2017-01-28

Wystrzał [1966]

Co może robić carski oficer w prowincjonalnym garnizonie? Może uczyć psa skakania przez szpadę, może krokiem izbę mierzyć, gdy zdrętwieją nogi, czytać/śpiewać romanse i pić w towarzystwie alkoholowych zmor. Ewentualnie w towarzystwie kolegów. Może też grać w karty i strzelać. Do kolegów również.

Najlepszy strzelec pułku umieścił kulę w czółku

Silvio nie był już oficerem, ale wciąż strzelał. Strzelał często, celnie i we wszystko: w ścianę, w sufit…
Wasze błagarodje, ostrożnie! – wrzeszczał Kuźma Kuźmicz, uskakując przed kulami i kuląc się za uskokiem
...w dupka żołędnego, w czerwiennego asa, między dwie głowy strzelić! Sto kroków! Nie chybić! I w sam środek paszczęki – tak mu zęby wybić. Był Silvio jak Simo Häyhä, ale w czasach pokoju i z brodą. Tylko pojedynkować się nie lubił. Pił z epoletowymi kolegami, wino im stawiał, miody co najstarsze do kielich lał, obiad z trzech dań podawał, w karty z nimi grał, fechtunku ich uczył, ale pojedynków unikał jak ognia.

Epoletowi koledzy pili jego wino, jedli jego obiady, grali w jego karty i śmiali się głośno. Nie, wróć – śmiali się się głośno, a w międzyczasie jedli, pili, grali i strzelali. Karty, alkohol i śmiech to niebezpieczna mieszanka, zwłaszcza, gdy ktoś przegrywa i robi się wrażliwy na punkcie drażliwości i odwrotnie.
– Hahaha, smatri, porucznik przegrał do Michała!
– Hohoho, wszystko przegrał!
– Hehehe, obwiesić mu się przyjdzie!
– Hahaha, Silvio siada do gry, hehehe!
– Hehehe, Silvio wygrał z Michałem, hohoho!
– Hohoho, a teraz biedny Michał twarz drze, hehehe, Silvia obraża, hahaha!
– Hahaha! Silvio go zastrzeli! Hihihi!
 
Silvio nie zastrzelił Michała.
– Hahahaha! No to chodźmy do domu, bo tu nudno, hehehe!

I poszli w stronę zachodzącego słońca zachodzącej zielonej kropki

I poszli, rozczarowani, bo jakże to tak: szampan jest, frukta są, hazard piszczy, a pojedynku nie będzie? Krew serdeczna się nie poleje, a usto bolesne nie skrzywi się w grymasie cierpienia? Oj, coś ten Silvio miętki w krzyżu, hehehe i krótki w uszach, hahaha! Oraz hohoho! Pójdźmyż zatem, pójdźmyż wszyscy do Ipanienki. 

O, to się dobrze składa – ucieszył się Silvio – Składa się bowiem tak, że muszę wyjechać. Otrzymałem list, w którym niejaki Życzliwy zawiadamia mnie, że Wiadoma Osoba coś tam, więc sami panowie rozumieją, że bywaj, dziewczę, zdrowe, albowiem gdyż.
Panowie nie zrozumieli, ale na pożegnanie zaśpiewali koledze starą wojskową pieśń pod tytułem „Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm”.

Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm… – śpiewały epolety i pekaesy, a Silvio stał z miną ponurą, a potem sobie usiadł. A potem znowu wstał. Miał bowiem w sobie tajemnicę z rodzaju tych, które nie pozwalają człowiekowi usiedzieć na miejscu, lecz gnają ich gdziesik i po cosik…

Epoletowi koledzy pośpiewali, wypili, co było, zjedli, co było i wreszcie poszli sobie, śmiejąc się do siebie nawzajem i do tajgi bezkresnej. Został tylko jeden, taki chudy, a pekaesami długimi jak wyrok za spekulację pieczywem. Jemu to Silvio opowiedział szczegóły historii o Wiadomej Osobie z listu, o swojej niechęci do pojedynków, kuligu, o śpiewach, Kwiczole przebranym za sztabskapitana, menuecie, jegrach, którzy na cel wzięli ostatniego z Horeszków (chociaż po kądzieli) i kapeluszu pełnym śliwek.
A nie deszczu? – wtrącił pogubiony trochę Głos Wewnętrzny.
Deszczu Uzała… – wymamrotała Opinia Publiczna, która nieco sobie przysnęła. 

– Trójka, siódemka, as... – wyliczała hrabina Anna Fiedotowna

W skrócie: dawno, dawno temu Silvio był wirachą, co się zowie: łydka smukła, udo mocarne, pierś wysklepiona, oko błyszczące, blizna nad brwią, broda krzywo przyklejona, ale za to z borsuczego włosia, trzy lata pan będziesz nosić i włos nie wypadnie, a w razie czego możesz pan na pędzle przerobić i malowaniem akwarel do pensji dorabiać. Panny sznurem snuły się za jego huzarskim mundurem, a on kochał i rzucał częściej niż porucznik Rżewski, pojedynków odbył więcej niż Łunin Michaił Siergiejewicz, a w spożyciu napojów wyskokowych przebił (a raczej przepił) samego Burcewa.
Wśród zbrój starych, Azefa listów... – podśpiewywał stary sługa Kuźma Kuźmicz, czyszcząc pistolety.
I nagle na drodze stanął mu jakiś młokos. Z dobrej rodziny, z większym błyskiem w oku, ze szczęściem w kartach i miłości, bez brody, zdolniejszy, ładniejszy i w ogóle. Znielubił go Silvio ze szczętem i do granic i kiedyś w końcu nie zdzierżył: rzucił słowem grubem. Młodzieniec zareagował jak na „dworianina”: przystało: lutnął Silvia w mordę, wyznaczył sekundanta… 

I stoi... rozumiesz pan... naprzeciw mnie… śliwki, swołocz… z kapelusza... wcina... – tłumaczył Silvio chudemu z pekasesami – I widzę ja... że kompletnie... w nosie... ma... czy on mnie…. trafi, czy... ja... jego. Jakiś taki... durny mi... się wydał…
Przepraszam, że się wetnę – wciął się Głos Wewnętrzny – Czemu pan sadzi te wielokropki? Zadyszka jakaś? Formalnie pana dusi na wspomnienie?
Silvio odgarnął loczek z czoła, poskrobał się po krzywo przyklejonej brodzie i okiem zamyślonym w dal spojrzał, kędy szeregi zesłańców ciągnęły, hen, ku Bajkałowi, a jęki uciskanego przez carat ludu niosły się nad wiśniowym sadem.
Nie… – powiedział – Po… prostu… jestem… polskim aktorem i…
Łza dumy zakręciła mu się w kąciku oka.
– ...i pauzą... gram... umiejętnie. Napięcie… wytwarzam… specyficzne… i pełne…
Chrrrrr… ppfffff… – czerwony odcisk dłoni na podpartej twarzy Opinii Publicznej wskazywał, że zasnęła jakiś czas temu.
...głębi.
Chudy z pekaesami nawet nie drgnął. On pauzą grał od kwadransa i do rekordu warszawskiego oddziału Związku Artystów Scen Polskich brakowało mu jeszcze dwóch minut i siedemnastu sekund.
Zrezygnowałem... ze...
Strzału? – podpowiedział Głos Wewnętrzny.
– …
ZE STRZAŁU?
Ze… strzału…. Uznałem bowiem… – Silvio podniósł się, zrobił trzy kroki w lewo, dwa w prawo, łypnął, westchnął, usiadł i zadumał się.
Że nie ma sensu strzelać do kogoś, kto jest za głupi, by znać wartość życia – wściekł się Głos Wewnętrzny, który czytał Puszkina i wiedział, jak to się skończyło – Postanowił pan poczekać, aż gówniarzowi zacznie na życiu zależeć, aż zacznie je cenić i poczuje prawdziwy lęk przed stratą, a w liście poinformowano pana, że gówniarz ze śliwkami ma zamiar się ożenić, więc jedzie pan strzelać do niego teraz.
– Tak… – westchnął Silvio pauzą – Właśnie… właśnie tak...
I pojechał. Wraz z nim pojechał wierny sługa Kuźma Kuźmicz, cała skrzynia pistoletów oraz wielokropków szeregi, prosto, długo, daleko, jako morza brzegi. Zapadła długa… pełna… niepokoju... pauza, a chór burłaków za lasem nucił ludową pieśń z czasów Jemieliana Pugaczowa: „Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm…”

– Eeeeeech... – uchnął Silvio pauzą.

Mijały lata… Nie, przepraszam bardzo, ale mam dość. Chcecie wiedzieć, jak się skończyła ta cała historia? To nie oglądajcie filmu. Poważnie. Nowelka Aleksandra Puszkina „Wystrzał” na podstawie której nakręcono ten film, jest króciutka, łyka się ją w parę minut i w dodatku można ja znaleźć w sieci. Sięgnijcie więc i sami się dowiedzcie. Film trwa siedemdziesiąt dwie minuty… SIEDEMDZIESIĄT DWIE MINUTY! Nie wiem, czemu – może za pełny metraż płacili od 70 wzwyż? Święta szły, wszyscy chcieli zarobić, więc twórcy rozdęli wszystko poza granice rozsądku i przyzwoitości, wetknęli pieśni, kulig, wróżenie z ręki i menueta, dosypali dwa kilogramy Pauz Znaczących, trzy kilogramy Znaczących Spojrzeń, chodzenie z kąta w kąt i od drzwi do drzwi, pejzaże bezkresne…

Kruca bomba, niedobze, panie rezyseze – podrapał się w łysinkę kierownik planu – Brakuje jeszcze dziewięciu minut.
Kochani państwo, proszę o uwagę – reżyser zaklaskał w dłonie, by było go więcej – Doceniając państwa dotychczasową pracę, muszę zaapelować o wzmożony wysiłek. Dokleimy wierzby, drugi kulig i księcia Bołkońskiego pod dębem, ale państwo też jeszcze muszą dołożyć trochę od siebie, a pan, panie Ignacy musi wypocić przynajmniej półtora litra w targających pana postacią emocjach.
Grający dwie role – Silvia i gówniarza ze śliwkami – Ignacy Gogolewski pocił się bardzo, drugi plan dołożył pauzy, inspicjent rozpędzał konie, gdzie w śniegach nocny wilka trop i zaspy po pas...
Skacz, jak ci każę! Będę patrzył jak skaczesz! – wrzeszczał inspicjent.
...i wreszcie udało się. Z napisami wyszły siedemdziesiąt dwie minuty. Pełny metraż. Premie. Wczasy w Międzyzdrojach. Kolczyki z Jabloneksu. Spłacone raty w ORS-ie. Koniec.

– Haha i hohoho! – cieszył się oficer rotny, pan Nikita Ryków.

25 minut – tyle to powinno trwać, 40 minut – tyle ewentualnie mogło trwać. Trwało 72 minuty i przepraszam, nie wiem, po co. Nie kupuję argumentów o „oddawaniu nastroju”, „cyzelowaniu scen”, „przekładaniu narracji literackiej na język filmu”. Mogła być sympatyczna nowelka, wyszła nudna, sztuczna, napchania pakułami kicha. Do aktorów trudno mieć nawet pretensje – grali to, co kazał reżyser – ale z obecnej na planie gromady zapamiętałem Ignacego Gogolewskiego, który grał dwie główne role i nieźle wyszło mu ich zróżnicowanie, choć musiał walczyć nie tylko z pomysłami reżysera, ale i z niechlujną charakteryzacją, Henryka Bąka, bo to aktor szczególny i obdarzony specyficznym timbrem głosu, dzięki czemu przebija się przez oficerskie tło oraz Janusza Kłosińskiego, ale nie ze względu na grę, tylko na fakt, że został zdubbingowany i obcy głos gryzł mi się z jego twarzą.
I Igora Śmałowskiego – dodał Głos Wewnętrzny – Miał śmieszne wąsy i był wyluzowanie dystyngowany.
Chyba dystyngowanie wyluzowany?
Tak, to też.

Charakteryzacja z rozmachem, ale nieco niechlujna, kostiumy pożyczono z teatru, grę aktorską również, a muzyka Waldemara Kazaneckiego była jak serce z piosenki Janusza Komana i Marka Dutkiewicza i „kołysało do snu”.
Nie warto.

W konkursie na najnudniejszy film obejrzany w roku 2017 "Wystrzał" zajmuje miejsce...


VARIA
Nawet mi się nie chce myśleć i szukać. Bo co, że w filmie mignęły Karolina Lubieńska i Bożena Kurowska? No, mignęły. Że w oryginale irytujący młodzian w czasie pojedynku nie żarł z kapelusza śliwek i nie rzucał pestek za siebie, tylko wsuwał czereśnie, a pestkami pluł w kierunku Silvia? Och, cóż za difręs… Że Jerzy Antczak dostał za „Wystrzał” „Brązowego Ramzesa” na telewizyjnym festiwalu  w Kairze? No, dostał, ale to przecież Egipt, a w filmie Antczaka było dużo śniegu.

============
Wystrzał
Premiera:
1966.04.18
Czas: 72 minuty
Reżyseria: Jerzy Antczak
Scenariusz: Jerzy Antczak, Seweryn Pollak
Obsada: Ignacy Gogolewski, Janusz Kłosiński, Iwa Młodnicka, Andrzej Żarnecki, Henryk Bąk, Igor Śmiałowski, Bogusz Bilewski, Tadeusz Cygler, Anna Milewska i inni

2017-01-12

Na granicy [2016]

No, po takim filmie na pewno nie rzucę wszystkiego i nie wyjadę w Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Bo tam śnieg, wiatr, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze.
– Baby, it’s cold outside...
Brody ich długie, kręcone wąsiska...
Ale zacznijmy od początku.

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej...”

Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem – powiedział ojciec do swoich dwóch synów, z których jeden wyglądał psychopatycznie, drugi wyglądał bezbarwnie, a obaj byli chudzi – Pójdźcie, ja was uczyć każę.
I poszli. Znaczy, pojechali. W Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Albowiem ojciec postanowił nauczyć synów życia, nauczyć ich, co to znaczy „być mężczyzną”. I uczył, że ojacie. Że kiedy jest ciemno, a droga należy do chechnastej kategorii odśnieżania, to jedziemy 25 km/h, że Radio Maryja ma zasięg wszędzie, że sarny latają, a kiedy wylądują, to trzeba je nożem w aortę, że kiedy się idzie w góry, to najlepiej ubrać się jak na wypad na Zbawiksa...
– Baby, it’s cold outside...
...że jak to, kurna, z ojcem się nie napijesz? Chośśtu, kurna, bier te szklane i bąś męszy... męszysnom bąśś!

– All the neighbors might think...
– But baby, it's bad out there...
– Say, what's in this drink?
– No cabs to be had out there.


Cabs rzeczywiście nie było. Było zaśnieżone zadupie, na którym wiatr wygrywał heavy metale, ale na którym śniegu nie podnosił (z wyjątkiem miejsc, w których wiecznie drugi Adaś Miauczyński rozsypywał styropian dla efektu), gałęzie drzew zaś się nie poruszały, bo zapewne zamarzły ze zdziwienia. I był zadyszany facet, który mamrocząc wpadł do stanicy i padł, jako drzewo ścięte pada, a wzrok dziki, suknia plugawa...
– Krew?
Nie, kurde, rodzynki w koszyku! Oczywiście, że krew, dużo krwi.
– Co chyłkiem płynie w głębi ciała, które kryje się po ciemnych korytarzach! W alkoholu! W ustach kobiet – krew! – Głos Wewnętrzny rozśpiewał się masowo.

Wzrok, lustro duszy, widzi wszystko nawet we śnie... ale nie wszystko rozumie. Nawet na jawie.

W wąwozie, w wąwozie – mamrotał zakrwawiony brodacz, który po pobieżnym badaniu palpacyjnym okazał niepodzurawiony, ergo to nie jego krew, ergo czyjaś, ergo ktoś jeszcze jest ranny, ergo chyba ktoś powinien udać się do tego wąwozu i sprawdzić, czy ranni nie potrzebują pomocy.
Ja! – zakrzyknął w głos Koziołek, co miał maleńką białą bródkę...
Nie, lepiej ja – powiedział ojciec – Jestem pracownikiem Straży Granicznej, okolicę znam, fiordy mi z ręki jedzą i jako jedyny nam zarękawki na nogawkach, więc śnieg mi się do butów nie nasypie. A wy, dziatki moje, skujcie tego rannego, bo coś mi podejrzanie wygląda, siadajcie do radiostacji i wiecie: ja Grab-3, ja Grab-3, jak mnie słyszysz, odbiór? Wywołujcie wujka Ferdka z centrali.
I poszedł.
Baby, it’s cold outside...
Ot, tak, czapeczka na głowę, zarękawki na łydki i poszedł. Żadnego plecaka, żadnej apteczki – nic. Jak do kiosku po gazetę, a nie do wąwozu hen, daleko, za mgłą. Brodaty przesiąknięty był czyjąś krwią, ale po co strażnikowi-ratownikowi bandaże, glukoza, plastry czy coś?
Wziął pistolet – zauważył Gos Wewnętrzny.
Aha, że niby „Bądź mężczyzną! Nie opatruj – dobijaj”? No to tym bardziej nie pojadę w Bieszczady.

A co zrobili synowie? Synowie, oczywiście, zrobili ojcu wbrew. Przy radiostacji posiedzieli kwadrans, a potem im się znudziło, brodatego rozkuli i dali mu się pobić, a w międzyczasie jeszcze bawili się nożem i jeden pociął drugiego.
To ile oni mieli lat? Siedem? – zdziwił się Głos Wewnętrzny.
Z wyglądu jeden miał ze dwadzieścia, a drugi czternaście, ale możliwe że było odwrotnie albo że obaj mieli po piętnaście, a łoili z ojcem gołdę i jarali mentole because of dziedziczna patologia.

Cześć, mam na imię Wojtek i też mam dwanaście lat...

I co dalej?
Dalej napięcie, bluzgi (blugów więcej niż napięcia), wujek Ferdek na skuterku, zwłoki, śnieg (śniegu więcej niż zwłok), strzały znikąd, staczająca się zielona furgonetka (pewnie prowadziła niezdrowy tryb życia i nie miała hamulców moralnych), kanister, wiatr, który z przeraźliwym wizgiem muskał gałązki tej smukłej brzózki.
Ja nie jestem brzózką!
Wiem. A zresztą wiatr i tak dograno w studio.
– Baby, it’s cold outside...
Nie, nie było. Kiedy jest zimno, to para idzie z ust, a ludzie bez rękawiczek odmrażają sobie ręce, albo chociaż troszkę dygoczą.
– Brodacz dygotał.
Brodacz tak, ale nim trzepały emocje i stan ogólnego wkurwu rozżalenia na świat. Reszta nie dygotała. A jedna taka to nie dygotała nawet, kiedy wylazła ze strumienia, do którego wpadła. Zimą. Kiedy „it’s cold outside”.

A ojciec?
Dziatki sprawiły, że uszedł cało, darzyły go życiem i zdrowiem… No, zdrowiem to niekoniecznie, bo brodaty lekko go przeperforował przy użyciu broni palnej. Ale uszedł cało, z dumą spoglądając na synów, którzy okazali się mężczyznami, co było głupie bardzo, bo właśnie, że nie się okazali. Płakali, smarkali, licytowali się, kto postąpi głupiej, a że ostatecznie utłukli bedgaja?… Cóż, młodszy oblał go benzyną i podpalił, co w normalnych warunkach skończyłoby się sfajczeniem calej chałupy i obecnych w niej (nieprzytomny starszy i perforowany ojciec nie daliby rady wyjść sami, a młodszy nawet gdyby zdążył wyciągnąć, to tylko jednego z nich), a starszy dokonał tylko zbezczeszczenia zwłok, co IMHO nie świadczy o nadmiernych pokładach męskości, a raczej o podlanym kompleksami zwyrolstwie. Albo o podlanych zwyrolstwem kompleksach – jak kto woli.

A gdybyśmy spojrzeli na to z innej perspektywy?

Aktorsko bardzo przeciętnie. Andrzej Chyra zagrał Andrzeja Chyrę, Andrzej Grabowski zagrał to, co grywa od paru lat minus sceny filozofowania, Janusz Chabior też poleciał schematem. Synowie byli beznadziejni i tu westchnienie rozczarowania pod adresem reżysera oraz osoby odpowiedzialnej za casting. I tak, pamiętam, że chwaliłem Bartosza Bielenię za „Disco Polo”, ale w „Na granicy” pasował jak wół do nosa… yyy… pięść do karety?… No, w sumie tak właśnie pasował. Znaczy, że wcale. Cały czas spodziewałem się, że mu coś odpali, że rzuci się z nożem na ojca i rozwiesi jego wątpia na ścianach, że bratem udekoruje stodołę, a Dorocińskiemu zdejmie skalp i zrobi sobie z niego czapkę a’la Davy Crockett, a tu kicha – anorektyczny aniołecek, boleść chodząca i wnętrze rozpaczą stargane. Nie był gorszy od Kuby Henriksena (żaden wyczyn), ale kamaan, sama twarz to za mało – trzeba nią jeszcze coś zagrać. A obsadzanie wg konceptu: „bo on ma niepokojący wyraz twarzy” to dopiero początek, bo to „niepokojenie” powinno być po coś i do czegoś postać prowadzić. Tutaj było, żeby było i nic poza tym.

Wszystko się trzyma na Marcinie Dorocińskim. Póki go nie ma – jest nijako, pojawia się – film się zaczyna i nie, nie dlatego, że jest brodaty, zakrwawiony, a w plecaku ma pistolet. Po prostu od momentu, w którym się pojawia, coś się dzieje fabularnie i coś się dzieje aktorsko. I żeby jeszcze Marcin Dorociński tworzył wielką kreację, która śnić się będzie widzom do wiosny… Ale nie – Marcin Dorociński po prostu gra porządnie i tyle wystarczy, żeby posłać na drzewo…
Ja nie jestem brzózką!
… resztę obsady.

– Kto na mnie jednym okiem spojrzy, cholerny strach zaraz nim siepie – powiedział Sarka-Farka

Miał być thriller i w sumie był. Przez szpary w scenariuszu wiało, co prawda, jak na połoninach, niedoróbki na planie widać było często (w samej tylko scenie z podpalaniem ze cztery solidne by się znalazły), niepotrzebne pretensjonalności wyskakiwały z drugiego planu i machały kosmatymi łapkami, ale… ale, kurczę, przy odrobinie dobrej woli i bez nadmiernych oczekiwań wobec (to jednak polskie kino, heloł), dało się to oglądać bez większego bólu zębów. Klimat jakiś był, kameralność zdała egzamin, muzyka momentami dodawała nastroju, zdjęcia były więcej niż przyzwoite (choć wnętrza wyszły dużo lepiej niż plenery – plenery był bezbarwne) i nawet dźwięk dopracowano zdecydowanie powyżej polskiej przeciętnej i choć to w sumie niezbyt wielka sztuka, bo polska przeciętna… takie niedomówienie… to warto fakt zauważyć. OK, raziło nadużywanie przez dźwiękowców wiatru, a znawcy gatunku uparliby się, że w porządnym amerykańskim thrillerze martwy bedgaj jeszcze ze dwa razy wracałby z gumna, próbując dokonać rywendżu i zanim ostatecznie wyzionąłby ducha, utłukłby jednego z braci, albo chociaż ojca, ale tak się możemy czepiać do ukichania, a tu przecież mamy do czynienia z debiutem i to debiutem w trudnym gatunku, więc może sobie oszczędźmy. Moim skromnym zdaniem…
I moim również – powiedziało Moje Skromne Zdanie.
„Na granicy” w swojej dyscyplinie wypadło lepiej niż na przykład taki „Jeziorak” w swojej. Ciut lepiej, ale jednak.

Szału nie było, ale wstydu też nie ma. Nie, że od razu „warto”, ale w razie czego ewentualnie można.

Casper, do domu, duszku zatracony! Kolacja czeka!


VARIA
1. Twórcy filmu bronią się przed twierdzeniami, że żerują na popularności „Watahy” (o, to „Wataha” była popularna?), przypominając, że prace nad „Na granicy” zaczęli o wiele wcześniej niż ekipa serialu, a wniosek o dofinansowanie złożyli w PISF w 2012 roku.
2. „Większość ujęć kręciliśmy nocą w okolicach Tarnawy Niżnej, Mucznego i doliny Tyskowej” – pozostaje mi przyjąć na wiarę, bo Bieszczady znam słabiej niż twórczość Gottloba Frege. Nie, przepraszam, znam tak samo słabo – wiem, że jedno i drugie istnieje i że są tacy, których jedno lub drugie fascynuje.
3. Autorem zdjęć był Łukasz Żal, nominowany do Oscara za zdjęcia do „Idy”. W „Na granicy” chciał kręcić „w kontrze” do filmu Pawła Pawlikowskiego i chyba mu się to udało – za zdjęcia do „Na granicy” nominacji do Oscara nie dostanie na pewno.
4. Żartować, że zamiast nijakiego Kuby Henriksena do roli syna, trzeba było zatrudnić Lance’a Henriksena do roli dziadka? Eee, nie będę – to by było pójście na łatwiznę.

Miejscowe studio postprodukcji dysponowało najnowocześniejszym sprzętem firmy Rzęchex


============
Na granicy
Premiera: 2016.02.19
Czas: 92 minuty
Reżyseria: Wojciech Kasperski
Scenariusz: Wojciech Kasperski
Obsada: Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Grabowski, Bartosz Bielenia, Kuba Henriksen, Severina Špakovska, Janusz Chabior i inni.
Dofinansowanie PISF:
było – w 2013 roku PISF przyznał filmowi dotację w wysokości 2 000 000 złotych. Czy potem dołożył coś jeszcze w formie „zwyżki do” czy dofinansowania reklam lub wykonania kopii – nie wiem.

2017-01-04

Z tamtej strony tęczy [1973]

Pani doktor jest twarda i zorganizowana. Sąsiadom w „komunałce” nie daje wchodzić sobie na głowę, w pracy życie ludzkie w twardych dłoniach trzyma, siostrę nieletnią wychowuje i na ludzi wykierowuje, mecenasa bzyka regularnie w sposób wyzwolony i jeszcze w międzyczasie zdołała zaliczyć roczny staż w USA. Aż tu nagle pojawia się dylemat…

Chię dobchy, jechchę fochoghachę i chocham pają bachcho

Dylemat ma dwadzieścia i może ewentualnie jeszcze ze dwa lata, aparat fotograficzny, maślano-zakochane oczy i wolną chatę. Oraz w związku z zaistniałą sytuacją... no, że znaleźli się tutaj jako przedstawiciele dwóch płci, bądź, co bądź... Jako humanista chciał zaproponować powrót do bardziej tradycyjnej metody kontaktu między dwoma osobnikami odmiennej płci.
Y?
Podejrzewam, że kocham panią. I chciałbym to sprawdzić, o ile się da, oczywiście – fotograf poleciał taką romantycznością, że mnie dyszel pękł przy samej szrubie, a pani doktor zakrztusiła się koniaczkiem.
Ale właściwie, czemu nie? – pomyślała pani doktor. Była przecież wolna, atrakcyjna, w wieku odpowiednim. Mecenas, choć pościelowo sprawny, to maminsynek z kompleksami, siostra okazała się zimną, nowoczesną suczą i cały życiowy plan pt. „muszę się nią zająć, bo mi bidula z głodu umrze i na złą drogę zejdzie” mogła sobie pani doktor potłuc o kant… znaczy, o kant nie bardzo mogła, bo zbudowana była zacnie i składała się raczej z apetycznych zaokrągleń. Enyłej, plan lądował w koszu, bo siedemnastoletnia siostra świat postrzegała w kategoriach prostych i skutecznych: seks uprawia się bezstresowo i w pościeli, a nie ryzykownie po krzakach, obiekt uprawiania jest raczej nieważny, bo oprzeć można się tylko na sobie. Najpierw matura, potem jakaś szybka praca, ale krótka, bo celem jest wyjazd do Szwajcarii albo do Wiednia (po coś się kuje te języki wieczorami).
Bój się Boga dziecko – jęknęła pani doktor – Przecież całe życie się starałam...
I zaraz mi powiesz, że nie wyszłaś za mąż, bo masz mnie w domu i ciągle myślisz o tym, czy ja zjadłam kolację – przewidziała nieletnia.
No, mniej więcej to i mniej więcej dlatego…
To wszystko bujda – prychnęła siostra – Nie wyszłaś za mąż, bo wciąż myślisz że jesteś młoda, że jeszcze coś  się zdarzy i jeszcze jest czas.

Znacie takie sytuacje, w której wasze długo i mozolnie budowane alibi na życie dostaje mocny strzał między oczy, spadają wam gacie i stoicie bezradni, świecąc gołą, zdemaskowaną dupą mentalną? Znacie, znacie – nie oszukujmy się, wszyscy znamy. Pani doktor też poznała i stanęła, świecąc.

Matkoboska, okulary mi spuchły!

I właśnie wtedy pojawił ten Dylemat – młody, zdolny, zakochany po czubek nosa, łażący krok w krok i całujący ślady stóp na trotuarach. Ach, och, jęk i świat pani doktor nieznany, świat atrakcyjny w swej egzotyce wiejskich komunii, sesji fotograficznych nad truchełkiem pradziadka lub w stadninie koni. Kosztowała więc lekarka uroków życia z młodym zakochanym fotografem, kosztowała uroków życia z nudnym, ale stabilnym mecenasem, między nich wetknęła miłosne wspomnienia i połamanego życiowo pacjenta. Połamanego psychicznie i połamanego cieleśnie – pacjent bawił się w komara:  z dębu spadł, złamał sobie w krzyżu gnat. Oraz parę innych gnatów również. Tu rozterki, tam orgazmy, tu wciąż swobodna teraźniejszość, tam przyszłość, o której trzeba pomyśleć, bo kiedy się ma… Hmm, ile właściwie lat ma bohaterka? Jest po studiach medycznych, po stażu w Usiech, z mocną pozycją w pracy, siostra ma siedemnaście… Okolice trzydziestki, bym powiedział. Co w 2017 brzmi nieco zabawnie, bo dziś kobieta w tym wieku to pełnia rozkwitu, pełnia możliwości, optymistyczny libizlm..
Y?
Liblizm. Od Libli. „Świat należy do nas”. Kamaaan, nie czytaliście Kuttnera?
Y?
Boszzz… Dobra, nieważne. Pani doktor staje więc przed wyborem: młody, zdolny, zakochany, dynamiczny, ale z majątkiem składającym się z 3 aparatów fotograficznych, 4 kuwet (ale żadnej dla kota), powiększalnika, pary dżinsów i przyzwoitego, choć wciąż niezbyt imponującego portfolio czy może mecenas, też niezły w łóżku, ale maminsynkowaty, zakompleksiony i przeciętny do bólu, ale pościelowo wciąż sprawny, a poza tym nazwisko, pozycja, Wartburg, mieszkanie w Gdyni (z dystyngowaną mamusią, i synusiem-lalusiem z poprzedniego małżeństwa ale za to duże i z widokiem), działka, te rzeczy. Stabilizacja, czy szczęście? Uroczo tu i teraz, czy spokojnie tu i potem? Co byście wybrały, drogie czytelniczki? 
...
Taaak? Naprawdę?
A jak myślicie, co wybrała pani doktor? I czy zakończenie nie wskazuje czasem, że dokonany przez nią wybór jest wyborem jedynie doraźnym i oficjalnym?

Piecyki gazowe (zawsze w parze) występują w filmie częściej niż sensowni mężczyźni

Niby zwykły film, ale gdyby tak mocniej poskrobać, to wychodzą całkiem ciekawe problemy. Pani doktor niby się poświęca dla wychowania siostry, związki przy ołtarzu składa na ołtarzu miłości ponad-siostrzanej, co Matką Polka nieco trąca, ale przecież nie zamyka się w klasztorze rodziny, czerni nie zakłada i nie ogranicza się do trasy praca-dom, praca-dom. Przeciwnie – tu kogoś bzyknie, tam wyskoczy do lokalu kategorii S, ówdzie na rok do Stanów wyjedzie (i kto się wtedy nieletnią siostrą zajmował, przepraszam bardzo?) Pełnia życia i to pełnia bez zobowiązań, bez komplikujących życie kompromisów. Gdyby takie życie pędził mężczyzna, to OK, ale tu mamy rok 1972, młodą atrakcyjną kobietę z pozycją zawodową, co w tradycyjnym społeczeństwie niekonieczne „pozwala na”, a raczej tym bardziej zobowiązuje „żeby nie”. 

Także młodsza siostra wymyka się gomułkowskim stereotypom obyczajowym – to nie buntowniczka z plecaczkiem, książeczką autostopu, koralikami we włosach, które potargał wiatr, tylko lodowato wyrachowana obywatela świata nowoczesnego, jakby wyjęta z korporacyjnych opowieści lat 90. Nie, nawet nie lat 90. – wtedy jeszcze obowiązywał pionierski entuzjazm, mit pucybuta, takie tak ćmoje-boje. Późniejszych lat – gdy złudzenie nie istniały, na przypadek miejsca nie było, karierę/życie się planowało i realizowało metodycznie. I taka jest właśnie ta młodsza siostra – chłodna, opanowana, tu kroczek, tam dwa, tu etap na drodze do celu, ówdzie rozsądne podejście do życia seksualnego, które stara się prowadzić regularnie i bezstresowo, bo higiena psychiczna jest równie ważna jak fizyczna, a tryb życia jest jak dieta – liczą się bilans, balans i regularne wypróżnianie. 

Za chwilę wystąpią cycki. Też w parze.

Zresztą w ogóle postaci kobiecie są w „Z tamtej stronie tęczy” ciekawsze. Ot, choćby koleżanka Teresy – trenerka siatkówki: atrakcyjna, dynamiczna, zona trenera piłkarzy który „w zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać”. Albo matka mecenasa – dostojna staruszka, która najpierw syna wyprowadziła na ludzi, a teraz na ludzi wyprowadza wnuka. OK, obaj są przez nią nieźle skrzywieni i tak naprawdę to straszne ciapy, lane pewnie przez kolegów w szkole, pozbawiane drugich śniadań i jako ostatnie wybierane do grania w piłkę (chyba, że liczba graczy była nieparzysta – wtedy z ulgą odsyłało się takich ciapciaków na ławkę), ale w życiu sobie poradzą: zostaną prawnikami, architektami, dentystami, kupią sobie wartburga, postawią pół bliźniaka… Mężczyźni w filmie… cóż, cytując młodszą siostrę „są w zasadzie nieważni”, zdefiniowani niemal wyłącznie przez zderzenie z kobietami (głównie z Teresą) i nakreśleni niezbyt sympatycznie. Gapią się na dekolty, ślinią się do własnych marzeń... Wymykają się temu spojrzeniu jedynie młody fotograf i tajemniczy pacjent w gipsie, przy czym ten drugi właśnie dlatego, że w gipsie, przez co gapi się jedynie w sufit, a ślini się odruchowo i pooperacyjnie

Aktorsko przyzwoicie – bez wielkich kreacji, ale i  bez bólu zębów. Aleksandra Zawieruszanka  balansuje między poczuciem obowiązku, a własnymi pragnieniami, skrzywieniem ust dodając postaci lekko antypatycznego rysu, który możemy sobie czytać jako wrodzoną cechę charakteru, ale również jako rodzaj pancerza, odgradzającego ją od świata, chroniącego przed nim. Wychodzi całkiem zgrabna nieczytelność, dwuznaczność, pozwalająca aktorce grać, a widzowi na rożne sposoby czytać postać. Jerzy Góralczyk próbował grać młodego zakochanego, ale wychodziło mu to średnio, a kiedy już wychodziło, to psuł to w postsynchronach.  Jan Machulski był  płaski, ale taka była jego postać, więc wyszło w porządku. Mariola Kukuła  w roli cynicznej siostry ani ni zachwyciła, ani nie raziła – zagrała co miała zagrać, błysnęła biustem, a w postsynchronach – w przeciwieństwie do Jerzego Góralczyka – sporo dodała (i tu bym zapytał o dubbing, ale zostawię to sobie do „Varia”). Zofia Małynicz była posągowa, Tadeusz Borowski sympatyczny, Tadeusz Janczar uroczy – wszystko zgodnie z instrukcją obsługi. Znacznie ciekawiej wypadli sąsiedzi z „komunałki”: Barbara Bargiełowska, Henryk Hunko i Krzysztof Kowalewski – dwie sceny, jakiś szkic, jakiś detal i już się ich zapamiętywało. 

"Obudziłam się później niż zwykle, nie wstałam z łóżka, w radio była muzyka..."

Nierówna muzyka Włodzimierza Nahornego – przez większość filmu trzymała klimat, ale od czasu do czasu zdarzały się fragmenty wręcz nieznośnie irytujące. Scenografia przeciętna, bo normalna (i odwrotnie), a montaż niezdecydowany, ale już z takim nerwowym sznytem lat 70. Zdjęcia już mocno spłowiałe, praca kamery przeciętna, ale parę ujęć ciekawych i może wartych osobnego omówienia.

Kino wczesnego Gierka – jeszcze nie „moralny niepokój” chociaż... może jednak już? Tyle że nie jest to niepokój związany z władzą, społeczeństwem, misją inteligencji w świecie..
...świeeeeeecie nasz! Daj nam w jasnym dniu oczekiwaaaanie! – dramatyzowały głośniki.
...ale niepokój naprawdę moralny, związany z tu i teraz, z decyzjami dotyczącymi nas i bliskich, na dziś i na jutro.
Że niby kobiece jest codzienne, realne i ważne, a męskie  buja w chmurach i wydziwia na tematy w gruncie rzeczy dęte – domyślała się Opinia Publiczna.
Nie do końca, ale mniej więcej.

Nie wiem, czy warto, ale na pewno można. 

Przerzedza ci się, kochanie, i chyba odrobinę przetłuszcza... Zmień szampon.


VARIA 
1. W roli drugoplanowej wystąpiło Trójmiasto: Długi Targ rozpozna każdy nawet po ciemku, nabrzeże w Gdyni też rozpoznawalne, młody fotograf mieszka w falowcu na Przymorzu, pani doktor do pracy jeździ SKM-ką (stację Gdańsk Politechnika można rozpoznać po… No, kto wie, po czym?… Brawo: po napisie „Gdańsk Politechnika”). Kina nie rozpoznałem, w przypadku paru plenerów mam wątpliwości, bo za słabo znam Gdańsk.
2. Wokalizę wykonała Ewa Wanat, ale nie, drogie, dziatki i dzierlatki, nie ta dziennikarka z TOK FM, tylko wokalistka jazzowa z Novi Singers i nie mówcie mi, że nie znacie, bo znać powinniście, a w erze Youtube’a czy innych Chomików w każdej chwili znać możecie. W scenie w klubie za plecami Ewy Wanat, przy pianinie siedzi kompozytor Włodzimierz Nahorny. Basisty nie rozpoznałem.
3. Ewa Wanat I Włodzimierz Nahorny obecni są też na początku filmu, gdy Teresa wraca do domu SKM-ką – zanim wsiądzie do wagony, przepuszcza, wysiadająca z niego piosenkarkę. A Włodzimierz Nahorny obecny jest pod postacią płyty, którą trzyma w ręce Teresa. Sądząc po okładce jest to nagrany w 1970 roku „Jej portret”.
4. W obsadzie zauważyłem nazwisko Lecha Łotockiego – oglądam, oglądam… Wzrok mi się popsuł czy go wycięli? Co się robi w takich przypadkach? Idzie się na stronę Fototeki, wbija się tytuł i przegląda się fotosy z filmu. Po dłuższej chwili (spędzonej na gapieniu się na negliże Aleksandry Zawieruszanki) trafiam na odpowiednie zdjęcie – Lech Łotocki gra chłopaka siostry i to jego plecy widzimy w scenie, gdy Teresa zastaje młodszą in flagranti.  Takie interesujące nawiązanie do młodszego o dwa lata filmu „Kto wierzy w bociany?” małżeństwa Stawińskich, w którym główne role zagrali Lech Łotocki i występująca w „Z tamtej strony tęczy” jako młodsza siostra Teresy, Mariola Kukuła.
5. O, właśnie: Mariola Kukuła – podobnie jak w „Kto wierzy w bociany?” nie mogę pozbyć się wrażenia, że jej postać została została zdubbingowana, ale nie mogę też rozpoznać głosu. Jolanta Zykun? Czy może tylko mi się wydaje?
6. Mieszkanie sióstr to 2 pokoje w przedwojennej kamienicy, w mieszkaniu dzielonym z innymi lokatorami. Ze słów młodszej siostry wynika, że „kiedyś całe było nasze”, więc pewnie po śmierci rodziców kwaterunek „dogęścił”. Ale tak sobie myślę: jest rok 1972, główna bohaterka była na rocznym stażu w Usiech,  dolarowy przelicznik wynosił wtedy… ile wynosił, a gdyby liczyć po kursie czarnorynkowym, to trzeba by przemnożyć razy "ojacie”. I co. Ani mieszkania, ani samochodu, ani „wykupienia” lokatorów? To na co poszły te zaoszczędzone zielone? Na serki topione i klipsy?
7.  „W zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać. Dzisiaj wykopują ich w Słupsku – przyjedzie i powie, że intrygi”. No to rzecz musi dotyczyć sezonu 1971/72, bo po tym sezonie Gryf Słupsk spadł do IV ligi. Czyli drużyna męża siatkarki spadła z I ligi do II w sezonie 1969/70 i z II ligi do III w sezonie 1970/1971… zgrzyt, zgrzyt…  Tadaaaam! Mąż siatkarki trenował Cracovię (nawet narzekanie na układy i intrygi pasuje). Tyle, że w tamtych czasach III liga podzielona była na 4 grupy regionalne i Cracovia nie miała szans zagrać w lidze z Gryfem. Ale może to był mecz Pucharu Polski. A tak swoją drogą, Cracovia po tym sezonie spadła jeszcze niżej.

No to jeszcze pamiątkowa fotka na Fejsa...


============
Z tamtej strony tęczy

Premiera: 06.04.1973
Czas: 87 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz:
Andrzej Jerzy Piotrowski
Obsada: Aleksandra Zawieruszanka, Jerzy Góralczyk, Jan Machulski, Mariola Kukuła, Barbara Bargiełowska, Tadeusz Borowski, Krzysztof Kowalewski, Henryk Hunko i inni