2016-09-07

Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima [2015]

Na każdą rzecz można patrzeć z dwóch stron – powiedział reżyser Zagajny, przeżuwając paróweczkę.
Na film Tomasza Szafrańskiego można patrzeć nawet z trzech stron.

Wuj w stanie zapatrzenia

Strona pierwsza to film przygodowy dla dzieci i/lub młodzieży. Dziwny film. Łysy wuj szuka butów po dziadku alkoholiku, bo w butach tych ma być wskazówka, prowadząca do skarbu. Czemu, kurde, w butach? Nie dało się znaleźć jakiejś bezpieczniejszej kryjówki? Buty, na przykład, czasem przemakają, czasem się rozpadają, a czasem ktoś je kradnie. Znaczy, dla bezpieczeństwa można nosić buty na nogach 24/7/365, ale wtedy nie przetrwa albo wskazówka, albo poszukiwacz, albo jedno i drugie.

Śladem wuja podąża dwóch tajemniczych don Pedrów, z których jeden wygląda jak spocony fryzjer ze Starej Zagory, a drugi nie wygląda wcale, bo broda i wytrzeszcz to jeszcze nie wygląd. Wujowi pomaga bezbarwny siostrzeniec w wieku... yyy... 8-10 lat?... kolega siostrzeńca, marzący, by w przyszłości zostać recydywą, nastoletni hipochondryk i blond-opiekunka z aktorskiej szkoły im. Karoliny Gruszki, wydział grania grdyką. 

Szukanie skarbu odbywa się przy pomocy serii losowo zestawionych scen, bez większego związku pomiędzy. Moją ulubioną sceną jest ponad minutowa scena leżenia, miejsce drugie zajął czterdziestosekundowy zestaw spojrzeń (twórcy oszczędzali, więc był to zestaw dwóch spojrzeń), a o półtoraminutowej scenie, w której bohaterowi chodzą, nie warto nawet wspominać, bo chodzą, więc coś jednak na ekranie się działo. W scenie leżenia też się działo, bo po 90 sekundach leżenia bohaterowie zaczęli rozmawiać, a potem jeszcze przyszły zabłąkane grafiki, ale to jednak samo leżenie było istotą gwoździa do clou.

Wuj w stanie rozkładu

Intryga jest nieco (taki eufemizm) dęta i prowadzona tak niechlujnie, że momentami było mi za twórców wstyd przed dzieciakami, które trafią na ten film. Mały/młody widz też jest widzem i trzeba go traktować poważnie, a nie kręcić olewczej chałtury pod hasłem: „przecież te szczeniaki i tak niczego nie zauważą, więc kij z konsekwencją, starannością, logiką, Rzym, Krym, czy lubelskie buraki – jedna cholera, odpitolmy to szybko, zainkasujmy i w nogi.

– Wuju, a dlaczego dziadek nie przywiózł skarbu do domu?
– Była wojna, drogi chłopcze, potem ciągłe zagrożenie ze strony Sowietów.
– Chudefakis Sowietów? – powinno zapytać w tym momencie dziecię nieletnie, a potem zacząć drążyć, czy owo zagrożenie było tak absolutne, że dziadek naprawdę przez 40 lat nie mógł się ruszyć z domu na krok, ale może lepiej, że nie drążyło, bo wg twórców tak chyba właśnie wyglądał PRL: permanentna inwigilacja, lampa w podłodze, odkurzacze jedzące paproszki z ręki ubecji i donoszące pod płaszczykiem...
– Dziadek już nigdy nie wyjechał z Pułtuska... – mamrotał łysy wuj.

Frustracja dziadka była tak wielka, że wzrosło mu spożycie procentów, a że babcia cięta była na ochlaptusów, ukrywał butelki w okolicznych dziuplach, osobliwie tych, położonych trzy-cztery metry nad ziemią. Hmm, albo był to wesoły facecik w klimatach Kareema Abdul-Jabbara, pakujący flaszki w dziuplę slam dunkiem albo z babcią było coś nie teges, bo zataczający się po ogródku dziadek z drabiną plączącą się między pniami i kończynami, raczej powinien zwrócić jej uwagę.

Dziupla. I skojarzenia. Słucham?... Z okiem Saurona, oczywiście!

A zakończenie filmu było głupie. Ale tak nie tak po prostu głupie, tylko głupie solidnie, z przytupem i przysiadem, inkrustowane serią sztucznych śmiechów głównych postaci, przeskoków kamer z jednej twarzy na drugą, panie Ziutku, no, niechże się pan zaśmieje, naprawdę, ale tak z uczuciem, przecież to zabawne ma być, a mamy jeszcze dwie minuty do nakręcenia...

Wypatrzyliście to zakończenie w jakimś katalogu mody? A może do końca nie wiecie, co napisaliście? – zżymał się opalony krytyk w garniturze – Zajebaliście je z pomocy dla powodzian? Pies wam je wszamał, a potem zwrócił? Chciałbym poznać historię tego zakończenia! Jak byłem w technikum, to nam takie na warsztatach dawali.
Gdzie jest twój skarb, tam jest serce twoje, jak to mówią – skomentowała filmowa opiekunka, jednym uśmiechem grdyki robiąc sobie trzy podbródki.

OK, w sumie rzeczywiście ewangeliści między pitą a humusem rzucali sobie takim bon motem, ale ja tam wolę wersję Pana Samochodzika czyli „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”, bo w tej wersji skarb utożsamiony jest z uczuciem, a nie uczucie ze skarbem. Niby różnica tekstowo niewielka, ale znaczeniowo ogromna, oddzielająca romantyków od materialistów
Ale może reżyser ma inaczej? – wtrącił Głos Wewnętrzny.
Rzeczywiście, chyba ma, ale do tego jeszcze wrócimy.

Pierwsi widzowie pękli już po 30 minutach.

Aktorsko nędznie. Dziecięcy aktorzy odbiegali od polskiej normy „zepsutego robocika”, zacinającego się na co drugim wyrazie i stawiającego kropki w miejscach losowych, ale za dobrze też nie było – dzieciaki wystrzeliwały każdą kwestię z prędkością miksera i z taką też dykcją, więc nie zawsze wiadomo było, o co im chodzi, a fakt, że posługiwały się głównie krzykiem, nie pomagał. Hipochondryczny młodzian posługiwał się głównie wytrzeszczem, blond opiekunka posługiwała się grdyką i podbródkami (a okrutny kamerzysta filmował ją z profilu i długo, więc każdy mógł sobie je obejrzeć i policzyć). 

Tomasz Karolak zamordował doktora Kadrylla, a następnie poćwiartował zwłoki oraz rolę i ukrył je w miejscu bliżej nieznanym, Wojciech Mecwaldowski w roli Wieńczysława Nieszczególnego był przykry, ale miał przynajmniej jedną dobrą scenę (w hołdzie starym dobrym serialom „poleciał” Henrykiem Gołębiewskim i zrobiło się naprawdę zabawnie), a Mikołaj Grabowski mógł sobie darować występ w tym gniocie. Nie, przepraszam – nie „mógł” – powinien sobie darować. Nie darował sobie, czego z kolei ja mu darować nie mogę.

A aktor grający łysego wuja? – zapytał Głos Wewnętrzny.
Katastrofa. Ale kiedy nabór do roli następuje wyłącznie wg kryteriów: „ma być łysy i gruby”, to trudno się dziwić. Bogdan Kalus jest zapewne sympatycznym człowiekiem, być może lubi koty, kwiatki i pierogi z kapustą, ale aktorem jest, niestety, co najwyżej słabym i w „Klubie włóczykijów” było to widać boleśnie.
Przesadzasz, dzieciom się podobał – wtrącił sąsiad, który właśnie wrócił z seansu.
Łysy, gruby, z solidnymi "Breżniewami" nad wybałuszonymi oczami, z wiecznie otwartymi ustami, taki kanoniczny miś z kreskówek albo duża świnka Pepa – trudno, żeby się dzieciom nie podobał. Co nie zmienia faktu, że jest cienki i grał fatalnie.

Dżentelmen o nienagannych manierach, pachnący jaśminem... Widać, nie?

Zdjęcia przeciętne, montaż tragiczny, muzyka... OK, tu rzeczywiście można postawić plus. Nie, żeby wychodzący po seansie widzowie gwizdali motywy przewodnie, co to to nie... ale muzyka stanowiła największy atut filmu: budowała klimat, ciągnęła widza za sobą, podpowiadała widzowi, co to tak naprawdę dzieje się na ekranie (bo twórcy i aktorzy mieli z tym czasem poważny problem). Żadne wiekopomne dzieło, powiedziałbym, że nawet mocno wtórne, ale swoją funkcję użytkową muzyka spełniła. Ciekawe, czy jakiś wpływ na to miał fakt, że do jej napisania wynajęto rzemieślnika z zagranicy, a nie szwagra reżysera albo wujka producenta...

Efekty specjalne, drony, szmony... Drony były, bo w każdym współczesnym polskim filmie muszą być zdjęcia spod chmurki – taka moda. Cała F/X-owa para poszła w czołówkę i reszta efektów specjalnych sprowadziła się do wklejania w film rysunków/malunków i poruszaniu nimi za pomocą sznurka kursorka. 

Dialog niedobre. Sztywno, drętwo, sztucznie, a momentami człowiek czuł się jak w bramie starej kamienicy: wiało przegniłym drewnem, moczem i przedwczorajszą pomidorową.
– Legendarny wujek Dionizy zwany łysym wariatem
– Dionizy Kiwajłło, morda taka, łysy łeb...
– Szyby całkiem powybijali, burdel, gnój!
Wdzięk, co nie?
Zaczynał od samochodów, potem awansował na włamy, a jak wyjdzie z kicia za dwa lata, to jeszcze mnie nauczy kroić portfele – to jedno z dzieciąt nieletnich dzieli się marzeniami. Nie ma to jak filmy dla młodzieży, rozwijające w targecie ambicję i miłość do wiedzy.

Ameryka, Ameryka!... Schody, pióra, iluminacje, limuzyny, lincolny, a tu? Rumunia, Rumunia, panowie...

A w charakterze deseru: piosenka „Zdobądź szpady, muszkieterze, i en garde”. Tak, dobrze słyszeliście/przeczytaliście: „zdobądź”.
Ale „en garde”! – docenił Głos Wewnętrzny.
Ale, kurwa, „zdobądź”? Edmund Niziurski się w grobie przewraca, bo u niego polszczyzna była „w swoim własnym domu”, dialog miał moc, fraza miała niepodrabialną melodię, a cytaty z – wieczne mają miejsce w pamięci pokoleń.

I tu druga strona, z której można oglądać ten film – jako ekranizację książki Edmunda Niziurskiego
Nie ekranizację – żachnęli się twórcy, wskazując napis „film inspirowany...” – Inspiracja to nie ekranizacja.
Dupalalahuzibobo i nie ze mną takie alibi, Brunner. Chcieliście się zaledwie „inspirować”, to trzeba było nazwać film „W pogoni za skarbem” albo „Z wujem przez góry, doliny i tajemnice”, zmienić imiona bohaterów itd. Twórcy tymczasem świadomie i z premedytacją posłużyli się tytułem, imionami i nazwiskami autora oraz głównych postaci, schematem intrygi itd. A potem wyrzucili z oryginału wszystko, co stanowiło istotę książki i co wyróżniało „Klub włóczykijów” spośród innych książek przygodowych. Stryja Dionizego przerobili na tępaka w krótkich spodenkach, dystyngowanego Bogumiła Kadrylla na łysiejącego Zenka w kapelutku, z Pirydiona Młodszego zrobili patologię, z Pirydiona Politechnicznego – gostka z nadciśnieniem hormonalnym, wdzięk książki utopili w beczce z kiszoną kapustą... och, przepraszam – nie było kiszonej kapusty, były ostrygi, bo kiszona kapusta nie konweniuje z nowoczesnością... oryginalną frazę Niziurskiego przerobili na niezrozumiały bełkot i nawet, kurde, śparogów nie dali!

Zamiast śparogów był aktor próbujący grać twarz końską, rzekłbym mulą”, niestety wyszła mu zaledwie kozia.

– Czy łatwo było Państwu znaleźć dystrybutora?
Z tym nie było wielkiego kłopotu, ponieważ Klub włóczykijów” jest lekturą szkolną.
Bingo! To jest trzecia strona, z której można oglądać film – ordynarny skok na kasę. Na Niziurskim wychowała się większość decydentów filmowo-finansowych, więc wizję ekranizacji „Klubu włóczykijów” można im było opchnąć się im gładko i przyjemnie, bez wchodzenia w szczegóły scenariusza. Ze zbytem nie będzie problemu, bo książka jest lekturą, więc „szkoły na to pójdą”, a zanim się zorientują w jakie gie wdepnęły oraz ile filmowa wersja ma wspólnego z książkową, kasa spłynie i zostanie podzielona między zainteresowane strony, a ekipa wyłączy telefony, wyciągnie się wygodnie na leżaczkach i sięgnie po drinki z parasolkami. 

Ale przecież jeśli nakręcisz zły film, to będzie się za tobą wlokło – rozłożył ręce Głos Wewnętrzny – Popsujesz sobie opinię, nie dostaniesz pieniędzy na...
Cztery lata temu Tomasz Szafrański nakręcił durne i nieudolne „Od pełni do pełni”, a jednak PISF, Narodowe Centrum Kultury i Śląski Fundusz Filmowy (że o Bytomiu i Gliwicach nie wspomnę), zamiast wyrzucić go za drzwi i obrzucić ogryzkami, przyjęły grzecznie, poprosiły siadać, kawę dały, może cukru, albo śmietanki, panie Tomaszu... a potem dofinansowały jego projekt. I to jedyne co twórcom filmu naprawdę wyszło: wyrwali kasę. Sądząc po tym, z kim i jak nakręcili film – tylko o to im chodziło.
Jeśli wasze dziecko przeczytało już „Klub włóczykijów” – nie warto zabierać go do kina. Jeśli jeszcze nie czytało, ale chcecie, aby kiedyś – nie warto tym bardziej.

Buty. Olej na tekturce. Polska wersja efektów specjalnych.


Varia
1. Film startował po dofinansowanie z PISF parę razy: początkowo odrzucono go na pierwszych etapach scenariusza. Dopłatę dostał dopiero w 2015 roku, a i to „z odwołania”. W uzasadnieniu komisja napisała: „Film dla młodzieżowej widowni będący adaptacją popularnej powieści Edmunda Niziurskiego (...) Projekt z potencjałem na sukces frekwencyjny; zapewniona dystrybucja kinowa”. Już się nie będę czepiał, że kiedy twórcy wyciągali rękę po kasę, to była „adaptacja”, a przed premierą nagle zarobiła się zaledwie „inspiracja”, zauważę jedynie potencjał frekwencyjny zakończył się wg strony PISF na 130 tysiącach widzów. Przy takiej „inspiracji” i pięciu latach pracy nad – słabiutko.
2. W pierwszej scenie twórcy użyli „krzyku Wilhelma”. Są albowiem wielce fęsi, a widownia poniżej dziesiątego roku życia, oczywiście, szarpie kody popkultury jak Reksio kość.
3. W zestawie dla naszych milusińskich otrzymaliśmy: dwukrotne pobicie funkcjonariusza policji, ze trzy kradzieże, faszerowanie prochami, przekupstwo, lufę przy skroni nieletniego, samochód na torach i nadjeżdżający pociąg, alkoholizm, włam, afirmację recydywy, zapalenie pęcherza... Może to nie „Milczenie owiec”, ale jak na film dla dzieci i młodzieży – chyba jednak ciut za dużo.
4. Akcję przeniesiono z Warszawy na Śląsk, bo twórcy wyczaili, że prowincja nieźle płaci za jej promowanie (w tym przypadku 297 tysięcy). W ramach dealu ze Śląskim Funduszem Filmowym twórcy użyli parę razy nazw „Gliwice” i „Katowice”, kazali muzealnemu strażnikowi mówić gwarą (no, gwarą... „szczylom”, „rynce”, „ino rychle!” to gwara?)
Jak śmiesz! Na liście płac wymieniono aż 24 osoby odpowiedzialne za gwary!
A właśnie – lista płac. Fascynująca lektura... 3 osoby dostały pieniądze za gwizdanie, pięciu zapłacono za efekty CGI, statystów wymieniono z nazwiska aż 424, a następną pozycją na liście było „i inni”. I tu nasuwa się pytanie: kim byli ci inni, skoro nawet na statystów się – nie załapali?
No, wiesz... Inni – z naciskiem powiedział Jack Sheppard.
I ilu tych innych było, skoro statystów było prawie pół tysiąca?
5. Do napisania muzyki wynajęto Freda Emore’ego Smitha. Ponieważ żaden ringabel mi nie zadzwonił, zerknąłem na imdb.com i na stronę kompozytora. Dalej mi nie dzwoni. Znaczy, jakiś tam dorobek gość ma, ale nie widziałem, nie słyszałem, a po przeczytaniu streszczeń – nadal nie zamierzam.
6. „Sentyment do książek Niziurskiego spowodował, że większość członków ekipy oraz aktorów pracowała za niewielkie honorarium” – powiedziała producentka. Aha, czyli nie tylko PISF i sponsorów wydojono „na sentyment”, ale i ekipę. Milusio.
7. Żeby jakoś pozytywnie zakończyć – były dwie dobre sceny: jedna skojarzyła mi się troszkę z "Blues Brothers", a drugiej już, niestety, nie pamiętam.

Filmowcy Wyklęci zatykają sztandar na gruzach Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni



============
Klub włóczykijów i tajemnica dziadka Hieronima
Premiera:
2015.09.18
Czas: 94 minuty
Reżyseria: Tomasz Szafrański
Scenariusz: Tomasz Szafrański
Obsada: Bogdan Kalus, Franciszek Dziduch, Jakub Wróblewski, Kamila Bujalska, Piotr Janusz, Tomasz Karolak, Wojciech Mecwaldowski, Karol Osentowski i inni, i 424 statystów, i jeszcze inni inni.
Dofinansowanie PISF: 400 000 zł plus 297 000 ze Śląskiego Funduszu Filmowego.

4 komentarze:

  1. Ja też ten film oglądałem i nie będe używał "wyrazów" żeby określić to coś co udaje film ,adaptację książki i aktorstwo.twórcy kompletnie nie wyczuli Niziurskiego , jego absurdalnego miejscami humoru,groteski, bawienia się konwencjami literackimi,orygilnanym słowotworstwem.Pomyśleć że w szóstej klasie zaczytywałem się tą książką.Co do aktorstwa to tylko o jednej postaci Wieńczysławie Nieszczególnym :ten aktor w kostiumie będącym skrzyżowaniem kominiarza z płetwonurkiem kompletnie nie nadawał się do roli dystyngowanego przestępcy.No i montaż;sceny przechodzące jedna w drugą poszarpane ,jak można zrozumieć intrygę.Dla dzieci mordęga.A szkoda mogło być dobre kino tylko twórcy zrobili podróbkę niektórych filmów made in USA i wyszło to co wyszło to co wyszło crime fantasy dla ubogich.Duchem.Arnold

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja bym bardzo chciała, żeby Szanowny Autor obejrzał i omówił coś z naszych najnowszych arcydzieł kina zaangażowanego... Nie mówię, żeby od razu Smoleńsk, ale może jakiegoś Roja czy cuś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Roja" już obejrzałem i na razie nie wychodzę poza inwektywy pod adresem twórców, bo takiego chłamu artystycznego i warsztatowego dawno nie widziałem. Odparuję i uspokoję się - napiszę :-)
      A "Smoleńsk"... im więcej czytam o tym filmie, także tekstów pisanych przez jego "zwolenników", tym mocniej pojawia mi się w głowie myśl, że ewentualne zderzenie z tym dziełem na Poliszmuwi będzie trochę jak kopanie dziecka w piaskownicy czy publiczne żarty z inwalidy. Ale obejrzę, oczywiście.
      I jeszcze czeka na dysku paradokumentalny "Pilecki" - wydaną przy okazji kręcenia książkę czytałem, fragmenty filmu już widziałem... i tu następuje seria głębokich a smutnych westchnień.

      Usuń
    2. Usłyszałam dzisiaj o "ludziach, którzy nie dają się zastraszyć i idą oglądać Smoleńsk". Borze zielony, jak bardzo oni chcą utrzymać tę narrację, że są w opozycji, drugim obiegu, podziemiu, prześladowani i szykanowani... Żaden prezydent, premier, żadna większość w Sejmie im nie przeszkodzi!

      Usuń