2017-01-12

Na granicy [2016]

No, po takim filmie na pewno nie rzucę wszystkiego i nie wyjadę w Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Bo tam śnieg, wiatr, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze.
– Baby, it’s cold outside...
Brody ich długie, kręcone wąsiska...
Ale zacznijmy od początku.

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej...”

Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem – powiedział ojciec do swoich dwóch synów, z których jeden wyglądał psychopatycznie, drugi wyglądał bezbarwnie, a obaj byli chudzi – Pójdźcie, ja was uczyć każę.
I poszli. Znaczy, pojechali. W Bieszczady.
– Baby, it’s cold outside...
Albowiem ojciec postanowił nauczyć synów życia, nauczyć ich, co to znaczy „być mężczyzną”. I uczył, że ojacie. Że kiedy jest ciemno, a droga należy do chechnastej kategorii odśnieżania, to jedziemy 25 km/h, że Radio Maryja ma zasięg wszędzie, że sarny latają, a kiedy wylądują, to trzeba je nożem w aortę, że kiedy się idzie w góry, to najlepiej ubrać się jak na wypad na Zbawiksa...
– Baby, it’s cold outside...
...że jak to, kurna, z ojcem się nie napijesz? Chośśtu, kurna, bier te szklane i bąś męszy... męszysnom bąśś!

– All the neighbors might think...
– But baby, it's bad out there...
– Say, what's in this drink?
– No cabs to be had out there.


Cabs rzeczywiście nie było. Było zaśnieżone zadupie, na którym wiatr wygrywał heavy metale, ale na którym śniegu nie podnosił (z wyjątkiem miejsc, w których wiecznie drugi Adaś Miauczyński rozsypywał styropian dla efektu), gałęzie drzew zaś się nie poruszały, bo zapewne zamarzły ze zdziwienia. I był zadyszany facet, który mamrocząc wpadł do stanicy i padł, jako drzewo ścięte pada, a wzrok dziki, suknia plugawa...
– Krew?
Nie, kurde, rodzynki w koszyku! Oczywiście, że krew, dużo krwi.
– Co chyłkiem płynie w głębi ciała, które kryje się po ciemnych korytarzach! W alkoholu! W ustach kobiet – krew! – Głos Wewnętrzny rozśpiewał się masowo.

Wzrok, lustro duszy, widzi wszystko nawet we śnie... ale nie wszystko rozumie. Nawet na jawie.

W wąwozie, w wąwozie – mamrotał zakrwawiony brodacz, który po pobieżnym badaniu palpacyjnym okazał niepodzurawiony, ergo to nie jego krew, ergo czyjaś, ergo ktoś jeszcze jest ranny, ergo chyba ktoś powinien udać się do tego wąwozu i sprawdzić, czy ranni nie potrzebują pomocy.
Ja! – zakrzyknął w głos Koziołek, co miał maleńką białą bródkę...
Nie, lepiej ja – powiedział ojciec – Jestem pracownikiem Straży Granicznej, okolicę znam, fiordy mi z ręki jedzą i jako jedyny nam zarękawki na nogawkach, więc śnieg mi się do butów nie nasypie. A wy, dziatki moje, skujcie tego rannego, bo coś mi podejrzanie wygląda, siadajcie do radiostacji i wiecie: ja Grab-3, ja Grab-3, jak mnie słyszysz, odbiór? Wywołujcie wujka Ferdka z centrali.
I poszedł.
Baby, it’s cold outside...
Ot, tak, czapeczka na głowę, zarękawki na łydki i poszedł. Żadnego plecaka, żadnej apteczki – nic. Jak do kiosku po gazetę, a nie do wąwozu hen, daleko, za mgłą. Brodaty przesiąknięty był czyjąś krwią, ale po co strażnikowi-ratownikowi bandaże, glukoza, plastry czy coś?
Wziął pistolet – zauważył Gos Wewnętrzny.
Aha, że niby „Bądź mężczyzną! Nie opatruj – dobijaj”? No to tym bardziej nie pojadę w Bieszczady.

A co zrobili synowie? Synowie, oczywiście, zrobili ojcu wbrew. Przy radiostacji posiedzieli kwadrans, a potem im się znudziło, brodatego rozkuli i dali mu się pobić, a w międzyczasie jeszcze bawili się nożem i jeden pociął drugiego.
To ile oni mieli lat? Siedem? – zdziwił się Głos Wewnętrzny.
Z wyglądu jeden miał ze dwadzieścia, a drugi czternaście, ale możliwe że było odwrotnie albo że obaj mieli po piętnaście, a łoili z ojcem gołdę i jarali mentole because of dziedziczna patologia.

Cześć, mam na imię Wojtek i też mam dwanaście lat...

I co dalej?
Dalej napięcie, bluzgi (blugów więcej niż napięcia), wujek Ferdek na skuterku, zwłoki, śnieg (śniegu więcej niż zwłok), strzały znikąd, staczająca się zielona furgonetka (pewnie prowadziła niezdrowy tryb życia i nie miała hamulców moralnych), kanister, wiatr, który z przeraźliwym wizgiem muskał gałązki tej smukłej brzózki.
Ja nie jestem brzózką!
Wiem. A zresztą wiatr i tak dograno w studio.
– Baby, it’s cold outside...
Nie, nie było. Kiedy jest zimno, to para idzie z ust, a ludzie bez rękawiczek odmrażają sobie ręce, albo chociaż troszkę dygoczą.
– Brodacz dygotał.
Brodacz tak, ale nim trzepały emocje i stan ogólnego wkurwu rozżalenia na świat. Reszta nie dygotała. A jedna taka to nie dygotała nawet, kiedy wylazła ze strumienia, do którego wpadła. Zimą. Kiedy „it’s cold outside”.

A ojciec?
Dziatki sprawiły, że uszedł cało, darzyły go życiem i zdrowiem… No, zdrowiem to niekoniecznie, bo brodaty lekko go przeperforował przy użyciu broni palnej. Ale uszedł cało, z dumą spoglądając na synów, którzy okazali się mężczyznami, co było głupie bardzo, bo właśnie, że nie się okazali. Płakali, smarkali, licytowali się, kto postąpi głupiej, a że ostatecznie utłukli bedgaja?… Cóż, młodszy oblał go benzyną i podpalił, co w normalnych warunkach skończyłoby się sfajczeniem calej chałupy i obecnych w niej (nieprzytomny starszy i perforowany ojciec nie daliby rady wyjść sami, a młodszy nawet gdyby zdążył wyciągnąć, to tylko jednego z nich), a starszy dokonał tylko zbezczeszczenia zwłok, co IMHO nie świadczy o nadmiernych pokładach męskości, a raczej o podlanym kompleksami zwyrolstwie. Albo o podlanych zwyrolstwem kompleksach – jak kto woli.

A gdybyśmy spojrzeli na to z innej perspektywy?

Aktorsko bardzo przeciętnie. Andrzej Chyra zagrał Andrzeja Chyrę, Andrzej Grabowski zagrał to, co grywa od paru lat minus sceny filozofowania, Janusz Chabior też poleciał schematem. Synowie byli beznadziejni i tu westchnienie rozczarowania pod adresem reżysera oraz osoby odpowiedzialnej za casting. I tak, pamiętam, że chwaliłem Bartosza Bielenię za „Disco Polo”, ale w „Na granicy” pasował jak wół do nosa… yyy… pięść do karety?… No, w sumie tak właśnie pasował. Znaczy, że wcale. Cały czas spodziewałem się, że mu coś odpali, że rzuci się z nożem na ojca i rozwiesi jego wątpia na ścianach, że bratem udekoruje stodołę, a Dorocińskiemu zdejmie skalp i zrobi sobie z niego czapkę a’la Davy Crockett, a tu kicha – anorektyczny aniołecek, boleść chodząca i wnętrze rozpaczą stargane. Nie był gorszy od Kuby Henriksena (żaden wyczyn), ale kamaan, sama twarz to za mało – trzeba nią jeszcze coś zagrać. A obsadzanie wg konceptu: „bo on ma niepokojący wyraz twarzy” to dopiero początek, bo to „niepokojenie” powinno być po coś i do czegoś postać prowadzić. Tutaj było, żeby było i nic poza tym.

Wszystko się trzyma na Marcinie Dorocińskim. Póki go nie ma – jest nijako, pojawia się – film się zaczyna i nie, nie dlatego, że jest brodaty, zakrwawiony, a w plecaku ma pistolet. Po prostu od momentu, w którym się pojawia, coś się dzieje fabularnie i coś się dzieje aktorsko. I żeby jeszcze Marcin Dorociński tworzył wielką kreację, która śnić się będzie widzom do wiosny… Ale nie – Marcin Dorociński po prostu gra porządnie i tyle wystarczy, żeby posłać na drzewo…
Ja nie jestem brzózką!
… resztę obsady.

– Kto na mnie jednym okiem spojrzy, cholerny strach zaraz nim siepie – powiedział Sarka-Farka

Miał być thriller i w sumie był. Przez szpary w scenariuszu wiało, co prawda, jak na połoninach, niedoróbki na planie widać było często (w samej tylko scenie z podpalaniem ze cztery solidne by się znalazły), niepotrzebne pretensjonalności wyskakiwały z drugiego planu i machały kosmatymi łapkami, ale… ale, kurczę, przy odrobinie dobrej woli i bez nadmiernych oczekiwań wobec (to jednak polskie kino, heloł), dało się to oglądać bez większego bólu zębów. Klimat jakiś był, kameralność zdała egzamin, muzyka momentami dodawała nastroju, zdjęcia były więcej niż przyzwoite (choć wnętrza wyszły dużo lepiej niż plenery – plenery był bezbarwne) i nawet dźwięk dopracowano zdecydowanie powyżej polskiej przeciętnej i choć to w sumie niezbyt wielka sztuka, bo polska przeciętna… takie niedomówienie… to warto fakt zauważyć. OK, raziło nadużywanie przez dźwiękowców wiatru, a znawcy gatunku uparliby się, że w porządnym amerykańskim thrillerze martwy bedgaj jeszcze ze dwa razy wracałby z gumna, próbując dokonać rywendżu i zanim ostatecznie wyzionąłby ducha, utłukłby jednego z braci, albo chociaż ojca, ale tak się możemy czepiać do ukichania, a tu przecież mamy do czynienia z debiutem i to debiutem w trudnym gatunku, więc może sobie oszczędźmy. Moim skromnym zdaniem…
I moim również – powiedziało Moje Skromne Zdanie.
„Na granicy” w swojej dyscyplinie wypadło lepiej niż na przykład taki „Jeziorak” w swojej. Ciut lepiej, ale jednak.

Szału nie było, ale wstydu też nie ma. Nie, że od razu „warto”, ale w razie czego ewentualnie można.

Casper, do domu, duszku zatracony! Kolacja czeka!


VARIA
1. Twórcy filmu bronią się przed twierdzeniami, że żerują na popularności „Watahy” (o, to „Wataha” była popularna?), przypominając, że prace nad „Na granicy” zaczęli o wiele wcześniej niż ekipa serialu, a wniosek o dofinansowanie złożyli w PISF w 2012 roku.
2. „Większość ujęć kręciliśmy nocą w okolicach Tarnawy Niżnej, Mucznego i doliny Tyskowej” – pozostaje mi przyjąć na wiarę, bo Bieszczady znam słabiej niż twórczość Gottloba Frege. Nie, przepraszam, znam tak samo słabo – wiem, że jedno i drugie istnieje i że są tacy, których jedno lub drugie fascynuje.
3. Autorem zdjęć był Łukasz Żal, nominowany do Oscara za zdjęcia do „Idy”. W „Na granicy” chciał kręcić „w kontrze” do filmu Pawła Pawlikowskiego i chyba mu się to udało – za zdjęcia do „Na granicy” nominacji do Oscara nie dostanie na pewno.
4. Żartować, że zamiast nijakiego Kuby Henriksena do roli syna, trzeba było zatrudnić Lance’a Henriksena do roli dziadka? Eee, nie będę – to by było pójście na łatwiznę.

Miejscowe studio postprodukcji dysponowało najnowocześniejszym sprzętem firmy Rzęchex


============
Na granicy
Premiera: 2016.02.19
Czas: 92 minuty
Reżyseria: Wojciech Kasperski
Scenariusz: Wojciech Kasperski
Obsada: Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Grabowski, Bartosz Bielenia, Kuba Henriksen, Severina Špakovska, Janusz Chabior i inni.
Dofinansowanie PISF:
było – w 2013 roku PISF przyznał filmowi dotację w wysokości 2 000 000 złotych. Czy potem dołożył coś jeszcze w formie „zwyżki do” czy dofinansowania reklam lub wykonania kopii – nie wiem.

4 komentarze:

  1. Mujborze, dwie nocie tak szybko po sobie, czyżby to zwiastowało powrót do regularnego pisania? Trzymam kciuki!

    A co do filmu... to w sumie smutne, kiedy coś okazuje się przyzwoite, ale jedynie "jak na polski film".

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre! Twoje recenzje są cudowne i blog bardzo mi się podoba.Recenzja "Bitwy pod Wiedniem" -super!Oglądałam to dzieło w telewizji podczas Świąt i bardzo byłam ciekawa co napisałeś.NIe zawiodłam się.
    Bardzo polecam "Córy dancingu",oglądałam to w ramach Festiwalu Filmów Unikalnych na imprezie,związanej z fantastyką i film mnie powalił.
    Gorąco pozdrawiam
    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Mówisz, że ewentualnie można. Ale duetu Betty i Raya na ten film byś nie zamienił, prawda? No to skoro 4 minuty jazzującej ballady > 90 minut thrillera...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy bym zamienił czterominutowy duet na ten film... Duet jest zdecydowanie krótszy, więc oszczędność czasu wyraźnie na korzyść muzyki, ale nie należę do fanów Raya Charlesa, wspomnanego duetu nie słyszałem, a poza tym zaczynamy porównywać ciepłe z miękkim, więc może po prostu uniknę jednoznacznych deklaracji.

      Usuń