landrynkowe Sin City, nie droga na Ostrołękę, tylko szeroki highway znikąd donikąd i zasuwająca po nim limuzyna marki Fiat 125p., ze sceny na scenę coraz dłuższa.

On a long and lonesome highway, east of Omaha...
Napisałbym, że kupiłem to od początku, ale to by była nieprawda – pierwsza scena jest rozciągnięta do granic wytrzymałości widza – znam parę osób, które nie wytrzymały i wyłączyły film, sam zresztą za pierwszym razem omal przy niej nie zasnąłem. Ale tylko „omal”. Powiedzmy więc, że kupiłem film od drugiej sceny, tej hotelowej. Kupiłem, albowiem cała opowieść została wzięta w cudzysłów konwencji, pozwalający na odejście od prostego: „tak było, tak nie było, a wujek Ziutek pamięta coś zupełnie innego”. Nie musiałem szukać nawiązań i odniesień do realiów, nie musiałem opędzać się od wspomnień, mogłem spokojnie oglądać "jakąś" historię, bez wpasowywania jej w historycznie realne ramy, bez odruchowego weryfikowania wszystkiego przez pryzmat własnej memorii i odnoszenia ekranowych wydarzeń do Cedyni, Grunwaldu meczu na Wembley i procesu proletaryatczyków. Opowieść w ramach, intryga w klamrach i kino bawiące samym sobą.
–  Się –  wtrącił Głos Wewnętrzny.
Się także. Co w światowym kinie obrabiane było tysioncpincet razy, ale u nas to wciąż nowość, zasługująca na uznanie i dodatkowy napiwek. Znaczy nowość, gdy dobrze zrobiona, bo prób pretensjonalnych, a wręcz gniotów, było multum.

Oglądałem z uśmiechem podobało mi się, chciałem więcej i mam spore pretensje do autorów, że zatrzymali się w pół drogi, niepotrzebnie dorealniając film krajową przaśnością – zaciągającym z wschodnia totumfackim, kaleczącym polszczyznę Murzynem, postkomunistycznym mafiozo. Nie można było pójść na całość i wkleić w film np Węgra (bez tłumaczenie, oczywiście), mafiozo z... hmm, jaki kraj najmniej się kojarzy z mafią?.. Finlandia?... No to mafiozo z Finlandii. Jak szaleć to szaleć, jak się bawić, to się bawić, a jeśli hasło filmu brzmi „Jeśli to się Polakowi podoba, to to się każdemu Polakowi spodoba”, to nie odwracajmy tego, kręcąc pod szeroką publisię, bo bezimienne masy zazwyczaj gust mają badziewny, a schlebianie im takimi ochłapkami za mocno kontrastuje z tym wszystkim, co wybija „Disco Polo” ponad przeciętność polskiej twórczości filmowej. Z drugiej strony wklejenie w film programu telewizyjnego z palemką i „dużo żelu, dużo żelu, Bożenko!”, czyli odwołanie do klasycznych produkcji polsatowskich, wypaliło pod sufit (brawka za dopracowanie jakości obrazu i światła w tym fragmencie), a Mariusz Drężek niby grał tu to samo, co zawsze często, ale tym razem zagrał znakomicie. A z trzeciej strony – scena z Jerzym Urbanem: pomysł nawet ewentualnie niezły, mimo osadzenia (hehehe, osadzenia, rozumiecie, call me „master of words”, hehehe) w krajowych realiach, a nawaliło wykonanie, bo nagle twórcy przestali ufać widzowi i nakręcili ją z wdziękiem Jacka Bromskiego za piecem.
Czyli, że co właściwie? – obruszyła się Opinia Publiczna – Bo tak się często przypieprzasz, a konkretów jakoś brak. O krytyce konstruktywnej słyszałeś?
Słyszałem, tylko mi za nią nie płacą. Ale OK, prosię uprzejme: scena byłaby w punkt, gdyby Jerzego Urbana pokazano dopiero na końcu, gdy wzruszony dziękuje Tomkowi za piosenkę. Bum, zdziwko, chichocik, oklaski. Pokazanie go wcześniej, a potem powtarzanie ujęć było niepotrzebnym przeciągnięciem dowcipu, obliczonym chyba na wyłudzenie od publisi dodatkowej porcji rechotu.

Jak widać na obrazku, rzeczywiście nie ma, nie ma wody na pustyni

Ale to drobiazgi. Tak czy siak, brawurową kolorowo-bajkową konwencję łyknąłem, doceniłem sprawność scenariusza, mniej czy bardziej dyskretne cytaty z klasyki pop-kultury przyjmowałem z coraz szerszym uśmiechem, przy cytacie z „Funny games” prawie zacząłem klaskać i, przepraszam bardzo, dlaczego dotąd nie widziałem w żadnym filmie tego blondynka i dlaczego będę tak długo czekał, żeby zobaczyć go jakiejś większej roli?
A skąd wiesz, że będziesz? – żachnął się Głos Wewnętrzny
Kamaan, to polskie kino przecież...

Co mi naprawdę przeszkadzało to filmowe bluzgi. Moja wieczna śpiewka – trzeba wiedzieć, kiedy bluzgać i jak, wtykanie słów „brukowanych” czy trzeba, czy nie trzeba, potrafi zepsuć nawet najlepszy film, a tu przecież mieliśmy do czynienia z baśnią o muzycznych Kopciuszkach, feerię gorących barw, krasnoludki, zielone liście palm, błękitne fale... Bluzgi były absolutnie niepotrzebne.
Przesadzasz – Głos Wewnętrzny przesunął, włączył i odtworzył dwa fragmenty.
Dobra, może trochę przesadzam. Ostatnia kwestia Janusza Chabiora i Tomasz Kot kończący zbędną wiązankę okrzykiem „Kurwa, szablę dawaaaać!” mogą zostać. Ewentualnie, bo spokojnie dałoby się te bluzgi zastąpić lub nawet całkiem wyeliminować.  Reszta bluzgów kategorycznie do wycięcia.

...i usłyszałem słowo, od którego uszy mi zwiędły, a koń siwy zarumienił się ze wstydu!

Pomysł na wykorzystanie oryginalnych przebojów discopolowych, zamiast pisania nowych utworów, przeznaczonych specjalnie do filmu okazał się strzałem w dychę. Po pierwsze ze względu na nasz narodowy mamonizm – lubimy, proszę pana, te piosenki, które znamy. Po drugie – bo napisanie naprawdę dobrych nowych piosenek specjalnie do „Disco Polo”, mogłoby się skończyć jak zwykle w polskim kinie: jedni autorzy poszliby w wyśmianie, drudzy poszliby w sztukę, jedni i drudzy poszliby za bardzo i całość byłaby sztuczna jak Małgorzata Rozenek, a po wyjściu z kina połowa widzów i tak nuciłaby „Bogurodzicę”  „Żółte kalendarze”  „Ja! Uwielbiam ją! Ona tu jest!”. Tu tymczasem dostaliśmy porcję gretejst hitów, muzyczka grała, serduszko pukało, do rytmu, nóżka chodziła i, kurczę, skąd my tak dobrze znamy słowa tych wszystkich piosenek, skoro nigdy, ale to przenigdy, od kołyski przecież tylko Pink Floyd i Arvo Pärt, słowo harcerza, disco polo nie słuchaliśmy?

Aktorsko – bardzo dobrze, bo mimo wszystko oszczędnie. Szarżowali tylko Tomasz Kot w roli discopolowego imperatora i Joanna Kulig w roli Gensoniny. Kot momentami przeszarżowywał (choć może to wina zbędnych bluzgów), ale potrafił też obłędnie zagrać detalem, a Joannę Kulig po raz pierwszy oglądałem z prawdziwą przyjemnością i (u)śmiechem na ustach – komedię czuła, konwencję poszczególnych scen łapała w lot i dobarwiała je odpowiednim „przegięciem”, wszystkie swoje wady przekuła w zalety, była odpowiednio kiczowata, a irytujący mnie zazwyczaj timbr jej głosu, tu „podkręcał” całość. Oczywiście, jakiś wpływ na jej rolę mogła mieć znajomość z twórcą filmu Maciejem Bochniakiem...
Bliska?
Nawet bardzo – są małżeństwem. Ale tym razem nie czepiam się, że ohohoho, panie dzieju, mąż to żonę nepotycznie obsadza, bo skoro rola wypaliła, to sprawy nie ma – ot, tylko zwracam uwagę, że obecność przy budowaniu zrębów i kładzeniu podwalin pod film, mogła pomóc aktorce w budowie roli. Która była naprawdę dobra. Rola, znaczy. I aktorka w roli.

O, świynty syntezatorze ze słotą końcówką, chwalą nas na Poliszmuwi!

Piotr Głowacki nie zszedł poniżej swojego poziomu i bawił niuansami, Iwony Bielskiej było za mało, Aleksandra Hamkało zagrała poprawnie i złego słowa nie powiem (choć dobrych też nie za wiele), na duży plus wypadł Juliusz Chrząstowski w roli ojca kolejarza, Mariusza Drężka już wspominałem, Bartosza Bielenię (to ten blondynek, jakby wycięty z filmów Viscontiego) też, zabawnych epizodów wymieniać nie będę, bo czasu mało, a tekst i tak jest długi. Rozczarował Rafał Maćkowiak, który momentami zaledwie się wygłupiał, ale ponieważ momentów na ekranie miał mało, można uznać, że filmu mu do życiorysu nie zaliczymy i już. Jacek Koman był na ekranie częściej i niestety, znowu zagrał przeciętnie.
I wreszcie Dawid Ogrodnik w roli Tomka... No, nie porwał mnie – nie wyszedł poza poprawność, był ładny, opanował trzy ruchy przy mikrofonie i chyba nawet jeden obrót, ale brakowało mu jakiejś dozy szaleństwa. Sprawiał wrażenie, jakby przyszedł z innej bajki i może zaledwie w dwóch scenach podłączył się do filmowego odlotu. Nie, w niczym filmu ani roli nie zepsuł – na to jest za dobry, ale z Piotrem Głowackim przegrywał w większości scen, a momentami nie nadążał nawet za Joanną Kulig.

Syn z kompleksami wobec ojca z wajchą czyli element egzystencjalnego mroku

Zdjęcia Tomasza Naumiuka świetne, światło, że tylko buzi dać, scenografia Stanisław Tyczyńskiego (tak, tego Stanisława Tyczyńskiego – w filmie też się pojawia, jeżeli mnie wzrok nie myli) – miód i malina. W scenie finałowej twórcy filmu wykorzystali scenografię „Halki”, wystawianej w operze bydgoskiej (reżyserowała Natalia Babińska, a złotą scenografię zaprojektowały Diana Marszałek i Julia Skrzynecka). Montaż Jarosława Barzana – znakomity, efekty specjalne bardzo do przodu (wiadomo, skoro Stanisław Tyczyński, to i Alvernia Studios). A poza tym brawurowa zabawa przez cały film i szalony finał, w którym – jak to w bajce – wszyscy żyli długo i szczęśliwie, tryskali radością, wzruszeniem, martwi okazywali się tylko draśnięci, chromi tańczyli, głusi słyszeli, krzyż, flaga, cekiny, brokaty, entuzjazm, Polska mistrzem Polski i hej, hej, bawmy się!

Zabawna popkulturowa układanka, czysta, żywa zabawa, bez zadęcia i z ręką na pulsie formalnym. Jeśli kicz, to przemyślany i kontrolowany. A że nie opowiada „bolesnej prawdy o Polsce, okresu transformacji”, nie przejdzie do historii kina polskiego, za pięć lat nikt o filmie nie będzie pamiętał (moim zdaniem będzie pamiętać sporo osób), itede? So what? Rozrywka. Tu i teraz. Dla mnie wystarczy. I jeśli nasze kino rozrywkowe ma iść w którąś stronę, to wolę, żeby szło w stronę „Disco Polo”, niż w stronę „Zakochanych”, „Wkręconych”, „Dzień dobry, kocham cię” czy innych „Dżej Dżejów”.

Warto. Naprawdę.
Czytał Tomasz Knapik.

Tyrion Lannister przechodził przypadkiem. Z tragarzami. Których nie widać, bo już przeszli.


Varia
1. W tle przewija się parę znanych ze sceny discopolowej twarzy: Radosław Liszewski z Weekendu, Robert Klatt z Classica, Tomasz Niecik... Przekonany byłem, że mignął mi także lider zespołu Bayer Full, ale potem nie mogłem sobie przypomnieć, która to była scena, więc może mi się zdawało.
2. Pop-kulturowych cytatów jest w „Disco Polo” mnóstwo, ale chyba za mało czasu minęło od premiery, ktoś może nie widział jeszcze – nie będę Wam odbierał radochy z rozczytywania nawiązań.
3.  W gabinecie Polaka wisi portret gospodarza na stadionie, w dresie, z piłką pod pachą – to dyskretna (jak na polskie, kino nawet bardzo dyskretna) aluzja do dwóch ważnych postaci sceny rynku discopolowego – Sławomira Skręty i obecnego prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy. Obaj panowie mają za sobą przeszłość piłkarską, obaj kierowali wytwórniami płytowymi, promującymi disco polo (Skręta był twórcą Blue Star, Kulesza – Green Star).
4.  Dyskretne aluzje pojawiają się także w tle fabularnym: na przykład wymiana Tomka i Rudego na dwóch nowych muzyków w końcówce filmu może być odczytana, jako odwołanie do reaktywacji zespołu Milano nie przez członków zespołu, ale przez posiadającą prawa do nazwy wytwórnię. Podobnie rzecz miała się z grupą Toples – kiedy muzycy odeszli z Green Star, wytwórnia zabroniła im używania dotychczasowej nazwy, oddając ją wybranym przez siebie „podmiotom wykonawczym”. Podbieranie sobie tekstów czy melodii, „ręczne” kreowanie i wygaszanie gwiazdek, piosenki dla kandydatów na prezydenta, you name it – wszystko to zdarzyło naprawdę.
5. W filmie pojawia się także jego współscenarzysta Mateusz Kościukiewicz. Dyskretnie, krótko, jako taka mała klamerka. Plus za scenariusz, plus za samoograniczenie się, bo przecież mógł się obsadzić w roli Tomka, minus za odrobinę „przeciągnięte” sceny. Sekunda-dwie krócej i byłoby znakomicie. 
6. Reżyser filmu Maciej Bochniak miał już kontakt z disco-polo. Parę lat temu nakręcił dokument „Miliard szczęśliwych ludzi” o próbie wyeksportowania zespołu Bayer Full na rynek chiński.

A jeśli loczki już tak zostaną? Jak ja wtedy Hamleta zagram?

============
Disco Polo

Premiera: 2015.02.27
Czas: 103 minuty
Reżyseria: Maciej Bochniak
Scenariusz: Maciej Bochniak, Mateusz Kościukiewicz
Obsada: Dawid Ogrodnik, Piotr Głowacki, Joanna Kulig, Tomasz Kot, Aleksandra Hamkało, Mariusz Drężek, Rafał Maćkowiak, Juliusz Chrząstowski, Iwona Bielska, Jacek Koman, Janusz Chabior, Mateusz Kościukiewicz i inni.
Dofinansowanie PISF: Nie było. Pierwsza wersja scenariusza została przez PISF skopana, więc producenci się wkurzyli i zrobili film bez pomocy PISF. Za co oklaski.