2016-10-13

Wiktoryna, czyli czy pan pochodzi z Beauvais? [1972]

1807... – powiedział starszy pan, podnosząc kieliszek ku oczom – Beaujolais z tego rocznika jest rzeczywiście udane.
Były okolice roku 1830. Jeżeli to beaujolais dało się jeszcze pić, musiało być udane niesamowicie, łamane przez „święty Wincenty Ferreriuszu, patronie winiarzy, to cud!’”
Na ekranie  cudu nie było, a film nie był udany.
Pauza. Znacząca.

Pan Ignacy z zakłopotaniem podrapał się w... yyy... znaczy... Się. Tak.

Facet z pekaesami opowiadał paru znajomym, co w czasie obiadu u łysego opowiadał facet z wąsami, któremu z kolei wszystko opowiedział facet w koszuli. Znajomi, słuchający faceta z pekaesami, mieli łysinki, brody, wąsy i zaczeski w loczki, wszyscy nosili dziwne stroje i stroili dziwne miny. Przeważnie wymowne.
Ja wam opowiem o morderstwie – mówił facet z pekaesami – a wy wtedy powiecie mi, czy powinienem się ożenić.
Pauza. Znacząca.
Koledzy faceta z pekaesami patrzyli na siebie i dumali, czy ich przyjaciel powinien się ożenić, a widzowie patrzyli na siebie i zastanawiali się, jaki tu występuje ciąg logiczny.
Pauza. Znacząca.

No bo wiecie... – tłumaczył facet z pekaesami – Wszystko wskazuje na to, iż mój ewentualny teść trzydzieści parę lat temu popełnił był zbrodnię.
– I?
– I w posiadanie majątku wszedł z użyciem ostrego narzędzia typu skalpel oraz szeregu ran ciętych tudzież być może również kłutych.
– I?
– I w związku z tym odczuwam moralne dylemata w stosunku.
– Albowiem?
– Albowiem posag narzeczonej skąpany może być w kurzu krwi bratniej.

Pauza. Znacząca.

Chciałbym do doktora Caligari. Albo chociaż do doktora Lubicza.

OK, załóżmy, że ewentualny teść rzeczywiście był mordercą – westchnął Głos Wewnętrzny – Czy narzeczona też była?
Ależ skądże! – żachnął się facet z pekaesami – Nie było jej nawet na świecie.
– Wiedziała?
– Ależ skądże!
– żachnął się ponownie facet z pekaesami – Teść się taił i ukrywał.
– Musisz brać ten posag?
– No, w sumie nie...
– Więc w czym problem?
– Problem w tym, czy powinienem jej powiedzieć o ojcu.
– A co to ma wspólnego z małżeństwem?
– No, bo jeśli wezmę posag, będę się czuł jak prosię, jeśli nie wezmę, to panna się deczko zdziwi, jeśli nie powiem dlaczego nie biorę, to będę nieuczciwy, jeśli zaś powiem, to będę okrutny, a w dodatku ona może szok przeżyć albo się na mnie obrazić i wtedy nie będzie mnie chciała, a ja bez niej jak bez ręki i w ogóle...
– Ale do czego my ci jesteśmy potrzebni?
– zapytali przyjaciele.
Bo to nie „Wojna i pokój”, a Andrzej Kopiczyński nie jest wystarczająco dobrym aktorem, by odstawiać księcia Bołkońskiego pod drzewem i przytrzymać widza przed ekranem kwadransem monologu wewnętrznego – zirytował się reżyser – Jesteście potrzebni, żeby bez większego obciachu można było wyłożyć kawę na ławę i żeby widz nam nie usnął.
Pauza. Znacząca. I spojrzenia. Wymowne.

Film o niczym i po nic. OK, rozumiem, że Balzac, łobosiu i to nawet Honoré, ale facet tłukł te swoje historyjki na kilogramy i naprawdę nie wszystkie mu się udały. A niektóre, nawet jeśli mu się udały, to było to jednak 180 lat temu. Fabuła taka sobie, dylematy wydumane, realizacja tak koturnowa, że momentami płakać się chciało – jak w scenie, gdy Prosper Magnard w malignie wybywa nocą do lasu, przytula się do kamiennego pomniczka i omdlewa romantycznie, powiewając kołnierzykiem koszuli a’la Słowacki. A okoliczności przyrody zimowe, minus naście, śnieg, wilcy i ofensywa w okolicy.
Zamarzł biedaczek? – zaniepokoiła się Opinia Publiczna.
Ależ skądże. Obudził się, pospazmował i dał się rozstrzelać. Nawet kataru nie złapał.

Herr Winterhalter jadł dużo i tłusto... i nie dożył poranka. Przypadek?

Dłużyzny (scena szarpania pieczystego wygrywa ze sceną z podjazdem karocy) przerywane Znaczącymi Minami, rozmowy o niczym przytykane Wymownymi Spojrzeniami, pudełkowa konstrukcja, w której kolejni relaci referują, co i od kogo usłyszeli. Nuda, charakteryzacja i kostiumy, bo to w sumie jest najciekawsze w filmie: Andrzej Kopiczyński nosi pekaesy, Mieczysław Stoor – pruski wąsik w dwóch odmianach, Janusz Zakrzeński ma zaczeskowe loczki, Stanisław Jasiukiewicz perukę, a Barbara Brylska – dekolt. Jak to Barbara Brylska. Henryk Machalica natomiast ma wielką kokardę na podgardlu. Oraz brodę, ale to przecież Henryk Machalica, on się z brodą urodził.

Grać aktorzy nie bardzo mają co, bo 56 minut to niewiele, każdy ma zaledwie po parę zdań, z czego połowę o niczym, więc próbują budować swoje postaci na niuansach, ale ponieważ postaci są żadne, to i niuanse nie wychodzą. Nie ma tu nieudolności, nie ma złej gry, ale nie ma też niczego, co pozwoliłoby ten filmik zapamiętać. No, może Bronisław Pawlik, który zagrał sfochowanego krasnoludka rodem z baru mlecznego w PRL.

Przed obiadem dobry jest śledź, a po obiedzie... fajeczka i odrobina Hegla

Całość sprawia wrażenie pracy dyplomowej albo alibi do wypłaty premii kwartalnej: wypuścić aktorów, niech coś powiedzą, nakręcić, wywołać, wyemitować w porze jak najmniejszej oglądalności i odesłać do archiwum. Takie przesypywanie pryzmy piasku z jednego kąta podwórka w drugi kąt i z powrotem: osobogodziny odfajkowane, podkładka do wypłaty jest, a jeśli ktoś zapyta, po kiego grzyba to kręciliśmy, to odpowiemy: „No, przecież to Balzac! Honoré! De!”

Najsmutniejsze było zakończenie. W oryginale podobno głosujących przyjaciół było kilkunastu , więc rozkład głosów mógł być różny. W polskim filmie głosujących było czterech, więc z góry było wiadomo, że wynik będzie... Mhm, dobrze się domyśliliście – taki właśnie.

Charakteryzatorki i osoby odpowiedzialne za kostiumy zarobiły na swoje wynagrodzenie, zdjęcia przyzwoite, muzyka Piotra Hertla dobrana beznadziejnie i dycha przeciw kasztanom, że kompozytor nawet nie zerknął w scenariusz, tylko podesłał pierwszą z brzegu kompozycję, zalegająca mu na parapecie, a reżyser nie przesłuchał muzyki, tylko kazał wkleić w film i nie zawracać mu głowy. Plenerki – Jabłonna i Łazienki – też na łatwiznę. Montaż... hmm, dziwny bardzo. Jak w scenie, w której córka mesje Taillefera opowiada o chorobie ojca:
Kiedy ojciec krzyczy jak opętany, chce się zabić, trzeba usuwać sprzed jego oczu wszelkie ostre przedmioty. Czasem zaś utrzymuje, że jakieś zwierzątka siedzą mu w głowie, zżerając mózg...
I tu na ekranie widzimy promiennie uśmiechniętą córkę, karmiącą wiewiórkę. Odrobinę creepy, n’est-ce pas?

Pierś. Grottgerowska, oczywiście.

Dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi są...
– Muszę cofnąć się kilka miesięcy wstecz...
...bo gdybym się cofnął do przodu, mógłbym coś pominąć.

– Wiem o tym, że na majątku panny Wiktoryny Taillefer stoi ogromna kałuża krwi.
Kałuża stoi na... Zapewne na baczność.

– To się nadaje do konfesjonału.
 – Do konfesjonału? Po co? Przecież to jest sprawa sumienia

A konfesjonał, jak wiadomo, służy do kiszenia kapusty.

– Oficer?
– Nie, jeniec.

Dżizas...

Szkoda czasu. Chyba, że ktoś sobie chce koniecznie przypomnieć aktorów z dawnych lat. Ale moim zdaniem są lepsze do tego filmy.

...w dziesięciostopniowej skali.


Varia
1. Podstawą scenariusza było opowiadanie Balzaka „Czerwona oberża”. Film nie zachęcił mnie do odszukania tekstu pisanego w bibliotece, nawet nie chciało mi się sprawdzać na chomiku. Aczkolwiek odnoszę wrażenie, że nazwisko „Taillefer” gdzieś u Balzaka spotkałem... /szybki gugiel/ Tak, spotkałem w „Ojcu Goriot” i „Jaszczurze”.
2. Leon Niemczyk dubbingowany, Kazimierz Opaliński również.
3. W epizodzie oberżystki wystąpiła Maria Żabczyńska, wdowa po Aleksandrze.
4. Nie, francuski film „Czerwona oberża” z 1951 roku (z Fernandelem m.in.) nie ma nic wspólnego z omawianym powyżej.
5. Co by tu jeszcze?... O, w głosowaniu udział wzięły kulki białe i czerwone. Białe za małżeństwem, czerwone przeciw. Nie wiem, czemu nie odwrotnie.

W tęczę Franków orzeł biały, patrząc...  skrzywił się ze smutkiem

1972
Premiera: 03.05.1972
Czas: 56 minut
Reżyseria: Jan Rutkiewicz
Scenariusz: Tadeusz Kwiatkowski (na podstawie opowiadania Honoré de Balzaka)
Obsada: Andrzej Kopiczyński, Barbara Brylska, Stanisław Jasiukiewicz, Kazimierz Opaliński, Henryk Machalica, Jerzy Matałowski, Leon Niemczyk, Bronisław Pawlik, Bogusław Sochnacki, Janusz Zakrzeński i inni.