2017-01-28

Wystrzał [1966]

Co może robić carski oficer w prowincjonalnym garnizonie? Może uczyć psa skakania przez szpadę, może krokiem izbę mierzyć, gdy zdrętwieją nogi, czytać/śpiewać romanse i pić w towarzystwie alkoholowych zmor. Ewentualnie w towarzystwie kolegów. Może też grać w karty i strzelać. Do kolegów również.

Najlepszy strzelec pułku umieścił kulę w czółku

Silvio nie był już oficerem, ale wciąż strzelał. Strzelał często, celnie i we wszystko: w ścianę, w sufit…
Wasze błagarodje, ostrożnie! – wrzeszczał Kuźma Kuźmicz, uskakując przed kulami i kuląc się za uskokiem
...w dupka żołędnego, w czerwiennego asa, między dwie głowy strzelić! Sto kroków! Nie chybić! I w sam środek paszczęki – tak mu zęby wybić. Był Silvio jak Simo Häyhä, ale w czasach pokoju i z brodą. Tylko pojedynkować się nie lubił. Pił z epoletowymi kolegami, wino im stawiał, miody co najstarsze do kielich lał, obiad z trzech dań podawał, w karty z nimi grał, fechtunku ich uczył, ale pojedynków unikał jak ognia.

Epoletowi koledzy pili jego wino, jedli jego obiady, grali w jego karty i śmiali się głośno. Nie, wróć – śmiali się się głośno, a w międzyczasie jedli, pili, grali i strzelali. Karty, alkohol i śmiech to niebezpieczna mieszanka, zwłaszcza, gdy ktoś przegrywa i robi się wrażliwy na punkcie drażliwości i odwrotnie.
– Hahaha, smatri, porucznik przegrał do Michała!
– Hohoho, wszystko przegrał!
– Hehehe, obwiesić mu się przyjdzie!
– Hahaha, Silvio siada do gry, hehehe!
– Hehehe, Silvio wygrał z Michałem, hohoho!
– Hohoho, a teraz biedny Michał twarz drze, hehehe, Silvia obraża, hahaha!
– Hahaha! Silvio go zastrzeli! Hihihi!
 
Silvio nie zastrzelił Michała.
– Hahahaha! No to chodźmy do domu, bo tu nudno, hehehe!

I poszli w stronę zachodzącego słońca zachodzącej zielonej kropki

I poszli, rozczarowani, bo jakże to tak: szampan jest, frukta są, hazard piszczy, a pojedynku nie będzie? Krew serdeczna się nie poleje, a usto bolesne nie skrzywi się w grymasie cierpienia? Oj, coś ten Silvio miętki w krzyżu, hehehe i krótki w uszach, hahaha! Oraz hohoho! Pójdźmyż zatem, pójdźmyż wszyscy do Ipanienki. 

O, to się dobrze składa – ucieszył się Silvio – Składa się bowiem tak, że muszę wyjechać. Otrzymałem list, w którym niejaki Życzliwy zawiadamia mnie, że Wiadoma Osoba coś tam, więc sami panowie rozumieją, że bywaj, dziewczę, zdrowe, albowiem gdyż.
Panowie nie zrozumieli, ale na pożegnanie zaśpiewali koledze starą wojskową pieśń pod tytułem „Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm”.

Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm… – śpiewały epolety i pekaesy, a Silvio stał z miną ponurą, a potem sobie usiadł. A potem znowu wstał. Miał bowiem w sobie tajemnicę z rodzaju tych, które nie pozwalają człowiekowi usiedzieć na miejscu, lecz gnają ich gdziesik i po cosik…

Epoletowi koledzy pośpiewali, wypili, co było, zjedli, co było i wreszcie poszli sobie, śmiejąc się do siebie nawzajem i do tajgi bezkresnej. Został tylko jeden, taki chudy, a pekaesami długimi jak wyrok za spekulację pieczywem. Jemu to Silvio opowiedział szczegóły historii o Wiadomej Osobie z listu, o swojej niechęci do pojedynków, kuligu, o śpiewach, Kwiczole przebranym za sztabskapitana, menuecie, jegrach, którzy na cel wzięli ostatniego z Horeszków (chociaż po kądzieli) i kapeluszu pełnym śliwek.
A nie deszczu? – wtrącił pogubiony trochę Głos Wewnętrzny.
Deszczu Uzała… – wymamrotała Opinia Publiczna, która nieco sobie przysnęła. 

– Trójka, siódemka, as... – wyliczała hrabina Anna Fiedotowna

W skrócie: dawno, dawno temu Silvio był wirachą, co się zowie: łydka smukła, udo mocarne, pierś wysklepiona, oko błyszczące, blizna nad brwią, broda krzywo przyklejona, ale za to z borsuczego włosia, trzy lata pan będziesz nosić i włos nie wypadnie, a w razie czego możesz pan na pędzle przerobić i malowaniem akwarel do pensji dorabiać. Panny sznurem snuły się za jego huzarskim mundurem, a on kochał i rzucał częściej niż porucznik Rżewski, pojedynków odbył więcej niż Łunin Michaił Siergiejewicz, a w spożyciu napojów wyskokowych przebił (a raczej przepił) samego Burcewa.
Wśród zbrój starych, Azefa listów... – podśpiewywał stary sługa Kuźma Kuźmicz, czyszcząc pistolety.
I nagle na drodze stanął mu jakiś młokos. Z dobrej rodziny, z większym błyskiem w oku, ze szczęściem w kartach i miłości, bez brody, zdolniejszy, ładniejszy i w ogóle. Znielubił go Silvio ze szczętem i do granic i kiedyś w końcu nie zdzierżył: rzucił słowem grubem. Młodzieniec zareagował jak na „dworianina”: przystało: lutnął Silvia w mordę, wyznaczył sekundanta… 

I stoi... rozumiesz pan... naprzeciw mnie… śliwki, swołocz… z kapelusza... wcina... – tłumaczył Silvio chudemu z pekasesami – I widzę ja... że kompletnie... w nosie... ma... czy on mnie…. trafi, czy... ja... jego. Jakiś taki... durny mi... się wydał…
Przepraszam, że się wetnę – wciął się Głos Wewnętrzny – Czemu pan sadzi te wielokropki? Zadyszka jakaś? Formalnie pana dusi na wspomnienie?
Silvio odgarnął loczek z czoła, poskrobał się po krzywo przyklejonej brodzie i okiem zamyślonym w dal spojrzał, kędy szeregi zesłańców ciągnęły, hen, ku Bajkałowi, a jęki uciskanego przez carat ludu niosły się nad wiśniowym sadem.
Nie… – powiedział – Po… prostu… jestem… polskim aktorem i…
Łza dumy zakręciła mu się w kąciku oka.
– ...i pauzą... gram... umiejętnie. Napięcie… wytwarzam… specyficzne… i pełne…
Chrrrrr… ppfffff… – czerwony odcisk dłoni na podpartej twarzy Opinii Publicznej wskazywał, że zasnęła jakiś czas temu.
...głębi.
Chudy z pekaesami nawet nie drgnął. On pauzą grał od kwadransa i do rekordu warszawskiego oddziału Związku Artystów Scen Polskich brakowało mu jeszcze dwóch minut i siedemnastu sekund.
Zrezygnowałem... ze...
Strzału? – podpowiedział Głos Wewnętrzny.
– …
ZE STRZAŁU?
Ze… strzału…. Uznałem bowiem… – Silvio podniósł się, zrobił trzy kroki w lewo, dwa w prawo, łypnął, westchnął, usiadł i zadumał się.
Że nie ma sensu strzelać do kogoś, kto jest za głupi, by znać wartość życia – wściekł się Głos Wewnętrzny, który czytał Puszkina i wiedział, jak to się skończyło – Postanowił pan poczekać, aż gówniarzowi zacznie na życiu zależeć, aż zacznie je cenić i poczuje prawdziwy lęk przed stratą, a w liście poinformowano pana, że gówniarz ze śliwkami ma zamiar się ożenić, więc jedzie pan strzelać do niego teraz.
– Tak… – westchnął Silvio pauzą – Właśnie… właśnie tak...
I pojechał. Wraz z nim pojechał wierny sługa Kuźma Kuźmicz, cała skrzynia pistoletów oraz wielokropków szeregi, prosto, długo, daleko, jako morza brzegi. Zapadła długa… pełna… niepokoju... pauza, a chór burłaków za lasem nucił ludową pieśń z czasów Jemieliana Pugaczowa: „Mmmmmm… mmmm, mmmm, mmmm…”

– Eeeeeech... – uchnął Silvio pauzą.

Mijały lata… Nie, przepraszam bardzo, ale mam dość. Chcecie wiedzieć, jak się skończyła ta cała historia? To nie oglądajcie filmu. Poważnie. Nowelka Aleksandra Puszkina „Wystrzał” na podstawie której nakręcono ten film, jest króciutka, łyka się ją w parę minut i w dodatku można ja znaleźć w sieci. Sięgnijcie więc i sami się dowiedzcie. Film trwa siedemdziesiąt dwie minuty… SIEDEMDZIESIĄT DWIE MINUTY! Nie wiem, czemu – może za pełny metraż płacili od 70 wzwyż? Święta szły, wszyscy chcieli zarobić, więc twórcy rozdęli wszystko poza granice rozsądku i przyzwoitości, wetknęli pieśni, kulig, wróżenie z ręki i menueta, dosypali dwa kilogramy Pauz Znaczących, trzy kilogramy Znaczących Spojrzeń, chodzenie z kąta w kąt i od drzwi do drzwi, pejzaże bezkresne…

Kruca bomba, niedobze, panie rezyseze – podrapał się w łysinkę kierownik planu – Brakuje jeszcze dziewięciu minut.
Kochani państwo, proszę o uwagę – reżyser zaklaskał w dłonie, by było go więcej – Doceniając państwa dotychczasową pracę, muszę zaapelować o wzmożony wysiłek. Dokleimy wierzby, drugi kulig i księcia Bołkońskiego pod dębem, ale państwo też jeszcze muszą dołożyć trochę od siebie, a pan, panie Ignacy musi wypocić przynajmniej półtora litra w targających pana postacią emocjach.
Grający dwie role – Silvia i gówniarza ze śliwkami – Ignacy Gogolewski pocił się bardzo, drugi plan dołożył pauzy, inspicjent rozpędzał konie, gdzie w śniegach nocny wilka trop i zaspy po pas...
Skacz, jak ci każę! Będę patrzył jak skaczesz! – wrzeszczał inspicjent.
...i wreszcie udało się. Z napisami wyszły siedemdziesiąt dwie minuty. Pełny metraż. Premie. Wczasy w Międzyzdrojach. Kolczyki z Jabloneksu. Spłacone raty w ORS-ie. Koniec.

– Haha i hohoho! – cieszył się oficer rotny, pan Nikita Ryków.

25 minut – tyle to powinno trwać, 40 minut – tyle ewentualnie mogło trwać. Trwało 72 minuty i przepraszam, nie wiem, po co. Nie kupuję argumentów o „oddawaniu nastroju”, „cyzelowaniu scen”, „przekładaniu narracji literackiej na język filmu”. Mogła być sympatyczna nowelka, wyszła nudna, sztuczna, napchania pakułami kicha. Do aktorów trudno mieć nawet pretensje – grali to, co kazał reżyser – ale z obecnej na planie gromady zapamiętałem Ignacego Gogolewskiego, który grał dwie główne role i nieźle wyszło mu ich zróżnicowanie, choć musiał walczyć nie tylko z pomysłami reżysera, ale i z niechlujną charakteryzacją, Henryka Bąka, bo to aktor szczególny i obdarzony specyficznym timbrem głosu, dzięki czemu przebija się przez oficerskie tło oraz Janusza Kłosińskiego, ale nie ze względu na grę, tylko na fakt, że został zdubbingowany i obcy głos gryzł mi się z jego twarzą.
I Igora Śmałowskiego – dodał Głos Wewnętrzny – Miał śmieszne wąsy i był wyluzowanie dystyngowany.
Chyba dystyngowanie wyluzowany?
Tak, to też.

Charakteryzacja z rozmachem, ale nieco niechlujna, kostiumy pożyczono z teatru, grę aktorską również, a muzyka Waldemara Kazaneckiego była jak serce z piosenki Janusza Komana i Marka Dutkiewicza i „kołysało do snu”.
Nie warto.

W konkursie na najnudniejszy film obejrzany w roku 2017 "Wystrzał" zajmuje miejsce...


VARIA
Nawet mi się nie chce myśleć i szukać. Bo co, że w filmie mignęły Karolina Lubieńska i Bożena Kurowska? No, mignęły. Że w oryginale irytujący młodzian w czasie pojedynku nie żarł z kapelusza śliwek i nie rzucał pestek za siebie, tylko wsuwał czereśnie, a pestkami pluł w kierunku Silvia? Och, cóż za difręs… Że Jerzy Antczak dostał za „Wystrzał” „Brązowego Ramzesa” na telewizyjnym festiwalu  w Kairze? No, dostał, ale to przecież Egipt, a w filmie Antczaka było dużo śniegu.

============
Wystrzał
Premiera:
1966.04.18
Czas: 72 minuty
Reżyseria: Jerzy Antczak
Scenariusz: Jerzy Antczak, Seweryn Pollak
Obsada: Ignacy Gogolewski, Janusz Kłosiński, Iwa Młodnicka, Andrzej Żarnecki, Henryk Bąk, Igor Śmiałowski, Bogusz Bilewski, Tadeusz Cygler, Anna Milewska i inni

8 komentarzy:

  1. Obsada dobra,szkoda,ze nie wyszło.Piękne te cytaty z Kaczmarskiego.
    W poniedziałek w teatrze telewizji ma być "Ożenek", akurat tu wyszła perełka.
    Świetny tekst.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Redaktorze, piekny tekst :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, bo się pogniewamy... albo ustanowię taryfę karną, w myśl której za każdorazowe nazwanie mnie "redaktorem", nazywający wpłaca dychę na WOŚP :-)

      Usuń
    2. Ja bym się tak nie obrażał. Przy takim składzie redakcji autor zostawałby z automatu Kolegą Kierownikiem Redakcji. A każdy by chciał być Kolegą Kierownikiem Redakcji.

      Usuń
  3. Ech... Męczy się człowiek Antczak męczy, chciałby duszę słowiańską każdą pauzą wyrazić, a tu wszystko Francuzy, swołocze... Nie zrozumieją...

    OdpowiedzUsuń
  4. Się tam nie zgadzam z Autorem. Zauwielbiłam ten fim w dziecięctwie i tak mi zostało. Scena pojedynku to z pół wieku za mną chodziła... Przy kręceniu pono straszna awantura była o scenę wyścigu sań. Gogolewski krzyczał, że do Ben Hura się nie angażował, ale jak Antczak równie histerycznie wyrwał kartki z tą sceną ze scenopisu, to pan Ignacy spokojnie wziął lejce w ręce i z narażeniem życia zagrał... No cóż, pradziadek carski pułkownik i człowiekowi sentymenta prostują nawet krzywo przyklejone brody ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W podziękowaniu za przytoczenie smacznej anegdoty udziela się Komentującej prawa do niezgadzania się z autorem jeszcze w dwóch... a, niech stracę!... w trzech filmo-przypadkach :-)

      Usuń
    2. Przyjąwszy do wiadomości, nie obiecuję się zgadzać dla nieprzekroczenia limitu. Chyba, że w sposób naturalny, z wrodzonej uczciwości się zgodzę z każdem słowem, co mi się tu przydarza, ale się nie odzywam bo nie hołduję hasłu, że dzień bez wazeliny dniem straconym. I takie zapytanie... jak przekroczę limit niezgadzania się to WONT? Tu Autor winien się dopytać jak sam radca tytularny Jajecznica: A co pani miała na myśli mówiąc WONT?" ;-)

      Usuń