2017-01-04

Z tamtej strony tęczy [1973]

Pani doktor jest twarda i zorganizowana. Sąsiadom w „komunałce” nie daje wchodzić sobie na głowę, w pracy życie ludzkie w twardych dłoniach trzyma, siostrę nieletnią wychowuje i na ludzi wykierowuje, mecenasa bzyka regularnie w sposób wyzwolony i jeszcze w międzyczasie zdołała zaliczyć roczny staż w USA. Aż tu nagle pojawia się dylemat…

Chię dobchy, jechchę fochoghachę i chocham pają bachcho

Dylemat ma dwadzieścia i może ewentualnie jeszcze ze dwa lata, aparat fotograficzny, maślano-zakochane oczy i wolną chatę. Oraz w związku z zaistniałą sytuacją... no, że znaleźli się tutaj jako przedstawiciele dwóch płci, bądź, co bądź... Jako humanista chciał zaproponować powrót do bardziej tradycyjnej metody kontaktu między dwoma osobnikami odmiennej płci.
Y?
Podejrzewam, że kocham panią. I chciałbym to sprawdzić, o ile się da, oczywiście – fotograf poleciał taką romantycznością, że mnie dyszel pękł przy samej szrubie, a pani doktor zakrztusiła się koniaczkiem.
Ale właściwie, czemu nie? – pomyślała pani doktor. Była przecież wolna, atrakcyjna, w wieku odpowiednim. Mecenas, choć pościelowo sprawny, to maminsynek z kompleksami, siostra okazała się zimną, nowoczesną suczą i cały życiowy plan pt. „muszę się nią zająć, bo mi bidula z głodu umrze i na złą drogę zejdzie” mogła sobie pani doktor potłuc o kant… znaczy, o kant nie bardzo mogła, bo zbudowana była zacnie i składała się raczej z apetycznych zaokrągleń. Enyłej, plan lądował w koszu, bo siedemnastoletnia siostra świat postrzegała w kategoriach prostych i skutecznych: seks uprawia się bezstresowo i w pościeli, a nie ryzykownie po krzakach, obiekt uprawiania jest raczej nieważny, bo oprzeć można się tylko na sobie. Najpierw matura, potem jakaś szybka praca, ale krótka, bo celem jest wyjazd do Szwajcarii albo do Wiednia (po coś się kuje te języki wieczorami).
Bój się Boga dziecko – jęknęła pani doktor – Przecież całe życie się starałam...
I zaraz mi powiesz, że nie wyszłaś za mąż, bo masz mnie w domu i ciągle myślisz o tym, czy ja zjadłam kolację – przewidziała nieletnia.
No, mniej więcej to i mniej więcej dlatego…
To wszystko bujda – prychnęła siostra – Nie wyszłaś za mąż, bo wciąż myślisz że jesteś młoda, że jeszcze coś  się zdarzy i jeszcze jest czas.

Znacie takie sytuacje, w której wasze długo i mozolnie budowane alibi na życie dostaje mocny strzał między oczy, spadają wam gacie i stoicie bezradni, świecąc gołą, zdemaskowaną dupą mentalną? Znacie, znacie – nie oszukujmy się, wszyscy znamy. Pani doktor też poznała i stanęła, świecąc.

Matkoboska, okulary mi spuchły!

I właśnie wtedy pojawił ten Dylemat – młody, zdolny, zakochany po czubek nosa, łażący krok w krok i całujący ślady stóp na trotuarach. Ach, och, jęk i świat pani doktor nieznany, świat atrakcyjny w swej egzotyce wiejskich komunii, sesji fotograficznych nad truchełkiem pradziadka lub w stadninie koni. Kosztowała więc lekarka uroków życia z młodym zakochanym fotografem, kosztowała uroków życia z nudnym, ale stabilnym mecenasem, między nich wetknęła miłosne wspomnienia i połamanego życiowo pacjenta. Połamanego psychicznie i połamanego cieleśnie – pacjent bawił się w komara:  z dębu spadł, złamał sobie w krzyżu gnat. Oraz parę innych gnatów również. Tu rozterki, tam orgazmy, tu wciąż swobodna teraźniejszość, tam przyszłość, o której trzeba pomyśleć, bo kiedy się ma… Hmm, ile właściwie lat ma bohaterka? Jest po studiach medycznych, po stażu w Usiech, z mocną pozycją w pracy, siostra ma siedemnaście… Okolice trzydziestki, bym powiedział. Co w 2017 brzmi nieco zabawnie, bo dziś kobieta w tym wieku to pełnia rozkwitu, pełnia możliwości, optymistyczny libizlm..
Y?
Liblizm. Od Libli. „Świat należy do nas”. Kamaaan, nie czytaliście Kuttnera?
Y?
Boszzz… Dobra, nieważne. Pani doktor staje więc przed wyborem: młody, zdolny, zakochany, dynamiczny, ale z majątkiem składającym się z 3 aparatów fotograficznych, 4 kuwet (ale żadnej dla kota), powiększalnika, pary dżinsów i przyzwoitego, choć wciąż niezbyt imponującego portfolio czy może mecenas, też niezły w łóżku, ale maminsynkowaty, zakompleksiony i przeciętny do bólu, ale pościelowo wciąż sprawny, a poza tym nazwisko, pozycja, Wartburg, mieszkanie w Gdyni (z dystyngowaną mamusią, i synusiem-lalusiem z poprzedniego małżeństwa ale za to duże i z widokiem), działka, te rzeczy. Stabilizacja, czy szczęście? Uroczo tu i teraz, czy spokojnie tu i potem? Co byście wybrały, drogie czytelniczki? 
...
Taaak? Naprawdę?
A jak myślicie, co wybrała pani doktor? I czy zakończenie nie wskazuje czasem, że dokonany przez nią wybór jest wyborem jedynie doraźnym i oficjalnym?

Piecyki gazowe (zawsze w parze) występują w filmie częściej niż sensowni mężczyźni

Niby zwykły film, ale gdyby tak mocniej poskrobać, to wychodzą całkiem ciekawe problemy. Pani doktor niby się poświęca dla wychowania siostry, związki przy ołtarzu składa na ołtarzu miłości ponad-siostrzanej, co Matką Polka nieco trąca, ale przecież nie zamyka się w klasztorze rodziny, czerni nie zakłada i nie ogranicza się do trasy praca-dom, praca-dom. Przeciwnie – tu kogoś bzyknie, tam wyskoczy do lokalu kategorii S, ówdzie na rok do Stanów wyjedzie (i kto się wtedy nieletnią siostrą zajmował, przepraszam bardzo?) Pełnia życia i to pełnia bez zobowiązań, bez komplikujących życie kompromisów. Gdyby takie życie pędził mężczyzna, to OK, ale tu mamy rok 1972, młodą atrakcyjną kobietę z pozycją zawodową, co w tradycyjnym społeczeństwie niekonieczne „pozwala na”, a raczej tym bardziej zobowiązuje „żeby nie”. 

Także młodsza siostra wymyka się gomułkowskim stereotypom obyczajowym – to nie buntowniczka z plecaczkiem, książeczką autostopu, koralikami we włosach, które potargał wiatr, tylko lodowato wyrachowana obywatela świata nowoczesnego, jakby wyjęta z korporacyjnych opowieści lat 90. Nie, nawet nie lat 90. – wtedy jeszcze obowiązywał pionierski entuzjazm, mit pucybuta, takie tak ćmoje-boje. Późniejszych lat – gdy złudzenie nie istniały, na przypadek miejsca nie było, karierę/życie się planowało i realizowało metodycznie. I taka jest właśnie ta młodsza siostra – chłodna, opanowana, tu kroczek, tam dwa, tu etap na drodze do celu, ówdzie rozsądne podejście do życia seksualnego, które stara się prowadzić regularnie i bezstresowo, bo higiena psychiczna jest równie ważna jak fizyczna, a tryb życia jest jak dieta – liczą się bilans, balans i regularne wypróżnianie. 

Za chwilę wystąpią cycki. Też w parze.

Zresztą w ogóle postaci kobiecie są w „Z tamtej stronie tęczy” ciekawsze. Ot, choćby koleżanka Teresy – trenerka siatkówki: atrakcyjna, dynamiczna, zona trenera piłkarzy który „w zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać”. Albo matka mecenasa – dostojna staruszka, która najpierw syna wyprowadziła na ludzi, a teraz na ludzi wyprowadza wnuka. OK, obaj są przez nią nieźle skrzywieni i tak naprawdę to straszne ciapy, lane pewnie przez kolegów w szkole, pozbawiane drugich śniadań i jako ostatnie wybierane do grania w piłkę (chyba, że liczba graczy była nieparzysta – wtedy z ulgą odsyłało się takich ciapciaków na ławkę), ale w życiu sobie poradzą: zostaną prawnikami, architektami, dentystami, kupią sobie wartburga, postawią pół bliźniaka… Mężczyźni w filmie… cóż, cytując młodszą siostrę „są w zasadzie nieważni”, zdefiniowani niemal wyłącznie przez zderzenie z kobietami (głównie z Teresą) i nakreśleni niezbyt sympatycznie. Gapią się na dekolty, ślinią się do własnych marzeń... Wymykają się temu spojrzeniu jedynie młody fotograf i tajemniczy pacjent w gipsie, przy czym ten drugi właśnie dlatego, że w gipsie, przez co gapi się jedynie w sufit, a ślini się odruchowo i pooperacyjnie

Aktorsko przyzwoicie – bez wielkich kreacji, ale i  bez bólu zębów. Aleksandra Zawieruszanka  balansuje między poczuciem obowiązku, a własnymi pragnieniami, skrzywieniem ust dodając postaci lekko antypatycznego rysu, który możemy sobie czytać jako wrodzoną cechę charakteru, ale również jako rodzaj pancerza, odgradzającego ją od świata, chroniącego przed nim. Wychodzi całkiem zgrabna nieczytelność, dwuznaczność, pozwalająca aktorce grać, a widzowi na rożne sposoby czytać postać. Jerzy Góralczyk próbował grać młodego zakochanego, ale wychodziło mu to średnio, a kiedy już wychodziło, to psuł to w postsynchronach.  Jan Machulski był  płaski, ale taka była jego postać, więc wyszło w porządku. Mariola Kukuła  w roli cynicznej siostry ani ni zachwyciła, ani nie raziła – zagrała co miała zagrać, błysnęła biustem, a w postsynchronach – w przeciwieństwie do Jerzego Góralczyka – sporo dodała (i tu bym zapytał o dubbing, ale zostawię to sobie do „Varia”). Zofia Małynicz była posągowa, Tadeusz Borowski sympatyczny, Tadeusz Janczar uroczy – wszystko zgodnie z instrukcją obsługi. Znacznie ciekawiej wypadli sąsiedzi z „komunałki”: Barbara Bargiełowska, Henryk Hunko i Krzysztof Kowalewski – dwie sceny, jakiś szkic, jakiś detal i już się ich zapamiętywało. 

"Obudziłam się później niż zwykle, nie wstałam z łóżka, w radio była muzyka..."

Nierówna muzyka Włodzimierza Nahornego – przez większość filmu trzymała klimat, ale od czasu do czasu zdarzały się fragmenty wręcz nieznośnie irytujące. Scenografia przeciętna, bo normalna (i odwrotnie), a montaż niezdecydowany, ale już z takim nerwowym sznytem lat 70. Zdjęcia już mocno spłowiałe, praca kamery przeciętna, ale parę ujęć ciekawych i może wartych osobnego omówienia.

Kino wczesnego Gierka – jeszcze nie „moralny niepokój” chociaż... może jednak już? Tyle że nie jest to niepokój związany z władzą, społeczeństwem, misją inteligencji w świecie..
...świeeeeeecie nasz! Daj nam w jasnym dniu oczekiwaaaanie! – dramatyzowały głośniki.
...ale niepokój naprawdę moralny, związany z tu i teraz, z decyzjami dotyczącymi nas i bliskich, na dziś i na jutro.
Że niby kobiece jest codzienne, realne i ważne, a męskie  buja w chmurach i wydziwia na tematy w gruncie rzeczy dęte – domyślała się Opinia Publiczna.
Nie do końca, ale mniej więcej.

Nie wiem, czy warto, ale na pewno można. 

Przerzedza ci się, kochanie, i chyba odrobinę przetłuszcza... Zmień szampon.


VARIA 
1. W roli drugoplanowej wystąpiło Trójmiasto: Długi Targ rozpozna każdy nawet po ciemku, nabrzeże w Gdyni też rozpoznawalne, młody fotograf mieszka w falowcu na Przymorzu, pani doktor do pracy jeździ SKM-ką (stację Gdańsk Politechnika można rozpoznać po… No, kto wie, po czym?… Brawo: po napisie „Gdańsk Politechnika”). Kina nie rozpoznałem, w przypadku paru plenerów mam wątpliwości, bo za słabo znam Gdańsk.
2. Wokalizę wykonała Ewa Wanat, ale nie, drogie, dziatki i dzierlatki, nie ta dziennikarka z TOK FM, tylko wokalistka jazzowa z Novi Singers i nie mówcie mi, że nie znacie, bo znać powinniście, a w erze Youtube’a czy innych Chomików w każdej chwili znać możecie. W scenie w klubie za plecami Ewy Wanat, przy pianinie siedzi kompozytor Włodzimierz Nahorny. Basisty nie rozpoznałem.
3. Ewa Wanat I Włodzimierz Nahorny obecni są też na początku filmu, gdy Teresa wraca do domu SKM-ką – zanim wsiądzie do wagony, przepuszcza, wysiadająca z niego piosenkarkę. A Włodzimierz Nahorny obecny jest pod postacią płyty, którą trzyma w ręce Teresa. Sądząc po okładce jest to nagrany w 1970 roku „Jej portret”.
4. W obsadzie zauważyłem nazwisko Lecha Łotockiego – oglądam, oglądam… Wzrok mi się popsuł czy go wycięli? Co się robi w takich przypadkach? Idzie się na stronę Fototeki, wbija się tytuł i przegląda się fotosy z filmu. Po dłuższej chwili (spędzonej na gapieniu się na negliże Aleksandry Zawieruszanki) trafiam na odpowiednie zdjęcie – Lech Łotocki gra chłopaka siostry i to jego plecy widzimy w scenie, gdy Teresa zastaje młodszą in flagranti.  Takie interesujące nawiązanie do młodszego o dwa lata filmu „Kto wierzy w bociany?” małżeństwa Stawińskich, w którym główne role zagrali Lech Łotocki i występująca w „Z tamtej strony tęczy” jako młodsza siostra Teresy, Mariola Kukuła.
5. O, właśnie: Mariola Kukuła – podobnie jak w „Kto wierzy w bociany?” nie mogę pozbyć się wrażenia, że jej postać została została zdubbingowana, ale nie mogę też rozpoznać głosu. Jolanta Zykun? Czy może tylko mi się wydaje?
6. Mieszkanie sióstr to 2 pokoje w przedwojennej kamienicy, w mieszkaniu dzielonym z innymi lokatorami. Ze słów młodszej siostry wynika, że „kiedyś całe było nasze”, więc pewnie po śmierci rodziców kwaterunek „dogęścił”. Ale tak sobie myślę: jest rok 1972, główna bohaterka była na rocznym stażu w Usiech,  dolarowy przelicznik wynosił wtedy… ile wynosił, a gdyby liczyć po kursie czarnorynkowym, to trzeba by przemnożyć razy "ojacie”. I co. Ani mieszkania, ani samochodu, ani „wykupienia” lokatorów? To na co poszły te zaoszczędzone zielone? Na serki topione i klipsy?
7.  „W zeszłym roku spadł z pierwszej ligi do drugiej, a w tym – z drugiej do trzeciej. Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie będzie wymyślić parę nowych lig, żeby miał dalej dokąd spadać. Dzisiaj wykopują ich w Słupsku – przyjedzie i powie, że intrygi”. No to rzecz musi dotyczyć sezonu 1971/72, bo po tym sezonie Gryf Słupsk spadł do IV ligi. Czyli drużyna męża siatkarki spadła z I ligi do II w sezonie 1969/70 i z II ligi do III w sezonie 1970/1971… zgrzyt, zgrzyt…  Tadaaaam! Mąż siatkarki trenował Cracovię (nawet narzekanie na układy i intrygi pasuje). Tyle, że w tamtych czasach III liga podzielona była na 4 grupy regionalne i Cracovia nie miała szans zagrać w lidze z Gryfem. Ale może to był mecz Pucharu Polski. A tak swoją drogą, Cracovia po tym sezonie spadła jeszcze niżej.

No to jeszcze pamiątkowa fotka na Fejsa...


============
Z tamtej strony tęczy

Premiera: 06.04.1973
Czas: 87 minut
Reżyseria: Andrzej Jerzy Piotrowski
Scenariusz:
Andrzej Jerzy Piotrowski
Obsada: Aleksandra Zawieruszanka, Jerzy Góralczyk, Jan Machulski, Mariola Kukuła, Barbara Bargiełowska, Tadeusz Borowski, Krzysztof Kowalewski, Henryk Hunko i inni

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz